Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

rupert

Użytkownik
  • Zawartość

    71
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. rupert

    nienawidze pisu

    Dokładnie. A jak ktoś uważa że nasz kraj tak by się po prostu rozwinął tak czy inaczej, to mamy próbkę Polski, która do UE nie weszła: bezpieczeństwo i służba zdrowia to kompetencje własne krajów, i Unii nic do tego, można więc przejść się do przychodni albo na komisariat policji. A dokładniej: policja i służba zdrowia też mogą ciągnąć kasę z UE, ale muszą się podczepić pod coś innego niż ich zwykłe działania. Np. badania naukowe. Pod tym pretekstem działają niektóre zdrowotne programy profilaktyczne - wypełnia się raz na jakiś czas ankietę, ktoś prowadzi jakieś na tej podstawie badanie naukowe, a "przy okazji" ma się wysoki, "ponad-NFZowski" standard opieki zdrowotnej, np. brak kolejek (bo badanie taki standard opieki zakłada). Ale to wyjątki, generalnie budynki przychodni i policji stanowią dobry przykład zakonserwowania Polski z 2004 r. Za to kasa na infrastrukturę, np. drogi, urzędy gmin, dzielnic, i ogólnie miasta: parki, ulice, place zabaw itp., płynie sobie strumykiem odzwierciedlającym jedynie chęci lokalnych urzędników do składania wniosków i wymyślania projektów.
  2. rupert

    Czy można się nie nadawać do terapii?

    Dobrze że sobie odpowiedziałaś i ja już nie muszę Niemiłe doświadczenia są wpisane w terapię - tyle. Nie dlatego, że terapeuta jest niemiły, ale to z czym przychodzimy jest niemiłe. Tyle powinien wiedzieć każdy rozpoczynający terapię, bo jak zacznie ją zmieniać z tego powodu że terapeuta nie jest wspierający, nie pociesza itp., to skończy zmieniać jak trafi do charyzmatycznego, miłego szarlatana. Zanim przyjdziemy na terapię jest "mniej niemiło", bo nauczyliśmy się odsuwać, owijać nasze problemy, a na terapii się nie da. znów: przynajmniej I dobrze napisała El, ale co z tego wynika to już inna sprawa. Zastanów się dlaczego ważnym czynnikiem leczącym w czystej psychoanalizie jest relacja, a tam terapeuta praktycznie nic nie mówi, a nie jest tak ważna w terapii poznawczo-behawioralnej, gdzie może nawet pacjenta przytulić? i żeby Tobie było łatwiej skrytykować terapię, zdemaskować jej tajniki: słuchajcie, ten Wasz wspierający ciepły terapeuta udaje i nauczył się tego na kursach. Albo żeby można było powiedzieć, że terapia odsuwa od rodziny i znajomych bo daje słodką fikcję zamiast gorzkiego życia. Albo że jest rozmową z przyjaciółką. Dobra terapia ma właśnie wbudowane bezpieczniki, które przed takimi zagrożeniami chronią. Ty ostrzegasz przed zagrożeniami, sugerując rezygnację z tych bezpieczników. Nie ja straszę kosztami, wręcz przeciwnie, uważam że są adekwatne. I nie straszę przed terapią, to Ty to robisz. Ktoś kto założy, że będzie zawsze miło i przyjemnie, sam się po prostu przestraszy na początku, ale nie dlatego, że od kogoś mu się dostanie.
  3. rupert

    Czy można się nie nadawać do terapii?

    Terapia musi zakładać pewną motywację. Nawet jak kogoś na terapię się wysyła, to nie na tej zasadzie, że on pójdzie, będzie bawił się telefonem, albo mówił cały czas "pomidor", a terapeuta za pomocą słów, gestów czy mimiki w międzyczasie nim wstrząśnie. Zarzuca się psychoterapii manipulację, a wymaga się manipulacji iście kaskaderskich - nikt tego robił nie będzie. Oczywiście przymusowa terapia to skrajny przykład, ale to nie ja go podałem, skoro się pojawił to komentuję. Bardziej przyziemnie, to terapia dotycząc rzeczy często nieprzyjemnych jest trochę ostatnią deską ratunku. Bronimy się przed nią, o ile mamy gdzie uciec. Ale przy tych różnych próbach i obronach tracimy mechanizmy obronne, w swoim tempie, tak żeby sobie nie zaszkodzić. W końcu jesteśmy "gotowi". Więc na początku jeszcze nie jesteśmy gotowi, a nie jesteśmy pacjentem, który się do terapii nie nadaje w ogóle. Dlaczego od razu nie jest miło i zachęcająco? Zarzuca się psychoterapii bycie "rozmową przy kawie", a wymaga żeby była przyjemna i pacjent chciał na niej zostać (mimo dużej ceny i zwykle braku kawy). A kiedy tak się stanie i pacjent zostanie, przeciwnicy terapii ujawniają jej "mroczne tajniki" - że wyszkolony na kursach manipulacji terapeuta udaje przejmującego się, i manipuluje nimi. Właśnie nie, bo tam nie ma pocieszania, użalania się. Terapeuta jest zaangażowany, oferuje pełną uwagę. I nikt nie musiał go uczyć udawać uważności, jeśli już to łatwiej było nauczyć go tej uwagi nie rozpraszać (albo najlepiej, z czym związane jest zalecenie ukończenia przez terapeutę własnej terapii: uporządkowanie swojego życia, i emocji, które nie galopują niepotrzebnie wokół co ja kupię dziecku na obiad, albo czy zdążę na autobus, bo od tego nie zrobi lepszych zakupów ani nie będzie szybciej na przystanku). Jeśli jedyne co robimy to przychodzimy na terapię, to czy mówimy "pomidor" czy tylko myślimy "pomidor", to wsiadamy do samochodu, ale nie jedziemy, ze swojej winy, bo nie wkładamy kluczyków. Jeśli przychodzimy, i stresujemy się, myślimy o czym można powiedzieć, dochodzimy do wniosku "przecież ja nigdy tego nie powiem", to już jedziemy, tylko jeszcze tego nie wiemy. Jak zniechęceni będziemy chcieli wysiąść, to wysiądziemy, też na własną odpowiedzialność.
  4. rupert

    Początki psychoterapii

    Jest w sumie na ten temat wątek i 423 odpowiedzi
  5. rupert

    Początki psychoterapii

    Nie bój się, nie wstydź to zawsze złe rady. I nie mam zdania, czy te akcje są cenne To stwórzmy taką czarną listę ryzyka, dowolnie szczegółową, ale jak nawet zgodzimy się, że taka lista jest cenna, to nie znaczy że wszystko tam można wrzucać i każdy ma się na to zgodzić. Z mojego punktu widzenia na czarnej liście mogłoby być np.: - terapeuta zmienia bez uzasadnienia zasady, np. płatności, odtąd płaci się za każdy upływający tydzień, bez możliwości odwołania - terapeuta nakłada kary finansowe za zachowanie pacjenta - terapeuta ignoruje prośby pacjenta, by nie poruszał jakiegoś tematu - terapeuta w ramach nacisku na pacjenta mówi, że jak nie ma tematu do poruszenia, to na dziś kończymy (np. w połowie sesji) Ale nie powinno być na czarnej, ani nawet szarej liście: - terapeuta prawie nic nie mówi, czasem tylko o coś dopyta - terapeuta na wątpliwości pacjenta odpowiada opisując proces z jego punktu widzenia, mówiąc o oporze. Albo używa którejś innej z opcji przeze mnie przedstawionej. I nie zmieni tego, że ktoś napisze to tak, że brzmi to śmiesznie. Że terapeuta na wszystko ma dobrą odpowiedź. Bo starałem się opisać, że w takim ujęciu, to co on nie zrobi, to będzie źle. Odpowie: źle, nie odpowie: nie traktuje pacjenta poważnie. Przyzna mu rację: no to niby dobrze, zgodził się że jest niekompetentny. No ale wtedy też jest niekompetentny. To gorsze niż test wody dla czarownicy: ona przynajmniej jak tonęła to nie była czarownicą, tylko jak pływała to była. Tu terapeuta zawsze wychodzi na niekompetentnego. I nie wyśmiewam niczyich obaw, piszę najwyżej, że coś to akurat dla mnie jest normalne, albo że jest niepokojące. Chyba widać że wyśmiewałem wyśmiewanie tekstów terapeuty o oporze. Jeszcze przed chwilą tłumaczyłem się, że przywiązuję za dużą wagę do kwalifikacji: Staram się iść do dobrego mechanika. Ale nie oglądam z nim samochodu od spodu, i nie sprawdzam każdej śrubki po nim. To tak niemetaforycznie, bo co do terapeutów to nie jestem przeciwny sprawdzaniu w trakcie pracy, tylko mam zastrzeżenia do jakości tego sprawdzania - jak opisałem wyżej.
  6. rupert

    Początki psychoterapii

    Terapeuta jako postać tragiczna, co by nie zrobił to źle: pacjent nabiera wątpliwości co do sensu terapii, np. po paru tygodniach, powiedział już z czym ma problemy i parę trudnych rzeczy, zmian nie widzi a coraz bardziej widzi, że chyba teraz przyszedł czas, żeby zrobił coś terapeuta (A co? Pacjent nie wie, to nie on jest specjalistą). Szczególnie że policzył wydaną kasę, która weszła już dobrze w liczby czterocyfrowe, i nabiera wątpliwości którymi się dzieli. Co robi terapeuta: 1. terapeuta perfidny - przywiązuje pacjenta do fotela w białych rękawiczkach - wyjaśnia jak to wygląda z punktu widzenia procesu terapii (np. "że wlasnie dokopali sie do czegos waznego, ze to ich chora czesc w ten sposob broni sie przed zmiana i chce przerwac terapie w tak waznym momencie, ze to opor") 2. terapeuta wzruszenie ramionami/bezczelny/niezaangażowany - mówi że rozumie, że pacjent nie widzi sensu w terapii, upewnia się czy to ostatnie spotkanie czy będzie jeszcze kolejne. Niby bezkonfliktowo, ale dopiero wtedy pacjent zaczyna czuć się naprawdę oszukany i wkurzony, odbiera to jako przyznanie terapeuty, że to był czas stracony (no bo chyba by się bronił jakby uważał inaczej?). Terapeuta mówi, że pacjent nie pytał o jego zdanie, ale skoro pyta, to... patrz p. 1 2. Terapeuta bezczelny odmiana 2 - wkurzenie pacjenta na terapię, jego wątpliwości, traktuje tak samo jak inne kwestie o których opowiada pacjent, słucha, czasem dopytuje o uczucia (Czy nie słyszysz człowieku że właśnie tego mam już dość?). 3. terapeuta że ręce opadają - mówi że skoro pacjent nie widzi sensu, to może faktycznie nie jest w stanie mu pomóc. Może to też niedopasowanie osobowościowe? Ale nie ma się co zrażać co do terapii w ogóle, tylko np. zmienić terapeutę. (Jak to może być że terapeuta nie może pomóc, co konkretnie wykracza poza jego kompetencje?? A w ogóle to dopiero teraz się zorientował? Niedopasowanie osobowościowe - litości, a co to, małżeństwo?!)
  7. rupert

    Początki psychoterapii

    Nikt nie mówi że nie wolno ani że zaburzone. Po prostu jak ktoś mówi o błędzie, to można dyskutować, błąd to konkret. Zresztą chyba po to ludzie piszą, żeby poznać zdanie innych. Oczywiście, każdy inny powód, w tym taki, że ktoś ma np. sposób bycia albo wyraz twarzy który Ci nie odpowiada i źle nastawia. Ale znów, jeśli ktoś mówi o błędach, albo sensie lub braku sensu terapii, to można się zastanawiać co jest błędem, o to też zakładam chodzi rozmówcy. Albo tylko o potwierdzenie, że to błąd, ale jak ktoś przedstawia swoją wizję, to też po to, żeby skonfrontować to ze zdaniem innych, i musi się liczyć z tym, że usłyszy to co myślą, a nie to co chce usłyszeć. - Panie, idę z tego lasu, komary, kleszcze, a tych grzybów których niby taki urodzaj to wcale nie ma, to jakieś kłamstwo - Nie no są, pójdzie Pan o tam, kozaki, borowiki... - Nigdzie nie pójdę, sam sobie Pan łaź po tych chaszczach! - ??? Dlatego moim zdaniem dobry terapeuta nie mówi mi, że moje intencje są takie a takie, inne niż mi się wydaje. Może się czasami zapytać, czy przypadkiem w danej sytuacji nie chodziło mi jeszcze o to i o to mimo że o tym nie mówiłem, żeby pacjent sprawdził na ile to prawda (bo tylko on to wie). Objawy: wiadomo że objawy zna pacjent, terapeuta może powiedzieć że ktoś wygląda np. w danej chwili na przestraszonego albo zmartwionego, ale tu nie może być pomyłki, bo on tylko mówi co widzi. Nie może być też mowy o przypisywaniu mocy, bo to tylko pomoc w odkrywaniu, takim którego nie da się zrobić myśląc, a tylko rozmawiając. Tu z kolei może pojawić się głos, że taki terapeuta wcale nic nie robi, ale to nieprawda, ważna jest zarówno jego wiedza, jak i uważność, chociaż pozornie działania są drobne. W takiej wizji terapii głównym błędem mogłoby być rozpędzenie się terapeuty, nabranie przekonania, że on wie lepiej, narzucanie tego pacjentowi itp.
  8. rupert

    Podejście terapeutki do problemu kontaktów z ludźmi

    Gdyby celem terapii było uzyskanie trafnej rady, ale terapia to nie jest kierowanie życiem pacjenta, uzyskiwanie złotych rad, ani nawet złotych spostrzeżeń. Sensem mówienia pacjenta jest samo to, że mówi, przeżywa przy tym inne emocje niż tylko o czymś myśląc. Ważne jest też to, że terapeuta coś się dowiaduje. To co mówi terapeuta też traktuję w tych kategoriach: to kieruje Twoją uwagę na jakiś aspekt tego o czym mówisz, albo jakiś aspekt relacji z terapeutą. Może Cię sprowokować do mówienia o tym, np. o tym, że praca na pół etatu przeraża Cię równie jak na cały. Albo że jednak trochę mniej. Albo może Cię sprowokować do mówienia o tym co myślisz, jak słyszysz taką radę. Np. "myślałem, że trafiłem do kogoś, kto ma jakiś lepszy ogląd lęku i jego konsekwencji, a to co słyszę dowodzi, że jestem kompletnie niezrozumiany". I wtedy terapeuta może coś dopytać na temat bycia zrozumianym. W dodatku to kierowanie uwagi też nie ma być jakieś genialne. Gdzie terapia różni się od rozmowy z kolegą, tam się różni, ale jak terapeucie przychodzi do głowy "praca na pół etatu", to o tym mówi, nie ma w tym nic złego. Terapia to nie jest zadanie, które można rozliczać krok po kroku, dobrze/źle. Przykład: popełniono morderstwo, ciało znaleziono w krzakach, kilometr od drogi leśnej. Przyjeżdża detektyw, niby świetny, a zaczyna sprawę od przejścia się po drodze. Policjanci komentują jaki to niby geniusz przyjechał a nawet krzaków nie obejrzy. I po co patrzy tu i tu przecież widać że tam nic nie ma. Chodzi mi o to, że to nie jest praca przy taśmie, ani wyścig. Radząc? Albo nie mając pretensji że rady nie wcieliłeś w życie? Na pewno dobrze, że nie miał pretensji, bo terapeuta nie powinien mieć do pacjenta pretensji o jego decyzje. A rada dla mnie pełni bardziej funkcję którą opisałem wyżej, niż wymuszenia jakiegoś Twojego działania, więc jej słuszność nie ma takiego znaczenia.
  9. rupert

    Początki psychoterapii

    Z tymże po rozmowie z terapeutą też można być zdołowanym i on nic z tym nie zrobi. Ale za to nie wykorzysta przeciwko nam Nie tyle jako zaburzenie, co szukanie wymówki przed trudnymi początkami. I nie każdy, tylko takie rzeczy którymi jesteśmy zawiedzeni, a które nie muszą świadczyć że terapeuta nie prowadzi terapii dobrze. Co oczywiście każdy interpretuje po swojemu, ale moim zdaniem niektóre interpretacje są zbyt ostre. W ogóle nie traktowałbym że z pacjentem jest coś nie tak, nawet jak często zmienia. Czasem tylko może to być szukanie wymówek. Oczywiście nie chodzi mi o sytuacje niezależne od pacjenta np. że likwidują ośrodek. Myślę, że dobry terapeuta nie powinien zmian traktować negatywnie. W ogóle dobry terapeuta nie ma powodu traktować negatywnie naszej historii. Domyślam się, że zmiany mógłby traktować negatywnie np. kategoryzując pacjenta jako "roszczeniowy", i pomyśleć, że jak pacjent roszczeniowy, to znaczy pewnie mnie też będzie się czepiał. Ale to musiałby być słaby psychicznie, żeby brać takie rzeczy do siebie. I w ogóle wbrew temu co niektórzy mówią, myślę że terapeuta nie powinien naklejać na pacjenta etykietek, wtedy lepiej i adekwatnie ocenia to co słyszy, a nie że uprze się na jakąś etykietkę i patrzy przez jej pryzmat. Pytanie też, czy to my nie myślimy: "on to pewnie tak ocenia", i przez ten pryzmat traktujemy jego reakcje, dopasowujemy je do tego co my myślimy, że on myśli. Oskarżenia, ustawienia życia: nie wiem jak to w praktyce wyglądało, ale nie zawsze to co bierzemy za sugestię, oskarżenie itp., jest tym rzeczywiście. Np. terapeuta może zapytać: "rozumiem, że terapia jest warta poświęcenia na nią godziny + drugiej godziny na dojazd, ale już nie godziny terapii + 2 godzin na dojazd". Takie pytanie to nie oskarżenie, a lekka prowokacja + próba ustalenia stanu faktycznego. Generalnie dobra terapia to dla mnie porządne "zmącenie wody", w każdym temacie o którym się rozmawia. Może nawet w pewnym ujęciu terapia to tylko tyle i aż tyle. Nasz umysł jest zdrowy, choruje przez nagromadzone osady, które trzeba zmącić, jak się uruchomią, to sobie już z nimi poradzi. Widzę, że niektórzy sądzą że nie, że umysł sobie może z czymś nie poradzić, i że trzeba uważać. Być może, tu analogią byłoby nagłe odchudzanie, które podobno może uruchomić toksyny zgromadzone w tłuszczu, które mogą być niebezpieczne dla zdrowia/życia. Może tak jest. Ja się skłaniam do tego, żeby po prostu terapeuta nie narzucał tempa, sami nie zrobimy sobie krzywdy tym co mówimy, tak jak samemu nie da się udusić poduszką. Ale wracając do zmiany miejsca terapii i dojeżdżania godzinę: to jednak bardzo poważna zmiana warunków terapii niezależna od Ciebie, pewnie na takich warunkach byś jej wcale nie zaczęła, więc uważam że terapeuta, niezależnie od dopytania o Twoje możliwości dojeżdżania powinien jednak wziąć odpowiedzialność za to, to prawie jak likwidacja ośrodka.
  10. rupert

    Początki psychoterapii

    Oczywiście, że kwalifikacje to nie wszystko, a audycje radio-tv jeszcze mniej, ale warto na początku podjąć próbę znalezienia terapeuty, którego kwalifikacje i doświadczenie nas satysfakcjonują, żeby potem niepotrzebnie nad tym się nie zastanawiać. Bo potem mamy mieszankę wątpliwości, którą trudno rozwikłać, tu coś powiedział nie tak, tu chyba popełnia błędy, a kwalifikacje w sumie też pozostawiają wiele do życzenia. Niech chociaż te kwalifikacje będą tymi, które nam wstępnie odpowiadają, zmniejszy to liczbę prób zakończonych niepowodzeniem. To nie jest usługa: jest mi źle, zrób Pan(i) coś ze mną. To jest usługa terapii, w której działa się zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą. Pewnie że terapeucie łatwiej, dlatego nie uważam że nie robi tego, bo to dla niego trudne, albo że jest leniwy. Dlaczego terapeuta miałby zachowywać się niezgodnie z założeniami swojej szkoły, np. terapii psychodynamicznej? Pacjent milczy, terapeuta nie ma się domyślać: co ja mogę zrobić, żeby to milczenie przerwać. Po pierwsze dlatego, że to milczenie nie jest czymś złym co ma być przerwane. A nawet jakby terapia utknęła w miejscu, to terapeuta nie ma próbować to tak, to inaczej. Choćby dlatego że może to być też próba sił. Bo łatwiej jest odpowiedzieć na pytanie niż samemu powiedzieć - więc ja zaczekam, a w międzyczasie powkurzam się na terapeutę, że bierze kasę za nic, może w końcu zrobi to za co mu płacę. Ale nawet jak to nie jest wykalkulowana próba sił, to terapeuta nie ma też decydować: ten pacjent, to próbuje mnie przetrzymać, nie mogę się dać. Ale ten, to autentycznie nie wie co robić, to ja mu trochę pomogę. Bo nie na tym to polega. Jeśli coś w terapii el33 mnie razi, to próba narzucenia tempa przez terapeutę. Z tego co widzę interesuje Cię głównie temat skuteczności terapii, i niebezpieczeństw terapii. Ale choćbyś przeczytała na ten temat całą dostępną literaturę, to tam też pojawia się odniesienie do konkretnych nurtów. Nie dowiesz się z tych opracowań, co jest założeniem danego nurtu. Potem twierdzisz, że terapeuta powinien robić to i to - nie wiedząc że w danym nurcie byłaby to bzdura, i z pewnością terapeuta gdyby zastosował się do Twoich wskazówek znalazłby się po stronie terapeutów nieskutecznych. Nie musi być trudnych początków - to myślenie życzeniowe. O trudnych początkach napisano wiele, trzeba by poddać literaturę która mówi o trudnych początkach zestawieniu z literaturą, która mówi, że tych początków być nie musi, i próbować je poddać ocenie wartości naukowej, póki tego nie ma, można sobie pogadać. To Ty uznajesz że terapia to jeden wielki eksperyment, nie zła terapia, tylko każda terapia. Przy takim podejściu siłą rzeczy terapeuci muszą czekać, aż się w konsekwencji psychoterapii (eksperymentowania) poprawi. Chociaż teraz roztaczasz wizję terapii która eksperymentowaniem nie jest i od razu poprawia jakość życia. I robisz to w oderwaniu od nurtów. Pogadać sobie można. Jest wiele opcji minimalizowania bólu psychicznego, najlepsze stają się popularnymi nałogami. Moim zdaniem tak nie jest, że możliwa jest terapia bez bólu. Ja od samego myślenia o czym nie mówię, czułem się fatalnie. Terapeuta niewiele mówił, prawie nic, ja czasem nic, czasem trochę, ale nie miało to większego znaczenia, chodziło o to, co wypłynęło na wierzch. Nie uraził mnie absolutnie żadnym komentarzem. Nie uważam też, że ból byłby złagodzony, gdyby jego komentarze były wspierające. One wspierały terapię, ale nie zmierzały do uspokojenia mnie, zmniejszenia żalu, poczucia winy itp. Ktoś kiedyś zadał pytanie dlaczego nasz mózg stwarza nam tyle cierpienia, ewolucyjnie powinny być promowane umysły które neutralizują cierpienie. I tak jest, one jak to tylko możliwe neutralizują cierpienie, a jak im się nie uda, to odkładają cierpienie głęboko, i je maskują. Ale ono tam jest i nic tego nie zmieni. I wcale nie wiem czy taka cecha naszego umysłu jest dobra. Dobra ewolucyjnie, bo pozwala w miarę normalnie funkcjonować, ale "stan zapalny" nie znika, a nawet rośnie. Życie jest za krótkie: tak. Ale analogia medyczna: mam postępujący problem ze stawami. Idę do dobrego lekarza, potem do dobrego rehabilitanta, sprawdzając wcześniej kwalifikacje i referencje. Poddaję się wieloletniemu leczeniu, nie mam pretensji że postępy są tak wolne, albo nawet mam pretensje, pytam, wkurzam się, ale się leczę. Jakbym miał przekonanie, że są dla mnie dostępni lepsi lekarze i lepsi rehabilitanci, to bym poszedł od razu do nich. Nie miotam się od rehabilitacji, przez homeopatię, energoterapię, a potem wracam po latach do rehabilitacji, bo to byłaby właśnie strata czasu. Nie znaczy to że nie mogę zmienić lekarza: ale świadomie, ze znanych mi przyczyn. I podejście: medycyna jest w moim problemie w powijakach, to jakieś czary-mary a nie leczenie - raczej nie pomoże. Trzeba wybrać najlepsze dostępne czary-mary na rynku, a potem za dużo nie grymasić. To znaczy można grymasić, szukać info, rozmawiać z terapeutą, ale zmieniać w sytuacjach ewidentnych. To moje zdanie. Wierzę że wiesz jakie, i że jesteś swego pewna. A jak się sprawdzała Twoja ocena - tego akurat nie wiem.
  11. rupert

    Początki psychoterapii

    Jak ktoś skreśla terapeutę "na wyrost", to potem powstają historie jak to ktoś z przerwami chodzi na terapię 15 lat, a na żadnej nie zagrzał miejsca dłużej niż 5 miesięcy. Jak tylko coś się nie spodoba rezygnuje: a to nic nie mówi, a to coś powiedział nie tak, a to nie jest wspierający. Nie mówię, że nie macie racji, może tak, ale warto znać konkretny powód dla którego na wszelki wypadek skreślamy. "Terapeuta popełnia błąd za błędem" - czy na pewno wiemy jakie? Zgadzam się, że lepiej zamiast: "Sabotuje Pani terapię, nie chce Pani przyjąć pomocy" powiedzieć: "Sabotuje Pani terapię, bo bardzo się Pani boi". Przy czym jako spostrzeżenie, a nie jako argument że terapeuta jest zły. Bo co, bo za mało wspierające? Jakby było bardziej wspierające, to też się można czepnąć że to "dobra mama" a nie terapeuta. Tak to wszystko można zjechać: wspiera, nie wspiera, radzi, nie radzi - wszystko można ubrać w słowa krytyki. I terapeuta i pacjent biorą odpowiedzialność za terapię. Ale mam wrażenie, że niektórzy w tym zdaniu widzą tego czego tam nie ma. Np. jak ktoś milczy 10 sesji, to nie znaczy, że terapeuta jest zły, bo nic z tym nie robi, jest leniwy albo tak mu łatwiej (łatwiej może być tak naprawdę zagadywać). Jak ktoś mówi o trudnych sprawach, następuje pogorszenie, i umysł wybiera znaną sobie destruktywną ścieżkę, to nie jest do końca tak, że terapeuta czegoś nie zrobił, co powinien zrobić, i wtedy tak by się nie stało. Lepiej sprawdzić kwalifikacje: wykształcenie, doświadczenie,certyfikaty itd., tak żeby w naszej ocenie było to ok, i potem już do tego nie wracać. I nie łapać za słówka, grymasy twarzy, minutowe spóźnienia - bo ryzykujemy to, że część nas która się broni przed terapią właśnie w ten sposób unika terapii. A powód zawsze się znajdzie. Nie podoba mi się też skwitowanie el33, że wybiera zadowalanie terapeutki, "dobrą mamę", zamiast zdrowia. A jak to by wyglądało, żeby było "zdrowo"? Moim zdaniem wybiera zdrowie, mimo że łatwiej iść utartymi ścieżkami - nasz umysł powoduje że cierpimy, ale też zapewnia nam wytchnienie, a na początku terapii wszelkie drogi wytchnienia mogą być zamknięte, stąd to zwiększone cierpienie. Dlatego początki są takie trudne. Łatwiej jest tak naprawdę wybrać brak terapii. "Wybieram zdrowie zamiast terapii" to w tym kontekście świetny mechanizm obronny podany na tacy.
  12. rupert

    Zazdrość o pacjentów terapeuty

    Myślę, że to normalne, w wątku "Co na dzisiaj..." też gdzieś ludzie o tym pisali, jak już sam fakt zobaczenia innych pacjentów wychodzących od terapeuty wkurza ich/wywołuje zazdrość. Pewnie tym większą, im większe zaangażowanie, a duże zaangażowanie to raczej dobrze dla terapii. U mnie też takie uczucia się pojawiają, już przy samym wychodzeniu pacjentów, przy rozmowie terapeuty z innym terapeutą. Sytuacja którą opisałaś: "small talk" terapeuty z innym pacjentem, z zachodzeniem na mój czas - na pewno znacznie bardziej niż poprzednie by na mnie wpłynęła. Pewnie zastanawiałbym się kto zaczął rozmowę, jak terapeuta to pewnie jeszcze zazdrość by dodatkowo wzrosła. U mnie to nie jest tak intensywne, jakieś 1-3 na 10-stopniowej skali - przy czym nie ma u mnie straty czasu, bo są 10-minutowe przerwy między pacjentami, skracają się przez np. drobne przedłużenie sesji, ale do nałożenia rozmowy z poprzednim pacjentem na sesję kolejnego raczej nie ma prawa dojść. Przy sztywnych godzinach (drugi pacjent bezpośrednio po pierwszym), bez zaplanowanych przerw, pewnie to jest trochę nieuniknione, i bardzo niekomfortowe dla wszystkich: bo albo terapeuta utnie pacjentowi temat nie mogąc okazać nawet minutowej elastyczności czasowej, albo kolejny pacjent będzie miał pretensje o swój czas. Trzecia opcja, to że trochę się nawarstwią opóźnienia, i np. pacjent umówiony na 17 wejdzie o 17:10 - to chyba mimo wszystko najlepsza moim zdaniem opcja, i nie miał bym o nią większych pretensji. Z opisu który podałaś nie podejrzewałbym że terapeutka zrobiła to celowo. Wychodzą z pokoju, pacjent coś zagaduje, to terapeuta odpowiada, z lekarzem albo mechanikiem też można zagadać, nie uważam żeby terapeuta miał narzucać sobie w tym zakresie jakieś bardzo ścisłe ograniczenia. Prowokację odrzuciłbym też dlatego, że taka prowokacja musiałaby wyglądać w praktyce tak: "zagadam tamtą pacjentkę, tak żeby ta widziała, ciekawe czy to wywoła w niej jakieś emocje". Byłoby to zarówno manipulowanie Tobą jak i bardzo instrumentalne traktowanie tamtej pacjentki.
  13. rupert

    Anomalie na ziemi 2018

    To akurat przykład z cyklu Polak/biznesmen potrafi. Sam znam sklep ekologiczny, który dawał dotąd firmowe torebki papierowe, mógł to robić nadal, a sprzedaje plastikowe, wydaje mi się że pod pretekstem "tak Unia każe". Ale pytanie jaki jest tego efekt końcowy. Ja np. mimo że np. na segregację śmieci poświęcam czas, to w sklepie zachowuję się wygodnicko. Dają torebki, to biorę, jeszcze sobie ładnie zakupy podzielę na: do lodówki, warzywa owoce, chemia. A teraz albo biorę swoje torebki, albo kupuję ale rzadko i oszczędniej. Myślę że sumaryczynie torebek plastikowych jest znacznie mniej, dotąd to była cała fura torebek na klienta robiącego duże zakupy w markecie, teraz: jedna na kilku, często wielorazowa. A też jest motywacja żeby robić torebki biodegradowalne, wyglądają tak samo, pewnie też są tanie, a jednak są diametralnie inne dla środowiska. Pewnie czasem tak jest. Ale dla mnie, powiedzieć, że prawda leży gdzieś pośrodku między deklaracją nauki, a teorią spiskową, to i tak za dużo. Teorie spiskowe często totalnie mijają się z prawdą. Np. o szczepionkach wszystkiego się powszechnie nie mówi, ale antyszczepionkowcy idą w jeszcze inny absurdalny kierunek, nie naświetlają, tylko zaciemniają obraz. Punkt wyjścia to jednak nauka. Nie wierzę, że cała nauka i przyznawanie grantów jest tak skoordynowane żeby prawda na jaw nie wyszła. Jest mnóstwo źródeł kasy na badania, np. Unia w dawaniu kasy jest krytykowana raczej za nadmierną biurokrację, a nie, że wyniki mają być zgodne z "ideologią gender i eko" że tak pozwolę sobie użyć sformułowań "sceptyków". Nie możemy myśleć: mamy taki wynik, ale mamy też grupę interesów taką a taką, więc to na pewno sfabrykowane. Taki sceptyk, który myśli, że zza domowego kompa stworzy bardziej prawdziwą teorię naukową niż rzekomo opłacany przez koncerny naukowiec to dla mnie niepoważne. Najwyżej: mamy wynik, ale mamy też wynik alternatywny, wtedy możemy przypuszczać, że ten pierwszy jest promowany z powodu jakiejś grupy interesów. Ale też trzeba tą wartość naukową jakoś zważyć. A nie że np. znajdziemy gdzieś 1 biologa nie wierzącego w ewolucję, który w dodatku żadnej rozprawy naukowej nie przeprowadzi, tylko coś skrobnie na facebooku, i już równoważymy całą opinię środowiska naukowego. I już zwolennicy teorii spiskowych mówią: "środowisko naukowe jest podzielone".
  14. rupert

    Czym jest wstyd?

    A mi kiedyś powiedział, że to co u mnie brał za lęk, jest wstydem, czyli tak jakby potraktował to osobno. I powiedział zdaje się, że pod pewnymi względami wstyd jest trudniejszy. Tylko przy takim rozumieniu jak o tym rozmawialiśmy, jest on czym innym niż lęk przed reakcją innych. A dlaczego gorszy? Lęk przed reakcją innych: mam prezentację, widzę oczami wyobraźni reakcje innych, np. ludzie się śmieją, albo śpią. Można przekonać kogoś, że nic takiego się nie stanie, bo np. jak się przyjrzeć jak miało się prezentację kiedyś, to wcale tak nie było. Albo jak już się zrobi to czego się boimy, to zobaczymy że nie było tak źle jak sobie wyobrażaliśmy. A wstyd - sprawdzi się zawsze. Np. myślę sobie: "ale mam beznadziejny głos", nie znoszę przez to wypowiadać się publicznie, i żaden brak śmiechów tego nie zmieni. Ale lęk też wcale nie jest łatwy, i nie łatwo komuś wytłumaczyć że jest bezpodstawny, więc czy to lęk czy wstyd (a może w ogóle to rozróżnienie nie jest potrzebne?), to i tak trzeba dotrzeć do źródła problemów i wtedy powinno być lepiej.
  15. rupert

    Anomalie na ziemi 2018

    Dwutlenek węgla odpowiedzialny za efekt cieplarniany jest nietoksyczny, więc wybór jest oczywisty, z pewną poprawką na różne inne rakotwórcze emisje w centrum miasta, ale i tak zapewne przegrywające z promieniotwórczością. Co ma jedno do drugiego. Co do reszty: oczywiście klimat zmienia się, różne czynniki na to wpływają, ale zawsze chodzi o gazy cieplarniane, naturalnie lub sztucznie emitowane. Obecnie nasz wpływ na zmiany klimatu jest niebezpiecznie duży, stąd starania żeby go zmniejszyć. Na wybuchy wulkanów nic nie poradzimy. Warto zwrócić uwagę, że naukowcy np. 10 lat temu mówili to samo, że klimat się zmienia, i że powinniśmy coś z tym zrobić. Sceptycy/zwolennicy teorii spiskowych zaprzeczali, ekstrema temperatur przypisywali przypadkowym wahnięciom. Teraz takich głosów raczej nie ma, sceptycy twierdzą: klimat się zmienia, ale to nie my. Nie mogą zaprzeczać że się zmienia, bo wpływ jest już na tyle wyraźny, że nie da się zaprzeczać, poza pomiarami temperatur widać że np. niektóre gatunki przesuwają się na północ, a dla gatunków żyjących w skrajnie niskich temperaturach oznacza to zanik miejsca do życia (niedźwiedzie polarne).
×