Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Mildrettt

Toksyczna mama? Pomocy!

Rekomendowane odpowiedzi

em, że istnieje wątek o nerwicy, jednak potrzebuję założyć własny. Nie chcę dodawać do ogólnego, nie chcę, żeby był pominięty wśród innych postów, a naprawdę potrzebuję pomocy.
Mam 24 lata. Wychowałam się z mamą, siostrą oraz babcią. Dzieciństwo pamiętam w kratkę. Ojca nigdy nie poznałam, wszyscy zacierali jego obraz. Słyszałam tylko, że alkoholik, że frajer, że dobrze, że umarł (miałam rok lub dwa), że nie warto wspominać. Tak więc żyłam przywiązana do mamy. Jaka jest moja mama?
Ciężko określić. Kiedyś powiedziałabym, że cudowna, dobra. Wszyscy tak mówili, że anioł. Że wszystko by dla nas poświęciła. Nie biła mnie, nigdy nie tknęła kieliszka z %. Jednak uważam, że mam pewne blizny na psychice.. 
Mama wychowywała mnie i siostrę wraz z babcia. Nigdy nie pracowała. Skąd zatem kasa? Otóż.. sama nie wiem. To zawsze było wielkie tabu w domu. Kasa po prostu była. Mama miała wymówke, ze nie pracuje, bo babcia wymaga opieki (była chora i stara, ale nie aż tak, żeby nie móc wyjść na 4 h z domu). Z perspektywy czasu mysle, ze tak było mamie wygodniej. Po ojcu ja i siostra miałysmy rente, która przychodziła na konto mamy. I też dlatego ciągle miałam ciśnienie, aby się uczyc. Ciagle slyszalam, ze musze być najlepsza, jak dostawałam 3 to było "co już opuszczasz skrzydełka?", "masz mieć zachowanie wzorowe, liczymy na Ciebie, jesteś nasza dumą" Miałam wielka presje i uczyłam się bardziej dla niej niż dla siebie. Jak dostawałam gorsze oceny to płakałam, co mama powie w domu.. Ogólnie dom był pełen nerwów. Był jak jeden wielki szpital bo babcia dużo chorowała. Ambulans był co miesiąc, były krzyki, było wieczne umieranie (a raczej prawie umieranie). Chowałam się wtedy do łazienki żeby nie patrzeć na wymioty i zastrzyki i na strach starszej osoby ze zaraz umrze. Dorastałam w nerwach przed chorobami, nowotworami, przed upływającym czasem, starzeniem się. Dni były ustawiane pod humory babci, bo jak czuła się super to było ok, ale jak było źle, to wszyscy chodziliśmy jak w zegarku, byle nie było awantur ani płaczu ani karetki. Mama tez swoją drogą mnie szantażowała. Pamietam, jak mowila ze jak nie będę grzeczna i będę psuc im nerwy, to ona dostanie zawalu i wtedy dopiero będzie. OStendacyjnie wtedy klada dłon na klatke piersiowa, ze się zle czuje, a ja się balam i wolalam siedzieć cicho. Nihdy nie wyrzygałam jej jak bardzo jestem znerwicowana, bo balam się o jej zycie i ze będę winna jej śmierci. Wolalam plakac w ciszy. 
Zapytacie o siostrę? 
Siostra strasza 4 lata. Ona była bystra i już od dzieciaka widziala, ze nasz dom nie jest normalny. Ze inni mają ojców, ze stać ich na jakies wakacje nad morzem bo oboje rodziców pracują, ze jedza razem posiłki - u nas tego nie było. U nas był szpital i nerwy i ciagle mowienie, ze nas nie stać na wiele, ze ważne, ze chodzimy najedzone i ubrane , ze wystarczy przetrwać, egzystować. Siostra się buntowała. Była zła, miała dużo żalu do mamy, ze funduje nam takie zycie, zycie z chora starsza babcia, bez wzorca małźenstwa, ze chodzimy znerwicowane. Ja nie umiałam się przeciwstawić, a mama z babcia ciagle powtarzaly, ze siostra jest zła, ze jest czarną owca, ze mam jej nie słuchac, bo ona jest za ojca rodzina, a oni byli zli. A ja jestem taka cała mamusia, ze mam nie psuc nerwów, bo siostra już dużo ich napsuła. 
Wierzyłam w to, całe zycie byłam tak układana. Siostra ta najgorsza, ja najlepsza, cichutka, grzeczna, niewpędzająca mamy do grobu na zawał.
Nigdy nie miałam wzorca jak postepowac z facetami. Mama nigdy nie znalazła sobie nikogo. Zyła tylko z nami. Żadnych randek, niczego. Nie wiedziałam, jaką być zoną kiedyś, jak wygląda zycie z osobą płci przeciwnej. Nie wychowała mnie tak, bym była kiedyś mamą i zoną. Raczej tak, żebym została z nią i na starość mogła się nią zając. Nie wychowała mnie na bycie samodzielną - wszystko robiła za mnie, pakowała mi plecak, prała mi wszystko nawet na studiach, prasowała ( bo ja przypale ), zmywała ( bo ja niedokładnie zmyje ), pakowała mi jedzenie na studia. Zyłam w przekonaniu, ze nic nie umiem, przez to zawaliłam kilka etatów bo uważałam, że nie dam rady w pracy, rezygnowałam z niej, odmówiłam kilku rozmowom rekrutacyjnym. Co do facetow - często odmawiam swojemu mezczynie seksu, bo czuje się jakbym robila cos złego, ze jakby mama mnie widziala w takiej sytuacji , byłaby zażenowała, ze robie cos takiego, wstydzę się po prostu bliskości z facetem. Kocham go, jestesmy razem 6 lat, ale często placzę po stosunku.. i nie umiem mu wytłumaczyć, czemu ja nie chce isc do łóżka. Potem się obwiniam, bo on obwinia siebie i tak w kółko.
Dalej - pieniądze.
Ani ja ani siostra nie wiemy, skad mama ma wiecznie kase. Ok, dopóki się uczylam, była renta. Ale dawała mi z tej renty kase na studia. Ale przecież musiała tez mieć sama za co żyć, płacic na bieżąco rachunki, a ona nie pracuje jakies 25 lat. Wkurzało mnie zawsze takie zamiatanie pod dywan, zatajanie prawdy, temat TABU. Jak cos mi przelewala, mówiła, ze mam się cieszyc i nie pytac skad tylko brac jak daje. Wiec nie pytałam, bo i tak by mi nie powiedziała.

Nigdy nie miałam swojego pokoju, spałam z nia dopóki nie wyniosłam się na studia ( w jednym łóżku). Siostra twierdzi, ze to chore (ona musiala spac z babcia). Mielismy dwa pokoje, ale mama nigdy nie zgodziła się, bym spala z siostra, a ona z babcia. Ogólnie bardzo mnie do siebie emocjonalnie związała - tak, ze mam pretensje do siebie, ze smiałam ją zostawić i wynieść się na studia do innego miasta. Ciagle boje się, ze ją zawiodłam, ze smiałam sobie ulozyc zycie z facetem, a ona sama na starość.. ze się starzeje, a mnie przy niej nie ma, ze nie widze jak się starzeje, ze nie ma mnie w razie jakby wylądowała w szpitalu. Ciagle uważam, ze mam do splaty jakiś dług, bo przecież tyle dla mnie zrobiła.. bo ogólnie pamiętam tez dobre strony - nigdy nie zostawiła mnie w potrzebie, zawsze mogę do niej dzwonic po porade, szanuje mojego faceta, ne biła mnie nigdy. Sasiedzi twierdza i znajomi, ze mam mame anioła z niebios. Jednoczesnie ja uważam, ze wyrządziła mi jakies krzywdy (świadomie bądź nie). I zle mi z tym, ze zle o niej mysle, bo przecież jest przekonanie, ze mame ma się jedna, ze mama to swietosc.. Ze przecież wychowała mnie sama, a to jakes osiagniecie, poswiecenie..

Czy cos jeszcze?
Tak, odkad skończyła mi się renta, wiem, ze jestem zdana na siebie. Dorosłe zycie mnie przytłacza . Nie ucze się już, nie mam stypendium, mama tez nic nie wysyła. Boje się, ze będę jak ona.. ze będę wolala isc na l4 zamiast pracować, no bo lepiej dostawac kase za nic. Nikt nigdy nie nauczył mnie ciężkiej pracy. U mnie w domu był tylko szpital, kasa nie wiadomo skad, renta i zasiłki. A i granie w lotto.. wieczne oddawanie kuponów, bo przecież lepiej dostac 100 tys za nic , za kupon za 2,50. Nie mówie - miałam dużo od mamy. Rower, słodycze, zabawki. Dlatego tym bardziej czuje się zle, tak ją "obgadując". 

Dalej - mama nie umie przyznać się do błędu. Nawet jak wie, ze cos zle zrobila i sa na to dowody ewidentne, ona owraca kota ogonem lub się obraza i koniec tematu. Przykład - mówie jej, dlaczego nie załozylas mi aparatu na zęby, do 14 roku zycia są darmo, kazałaś mi kłamac higienistce w szkole ze chodze do ortodonty, mamo ja to pamiętam - ona na to nie odpisuje tylko pisze ze już nie ma kasy na sms. Po czym nigdy nie wraca do tematu. Drugi przykład - mówie jej, ze chyba mam nerwice bo czasem mam stany lękowe, ze boje się chorób po wychowywaniu się w atmosferze nowotworu i lekarzy - ona nie odpisuje wcale, dopiero na drugi dzień jakby nigdy nic " miłego dnia ;* ".


Czasem mysle, ze ona uważa, ze ja wymyślam i przesadzam, bo ja nie mam prawa do bycia inna, ze musze być idealna, bo jestem za nią, a nie za jej mezem, który umarł.

Czuje się cholernie zagubiona zdana na siebie, mimo ze zapewnia mnie ze jestem jej ukochana córeczka, ze zawsze mogę do niej przyjść..
Ostatnio powiedziałam jej, ze zle mnie wychowała. Ze nie jestem zdolna do samodzielnego zycia, ze nigdy nawet jabłka sama nie umiałam obrac, ze boje się ze ciagle będę myslec ze ją zawiodłam, na co ona odwróciła się do okna i powiedziała " a weź mnie nie denerwuj już bo zaraz karetke będę musiala wzywac, już dość mi Twoja siostra nerwow cale zycie napsula".

Dla siostry mama nie istnieje, mówi ze za takie pieklo jakie nam zafundowała ona może sobie umierać i siostra ma to gdzies. Siostra ma depresje i miała nerwice, ale już jest lepiej. Mama jej depresje chyba ma gdzies bo uważa, ze to przez faceta z którym się rozstala, a nie przez dom. Mama w swoim mniemaniu jest idealną mamą, która wiele dla nas poswieciła.

O tyle o ile dla siostry proste jest odcięcie się, dla mnie nie. Obwiniam się, ze mama tyle nam dała, a ja o niej zle mysle. Ze nie ma faceta, wiec jak ja się odwroce, to ona umrze samotnie bez nikogo. Ze musze być dla niej dobra, bo ma tylko mnie. Wiecznie uważam, ze musze się jej tluamczyc z wszystkiego, bo ona i tak się dowie (kiedyś czytala nasze pamiętniki, bo lubi wszystko wiedzieć).

Wiem, ze najpewniej potrzebuje terapii, ale przede wszystkim potrzebuje się wygadać. Z siostra mam lepsze kontakty niż kiedyś, coraz bardziej rozumiem jej punkt widzenia, a coraz więcej żalu mam do mamy. Wiem tez, ze mama nigdy w zyciu nie przyzna się do błedów, do niej po prostu to nie dociera. Ma jakas blokadę , która nie pozwala jej myslec, ze ktoś inny ma racje, a nie ona. W dodatku boję się, że serio kiedyś jej cos się stanie jak wyrzygam jej wszystko, a nie będę umiala zyc ze swiaodmoscia, ze zabiłam człowieka..

Jakies rady? Czy moja mama jest toksyczna? Czy mam szanse na normalne zycie? Bardzo bym chciała, bo za dzieciaka go nie miałam.
proszę o pomoc i opinię z zewnątrz, bo odkad przeprowadziłam się daleko, moje leki się nasilily, ze nie spełniłam jej oczekiwan (praca na produkcji nie jest dla ciebie, przecież zawsze bylas taka ambitna), ze ją zawodzę (jestem jakies 200km od domu), ze wybrałam zycie z facetem a nie tak jak ona zycie ze swoja mama na starość.

W dodatku mam lekką hipochodnrie. Przez babcie i jej choroby ja wszystko widze u siebie, mimo ze wyniki mam super w normie. Ciagle się badam, ciagle się boje, ze a nuż cos się dzieje , ze będzie za pozno…

Proszę o pomoc..

Anna

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Powinnaś pomyśleć o psychoterapii. Trochę dużo tego by szukać rozwiązań na forum. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Mildrettt, o tyle jest mi bliska Twoja historia, że w moim domu również było obecne to zakłamanie: wszyscy wokół uważali moją matkę za "bohaterską samotną matkę", natomiast nie widzieli już przemocy, którą mi fundowała za drzwiami zamkniętymi.
Najprawdopodobniej podobne zakłamanie wywołuje w Tobie wątpliwości (lub jak by mogli to nazwać psychologowie: dysonans poznawczy) "czy ja właściwie to pojmuję co się dzieje, czy moje uczucia są prawdziwe, skoro inni twierdzą inaczej?".
To, co opisujesz, wyczerpuje definicję przemocy psychicznej. Wygląda na to, że mniej lub bardziej świadomie babcia i mama chciały Cię uzależnić od siebie. w tych relacjach najważniejsze były one - Twoim kosztem. W rodzinach ze zdrowymi relacjami każdy członek rodziny jest ważny - nie ma równych i równiejszych. W takich domach rodzicom jak najbardziej jest przykro, gdy dziecko "wyfruwa" z rodzinnego gniazda, ale ta przykrość jest niwelowana poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i dumy z dobrego przygotowania dziecka do samodzielnego życia.
Tutaj tego brak. Psychoterapia byłaby jak najbardziej wskazana, byś w relacji terapeutycznej mogła nauczyć się tego, czego nie mogłaś w domu rodzinnym.

Edytowane przez Gods Top 10

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×