Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

rupert

Użytkownik
  • Zawartość

    90
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Żeby było śmieszniej manipulację mediów (i to w zasadzie tych samych, szeroko pojętych głównonurtowych) widzą obie strony dyskusji: - jedni twierdzą, że media tuszują przestępczość muzułmanów w Europie, nie wspominając o niej, lub nie mówiąc o pochodzeniu/wyznaniu sprawców - taka poprawność polityczna. - z kolei zwolennicy tezy o nadmuchaniu problemu zauważają, że jak ktoś wyciągnie maczetę w metrze krzycząc coś o Allahu, albo nawet po prostu jak jest muzułmaninem, to słyszymy o tym w mediach, choćby nawet nie było zabitych, a o morderstwach choćby brutalnych które jakby nie było w Europie zdarzają się na porządku dziennym - nie słyszymy, o ile z innych przyczyn nie są ciekawe jak np. morderstwo na pokładzie łodzi podwodnej w Danii
  2. rupert

    Nauka a pseudonauka

    Zdrowy rozsądek, świadectwa, nauką nie są, ale mogą ją wyprzedzać. Gdyby pracownice fabryk produkujących fluorescencyjne zegarki bardziej poważnie brały świadectwa koleżanek odnośnie problemów ze zdrowiem, to wiele z nich uniknęłoby raka języka. Podobnie jak pielęgniarki jeżdżące z pierwszymi urządzeniami rentgenowskimi na wojnę - gdyby poważniej brały świadectwa koleżanek o złym samopoczuciu, i symptomy ich własnego ciała, może nie umarłyby na raka. A psychodynamicznej nie zostało, ale to od razu nie wrzuca jej do pseudonauki, psychoterapeuci sami przechodzą taką terapię, a ci którzy kształcą się w różnych nurtach terapii dostrzegają np., że dla danego pacjenta lepszy byłby dany typ terapii a nie inny. Widzą zmiany w pacjentach, integrację psychiki, rozwiązanie konfliktów wewnętrznych, choćby nauka nigdy nie dała im na to twardych wyników. Rozwijają ten nurt i niekoniecznie wyczekują z utęsknieniem wyników "poważnych badań naukowych" ani nie obawiają się że te wyniki przekreślą ich działania lub wywrócą do góry nogami. Co innego wierzyć w teorie spiskowe, które po drugiej stronie barykady mają badania naukowe, a co innego domagać się zbadania każdego konkretnego czynnika wszystkich naszych działań, w tym działań terapeutycznych - i każdy taki niepewny element wrzucać między bajki, ignorować. Czy każdy element diety dla ludzi z chorą wątrobą ma potwierdzenie naukowe? Jestem pewien że nie, wiadomo to wszystko mniej więcej i nie wprost. A ktoś chory kto by każdy ten niepewny element spektakularnie olał (pod racjonalnym pretekstem braku dowodów) być może przekręciłby się szybciej niż po zaprzestaniu brania leków.
  3. A ja zgadzam się z carlosem, że to jest oczekiwanie społeczne, płynące co najmniej tak samo od innych kobiet jak od mężczyzn. Co nie znaczy że nie jest realne, jest, więc na pytanie czy dzisiejszy świat nie wymaga za dużo od kobiet odpowiedziałbym twierdząco - jest za mała elastyczność odnośnie tego jaki styl życia jest dla kobiety ok. Ale to: jest grą w biednego misia i misia leniucha, jak komuś nie odpowiada może zrezygnować, ale problem w tym, że biednemu misiowi też na tym nie zależy, dla przewagi moralnej, a oficjalnie: poświęca się, ratuje związek, ratuje dzieci itp. Skuteczny i elastyczny mechanizm podtrzymujący grę. Jak np. facet ruszy się z kanapy i zrobi zakupy to trzeba ponarzekać na nie taką marchewkę albo długi czas nieobecności, jak odkurzy - nie poodsuwał mebli, zmył gary - niedomył albo nachlapał (jak już coś robisz to rób porządnie!). Powinno wystarczyć żeby facet wrócił na kanapę bo w sumie te narzekania jak na niej siedział o dziwo były mniejsze... Dzieci są dobrym argumentem i utrudniają zdemaskowanie gry, no i faktycznie wtedy jej część otrzymuje umocowanie w racjonalności. Ale zwykle to pojawia się przed dziećmi. Widać takie "pstryk", włączenie programu perfekcyjnej pani domu i znaczna zmiana oczekiwań wobec faceta, życia w ogóle. Zmieniły się okoliczności? Czasem tak, jak pstryk nastąpiło w chwili wspólnego zamieszkania - wtedy można powiedzieć że facet jest dziecinny i nie wie jak wygląda życie (jak mieszkał sam, zarabiał na siebie, zajmował się mieszkaniem może się bronić, jak w małżeństwo wskoczył z domu mamusi tylko spuści głowę). Trochę mniej okoliczności się zmieniają u par mieszkających wcześniej razem, ale też, np. w chwili zmiany mieszkania na własne a nie wynajmowane, własne a nie z rodzicami na głowie, nowe - już wspólne, mieszkania na domek itp. Można dyskutować jak bardzo zmieniły się te okoliczności i czy konsekwencje były dla każdej strony oczywiste. Ale do "pstryk" wystarczy również ślub bez zmiany mieszkania, wtedy widać że to po prostu, powiedzmy... koniec okresu zalotów kobiety. Może się na to nałożyć, choć nie musi, koniec okresu zalotów faceta, który np. robi się większym leniuchem. Tak czy inaczej jednostronna zmiana też wystarczy bo wymusi zmianę u drugiej strony, i obie znajdą się tam gdzie według tego modelu miały się znaleźć, magnesy są silne. A nawet daleko idące zmiany pojedynczych czynników nie są w stanie wytrącić modelu z równowagi, jak z tymi sytuacjami gdy facet coś robi wciąż "nie tak", a co więcej: niektóre zmiany tylko taki model utrwalą, np: sytuacja odwrotna nie wywróci modelu, a tylko go wzmoci, miś leniuch który nie ma ochoty na seks jest leniuchem po całości, a poza tym wzmacnia kolejny zarzut: "już ci się nie podobam!"
  4. rupert

    poczucie własnej wartości

    Chyba tu się mieszają 2 rzeczy, na początku bardziej o akceptacji, a teraz: o naukowym rozumieniu. Od ludzi wokół można oczekiwać bardziej akceptacji, naukowego rozumienia to i np. popularnych preferencji związanych z seksualnością nie można oczekiwać, bo że popularne to nie znaczy że są jakieś super proste w wyjaśnieniu genezy, zresztą ktoś może mieć popularną preferencję a żadne z wyjaśnień genezy nie pasuje. Pytanie czy komuś to potrzebne i do czego. Nawet na terapii tak naprawdę zwykle nie są potrzebne takie rozkminki żeby wiedzieć co skąd, bardziej uczucia się rozkminia, typu co to dla Ciebie oznacza, że taką preferencję masz tylko Ty, albo 10, 100, 1000 osób na świecie. Z jakiegoś powodu zakładasz że wpływa to na Twoją wartość, albo zakładasz brak akceptacji. Mi brzmi to dość skomplikowanie, ale można sobie wyobrazić dziwniejsze rzeczy, a pod względem możliwości zaakceptowania dość neutralnie, wystarczy porównać z próbą akceptacji tego, że kogoś podniecają wyłącznie małe dzieci. Niepopularność mechanizmu podniecenia seksualnego wpływa moim zdaniem na problem tylko pośrednio przez tytułowe poczucie własnej wartości, a bezpośrednio to pewnie bardziej wpływać może na ile dany mechanizm dominuje w uzyskiwaniu podniecenia (np. czy kobiety w oderwaniu od atakującego je stwora mogą Cię podniecać czy nie).
  5. rupert

    Bezstresowe wychowanie

    Myślę że błąd rodziców jest wtedy zwykle znacznie wcześniej niż "nie wyganianie spod klosza". Nie bardzo wierzę w dziecko które z natury się boi i ma niskie poczucie własnej wartości, i trzeba je wyganiać spod klosza. Jak ktoś jako dwulatek przestał się wspinać, biegać, ściągać wszystko ze stołu i wszystko zjadać jak się przewrócił, zrzucił coś na głowę albo zjadł coś niedobrego, to uwierzę że ktoś ma wrodzoną niską odporność na porażki, jak ktoś się taki robi np. jako sześciolatek, to dla mnie ktoś (rodzice) mu taką słabość sprzedał. Małemu dziecku porażki nie przeszkadzają, poświęca im tyle czasu co trzeba, czyli np. tyle czasu co boi rozbite kolano, a dalej zajmuje się tym co zawsze: szukaniem tego co sprawia mu radość. Jak dziecko nagle traci pewność siebie, bo ktoś coś nie tak mu powiedział, albo zabrał zabawkę, to stawiałbym że to wcale nie było nagle, tylko rodzice dawali jakiś przekaz: jesteś słaby, kruchy, nie ryzykuj - po co. Mogli przy tym mówić że dziecko jest najwspanialsze i w ogóle, ważne co przekazali "między wierszami" - wtedy to nie jest kwestia jak dziecko wygonić spod klosza (weź się w garść) bo to kwestia co najmniej wtórna. Jak mu przekazać że jest silne, i jak sprawili, że poczuło się słabe - to kwestia pierwotna.
  6. To źle świadczy o jakości nauczania religii w jego szkole i wpływa negatywnie na jakość rachunku sumienia części jego rówieśników (jego nie bo jak rozumiem i tak nie ma nic na sumieniu) Generalnie pełna zgoda. Tylko, że 4-latek, któremu rodzice takich negatywnych konotacji nie przekazali, nie ma powodu się z tym kryć, czuć winny. Nie ma czego odczarowywać, żadnej wpojonej grzeszności. Wiadomo, intymne części ciała traktujemy jak każde inne, ani lepiej ani gorzej. Nie karcimy za masturbację jak się pojawi, odpowiadamy na pytania, że jest to ok itd. Ale sprowadzając kwestię do maksymalnego konkretu, czyli pytania: Czy przedszkolak powinien usłyszeć np. na pogadance o seksualności, że "dzieci zauważają że dotykanie miejsc intymnych może sprawiać przyjemność i nie ma w tym nic złego"? Jak nie zauważył, to teraz już zauważy - potrzebne to czy nie, nie wiem, i wolałbym żeby wypowiedział się o tym jakiś seksuolog. Pewnie chcąc nie chcąc (bardziej nie chcąc) przesiąkłem pewną religijnością/obyczajowością i stąd moje wątpliwości. Bo nie miałbym dylematów czy przedszkolak ma wiedzieć o tchawicy, oskrzelach, pęcherzykach płucnych, tzn. zastanawiałbym się bez emocji tylko nad tym czy to jest na jego poziomie czy nie, a tu mam jakieś obawy czy to w jakiś sposób nie zaszkodzi - ale nie będę udawał że nie mam jak mam, dlatego wolałbym je rozwiać.
  7. Pytanie dlaczego wielokrotny morderca wychodzi z więzienia po 20 latach. Pewnie powinien być skazany na bezwzględne dożywocie. Wtedy dyskusja sprowadza się do kwestii ekonomicznych (czy chcemy go żywić na koszt państwa) i do funkcji odstraszającej kary (czy zabiłby czując zagrożenie karą śmierci, czy nie miałoby to wpływu na jego działanie). Gdyby kara śmierci była opcją, i tak aplikowałaby się do wybranych morderców, więc i tak przy całej reszcie byłby dylemat: zawsze bezwzględne dożywocie, czy czasem 20, 25 lat. Można dyskutować, czy bezwzględne dożywocie lub kara śmierci za każde morderstwo powinny być orzekane zawsze czy nie, ale dodanie opcji kary śmierci ani nie pomaga ani nie przeszkadza rozwiązać problemu morderców-recydywistów, bo jak chcemy im zapobiec, wystarczy nie orzekać niższych kar niż dożywocie.
  8. Dla mnie nie bicie czy nie dawanie klapsów jest poza dyskusją. Ale: nigdy nie kłamię, nigdy nie stosuję przekupstwa, nigdy nie stosuję kar, zawsze stosuję żelazną konsekwencję (w tych zasadach i we wszystkich innych zasadach które wymyślili mądrzy ludzie, i we wszystkim co powiem) - dla mnie taki zestaw może nie wytrzymać zderzenia z rzeczywistością. Z kolei sugerowanie, że sytuacja z dzieckiem, które nie daje sobie czegoś wytłumaczyć i się wścieka jest efektem zaniedbań moim zdaniem nadmiernie obciąża rodziców. "Nie mam pieniędzy" już zwykle jest małym kłamstwem. Z którego zresztą już małe dziecko szybko da nam szansę się wyzwolić (albo zmusi żeby brnąć w kłamstwo), pytając czy nie mamy na zabawkę, czy w ogóle - wtedy albo brniemy w kłamstwo że nie mamy wcale, albo mówimy że nie mamy na zabawkę co oznacza że nie chcemy jej kupić i nie jest już ładnie pięknie. Bo że nie ma w domu miejsca na kolejną zabawkę to nie jest już taki obiektywny fakt. Dla dziecka obiektywny fakt może być taki, że ładniejszej zabawki w życiu nie widział. Żelki się skończyły, czy ten drugi na pewno popsuje zęby, choć pierwszy można było zjeść? Scenka o żelaznej konsekwencji: rodzice wiozą małe dziecko w wózku, wózek pcha mama, tata idzie za rękę z ok. 6-latką. Dziecko w wózku dostaje spazmów. Mama się pochyla, próbuje uspokoić bez efektu, jedzie dalej. I tak parę razy. Idę za nimi dobre parę minut, płacz jest naprawdę głośny, dziecko jest czerwone i ma spazmy. W końcu 6-latka mówi to co myślę od dłuższego czasu: "Może ją po prostu weźmiecie na ręce". Mama mówi: "taty jutro nie będzie, i co wtedy, jak będę ją niosła i pchała wózek?" Czyli postanowili stosować żelazną konsekwencję. Mówi się, że do jakiegoś okresu życia (może roku) dziecko nie wymusza, tylko sygnalizuje potrzeby, jak przestanie to nie dlatego, że przestało wymuszać, tylko zrezygnowało i wie że jego potrzeby nikt nie zaspokoi. Może jakby dodali taką wiedzę do "zasady żelaznej konsekwencji" to miałoby to większe ręce i nogi. Albo w ogóle jakby reagowali bardziej instynktownie a nie nasłuchali się czegoś o tym żeby nie dawać sobie dziecku wejść na głowę. Dziecko które się wścieka nie koniecznie jest rozpuszczone bo nauczyło się wymuszać płaczem. Może mieć tak dużą zajawkę na coś, że przerwanie tego uważa za dramat. Odciągnięcie dziecka od kranu (chwilowo najciekawszej rzeczy na świecie), to jak danie dziecku całej czekolady, i jak zje trochę zabranie mówiąc, że wystarczy. Tak samo super zabawka w sklepie. Nawet jeśli rodzice nigdy nie dali się złamać dziecku, czyli jak mówią "nie kupię", to nie kupią nawet (a raczej tym bardziej) jeśli dziecko płacze, to dziecko może się wściekać z powodu nie kupienia zabawki bo wie że czasem taka wizyta kończy się kupnem i jest zawiedzione że tak się nie stało teraz (kiedy akurat widzi taką ładną zabawkę), a nie dlatego że pamięta, że wściekanie się kiedyś popłaciło. Z kolei scenka o wymuszaniu: dziecko ma zajawkę na przebieranie się w coraz to nowe ubranka, robi tak cały dzień, rodzice to akceptują a nawet w tym uczestniczą. Jak mówią że dość, przy najbliższej okazji dziecko sika w majtki - bo wie co się stanie, dostanie nowe ubranko. Ma utwierdzić się w tym że to dobra metoda, marznąć, czy ponieść jakieś inne konsekwencje?
  9. Czy jest w takim razie możliwe nie używanie kar w ogóle? Zastanawiam się. Brak kar w ogóle + niewykorzystywanie przewagi fizycznej w ogóle (czytałem książkę Eichelbergera w której to postuluje - poza właśnie skrajną sytuacją czyli złapaniem dziecka wybiegającego na ulicę) tworzy nam trudną sytuację gdy 3-letnie dziecko np. bawi się od pół godziny wodą z kranu mocząc kolejne ubranko, obciążając nasze rachunki i ekologiczne sumienie. - książeczka, zabawa w berka, taniec, skakanie po kanapie są fajne, ale przegrywają konkurencję z wodą; przegrywa ją nawet wyjście na plac zabaw - groźbę kary (np. brakiem bajki w TV) odrzucamy - zabranie dziecka jako wykorzystujące przewagę fizyczną odrzucamy, bo sytuacja mu nie zagraża - przekupienie nadprogramową bajką albo czekoladką jest z innych przyczyn chyba jeszcze mniej wychowawcze niż 2 poprzednie opcje - próbę przeniesienia zabawy w kontrolowane środowisko "- Może się wykąpiemy?" dziecko odrzuca. Czy jeśli dziecko w takiej sytuacji nie słucha, to znaczy że nie zostało wystarczająco uwrażliwione na dobro? To chyba przesadne uproszczenie. Bicie i klapsy - zgadzam się, nie. Podobnie za cenne uważam stwierdzenie, że gniew, smutek są uczuciami nie gorszymi od radości, tzn. mniej przyjemnymi, ale nie niewłaściwymi. Choć tu też można pomyśleć o sytuacjach gdzie gniew dziecka trzeba jednak utemperować najlepiej oczywiście prośbą, podobnie zresztą jak głośną radość - co nie znaczy że te uczucia są złe. Ale czy wszystko można załatwić rozmową - temat do dyskusji.
  10. Zresztą ten człowiek, który terroryzował wieś, o ile tak szybko wychodził to zakładam że nikogo nie zabił, a jeśli tak, to i tak nie łapałby się na karę śmierci tylko najwyżej na bezwzględne dożywocie - które akurat powinno grozić każdemu kto uporczywie popełnia dany czyn, np. jeździ po pijaku, a potem brak prawa jazdy nie powstrzymuje go przed jeżdżeniem samochodem i jest karany za to po raz dziesiąty - co ktoś taki robi na wolności?? Dożywocie jak dożywocie, ale co najmniej drastyczne zwiększenie kar za recydywę, a nie tak rok na wolności, rok w więzieniu.
  11. Zgadzam się. Zabójstwo obciąża mordercę, kara śmierci to zgoda całego społeczeństwa, że mamy prawo decydować o odebraniu komuś życia. Nie w wyniku potrzeby chwili, tylko na chłodno, "racjonalnie", oceniając, że w związku ze swoim postępowaniem dana osoba nie ma prawa żyć. A spora część społeczeństwa byłaby w to zaangażowana bardziej czynnie. Taka "cywilizacja śmierci" choć w innym kontekście niż używana przez kościół. Moim zdaniem nie ma na to miejsca. Ciekawe jest, że więcej ludzi zgodzi się, że nie ma w dzisiejszych czasach miejsca na kary fizyczne, łamanie kołem, batożenie czy obcinanie rąk złodziejom, niż że nie ma miejsca na karę śmierci. A kara śmierci to przecież kara fizyczna a w dodatku skrajna.
  12. rupert

    Nieadekwatne reakcje

    Może to lęk ogólny, a wobec rodziców szczególny bo ich reakcja jako ważnych osób najbardziej na Ciebie wpływa. Może narasta jak mogą narastać generalnie nierozwiązane problemy, związane z zalegającymi emocjami. Z tego co pisałeś bardzo negatywnie reagujesz na podniesienie głosu tak czy inaczej, w przypadku rodziców jeszcze bardziej? A takich elementów nie dostrzegasz, że np. do rodziców jednak zdarza Ci się wyrazić złość, niechęć, a do innych się boisz?
  13. rupert

    Nieadekwatne reakcje

    Myślę że się trzyma, czytałem kiedyś książkę wyróżniającą ok. 10 typów toksycznych matek, i ze 3 typy toksycznych ojców, i co najmniej 2 typy matek były rozpieszczającymi, taka która jest nastawiona na zaspokajanie wszystkich potrzeb dzieci zanim one się jeszcze pojawią, na siłę, i taka która ma za punkt honoru zaspokoić potrzebę jak tylko się pojawi. Rozpieszczać można też różnie, zaspokajając te potrzeby w połączeniu z "kloszem", albo w połączeniu z totalną wolnością. Nie lubię takiego szufladkowania, więc nie wiem czy polecałbym tę książkę, ale w każdym razie pokazuje że coś jest na rzeczy. Zresztą sam czujesz, że to trzyma się kupy, skoro piszesz że matka i babcia Cię "zepsuły". Toksyczność tworzy lęk, poczucie nieadekwatności itp.(jaka to toksyczność nie jest prawdopodobnie aż tak ważne). A że lęk ujawnia się również albo przede wszystkim wobec ważnych osób w życiu to nic dziwnego, nie muszą być one oprawcami. To też sposób na dowalanie sobie, mówienie że byłoby to ok (prawidłowe?), jakby ktoś Cię krzywdził. Dlaczego jeden z czynników łamiących psyche ma być bardziej ok? "Książka "Współczucie i nienawiść do siebie" Theodore Isaac Rubin dobrze pokazuje jakich nasza "nienawiść do siebie" używa zagrywek żeby nam dowalić. Np. że nasze zaburzenie jest żałosne, co innego jakbyśmy mieli depresję - ona jest bardziej "godna".
  14. rupert

    poczucie własnej wartości

    Ale warto zdawać sobie sprawę, że taki właśnie jest mechanizm dowalania sobie, który z obiektywizmem nie ma nic wspólnego, tylko właśnie ze zniekształceniem. Ludzie skrajnie dowalający sobie są w stanie znaleźć 1000 argumentów dlaczego to oni mają najbardziej zrytą psychę i albo/stoczyli się najbardziej na świecie. Psychika, która jest nastawiona na dowalanie nam, czerpie właśnie z tego, że siebie znamy w 100%, czyli "wiemy najlepiej". Podsuwa nam powody dla których każde nasze działanie jest żałosne, wytyka nam co robimy gdy inni nas nie widzą sugerując że to jest nasz prawdziwy obraz (tak jakbyśmy wiedzieli co robią inni gdy inni ich nie widzą), a jak jakaś część z nas podsunie nam jakiś pozytyw, to ta krytyczna natychmiast znajdzie kontrargument, np. że coś pozornie wyglądało ok, ale tło było ch..owe (np. nasze motywy, to co mieliśmy wtedy w głowie itp. - tak jakbyśmy wiedzieli co inni mają w głowie). Tak można wypaść na niekorzyść porównując się z każdym żulem i mordercą. Gdy nasze 100% wiedzy porównujemy z 50% wiedzy o innych, to to 100% wpływa na nasz obiektywizm negatywnie, nie pozytywnie.
  15. rupert

    Cierpienie uszlachetnia?

    Taka pewnie jest intencja. Ale i tak bezsens takiego tekstu wypowiadanego do cierpiącej osoby przeważa nad tym cieniem sensu.
×