Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
anna.o

Diagnoza

Rekomendowane odpowiedzi

Zadałam to pytanie w wątku "pytania do eksperta", ale ciekawa jestem też doświadczeń i opinii osób uczestniczących w psychoterapii.

 

Chodzę 1,5 roku na terapię w nurcie psychodynamicznym. Co jakiś czas pytam terapeutę, jaką diagnozę mi postawił, na co właściwie ja się leczę i nigdy nie dostaję na to pytanie odpowiedzi.

Rozumiem motywy, jakimi może kierować się terapeuta, nie chcąc podawać diagnozy, która mogłaby zaszufladkować pacjenta, osłabić motywację do leczenia itp. Ale jeżeli domagam się tego otwarcie, to czy nie jest moim prawem uzyskanie tej odpowiedzi?

Czy terapeuta ma prawo to zatajać przede mną?

Czy Wy poznaliście swoje diagnozy na terapii?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Proszę niech ktoś sie wypowie. To naprawdę ważne dla mnie. Czuję się paskudnie, jakby T mnie oszukiwał,ukrywał przede mną jakaś straszną prawdę. Boję się, że na następnej sesji powiem mu, że rzucam terapię, jeśli nie poda mi dokładnej diagnozy (takiej psychodynamicznej).

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Brałam udział w wielu terapiach i nigdy nie miałam żadnej diagnozy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Z tego co wiem, to terapeuci nie stawiają oficjalnych diagnoz. Na pewno mają swoje obserwacje i na ich podstawie planują terapię, ale to nie jest to samo co diagnoza oparta na testach psychologicznych czy taka stawiana przez psychiatrę. Jeśli brak odpowiedzi na Twoje pytania o rodzaj zaburzenia powoduje, że czujesz się oszukiwana, to może warto o tym właśnie uczuciu porozmawiać z terapeutą? Dlaczego to jest dla Ciebie aż tak ważne?

Ja nigdy nie usłyszałam wprost co mi dolega, czasami sama nazywałam swoje problemy i wtedy uzyskiwałam albo ciche potwierdzenie, albo głośne zaprzeczenie. Może to jest jakaś metoda dla Ciebie? :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

anna.o, opiszę Ci sytuację, jaką ja kiedyś miałam na terapii. Było to mniej więcej w podobnym czasie trwania terapii co u Ciebie. Zapytałam na którejś sesji o diagnozę. Terapeutka spojrzała się na mnie z lekkim uśmiechem i zapytała po co mi to? Odpowiedziałam, że chciałabym wiedzieć. Ona na to, tym swoim ciepłym i jednocześnie matczynym tonem, przez który zawsze czułam się jak głupek: "Pani Kasiu, na terapii nie stawiamy diagnoz. Nie ma sensu szufladkować pacjenta, ponieważ tak naprawdę niczemu to nie służy. Jedynie w Pani głowie tworzą się kategorie, które tak naprawdę nic nie znaczą. A jak się Pani wydaje, co Pani jest?"

Oczywiście, miałam ochotę Ją pogryźć, ale bąknęłam, co mi po głowie chodzi, a Ona przyznała rację, że rzeczywiście z takimi obszarami mam problemy. Nigdy więcej na terapii nie padło pytanie o diagnozę. A zatem, nie masz co liczyć na to, że terapeuta poda Ci diagnozę. Uważają tę kwestię wręcz za święte wytyczne, których naginanie może grozić ekskomuniką ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Zadałam to pytanie w wątku "pytania do eksperta", ale ciekawa jestem też doświadczeń i opinii osób uczestniczących w psychoterapii.

 

Chodzę 1,5 roku na terapię w nurcie psychodynamicznym. Co jakiś czas pytam terapeutę, jaką diagnozę mi postawił, na co właściwie ja się leczę i nigdy nie dostaję na to pytanie odpowiedzi.

Rozumiem motywy, jakimi może kierować się terapeuta, nie chcąc podawać diagnozy, która mogłaby zaszufladkować pacjenta, osłabić motywację do leczenia itp. Ale jeżeli domagam się tego otwarcie, to czy nie jest moim prawem uzyskanie tej odpowiedzi?

Czy terapeuta ma prawo to zatajać przede mną?

Czy Wy poznaliście swoje diagnozy na terapii?

 

Oczywiscie, ze rozpoczecie psychoterapii powinno byc poprzedzone diagnoza (niekoniecznie ostateczna) i Ty jako pacjent masz prawo ja poznac i wiedziec, na co bedziesz sie leczyc przez kolejny rok, dwa, trzy, piec... Zatajanie diagnozy przez pacjentem swiadczy albo o tym, ze teraputa nie traktuje go po partnersku w procesie leczenia (co to w ogole za argument, ze pacjenci uzywaliby diagnozy w niewlasciwym celu) albo (i to jest ten gorszy wariant), ze teraputa sam nie wie, co wlasciwie leczy, nie ma zadnego planu i kontroli nad tym procesem i terapia to beda takie luzne pogawedki, ktore moga trwac calymi latami i w najlepszym razie nie zaszkodza.

 

I o ile rozumiem, ze nie zawsze terapeuci sami z siebie podejmuja ten temat, tak odmowe odpowiedzi na konkretne zadane przez pacjenta pytanie uwazam za niedopuszczalna. Czy wyobrazacie sobie, ze lekarz jakiejkolwiek specjalnosci powie Wam, ze wie ale nie powie, bo ta informacja jest Wam doskonale zbedna? Chodzilibyscie wtedy na kolejne wizyty i bez zastanowienia lykali przepisane leki?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Oczywiscie, ze rozpoczecie psychoterapii powinno byc poprzedzone diagnoza (niekoniecznie ostateczna) i Ty jako pacjent masz prawo ja poznac i wiedziec, na co bedziesz sie leczyc przez kolejny rok, dwa, trzy, piec...
A terapeuta ma postawić diagnozę na podstawie czego? Trzech pierwszych wizyt? Opisu, który podaje pacjent? Większość pacjentów sama jest nieświadoma tego, co się z nimi dzieje, nie mówi o pewnych rzeczach, bo uważa to za nieistotne bądź nie potrafi się przełamać, żeby mówić i spora część wychodzi dopiero po czasie, więc jeśli terapeuta nie jest jasnowidzem, to nawet wstępna diagnoza na samym początku byłaby jedynie wróżeniem z fusów. Do takiego terapeuty z marszu przestałabym chodzić, bo byłby dla mnie niegodny zaufania.

Lekarz zanim postawi diagnozę, to zleca całą masę badań. Przynajmniej taki, który jest lekarzem, a nie udaje, że nim jest i strzela z leczeniem. Musi się na czymś oprzeć, żeby postawić diagnozę. A co robi błędnie postawiona diagnoza? Skutkuje tym, że choroba nadal się rozwija, bo leczenie jest niewłaściwe. Jeśli już trzymamy się metafory medycznej, to diagnoza < właściwa diagnoza > bywa postawiona dopiero po latach, przez 20- go specjalistę, który zlecił badania i wreszcie wykrył chorobę. Podam przykład z życia. Mój brat. Przez pierwsze 6 lat było wszystko w porządku. Normalny rozwój, dzieciak pełny życia. Z czasem coś się zaczęło z Nim dziać. Rósł na potęgę, często się przewracał, odczuwał bóle w kościach. Jeden lekarz stwierdził, ze to bóle wzrostowe. Objawy jednak stale się nasilały. Kolejny uznał, że młody symuluje . Jeszcze następny skierował do psychiatry. Mama latała z bratem po lekarzach i co lekarz, to inna diagnoza. W końcu pojechała do profesor z drugiego końca kraju, która przeprowadziła szczegółowe badania w kierunku chorób genetycznych i okazało się, że młody ma jedyną w Polsce mutację dwóch chorób genetycznych. Nie da się tego wyleczyć, ale dzięki odpowiedniej rehabilitacji, uwadze na tryb życia, dawkowaniu leków, młody może przedłużyć lata, w których będzie chodził, a nie jeździł na wózku, może niwelować ból, który już w chwili obecnej nigdy nie znika. Gdyby nie ta diagnoza, to kto wie, czy dzisiaj jeszcze by żył, bo każdy upadek, każde popchnięcie może skutkować pęknięciem tętniaka w mózgu lub rozwarstwieniem aorty, które i tak może nastąpić. Badania trwały kilka miesięcy zanim w ogóle profesor zaczęła mówić o diagnozie. Co by w przypadku mojego brata oznaczała błędna diagnoza? Jak wyżej - ból, męczarnię, kalectwo i być może śmierć, gdyby chciano go wysłać do szkoły i narażono na urazy. Wracając do tematu. Terapeuta nie ma na czym na samym początku się oprzeć, żeby postawić diagnozę. Nawet z czasem, kiedy pacjent zapyta wprost o diagnozę, to nie jest to takie do końca jasne, ponieważ w trakcie terapii zawsze może wyjść coś nowego, co zmieni postać rzeczy. Jeśli padnie pytanie, jakie obszary są "chore", jak Nam się wydaje, na co cierpimy, to terapeuta potwierdzi, zaprzeczy lub sprecyzuje. Nie będzie to jednak wiążąca diagnoza, a jedynie zarys, charakterystyka tego, co do tej pory jest wiadome. Terapeuci nie przeprowadzają diagnostyki. Opierają się na zarysach i na tej podstawie dopasowują terapię i moim zdaniem podanie diagnozy, jeśli się wcześniej nie przeprowadziło diagnostyki w ścisłym tego słowa znaczeniu - jest niczym innym jak tylko niekompetencją psychoterapeuty.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mam niezły mętlik w głowie... Wiem, że diagnoza w terapii może się zmieniać, że jest dynamiczna, ale jednoczesnie skoro terapeuta COŚ wie, ma jakieś hipotezy (a ma, no bez przesady - po 1,5 roku terapii jednak już chyba mnie dość dobrze zna...), to nie widzę powodu, dlaczego by nie mógł się tym ze mną podzielić. Czuję się jakby traktował mnie jak dziecko. Budzi to we mnie straszną agresję i chęć zrezygnowania z terapii... Ja nie chcę od niego diagnozy w postaci jakiegoś kodu ICD. Chcę diagnozę psychodynamiczną, opisową - na temat struktury mojej osobowości, konfliktów, mech obronnych. Chcę sobie to uporządkować w głowie, bo w tej chwili czuję, że czepiam się jakichś drobnych kawałków, a tracę z oczu ogólny obraz siebie. Nie wiem, jak z nim porozmawiać, żeby mi tę diagnozę podał, jak na niego wpłynąć. Czuję się strasznie bezradna. Bezradna i wściekła...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

anna.o, opisz może to, co opisujesz tutaj? Powiedz, to co Nam - że nie zależy Ci na kocie ICD tylko na tym, żeby dowiedzieć się, nad jakimi obszarami masz pracować, jakie są "chore", że czujesz się w tym wszystkim zagubiona i nie wiesz, na czym się skupić...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mówiłam mu to już... :( Usłyszałam, ze to brzmi tak, jakbym chciała, żeby on mi za pomocą tej diagnozy w jakiś magiczny sposób nadał tożsamość, której będe mogła się chwycić. Że chcę iśc na skróty, zamiast żmudnie, powoli dochodzić do prawdy na swój temat. Jestem bezsilna wobec tego jego uporu. W dodatku im bardziej on nie chce mi tej diagnozy ujawnić, tym bardziej ja mam poczucie, że to musi być coś strasznego - że on ukrywa jakąś przerażającą prawdę na mój temat, której nie chce mi ujawnić, bo uważa, że tego bym nie uniosła, załamałabym się i przestała mieć nadzieję na zmianę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dodatku im bardziej on nie chce mi tej diagnozy ujawnić, tym bardziej ja mam poczucie, że to musi być coś strasznego - że on ukrywa jakąś przerażającą prawdę na mój temat, której nie chce mi ujawnić, bo uważa, że tego bym nie uniosła, załamałabym się i przestała mieć nadzieję na zmianę.
A o tym Mu mówiłaś?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dodatku im bardziej on nie chce mi tej diagnozy ujawnić, tym bardziej ja mam poczucie, że to musi być coś strasznego - że on ukrywa jakąś przerażającą prawdę na mój temat, której nie chce mi ujawnić, bo uważa, że tego bym nie uniosła, załamałabym się i przestała mieć nadzieję na zmianę.
A o tym Mu mówiłaś?

Tak :(

W odpowiedzi otrzymałam uśmiech półgębkiem. I milczenie.

Boszz, terapia psychodynamiczna jest tak frustrująca, że serio zastanawiam się, czemu ja to sobie robię? :why:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

anna.o, dla mnie nie było to aż tak ważną kwestią, ale jeśli dla Ciebie jest, to rozmawiaj o tym do upadłego. Niemniej jednak, bardzo mocno to na Ciebie działa i mimo wszystko zastanawiam się - po co aż tak bardzo do tego dążysz? Co Ci to da? Co zmieni?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Usłyszałam, ze to brzmi tak, jakbym chciała, żeby on mi za pomocą tej diagnozy w jakiś magiczny sposób nadał tożsamość, której będe mogła się chwycić. Że chcę iśc na skróty, zamiast żmudnie, powoli dochodzić do prawdy na swój temat..

 

Może jest w tym stwierdzeniu ziarno prawdy? Zastanawiałaś się nad tym dlaczego z taką desperacją szukasz etykietek dla siebie? Co zrobisz z informacją, że prawdopodobnie masz to i to? Czy to coś zmieni w terapii?

Z jednej strony rozumiem, że chcesz wiedzieć, z drugiej rozumiem też Twojego terapeutę. Trochę zastanawiające jest to, że rozważasz porzucenie terapii po 1,5 roku dlatego, że terapeuta nie chce Cię zaszufladkować. Nie wiem jak jest w Twoim przypadku, ale ja idąc na terapię wiedziałam z jakimi problemami mierzę się na co dzień. Chciałam zrozumieć dlaczego postępuję tak a nie inaczej, dlaczego czuję to co czuję i jak to zmienić. Tak naprawdę tylko ja znam wszystkie swoje mechanizmy i schematy i na pewno nie wszystkie ujawniam na sesjach.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Usłyszałam, ze to brzmi tak, jakbym chciała, żeby on mi za pomocą tej diagnozy w jakiś magiczny sposób nadał tożsamość, której będe mogła się chwycić. Że chcę iśc na skróty, zamiast żmudnie, powoli dochodzić do prawdy na swój temat..

 

Może jest w tym stwierdzeniu ziarno prawdy? Zastanawiałaś się nad tym dlaczego z taką desperacją szukasz etykietek dla siebie? Co zrobisz z informacją, że prawdopodobnie masz to i to? Czy to coś zmieni w terapii?

Z jednej strony rozumiem, że chcesz wiedzieć, z drugiej rozumiem też Twojego terapeutę. Trochę zastanawiające jest to, że rozważasz porzucenie terapii po 1,5 roku dlatego, że terapeuta nie chce Cię zaszufladkować. Nie wiem jak jest w Twoim przypadku, ale ja idąc na terapię wiedziałam z jakimi problemami mierzę się na co dzień. Chciałam zrozumieć dlaczego postępuję tak a nie inaczej, dlaczego czuję to co czuję i jak to zmienić. Tak naprawdę tylko ja znam wszystkie swoje mechanizmy i schematy i na pewno nie wszystkie ujawniam na sesjach.

nie chcę jej porzucić dlatego, że T nie chce mnie zaszufladkować, tylko dlatego, że mam wrażenie, że nie jest ze mną szczery, że traktuje mnie niepoważnie. Poczułam się z tym paskudnie.

Ja jak zaczynałam terapię, też miałam poczucie, że wiem, jakie mam problemy i szłam tam, by szukać dla nich rozwiązania. Ale dość szybko okazało się, że to nie jest takie oczywiste, że u podłoża różnych moich zachowań leżą inne mechanizmy, niż do tej pory sądziłam, że nie znam siebie tak dobrze, jak mi się wydawało...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Oczywiscie, ze rozpoczecie psychoterapii powinno byc poprzedzone diagnoza (niekoniecznie ostateczna) i Ty jako pacjent masz prawo ja poznac i wiedziec, na co bedziesz sie leczyc przez kolejny rok, dwa, trzy, piec...
A terapeuta ma postawić diagnozę na podstawie czego? Trzech pierwszych wizyt? Opisu, który podaje pacjent? Większość pacjentów sama jest nieświadoma tego, co się z nimi dzieje, nie mówi o pewnych rzeczach, bo uważa to za nieistotne bądź nie potrafi się przełamać, żeby mówić i spora część wychodzi dopiero po czasie, więc jeśli terapeuta nie jest jasnowidzem, to nawet wstępna diagnoza na samym początku byłaby jedynie wróżeniem z fusów.Opierają się na zarysach i na tej podstawie dopasowują terapię i moim zdaniem podanie diagnozy, jeśli się wcześniej nie przeprowadziło diagnostyki w ścisłym tego słowa znaczeniu - jest niczym innym jak tylko niekompetencją psychoterapeuty.

 

Na podstawie wywiadu, testow, ewentualnej konsultacji u psychiatry lub czasami lekarza jakiejs innej specjalnosci... W koncu na jakiejs podstawie powinien ustalic, czym sie bedzie zajmowal i wykluczyc, czy problemy pacjenta nie maja podloza organicznego i czy w ogole psychoterapia ma sens, czy pacjent nie powinien sie np. pilnie znalezc u jakiegos innego specjalisty. Zreszta w opisywanym przypadku nie mowimy o pacjentce po trzech pierwszych sesjach, tylko o terapeucie, ktory po poltorarocznej terapii nie chce podzielic sie diagnoza, przez co pacjentka (IMO slusznie) czuje sie traktowana jak dziecko i gubi w domyslach, co takiego strasznego jej dolega, ze az trzeba to przed nia ukrywac (a terapeuta najwyrazniej dobrze sie bawi, skoro usmiecha sie polgebkiem i konsekwentnie odmawia podzielenia sie wiedza tajemna...).

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Na podstawie wywiadu, testow, ewentualnej konsultacji u psychiatry lub czasami lekarza jakiejs innej specjalnosci...
Poza trzema sesjami wprowadzającymi < nazwijmy to wywiadem > nie było niczego z powyższych. Wyobraźmy sobie sytuację, że na psychoterapię chodzimy do Instytutu, do psychiatry w Ośrodku Zdrowia, a lekarza ogólnego mamy prywatnego. Jakim cudem psychoterapeuta miałby się konsultować z kimkolwiek? Od kiedy na psychoterapii w ogóle podaje się nazwiska lekarzy?

I z drugiej strony - jaki lekarz udzieli informacji na temat pacjenta psychoterapeucie? Jeśli jest to jakiś ośrodek, gdzie i psychoterapeuta i psychiatra przyjmują razem i pacjent zgadza się na wymianę informacji, to teoretycznie może mieć to miejsce. Lub psychoterapeuta jest równocześnie psychiatrą. Ale tak? Jeszcze inna sytuacja - psychoterapia tak, a leki nie. Zero konsultacji psychiatrycznej. I co, wówczas psychoterapeuta odmówi terapii lub wymusi na pacjencie konsultację u psychiatry?

Psychoterapia nie musi łączyć się z diagnozą psychiatry. Psychoterapia jest niezależna. Nie znam również żadnego przypadku, kiedy psychoterapeuta konsultował się z lekarzem innej specjalności odnośnie pacjenta. Pacjent sam udziela psychoterapeucie informacji o swoim ewentualnym leczeniu, ale zazwyczaj i tak nie jest na to zwracana uwaga. Psychoterapeuta przyjmuje to do wiadomości, ale nie bazuje na diagnozie psychiatry tylko sam się stopniowo rozeznaje w sytuacji pacjenta. Testy...jeśli mamy diagnostykę, to tak, ale w psychoterapii psychodynamicznej nie słyszałam, żeby jakikolwiek psychoterapeuta przeprowadzał testy. Sama robiłam raz testy, ale niezależnie od psychoterapii i moja psychoterapeutka nie miała do tego dostępu. Nie było celu psychoterapii, nie było oczekiwań względem terapii, nie było diagnozy. Terapeutka obserwowała mnie i moje zachowania, słuchała tego, co mówię i dostosowywała terapię do mnie i moich potrzeb. Podsumowując - na początku postawienie diagnozy w psychoterapii nie ma podstaw.

Zreszta w opisywanym przypadku nie mowimy o pacjentce po trzech pierwszych sesjach, tylko o terapeucie, ktory po poltorarocznej terapii nie chce podzielic sie diagnoza, przez co pacjentka (IMO slusznie) czuje sie traktowana jak dziecko i gubi w domyslach, co takiego strasznego jej dolega, ze az trzeba to przed nia ukrywac (a terapeuta najwyrazniej dobrze sie bawi, skoro usmiecha sie polgebkiem i konsekwentnie odmawia podzielenia sie wiedza tajemna...).
A może to nie kwestia tego, że terapeuta nie chce się podzielić diagnozą. Może po półtora roku wie, że taka informacja w jakiś sposób mogłaby zaburzyć terapię? Może dąży w ten sposób do czegoś? Znamy w końcu tylko jedną stronę medalu. Skoro psychoterapeuta nie chce uparcie po półtora roku leczenia podjąć tematu diagnozy, to może ma konkretny powód? Nie znamy przebiegu terapii, nie znamy przypadku poza strzępkami, które podała autorka, a które są jednocześnie Jej perspektywą. Nie mam tutaj zamiaru bronić terapeuty, ale zastanawia mnie upór, z jakim odmawia odpowiedzi na zadane pytania tym bardziej wiedząc, ile to znaczy dla pacjentki. Może ten uśmiech jest jedynie odbiorem, a nie odzwierciedleniem zachowania terapeuty. Wątpię, żeby terapeuta bawił się kosztem pacjentki. Jeszcze po tak długim czasie trwania terapii.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Też pytałem terapeutke o diagnozę i też zapytała po co mi to nie odpowiadajac na moje pytanie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Na podstawie wywiadu, testow, ewentualnej konsultacji u psychiatry lub czasami lekarza jakiejs innej specjalnosci...Poza trzema sesjami wprowadzającymi < nazwijmy to wywiadem > nie było niczego z powyższych. Wyobraźmy sobie sytuację, że na psychoterapię chodzimy do Instytutu, do psychiatry w Ośrodku Zdrowia, a lekarza ogólnego mamy prywatnego. Jakim cudem psychoterapeuta miałby się konsultować z kimkolwiek? Od kiedy na psychoterapii w ogóle podaje się nazwiska lekarzy?

I z drugiej strony - jaki lekarz udzieli informacji na temat pacjenta psychoterapeucie? Jeśli jest to jakiś ośrodek, gdzie i psychoterapeuta i psychiatra przyjmują razem i pacjent zgadza się na wymianę informacji, to teoretycznie może mieć to miejsce. Lub psychoterapeuta jest równocześnie psychiatrą. Ale tak? Jeszcze inna sytuacja - psychoterapia tak, a leki nie. Zero konsultacji psychiatrycznej. I co, wówczas psychoterapeuta odmówi terapii lub wymusi na pacjencie konsultację u psychiatry?

 

W niektorych przypadkach jak najbardziej teraputa powinien uzaleznic decyzje o zastosowaniu psychoterapii od wczesniejszej konsultacji psychiatrycznej lub jeszcze jakiejs innej. A jesli pacjent odmawia, a sa powody, zeby przypuszczac, ze jego problemy moga byc spowodowane jakims innym schorzeniem lub sa zbyt powazne na sama tylko psychoterapie ambulatoryjna, to nieodpowiedzialne i nieetyczne jest rozpoczynanie z nim psychoterapii. Psychoterapeuci, ktorzy tak robia, albo przeceniaja mozliwosci psychoterapii i swoje wlasne albo (w przypadku praktyki prywatnej) sa zbyt pazerni, zeby odeslac pacjenta, niewazne czy oferowanie mu psychoterapii ma sens i bedzie dla niego optymalna opcja.

 

Psychoterapia nie musi łączyć się z diagnozą psychiatry. Psychoterapia jest niezależna. Nie znam również żadnego przypadku, kiedy psychoterapeuta konsultował się z lekarzem innej specjalności odnośnie pacjenta. Pacjent sam udziela psychoterapeucie informacji o swoim ewentualnym leczeniu, ale zazwyczaj i tak nie jest na to zwracana uwaga. (....) Testy...jeśli mamy diagnostykę, to tak, ale w psychoterapii psychodynamicznej nie słyszałam, żeby jakikolwiek psychoterapeuta przeprowadzał testy. Sama robiłam raz testy, ale niezależnie od psychoterapii i moja psychoterapeutka nie miała do tego dostępu. Nie było celu psychoterapii, nie było oczekiwań względem terapii, nie było diagnozy. Terapeutka obserwowała mnie i moje zachowania, słuchała tego, co mówię i dostosowywała terapię do mnie i moich potrzeb. Podsumowując - na początku postawienie diagnozy w psychoterapii nie ma podstaw.

 

To, ze terapeuci nie maja zwyczaju sie konsultowac i (jak wyzej napisalas) zazwyczaj nie zwracaja uwagi na to, co pacjent mowi im o swoim stanie zdrowia i leczeniu, nie oznacza, ze to jest wlasciwe i korzystne dla pacjenta. Koncentrowanie sie wylacznie na psychice i pomijanie innych mozliwych przyczyn zlego samopoczucia moze miec katastrofalne skutki dla klienta. Nie wszystko da sie wyleczyc psychoterapia i nie zawsze jest ona w ogole potrzebna.

 

 

 

 

 

A może to nie kwestia tego, że terapeuta nie chce się podzielić diagnozą. Może po półtora roku wie, że taka informacja w jakiś sposób mogłaby zaburzyć terapię? Może dąży w ten sposób do czegoś? Znamy w końcu tylko jedną stronę medalu. Skoro psychoterapeuta nie chce uparcie po półtora roku leczenia podjąć tematu diagnozy, to może ma konkretny powód? Nie znamy przebiegu terapii, nie znamy przypadku poza strzępkami, które podała autorka, a które są jednocześnie Jej perspektywą. Nie mam tutaj zamiaru bronić terapeuty, ale zastanawia mnie upór, z jakim odmawia odpowiedzi na zadane pytania tym bardziej wiedząc, ile to znaczy dla pacjentki. Może ten uśmiech jest jedynie odbiorem, a nie odzwierciedleniem zachowania terapeuty. Wątpię, żeby terapeuta bawił się kosztem pacjentki. Jeszcze po tak długim czasie trwania terapii.

 

 

Jesli poinformowanie pacjenta o diagnozie mialoby zaburzyc terapie, to opiera sie ona na bardzo kruchych fundamentach... Jesli terapeuta ma konkretny powod i do czegos dazy, to niech okresli, jaki to powod i uzasadni, dlaczego wolalby nie rozmawiac o diagnozie, a ostateczna decyzje niech pozostawi pacjentce. Nie mozna kazdego dyskusyjnego zachowania terapeuty uzasadniac tym, ze na pewno ma jakis powod i wazny cel, bo w ten sposob robi sie z niego jakiegos nieomylnego guru i otwiera sie w ten sposob pole do wielu naduzyc, ktorych w tym biznesie i tak nie brakuje.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W niektorych przypadkach jak najbardziej teraputa powinien uzaleznic decyzje o zastosowaniu psychoterapii od wczesniejszej konsultacji psychiatrycznej lub jeszcze jakiejs innej.
W niektórych przypadkach się zgodzę, aczkolwiek nie we wszystkich. Przykładowo przychodzi osoba z objawami PTSD. Terapeuta początkowo rozeznaje się w temacie i wie mniej więcej z jakim spectrum zaburzeń będzie pracował. Odesłanie pacjenta lub pacjentki do psychiatry na konsultację, jeśli ten się mimo wielu rozterek w końcu zdecydował na nawet nakreślenie tego, przez co przeszedł - byłoby jak wbijanie noża w plecy i wątpię, żeby ten nie tylko wrócił, ale żeby w ogóle chciał jeszcze korzystać z pomocy. Co innego, kiedy terapeuta podejrzewa np. schizofrenię. Wtedy z całą rozciągłością się zgadzam, że konsultacja jest konieczna.
a sa powody, zeby przypuszczac, ze jego problemy moga byc spowodowane jakims innym schorzeniem lub sa zbyt powazne na sama tylko psychoterapie ambulatoryjna, to nieodpowiedzialne i nieetyczne jest rozpoczynanie z nim psychoterapii.
Tutaj również się zgodzę z zastrzeżeniem, że te powody daje pacjent mówiąc o objawach. Terapeuta wielu rzeczy dowiaduje się dopiero w trakcie i stąd też bywają sytuacje, że po tym, jak się czegoś dowie, to przerywa terapię motywując to tym, że nie jest w stanie pomóc. Ileż to razy opowiadane były przypadki, że następowało to po x miesiącach terapii. Tyle, że wtedy pacjent dostaje po tyłku po raz kolejny. Nie dość, że cierpi z powodu zaburzenia, odważył się po wielu miesiącach powiedzieć, co go boli, to teraz został z ręką w nocniku. Owszem, niby jest to etyczne ze strony psychoterapeuty, ale pacjent często odbiera to jako odrzucenie i niekompetencje. Później, żeby skorzystać z pomocy kogoś innego ma ogromne opory....
To, ze terapeuci nie maja zwyczaju sie konsultowac i (jak wyzej napisalas) zazwyczaj nie zwracaja uwagi na to, co pacjent mowi im o swoim stanie zdrowia i leczeniu, nie oznacza, ze to jest wlasciwe i korzystne dla pacjenta. Koncentrowanie sie wylacznie na psychice i pomijanie innych mozliwych przyczyn zlego samopoczucia moze miec katastrofalne skutki dla klienta. Nie wszystko da sie wyleczyc psychoterapia i nie zawsze jest ona w ogole potrzebna.
Oczywiście. Nie wyobrażam sobie leczenia schizofrenii czy CHADu psychoterapią. No, ale to jak napisałam wcześniej - wiele zależy od tego, co pacjent psychoterapeucie powie, bo obowiązku konsultacji jako takiego psychoterapeuta nie ma...
Jesli terapeuta ma konkretny powod i do czegos dazy, to niech okresli, jaki to powod i uzasadni, dlaczego wolalby nie rozmawiac o diagnozie, a ostateczna decyzje niech pozostawi pacjentce.
A co jeśli uzasadnienia pacjentka nie przyjmie lub uzna za kiepskie? Ok, decyzja pacjentki. A z drugiej strony, skoro podał uzasadnienie i uważa, że jest wystarczające, to mamy pat. Co wtedy? Zmiana terapeuty? Tak, jak napisałam autorce wyżej - jeśli to dla Niej aż tak ważne, to drążyłabym temat do upadłego.
Nie mozna kazdego dyskusyjnego zachowania terapeuty uzasadniac tym, ze na pewno ma jakis powod i wazny cel, bo w ten sposob robi sie z niego jakiegos nieomylnego guru i otwiera sie w ten sposob pole do wielu naduzyc, ktorych w tym biznesie i tak nie brakuje.
A tego, to już w ogóle nie twierdzę, bo doświadczyłam nadużyć na własnej skórze zanim trafiłam na osobę, która wiedziała, co robi ;) Niemniej jednak jeśli chodzi o podawanie diagnozy, to wzbranianie się terapeutów przed jej podaniem jest raczej dość powszechne. Miałam terapeutkę pracującą pod superwizją, z wieloletnim doświadczeniem, zaangażowaniem, która cały czas się dokształcała, która pomogła mi podźwignąć się z największego bagna, a mimo tego jak zapytałam o diagnozę, to nie udzieliła mi konkretnej odpowiedzi. Myślę, że wynoszą to ze szkoły i trzymają się tego, co im tam wpojono bez względu na sytuację pacjenta...Weszło im to po prostu w nawyk...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chodzi o mój konkretny przypadek, to do terapeuty trafiłam, wcześniej już chodząc do psychiatry i lecząc się przez kilka lat. Nawet miałam robione testy diagnostyczne w międzyczasie. Ale mam silne poczucie, że on wie o mnie znacznie więcej niż psychiatra i niż psycholog, który robił mi test i rozmawiał ze mną przez godzinę. On potrafiłby mi postawić PRAWDZIWĄ diagnozę. Im dłużej chodze na tę terapię, tym bardziej się wkręcam w takie myślenie psychodynamiczne i zaczynam dostrzegać to, że za takimi samymi objawami u różnych osób mogą stać bardzo różne przyczyny. I testy mogą wykazać tylko ten obserwowalny efekt np to, ze ktoś unika sytuacji trudnych. I wtedy postawi mu się diagnozę osobowości unikającej. A terapeuta psychodynamiczny pod tym uciekaniem dostrzeże np narcystyczny strach przed zdemaskowaniem własnych słabości albo depresyjną obawę przed odrzuceniem. Ja bym chciała poznać właśnie to, co jest pod spodem. Ten wierzchołek nic mi nie mówi tak naprawdę na mój temat...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Lilith i szanowna pani toczą poważną dyskusję o diagnozowanych zaburzeniach i etyce psychoterapeuty, a tu się okazuje, że chodzi o "narcystyczny strach przed zdemaskowaniem słabości" i inne tego typu...

Anna o. nie dziwię się, że terapeuta nie chce Ci opowiadać takich rzeczy. Masz diagnozy postawione przez psychiatrę i psychologa klinicznego, a doszukujesz się jakiś cudów na kiju. Każde zachowanie człowieka da się podciągnąć pod psychoanalityczne frazesy, pytanie co z tego wynika?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Lilith i szanowna pani toczą poważną dyskusję o diagnozowanych zaburzeniach i etyce psychoterapeuty, a tu się okazuje, że chodzi o "narcystyczny strach przed zdemaskowaniem słabości" i inne tego typu...

Anna o. nie dziwię się, że terapeuta nie chce Ci opowiadać takich rzeczy. Masz diagnozy postawione przez psychiatrę i psychologa klinicznego, a doszukujesz się jakiś cudów na kiju. Każde zachowanie człowieka da się podciągnąć pod psychoanalityczne frazesy, pytanie co z tego wynika?

 

Czyli psychoanalityczne diagnozy nie są poważne?

Moim zdaniem tego typu "frazesy" mówią o człowieku znacznie więcej niż np. F33 wpisane w kartę choroby...

 

Diagnoza psychodynamiczna jest znacznie głębsza niż psychiatryczna. Obejmuje strukturę osobowości, mechanizmy obronne, konflikty, poziom rozwoju...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja dostałam, a raczej wywalczyłam diagnozę po 2- latach terapii. T opowiadał o tym przez godzinę, o głębokości zaburzenia, o możliwości wyleczenia, o moich mechanizmach przejawiania się, o terapii osób z takim samym zaburzeniem. To było wszystko dla mnie nowe, nieznane i wiele z tego co mówił nie zrozumiałam. Mnie to dużo dało bo wiedziałam dzięki temu na czym stoję, co mi dolega, jak mam się ustawić do pracy nad sobą, czyli ta diagnoza zmieniła moje nierealne oczekiwania względem siebie na to aby podejśc do pracy nad sobą zgodnie z tym co mi dolega a nie oczekiwac od siebie szybkich zmian.

Ale w późniejszym okresie terapii już niczego więcej się o sobie od niego nie dowiedziałam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Trochę dziwne to jest, co tu czytam. Jak można się wyleczyć, jeśli nawet nie wie się z czego. U mnie 1 spotkanie - mówię, że chyba mam fobie społeczną, spotkanie kończy się receptą i potwierdzeniem, że raczej to jest fobia społeczna. Teraz dojdzie psychoterapia i wiem, na czym mniej więcej może polegać, bo można o tym poczytać w necie.

A tu piszecie, że mijają 2 lata terapii nie wiadomo właściwie z czego i do czego prowadzącej. A to chyba ważne, żeby szybko określić, w czym jest problem, bo można wtedy też samemu szukać rozwiązań i próbować pokonać problem na różne sposoby. Nie mówiąc już o tym, że ukrywanie takich rzeczy w przypadku, kiedy się płaci gruby hajs za terapię wygląda na naciągactwo. Wiem, że macie o wiele większe doświadczenie w tych wszystkich sprawach, ale ten nurt psychodynamiczny naprawdę trąci mi odrobinę szarlatanerią.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×