Skocz do zawartości
Nerwica.com

Wrak człowieka


mateusz933

Rekomendowane odpowiedzi

Witam,

Chciałbym Wam opowiedzieć o moim życiu i o problemach które uniemożliwiają mi normalne funkcjonowanie w świecie. Nie będzie to dla mnie łatwe, będą łzy bo za każdym razem gdy głębiej się zastanowię nad swoją sytuacją emocje puszczają. Nie wiem jak to napisać i chyba podzielę to na kategorie. Jeżeli ktoś chciałby mi pomóc proszę o przeczytanie całości ( mam nadzieję że uda mi się to logicznie opisać lub ułoży się do dla was w całość) i o szczerą odpowiedź czy mam jakiekolwiek szanse na normalne życie czy pozostało mi tylko jedno... Trochę tego napisałem ale jak na opis całego życia to jednak niewiele.

 

Gdzie mieszkałem

Na wstępie mam 22 lata.Jak sięgnę pamięcią jako małe dziecko mieszkałem na północy Polski razem z matką i jej rodzicami. Do żłobka czy przedszkola chodziłem kilka dni. Wymiotowałem i nie byłem w stanie zostać bez matki. Od 1 do 5 klasy podstawówki mieszkałem na wsi pod Warszawą również z matką ale z rodzicami mojego ojca. W tym samym domu mieszkał również brat mojego ojca razem ze swoją żoną i później z dwójką narodzonych dzieci. Ojca z nami nie było. Przyjeżdżał co jakiś czas. W 2006r po tym jak matka wylosowała zieloną kartę wyjechaliśmy znów na północ do rodziców matki z którymi mieszkałem przez rok gdzie skończyłem 6 klasę podstawówki. W tym samym mieście mieszkał ojciec do którego się przeprowadziłem razem z bratem i z którym mieszkałem przez kolejne 6 lat gdzie skończyłem gimnazjum i liceum. Matka odwiedzała nas co jakiś czas. Pod koniec 2012r wyjechaliśmy z matką do USA gdzie mieszkamy do dziś.

Brak normalnej rodziny

Odkąd pamiętam rodzice nie mieszkali razem. Ojciec zawsze obiecywał to i owo ale były to obietnice niespełnione. U jego rodziców na wsi w domu gdzie mieszkaliśmy był niezagospodarowany strych który to miał się zamienić w mieszkanie dla nas. Tak obiecywał. Nigdy do tego nie doszło. Zwodził nas że przyjedzie, że pojedziemy gdzieś, że zamieszkamy razem. Wynikało to z tego że... ciężko mi o tym pisać ale był oszustem. Sprowadzał samochody z USA, brał zaliczki a ludzie aut nie widzieli. Kiedyś wpisując jego imie i nazwisko znalazłem list gończy. Ode mnie też pożyczył pieniądze i nie oddał. Jakoś mieszkaliśmy razem przez 6 lat, spędzał z nami czas, starał się zapewnić dobre warunki. Miał silną psychikę bo nie było po nim widać że miał problemy a miał i to spore. Kombinował jak mógł. Grał również w STS gdzie obstawiał mecze. Zanim się przeprowadziliśmy do niego pamiętam pewien dzień kiedy wysłał mi smsa kiedy się zobaczymy. Do dziś pamiętam że byłem wtedy u dziadków na dole w łazience i odpisałem że będzie czekał tak długo jak ja na niego. Było to jakoś wtedy kiedy jeszcze uczęszczałem do podstawówki i byłem na wakacjach u rodziców matki. W 2006/05 r matka wzięła kredyt i kupiła mieszkanie w którym to mieszkaliśmy z ojcem przez 6 lat. Ojciec przynosił sporo pieniędzy i to dlatego matka wzięła kredyt. Jak się okazało ojciec fałszował papiery, podpisy, brał telefon na kogoś, nie spłacał tego, jego znajomi mieli poważne problemy. Pamiętam sam jak dawał mi dokumenty i prosił aby zmienić na nich kwoty. Matka przyjeżdżała i odwiedzała nas co rok czy pół roku. Pamiętam również okres kiedy to byłem u dziadków i matka dzwoniła a ja nie chciałem z nią rozmawiać przez telefon. Zastanawiałem się wtedy czemu nie mieszkam z rodzicami, czemu nie są razem, nie mogłem tego zrozumiec. Z czasem wszystko stało mi się obojętne i o tym poniżej...

Relacje z rodziną

Mieszkajac na wsi jeździłem i odwiedzałem rodzinę matki, dzwoniłem do nich na urodziny, cieszyłem się ale odkąd matka wyjechała a my z bratem bylismy przerzucani zaczynałem sie stawac obojetny wobec rodziny. Na dzień dzisiejszy nie kontaktuje się z nikim odkąd wyjechałem do stanów. Mieszkając z ojcem również nie dzwoniłem i nie odwiedzałem jego rodziców. Doszło do tego że nikt kompletnie nic mnie nie obchodzi, nie obchodzi mnie czy mają problemy, czy żyją, czy potrzebują pomocy. Pod koniec 2012r straciłem ojca na zawał serca i poleciałem na jego pogrzeb i był to pierwszy raz kiedy widziałem osoby z którymi kiedyś za dziecka miałem dobry kontakt. Nic nie czułem do nich. Obiecywaliśmy sobie że od tego dnia będziemy w kontakcie a minęły już 3 lata i nie zamieniliśmy słowa. Wiem że matka jest w z nimi w kontakcie ale ja się z nimi kontaktować nie chcę. Czasami dzwonią na skype a ja to ignoruje, nie rozmawiam, po prostu coś mnie blokuje. Od ponad roku czasu nie odzywam się do brata. Kiedyś byłem silniejszy i w pewien sposób znęcałem się nad nim. Wykorzystywałem swoja sile fizyczna. Z czasem to on był silniejszy i ublizał mi. Pod koniec 2014r jak bylismy w innej miejscowosci prawie doszlo do rękoczynów kiedy meczyl mnie psychicznie. Wyszedlem z hotelu i napisalem do matki jezeli jeszcze raz do tego dojdzie zabije go. Nie wiem kto przeczytal tego smsa, nie było rozmowy na ten temat ale od tego czasu on nie odezwał się do mnie do dnia dzisiejszego pomimo tego ze mieszkamy w jednym pokoju.

Znajomi

Mieszkając na wsi miałem znajomych których odwiedzalem, spotykalismy się, wlazilismy na drzewa, chodzilismy do lasu czy bawilismy sie u na podwórku, praktycznie wszyscy na tej wsi znali sie. Gdy wyjechalem aby dokonczyc 6 klase podstawowki wszystko zaczelo sie zmieniac. Bylem w takiej podstawowce gdzie towarzystwo bylo nie najlepsze. Pamiętam ze tylko raz wyszedlem do kogos do domu i chyba kilka razy w pilke pograc. Bylo kilka normalnych osob ale ogolnie patologia. Ale nie taka patologia jak w gimnazjum do ktorego uczeszczalem przez 3 lata. Tam juz kompletnie odizolowalem sie od ludzi. Byli tam tacy ludzie że zaczynałem się bać chodzić do tej szkoły. Dno umysłowe pyskujące do nauczycieli, kozaczące w szatniach na WFie, wszczynające bójki, zaczepki, znęcacie się psychiczne i wyzywanie. Doszło do tego że wymiotowałem z rana przed szkołą, brałem jakieś leki przepisane przez lekarza. Po jakimś czasie mi to przeszło lecz nigdy nie znormalniałem. Byłem w najlepszym liceum w mieście ale już się nie odnalazłem, nie nawiązałem nowych znajomości pomimo tego że ludzie wychodzili z takimi inicjatywami aby się spotkać, wyjśc gdzieś/do kogoś. Przestałem się odzywać, zacząłem mieć problemy z nauką, nic mi nie szło. Po wyjeździe do stanów nie miałem znów nikogo. Wszystko od zera. Początkowo chodziłem na darmowe kursy ale tam nie było odpowiedniego towarzystwa. Zacząłem brać płatne, byli fajni ludzie ale ja już nie potrafiłem się z nikim zaprzyjaźnić, wyjść na miasto, porozmawiać. Czułem lęk przed tymi ludźmi. Stres odłączał mi myślenie, nie potrafiłem przeanalizować tego co ktoś do mnie mówi i odpowiedzieć w jakiś sposób. Mam tak do dziś. Nie mam żadnych znajomych, pomijam osoby z którymi aktualnie pracuje. Pojawiały się propozycje pójścia na imprezę ale oczywiście nie poszedłem. Nieumiejętność zachowania się na imprezie paraliżuje mnie. Zacząłem kłamać że jestem w innym stanie. Że poleciałem gdzieś na weekend.

 

Kłamstwo - sposób na przetrwanie

 

Biorąc pod uwagę swój wiek musiałem kłamać w wielu sprawach aby nie wyjść na kompletnego idotę czy nieudacznika. To co wydarzyło się w przeszłości zamieniałem na pozytywną sytuację aby móc wybrnąć z jakiegoś niewygodnego pytania. Np czy mam/miałem dziewczynę. Złożyło się tak że mogłem mieć ale zawaliłem ze względu na to jaki jestem. Miałem kilka zdjęć i pokazywałem to osobom z kórymi pracuje że to moja dziewczyna, że byliśmy tyle razem, że robiliśby to i owo. Chodziłem na studia ale musiałem przerwać bo nie dawałem rady psychicznie. Obróciłem to w sytuację gdzie mówiłem że nadal chodze do szkoły, pokazywałem ID ze szkoły. Nakłamałem tak w życiu że sam się w tym pogubiłem. Nie byłbym w stanie w ogóle funkcjonować gdybym mówił tylko prawdę. Kłamstwo pozwala mi jako tako funkcjonować i udziela odpowiedzi na trudne pytania na które chciałbym szczerze odpowiedzieć ale nie mogę. Aktualnie to co robię zabija mnie w środku. Dociera do mnie jaki jestem zakłamany i nie chcę już tego robić lecz cały czas muszę kłamać bo nie mam o czym mówić.

 

Edukacja

 

Siegając pamięcią do 6 klasy podstawówki przypomina mi się dzień w którym trzeba było opowiedzieć o przeczytanej książce. Czytałem wtedy którąś część Harrego Pottera. Czytając to robiłem plan wydarzeń. Gdy przyszło co do czego nie pamiętałem prawie nic z tej książki. Jak to, czytałem i nic nie pamiętam? Właśnie tak. To była istna tortura dla mnie czytać lektury z których nic nie pamiętałem. Wtedy przestałem czytać, czytałem streszczenia, pomagało mi to bardziej niż czytanie lektur. Z drugiej strony pamiętałem o wiele więcej oglądająć filmy. Jakoś przebrnąłem przez gimnazjum nie mając złych ocen, na pewno była tam zasługa 3 osób. Trzymałem się z 3 osobami które dobrze się uczyły. Ściągałem od nich, pomagali mi na testach, spisywałem prace domowe. To ich zasługa że zdałem gimnazjum bo miałbym problemy ze zdaniem fizyki, chemii czy historii. Nie ogarnialem tego w ogole. Nie wiedząc co chce robic po gimnazjum zaaplikowalem do szkoly do ktorej poszly te 3 osoby. Wybralem te sama szkole, te sama klase. Wiedziałem że bez nich jestem skończony. Nie dostałem się do tej szkoly ale po napisaniu petycji do dyrektora zostalem przyjety. Od tego czasu był tylko stres i prokrestynacja. W liceum zderzyłem się z czymś z czym poradzić sobie nie mogłem. Ogrom nauki przytłaczał mnie. Nie był to mój profil, nie rozumiałem rozszerzonej matematyki. Fizyka, historia, chemia, polski i inne przedmioty były dla mnie czarną magią. Nie mogłem za chiny tego zrozumieć. Nie potrafiłem pisać wypracowań, pustka w głowie, stres, jakieś wzory, jakieś reguły, formułki. Przetrwałem dzięki kolegom, dzięki ściągom. Był to beznadziejny okres 3 lat. Jakby tego było mało nie zdałem matury... Byłem jedyną osobą w szkole która oblała. To chyba obrazuje wam w jak beznadziejnej sytuacji jestem. Na maturze ustnej z polskiego praktycznie nie powiedziałem nic a dostałem 30%. W ógóle nie chciałem na to iść, dzwonili do mnie ze szkoły, poszedłem nieprzygotowany, nic nie miałem ze sobą. Jak zapytali mnie o to czy walczyli pistoletami czy szablami nie wiedziałem. Dali te 30%. Niestety zawaliłem wypracowanie z polskiego. Poprawkę zdałem i zamknąłem te koszmarny okres. Po tym wyjechałem do stanów gdzie z początku brałem kursy ale nieumiejętność zachowywania się miedzy ludźmi, obcowania z nimi, komunikowania się dobijała mnie. Mega stres za każdym razem gdy ktoś wybierał mnie do przeczytanai czegoś, wypowiedzenia się. Stres wyłączał myślenie, wyłącza do dziś. Matka popchneła mnie na studia, sam nie chciałem iść. Po roku czasu musiałem zrezygnować bo nie dawałem rady psychicznie. Ludzie byli tacy wyluzowani, rozumieli wszystko, udzielali się a ja siedziałem jak ten słup i modliłem się żeby tego dnia dali mi spokój. Od tego dnia do dziś pracuję.

 

Praca

 

Pierwszą pracą była praca ze szkoly w stanach przez 6 tygodni. Bylem oczywiscie nieziemsko zestresowany ale jakos poszlo, w biurze musialem robic jakies proste zadania, ale jak chcieli dac mnie na telefon to zaczalem panikowac, zaczalem mowic ze nie mowie dobrze po angielsku i jakos wybrnalem z tego. Druga praca byla praca w supermarkecie gdzie dokladalem towaru na polki. Niby latwe ale jak trzeba bylo byc tez czasami na deli czyli tam gdzie sprzedaja i kroja wedliny nie chcialem. Po jakims czasie mi podziekowali za wspolprace... kolejna praca byla praca w monopoliwym gdzie dokladalem butelki na polke. Po jakims czasie wzieli mnie na dywanik i powiedzieli ze jeszcze nikogo nie zwolnili, ze jestem jakis powolny, ze nie pracuje tak jak na poczatku. Tego samego dnia powiedzialem ze mam zaplanowany urlop w dniu kiedy maja najwiekszy ruch i nasze drogi sie rozeszly... Praca ktora utrzymalem przez rok to roznoszenie jedzenia. Mam ja do dzis. Jakos sie w tym odnalazlem, placa calkiem dobrze i jestem jednym z lepszych pracownikow z ktorym nie maja problemow. Mam tak ze jak robie cos to robie to dobrze, dbam jak o swoje. Czy to ktos kranu nie zakreci, czy cos poukladac to zrobie to. Nie wiem ile będę tam pracował.

 

Uświadamianie sobie mojej beznadziejnej sytuacji

Na tę chwilę coraz bardziej dociera do mnie że bez matki jestem skończony. Brak zaradności, zrozumienia świata i nieumiejętność załatwienia czegoś wprowadza mnie w takie samopoczucie że nie mam ochoty na nic. Gdyby nie matka nie byłbym w stanie funkcjonować, załatwić podstawowych spraw. Ogromnie mnie to przytłacza i dobija.

 

Moje zachowanie

 

Na tę chwilę nie mam poczucia odpowiedzialności, nie mam świadomości że muszę rozliczyć podatki, że muszę się ubezpieczyć, boje się ludzi, boję się pójść w takie miejsca jak fryzjer, gdzieś gdzie trzeba się odezwać i powiedzieć co się chce, opisać sytuację, boję się zadzwonić gdziekolwiek, staram się robić wszystko tak aby nikt nie słyszał, nie widział, nie lubię rozmawiać, wydaje mi się że mój mozg juz dawno temu przestał działać, nie rodzą mi się nowe myśli, podczas rozmowy nie analizuje tego co ktos do mnie mowi i robi sie monolog bo ja nie potrafie nic od siebie dodac, ogólnie wszystko co wam może przyjść do głowy ja nie jestem w stanie zrobić. Nie mam planów na przyszłość, żyję z dnia na dzień, odkładam wszystko na kolejny dzień. Jest gorzej niż źle. Stres odcina mi myślenie. Mam wrażenie że mogę mieć nawet raka czy nowotwór biorąc pod uwagę to że towarzyszą mi takie objawy jak nagłe szybkie bicie serca przez 2 sekundy, jakieś guzy w różnych miejscach na ciele, bóle z tyłu głowy, jakby pulsowanie. Już dawno powinienem pójść do dentysty z zębami które bolą od lat.. Nie jestem w stanie tego zrozumieć.

 

Niespełniona miłość

 

Na początku 2014r już pierwszego dnia zauważyłem że spogląda na mnie jedna dziewczyna. Już wtedy wyczuwałem że będę miał kłopoty. Codziennie patrzyła się na mnie i uśmiechała się a ja starałem się to ignorować. Była z Ekwadoru, z jednej strony wiedziałem że nie mogę do niczego dopuścić ale z drugiej w domu uczyłem się słówek po hiszpańsku aby móc "zabłysnąć" 2 tygodnie później, nie wiem czemu ale postanowiłem wracać w grupie z innymi do metra. Inni też widzieli że coś się dzieje. Byłem na przodzie i wchodząc na stację podbiegł do mnie chłopak z klasy i zapytał czy mam dziewczynę. Zacząłem się jąkać i następnie zapytał czy podoba m się ta dziewczyna która spogląda na mnie. Wtedy uśmiechnąłem się i odłączyłem od grupy. Przez kolejne 4 tygodnie udawałem że nic się nie stało a gdy zbliżał się ostatni dzień szkoły nie wiem czemu poszedłem z tą dziewczyną i jeszcze jedną i zapisaliśmy się do tej samej klasy... dodałem ją na facebooku i tego samego dnia napisałem jej że nie byłaby szczęśliwa ze mną. Pisałem że jestem inny. Ona zaczęła coś tam odpisywać że nie szuka chłopaka itd. Przez 4 kolejne miesiące byliśmy w jednej klasie. Sama zaproponowala żebym usiadł obok niej, razem wracaliśmy do domu, czasami łapała mnie za rękę a ja nie wiedziałem jak zareagować, zastanawiałem się po co to robię ale uczucie było tak przyjemne że brnąłem w to dalej...wiedziałem że jestem inny i nie podołam ale nie mogłem się wycofać...Wszystko powoli zaczęło umierać, brak rozmów, smsy że nie mamy o czym rozmawiać od niej. Pewnego dnia sam wyszedłem z klasy bo już nie dawałem rady milczeć wracając z nią, nie mogąc nic powiedzieć. Od tego dnia wszystko zaczęło się kiełbasić, ona się do mnie nie odzywała, po kilku dniach przesiadła się a mi zaczeło jej brakować. Zanim to nastąpiło więcej pisalismy na facebooku do 2 w nocy niż rozmawialismy. Wyjawiała mi swoje sekrety. Widać że jej zalezało. Zaczelo mi pozniej odbijac. Wiedzialem ze kiedys ten dzien nadejdzie ze to wszystko sie zakonczy i byl taki dzien ze mielismy zajecia w sali z komputerami. Tego dnia napisala do mnie zebym przyniosl ladowarke. Zamiast ladowarki wzialem kabel usb przez ktory wyciagnalem jej zdjecia z telefonu. Nie wiedzialem po co ale to zrobilem. Przegladajac je znalazlem jedno na ktorym byl jej adres zmieszkania. Okazalo sie ze mieszka 8 ulic ode mnie... 5 minut spacerkiem. Od tego czasu zaczalem tam lazic, mialem dziwna potrzebe aby tam pojsc, przejsc sie obok jej budynku. Czasami czekalem na nia, chcialem ja zobaczyc. Zanim klasa sie zakonczyla lazilem za nią, ona uciekała z klasy. Okropne to bylo przezycie dla mnie. Usunela mnie z facebooka, nie odpisywala na smsy. Bylem w totalnej rozsypce. Musialem wychodzic gdzies bo wariowalem. Z czasem mi to przeszlo i nastapil taki dzien ze pod koniec 2014r znow mnie dodala na facebooku. Przepraszala za wszystko pomimo że to nie była jej wina ale to uczucie umarlo i od tego czasu co kilka miesiecy wymienialismy po kilka zdan. Przed walentynkami w tym roku napisala czy nie chcialbym z nią wyjść... usunąłem wpis na facebooku. Podejmowała jeszcze 2 próby ale na tym kończyła się rozmowa.

 

Jakby tego było mało w tym roku zaczalem cos czuc do jednej dziewczyny z ktora pracuje. Jest z Rosji. Pracuje z nia juz rok ale raczej zadko sie do siebie odzywalismy. Wszystko zaczelo sie od tego ze okazalo sie ze nie ma papierow w stanach. Rodzily sie jakies mysli ze moglbym sie z nia ozenic i dac jej papiery, nawet zamienilismy kilka slow o tym ale ona wyczyla ze ja nie mowie powaznie. Nastepnie zaczelismy jakos czesciej ze soba wymieniac po kilka zdan, mowilismy do siebie kochanie, niby zartobliwe, niby powaznie, zaczalem czescniej chodzic na gore sklepu gdzie pracowala, ona cos powiedziala ze tak czesto przychodze bo sie zakochalem. Znow zaczalem sie wycofywac, z jednej strony chcialem zeby do czegos doszlo ale z drugiej wiedzialem jaką jestem osobą. Aktualnie nie wiem co robic dalej. Nie mam o czym rozmawiać... dobija mnie to. Wewnętrznie chcę zrobić to co jest normalne, pogadać z nią, napisać coś, zaprosić gdzieś ale nie potrafię. W walentynki napisałem jej Happy valnetines a ta odpisała czemu nie śpię. Zacząłem coś pisac że jest za zimno i że nie mam okien w domu i wiatr wieje mi w twarz. Ona tak poważnie zapytała czy to miało być śmieszne? Eh... i naskoczyła na mnie czy piję, czy robie jakieś szalone rzeczy bo wydaje się jej że jestem za dobry. W tym momencie zacząłem się cały trząść, wiedziałem że to kiedyś nadejdzie, że znajdę się w takiej sytuacji do jakiej dopuścić nie chcę. Robię coś czego nie powinienem i liczę że nic się nie stanie. A jednak się stało... to jest strasznie popaprane. Nie wiem co robić.

 

Czy odniosłem jakiś suckes?

W połowie 2013r zaczałem uprawiać aktywność fizyczną w domu z programem DVD. Dzięki temu zgubiłem wagę i ból kręgosłupa ustąpił. Od tego czasu do dziś nie było nawet jednego tygodnia abym chociaż raz nie ćwiczył. Zawsze ten jeden raz był. Niestety od miesiąca już straciłem chęć na ćwiczenia. Czuję się jakby ciążył na mnie kamień. Brak energii, motywacji gdy pomyślę nad całokształtem swojego życia. Rezultaty które osiągnąłem przez 3 lata są również poniżej krytyki. Fakt jest taki że wyrobiłem sobie kondycję lecz moim celem było uzyskanie estetycznej sylwetki. Nawet na tym polu zawiodłem.

Zaprosiłem koleżankę z pracy na mecz koszykówki lecz atmosfera była taka sobie. Ona ciągle sobie żartowała w taki sposób że nabijała się z zawodników, z ich nazwisk itd. Ja tego nie trawiłem, próbowałem coś śmiesznego powiedzieć ale średnio mi to wyszło.

 

Prowokowanie sytuacji do których de facto nie chcę dopuścić

W internecie jak i w tym nędznym życiu staram się udawać kogoś kim nie jestem, gdy przychodzi co do czego, coś udowodnić, coś zrobić, opowiedzieć o tym zaczyna się problem. Robię coś czego robić nie powinienem liczać że nikt nie będzie drążył tematu. Niestety gdy zaczyna się drążenie zmienia się moje samopoczucie i zadaje sobie pytanie po co ja to robię.

 

Życie w internecie

W 2007r moje życie przeniosło się do świata gier i storn internetowych. Grałem głównie w jedna gre przez ładnych 5 lat aż wyłączyli serwery. Byłem w nią dobry, gralem z najlepszymi z calego świata i nic do szczescia więcej nie było mi potrzeba. Tam się realizowałem, spedzalem caly wolny czas, nie chciałem z czasem nigdzie wychodzic. Zaczalem sie rejestrowac na forach, wrzucac wszędzie to samo, udzielać i budować swoje ego. Dowartosciowywalem i dowartosciowywuje sie do dzis w internecie. Wrzucam zdjecia cokolwiek kupilem, co matka czy brat kupili, co osoby z pracy kupily a czasami fikcyjne rzeczy ktorych nie mam. Zdjecia komputera, jakichs pierdol do niego itd. Nie mam normalnego życia. Ciagle staram się zaszpanować. Czasami rozmyślam nad tym wszystkim i zaczynam plakac ale nastaje nowy dzien i robie to samo. Już nie gram w gry bo mi się to zwyczajnie znudziło lub jestem za głupi aby zagłębić się jak działa gra. W grach też trzeba myśleć. Tutaj może być problem... brak myślenia.

 

Pornografia

 

Odkąd pamiętam interesowałem się pornografia. Mieszkając na wsi przegladalem erotyczne czasopisma ktore znalazlem na strychu. Od tego dnia do dzis ogladam filmy porno. Mam ich na dysku kilka tysiecy z czego większosci nie widzialem. Po prostu sciagam... nie wiem po co.

 

Kompleksy

 

Zapewne każdy coś ma. Będzie się tym mniej lub bardziej przejmował. U mnie są to zęby i szpara miedzy jedynkami i dwójkami na górze. Wydaje mi sie ze przez to nigdy nie usmiechalem sie, nie chcialem robic sobie zdjec, nie rozmawialem z nikim. Przez pewien okres miałem problem z wymową R. Nadal mi to zostało lecz w pewnym stopniu nauczyłem się to wymawiać. Po angielsku ta litera nie jest tak mocna jak po polsku.

 

Niestety mam problem z klejnotem rodowym.. urodziłem się z wrodzoną wadą która NIGDY nie została przedyskutowana. Miałem 2 operacje za dziecka ale nigdy nie zostało mi wytłumaczone co i jak dalej. Jak z dalszym życiem, jak ze współżyciem. Do wniosków doszedłem sam i obawiam się że nie będę mógł go użyć.

 

Moje przemyślenia

Gdybym miał znaleźć winowajcę postawiłbym na mózg. Nie myślę logicznie, ciężko mi się myśli, nie potrafię się wypowiedzieć na żaden temat, w głowie pustka. Gdyby ta "blokada" nagle znikła i stałbym się gadułą moje życie obróciłoby się o 180^. Chciałbym być taki jak Mateusz Grzesiak, Elliott Hulse czy Paul Chek. Ich wiedza jest ogromna, dzielą się nią, są spełnionymi ludźmi. Niestety jestem tu gdzie jestem i światełka nie widać. Wydaje mi się że wszystko zaczęło do mnie docierać w połowie 2014r kiedy straciłem kogoś na kim mi zależało. Od tego momentu zacząłem zastanawiać się nad swoim istnieniem. Brakowało mi "tego" uczucia. Przed tym myślałem że liczą się pieniądze, one dawały mi szczęście lecz po tym co się stało pieniądze straciły dla mnie jakąkolwiek wartość. Mogę mieć pieniądze, ferrari ale bedę sam. Jestem gotów oddać wszystkie pieniądze za normalne życie, życie które ucieka mi przez palce, każdego dnia/miesiąca uciekają mi ludzie którzy mogliby zostać moimi przyjaciółmi do końca życia. Wewnętrznie rozgrywa się dramat. Mam już dość ciągych porażek i kopniaków od życia. Mam dość ciągłego tracenia kogoś/czegoś. Chce zacząć żyć jak normalny człowiek.

 

Mam nadzieję że rozumiecie moje problemy a mam ich wiele na każdej płaszczyźnie. Nie wiem jak z tego wybrnąć i od czego zacząć. Nie wiem może jestem upośledzony w jakiś spsób od dziecka? To tak jak ktoś nie ma ręki... nie ma i jej mieć nie będzie. Ja nie mam życia i nic nie wskazuje na to że mogę je odzyskać. Czy fakt że nikt nie pomógł mi może oznaczać że jednak jest jakaś wada wewnątrz mnie? Pójść do psychologa, psychiatry czy psychoterapeuty? A może przebadać mózg? W jaki sposób oni mogą mi pomóc? Czy mogą mi jeszcze pomóc? Czy Wy możecie mi pomóc?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeżeli jesteś w stanie otworzyć się obcej osobie to psychoterapeuta na pewno będzie właściwym krokiem. Jeżeli Cię na to stać to są również psychoterapeuci online. W sumie dla mnie druga opcja jest mniej sensowna, bo równie dobrze możesz porozmawiać z innymi ludźmi, ale oczywiście tak jak np ja- bez profesjonalnej wiedzy medycznej i psychologicznej.

Moglibyśmy się skontaktować w jakiś sposób? Przeczytałam całość i nie dość, że chyba nie odpuszczę, żeby Cię jakoś wesprzeć to jeszcze znalazłam wiele własnych problemów w Twojej historii przez co chciałabym z Tobą porozmawiać na spokojnie jeśli masz ochotę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Przeczytałem jakieś 70% i widzę spore podobieństwo między nami. Postaram się w skrócie opowiedzieć o sobie. Pochodzę z dobrej rodziny, jestem introwertykiem, na moje nieszczęście bardzo wrażliwym i empatycznym. Zawsze wszystko miałem na zawołanie- wyjazdy rodzinne, sport(wspinaczka, rower, narty), moi rodzice poświęcali mi masę uwagi, pomagali mi w nauce. Podobnie jak ty mam wadę zgryzu i nigdy się nie uśmiechałem, nie rozmawiałem z dziewczynami, mam wadę wymowy sz,cz,rz , nie słyszę na jedno ucho, zawsze byłem słaby- miałem niedowagę. Wszystko to co wymieniłem nie dość, że było moim "wrodzonym kompleksem" to jeszcze inne dzieciaki mnie zawsze wyśmiewały dokuczały co wynikało z tego, że z jednej strony byłem idealnym "workiem treningowym" a z drugiej wiele osób zazdrościło mi. Przez 10 pieprzonych lat dzień w dzień spotykałem się z obelgami, przemocą, agresją, przez 10 lat skrywałem to wszystko w sobie nie dałem tego po sobie poznać w domu, w nowych szkołach czy nawet wśród moich przyjaciół choć było ich tylko 2. Przez ten cały czas miałem na sobie "garnitur z ludzkiej skóry" nie okazywałem uczuć wszystko tłumiłem w sobie, kłamałem, uśmiechałem się, stałem się panem marionetki, którą oglądam każdego dnia patrząc w lustro. To spowodowało, że zachorowałem na depresje (moi rodzice tego nie wiedzą, w moim otoczeniu wiedzą to może 3 osoby ), piłem za dużo, nie sypiałem, znienawidziłem ludzi, gdy tylko się zakochiwałem od razu odcinałem się od tej dziewczyny, czułem się jak przeładowany samochód jadący na oparach. Przyszedł taki dzień gdy wypiłem więcej niż zwykle, spotkałem dziewczynę o której nie mogłem zapomnieć, miałem więcej pracy niż byłem w stanie wykonać, a przy tym byłem w obcym mieście, w cudzym zimnym,pustym, cichym mieszkaniu. Czułem się jak bym był w klatce na którą ktoś położył coś za ciężkiego i zaraz zostanie zgnieciona. Coś we mnie pękło, umarło, obudził się ten drugi ja, ten który siedział w milczeniu i przyglądał się mojemu cierpieniu, który karmił się tym całym złem. O 3 w nocy stałem na moście, pod wpływem alkoholu, samotny, zobojętniały, zmęczony. Gdy patrzyłem na wodę przypominałem sobie te dobre chwile- wyjazdy z rodziną, to jak się czułem jeżdżąc na rowerze, pływając itp następnie pomyślałem o marzeniach i o ich odległości. Gdy byłem już gotów przejść na drugą stronę barierki ten zły pokazał mi inną drogę- najpierw zrozumiałem, że jeżeli skoczę to zranię rodzinę a nie chcę by ktokolwiek kiedykolwiek poczuł to samo co ja, następnie pokazał wszystkie moje marzenia i drogi do nich (edukacja, ciężka praca ale całość do zrobienia), na końcu zobaczyłem wszystkich przez których tam stałem i zobaczyłem jak się śmieją z mojej porażki a po chwili jak wszyscy są nieudacznikami a to ja jestem tym który osiągnął coś w życiu i to ja patrzę na nich z góry. Wróciłem do domu była może 5 ramo a o 8 miałem egzamin jedyny przedmiot jaki lubiłem i rozumiałem xd. Poszedłem na egzamin byłem jak trup posadzono mnie w pierwszej ławce na wprost profesora, na kacu w sali gdzie na 30 osób było ok 25 dziewczyn xd a ja na kacu z 2L butelką Coli i kurwicą na cały świat byłem gotów zabić wszystkich XD. Z sali wyszedłem jako pierwszy po połowie czasu (co się okazało jako 2 z ok 100 osób na roku (kilka sal)) egzamin zdało ok 40 osób z czego ja dostałem 4,5 XD. Teraz moja rada. Po całym zajściu postanowiłem, że to ja będę tym lepszym, tym śmiejącym się, postanowiłem ćwiczyć (zwykłe pompki, brzuszki, podciągnięcia) po to by najpierw wyrobić wewnętrzną potrzebę doskonalenia się, cierpliwość, motywację i nawet gdy nie mam ochoty na trening bo mam doła to i tak go robię (może być krótszy, słabszy ale robię) byłem u dentystki i czekam na aparat na zęby toczę walkę ze swoimi kompleksami. Nadal mam na sobie "garnitur" ale ten kto się pod nim kryje w końcu wyjdzie z niego i tobie polecam to samo. Nie oczekuj niczego, zacznij małymi kroczkami, niech to będzie poranne 10 pompek i brzuszków, wieczorny trucht 5 km zobacz, że potrafisz jeżeli będziesz robił codziennie trening przez 15 min, z czasem 0,5h to zobaczysz jak szybko zrobisz postępy, niech to stanie się twoim nawykiem, zaczniesz się lepiej czuć a to przełoży się na inne aspekty życia. Wiem że to tak pięknie brzmi a rzeczywistość jest brutalna jeszcze nie raz upadniemy ale jeżeli wszystko wokół jest szare to chociaż my bądźmy kolorowi :-D

Jak zaczynałem pisać byłem przygnębiony i spodziewałem się czegoś krótszego a teraz jak na to patrzę to jestem z siebie dumny xd ciesz się, że się tym podzieliłeś i mogłem odpowiedzieć bo to może pomóc tobie, mnie i innym którzy boją się o tym napisać.

Pozdrawiam Shikamaru

"Bo w życiu należy mieć dobrą strategię i zawzięcie,

siła przyjdzie z treningiem, wiedza z nauką,

a doświadczenie z wiekiem"

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

> Brak normalnej rodziny

 

Moim skromnym zdaniem Twoja rodzina była (podobnie jak wiele innych rodzin) dysfunkcyjna. To powoduje, że jesteś dorosłym dzieckiem z rodziny dysfunkcyjnej (tzw. DDD). Proponuję Ci żebyś przeczytał na początek ten krótki opis problemu i sprawdził w jakim stopniu Cię dotyczy (DDA różni się od DDD tylko tym, że w przypadku DDA był alkohol, a w przypadku DDD inne „ucieczki”):

http://www.dda.pl/problem/

 

Myślę, że możesz w opisie problemu odnaleźć „wiele z siebie”. Jeśli tak będzie, to masz jakiś punkt zaczepienia. A jeśli nie, to możesz szukać innej „diagnozy”, albo brać się za każdy problem z osobna.

 

>Relacje z rodziną

To jest trudny temat. Ja osobiście nie zaczynałbym od niego jako pierwszego. Widać jednak, że dostrzegasz tu problem, który wcześniej czy później będziesz musiał rozwiązać.

 

> Znajomi

Z tego co piszesz, (upraszczając sprawę) inni ludzie starają się inicjować kontakty z Tobą, a Ty się wycofujesz, aż przestają się interesować. Wydaje mi się, że gdy rozwiążesz problem z akceptacją dla samego siebie, to w miarę upływu czasu staniesz się bardziej otwarty i znajomi się pojawią. (Ja osobiście, na razie jednak bym tym brakiem znajomych aż tak się nie przejmował. Jak będziesz robił wszystko na siłę, to pewnie wrócisz do punktu wyjścia).

 

> Kłamstwo - sposób na przetrwanie

Być może kłamstwo „przyswoiłeś” niejako od swojego ojca, który jak opisałeś - umiejętnie nim władał. Nie wiem. To taka myśl. Widać jednak, że ono Ci „nie leży”. Próbowałbym więc szukać takich relacji, gdzie nie trzeba kłamać. Choćby w internecie. Skoro kreujesz się poprzez kłamstwa, może spróbuj gdzieś wykreować osobę, która zawsze mówi prawdę i zobacz jak się z tym czujesz (zakładając, że choćby nie wiem co, nie skłamiesz). To taki tam tylko pomysł.

 

> Edukacja

Faktycznie się ślizgałeś. Jakoś mi się jednak zdaje, że coś z tego Ci zostało. Sposób w jaki to wszystko opisałeś zaimponował mi. Może miałeś problemy z językiem polskim, ale swoją historię opisałeś składnie, rzeczowo i ciekawie. Być może stres powodował u Ciebie problemy z nauką i jak piszesz „blokował Twój mózg”, ale jednak po treści wiadomości, nie widać, żebyś czuł się zblokowany.

Do tego pisałeś, że może kontakty w rzeczywistości Ci nie szły, ale pisanie na fb z dziewczyną szło. Może po prostu lepiej odnajdujesz się w formie pisanej niż mówionej.

 

> Praca

Trochę narzekasz, że Cię kilka razy wywalili, ale ja to widzę inaczej. Traciłeś prace, co do których nie miałeś predyspozycji. Mnie też by wywali za układanie butelek na półce – byłbym jak żółw. Po prostu nie jestem szybki i mnie to nie interesuje.

W bieżącej pracy doceniono Twoją dokładność i rzetelność. Może warto się nad tym zastanowić głębiej – co takiego masz w sobie, za co pracodawca chciałby płacić. Wiesz już za co nie chcą płacić i za co cenią Cię w aktualnej pracy. Masz sporo informacji, które można wykorzystać do rozważań o dalszej karierze.

 

> Uświadamianie sobie mojej beznadziejnej sytuacji

Myślę, że przedwcześnie wyciągasz takie wnioski. Wiele osób w wieku 22 lat jest zagubionych, ale do tego nie ma świadomości braku swojej zaradności. Ty nieco się może żalisz, ale w mojej opinii nieco przesadzasz. Kilka razy traciłeś pracę, ale nie poddajesz się – szukałeś kolejnych. Podejmujesz być może jakieś nieudane próby (kursy itp.), ale jednak podejmujesz. Twoja matka jest zaradna (jak sądzę), więc masz się od kogo uczyć. Możesz na przykład z nią szczerze porozmawiać o chęci usamodzielnienia się i zacząć przejmować część obowiązków. Nie dość, że wzmocnisz poczucie własnej wartości, to jeszcze zbliżysz się do matki (strzelam, ale może wpadniesz na podobny pomysł).

 

> Moje zachowanie

Widzę to tak, że masz kłopoty w relacjach z ludźmi. Być może przez to, że wyrosłeś w dysfunkcyjnej rodzinie, gdzie „normy” były inne niż powszechnie przyjęte. Twoja wiadomość jest jednak szczera. Tak sobie kombinuję, że może gdybyś się bardziej otworzył przez pisanie, to potem przełożyłoby się to na komunikację w rzeczywistości. Ja sam jakiś czas temu zacząłem więcej pisać i teraz znacznie łatwiej jest mi się wysłowić w rozmowach. Kiedyś natomiast coś wydukałem, a potem miałem rozkminy, że mogłem powiedzieć to, albo tamto. A pisanie daje czas na zebranie myśli i wyrażenie tego, co naprawdę ma się do powiedzenia – wszystko zwalnia (niestety rzeczywistość (jak mi ktoś ostatnio powiedział) nie toczy się w tempie wiecu Entów – mam nadzieję, że kojarzysz Władcę Pierścieni). Może więc pisanie (choćby na tym forum, gdzie jest wiele ciekawych miejsc i wiele ciekawych osób), mogłoby Ci pomóc.

Możesz mieć także inne obszary, poprzez które możesz się otworzyć, lepiej poznać siebie. Niekoniecznie to musi być pisanie.

 

> Niespełniona miłość

Widać, że masz jakiś czar, który przyciąga kobiety. Z tego co opisałeś, to lgną do Ciebie. Taka prawda.

Jak ułożysz trochę swój wewnętrzny świat, to powinno być dobrze. Ryzyko jest takie, że gdy zaczniesz związek z całym tym bagażem, to może być Ci podwójnie trudno…

 

> Czy odniosłem jakiś suckes?

Każdy ma jakieś granice tolerancji. Każdy. Twoja się kończy i najwyraźniej kończą Ci się zasoby.

Po tym co napisałeś i po sposobie w jaki to opisałeś, widać jednak, że masz potencjał. Myślę, że jeśli popracujesz nad sobą to sukcesy jeszcze przyjdą. Masz na to czas.

 

> Prowokowanie sytuacji do których de facto nie chcę dopuścić

To jest, że tak powiem „standardzik”. To jest głód zachowań, do których przywykłeś w dzieciństwie. Jak jest za spokojnie, to samemu trzeba zrobić zadymę (znam temat).

 

> Życie w internecie/pornografia

Wszystko może być nałogiem, a Ty masz predyspozycje żeby w nie wpadać (tak jak w pkt. wyżej). To działa tak, że jak wzrośnie Ci akceptacja, dla samego siebie – zaczniesz wybierać swoje dobro, stawiać granice, które Cię będą chroniły, to siła pokus będzie słabła.

 

> Kompleksy

Jak sam zauważyłeś – każdy ma jakieś kompleksy. Kobiety do Ciebie jednak (mimo to) lgną. Pytanie więc, czy są warte zmartwień.

 

Co do klejnotu, to na pewno spędza Ci sen z powiek, ale rozwiązanie jest banalnie proste – idź do lekarza. Trochę wstydu Cię na pewno czeka, ale pomyśl ile nieprzespanych nocy Ci to zaoszczędzi.

 

> Moje przemyślenia

Taaaa… mózg. Wiadomo. Wszystko to mózg. Dysfunkcje, które nabyłeś w dzieciństwie, też są zapisane w mózgu. Czy to jednak ważne?

Ważne jest moim zdaniem, aby kroczek po kroczku zacząć rozwiązywać problemy. Skoro jesteś w takim stanie jakim jesteś, to ciężko Ci będzie to zrobić samemu i na pewno nie da się zrobić wszystkiego na raz. Trzeba po kolei. Nie wiem jak jest w Stanach, ale może mają jakieś mityngi albo grupy wsparcia DDA/DDD. W Polsce można na nie chodzić i jeśli nie masz ochoty, to na początku nie trzeba nawet się odzywać. Nie musiałbyś się stresować, że nie będziesz potrafił sformułować myśli. A po miesiącu, dwóch, trzech, może się odblokujesz i zechcesz coś mówić. Może warto spróbować?

A jak nie, to może tak jak ktoś już sugerował – terapia.

Masz na pewno wiele opcji. Najważniejsze jest jednak chcieć zacząć.

 

Trzymam za Ciebie kciuki!

 

PS. Mam nadzieję, że nie za szorstko opisałem swoje refleksje, na temat Twojej historii. Chciałem Ci jedynie przedstawić mój punkt widzenia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Moglibyśmy się skontaktować w jakiś sposób? Przeczytałam całość i nie dość, że chyba nie odpuszczę, żeby Cię jakoś wesprzeć to jeszcze znalazłam wiele własnych problemów w Twojej historii przez co chciałabym z Tobą porozmawiać na spokojnie jeśli masz ochotę.

Sam nie wiem. Z jednej strony chciałbym gotowego rozwiązania na mój problem, z drugiej wiem że takowe nie istnieje. Chciałbym porozmawiać ale coś mnie blokuje. Dlatego piszę tutaj pomimo tego że powinienem zasięgnąć pomocy psychologa. Chciałbym mieć świadomość że z tego mogę wyjść ale ilekroć próbuję sobie to wyobrazić za każdym razem nie ma światełka w tunelu.

 

 

Moim skromnym zdaniem Twoja rodzina była (podobnie jak wiele innych rodzin) dysfunkcyjna. To powoduje, że jesteś dorosłym dzieckiem z rodziny dysfunkcyjnej (tzw. DDD). Proponuję Ci żebyś przeczytał na początek ten krótki opis problemu i sprawdził w jakim stopniu Cię dotyczy (DDA różni się od DDD tylko tym, że w przypadku DDA był alkohol, a w przypadku DDD inne „ucieczki”):

http://www.dda.pl/problem/

 

 

Sam nie wiem, nadmienię że nie palę, nie piję nic ( nawet piwa), nie ćpam. Moja rodzina to inteligentne osoby lecz nie wiem czy oni mają klapki na oczach? Nic się nie dzieje dookoła mnie a jak się dzieją to same złe rzeczy i nie podejmują ŻADNYCH kroków aby temu zaradzić/ pomóc mi. Nie bardzo widzę podobieństwo w tym co jest napisane na tej stronie. Fakt że uczucia ukrywam od lat, nigdy nie było tak abym mógł z kimś porozmawiać. Wszystko tłumię w sobie.

 

Z tego co piszesz, (upraszczając sprawę) inni ludzie starają się inicjować kontakty z Tobą, a Ty się wycofujesz, aż przestają się interesować. Wydaje mi się, że gdy rozwiążesz problem z akceptacją dla samego siebie, to w miarę upływu czasu staniesz się bardziej otwarty i znajomi się pojawią. (Ja osobiście, na razie jednak bym tym brakiem znajomych aż tak się nie przejmował. Jak będziesz robił wszystko na siłę, to pewnie wrócisz do punktu wyjścia).

 

Tylko że w momencie kiedy zacząłem doznawać uczuć jakie są miedzy znajomymi to kiedy ich nie odczuwam, zaczynam się źle czuć. Do momentu kiedy nie zacząłem tego doświadczać było mi dobrze. Nie miałem znajomych, nie wiedziałem co to jest mieć znajomych, nie wiedziałem co to znaczy wyjść gdzieś i spędzić wspólnie czas, wspierać w trudnych sytuacjach, pogadać a teraz gdy tego doświadczyłem i gdy to tracę, wszystkiego mi się odechciewa. Jak widzę to jak inni żyją, jakie mają problemy i jak znajomi im pomagają to boli mnie strasznie że nie mogę w tym uczestniczyć. Nie wiem czy jasno się określiłem. Chcę ale nie mogę. W jakiś sposób tego doświadczyłem ale nie mogę się za bardzo zaangażować bo są pewne granice których przekroczyć nie mogę. Tak jak pisałem o tym że zaprosiłem koleżankę na mecz a teraz ona chciała mnie zaprosić na imprezę i musiałem się wykręcić z tego/wycofać. Jak tak dalej będzie stracę ją i życie po raz kolejny da mi po dupie. Już tyle osób mi uciekło które mogły być moimi znajomymi do końca życia i nie chce tracić kolejnych. Niby nie powinienem się tym przejmować ale oni już są w moim życiu i nie wiem co zrobić żeby ich zatrzymać. Za 20 dni będą jej urodziny i znów będę musiał się wykręcić. Wiem że strach to wytór mojej wyobraźni i to co w niej jest może się nigdy nie wydarzyć ale ja nie panuję nad tym.

 

Być może kłamstwo „przyswoiłeś” niejako od swojego ojca, który jak opisałeś - umiejętnie nim władał. Nie wiem. To taka myśl. Widać jednak, że ono Ci „nie leży”. Próbowałbym więc szukać takich relacji, gdzie nie trzeba kłamać. Choćby w internecie. Skoro kreujesz się poprzez kłamstwa, może spróbuj gdzieś wykreować osobę, która zawsze mówi prawdę i zobacz jak się z tym czujesz (zakładając, że choćby nie wiem co, nie skłamiesz). To taki tam tylko pomysł.

 

Nie wiem czy on miał jakiś wpływ na to że zacząłem kłamać. Raczej wzięło się to z tego że w internecie mogłem się dowartościować a w życiu realnym musiałem kłamać aby przetrwać i tak to się ciągnie do dziś. Brak doświadczeń, przeżyć, brak wiedzy, brak czegokolwiek zmusza mnie do kłamania bo inaczej nie miałbym nic do powiedzenia. Teraz tworzy mi się fałszywa historia i nie wiem czy to się będzie dalej trzymac.

 

 

Faktycznie się ślizgałeś. Jakoś mi się jednak zdaje, że coś z tego Ci zostało. Sposób w jaki to wszystko opisałeś zaimponował mi. Może miałeś problemy z językiem polskim, ale swoją historię opisałeś składnie, rzeczowo i ciekawie. Być może stres powodował u Ciebie problemy z nauką i jak piszesz „blokował Twój mózg”, ale jednak po treści wiadomości, nie widać, żebyś czuł się zblokowany.

Do tego pisałeś, że może kontakty w rzeczywistości Ci nie szły, ale pisanie na fb z dziewczyną szło. Może po prostu lepiej odnajdujesz się w formie pisanej niż mówionej.

 

WIesz, jeden wpis nie czyni ze mnie osoby która jest w stanie napisać/wypowiedzieć się na każdy temat składnie i rzeczowo. W 95% przypadków nie potrafię się wypowiedzieć czy zbudować zdania w głowie. Jest po prostu pustka. Zero myśli. Nic się nie analizuje. Nic. Stres kompletnie blokuje możliwość wypowiadania się. Łatwiej jest mi pisać niż mówić lecz na tym życie nie polega. Trzeba otworzyć tę buzię i mówić.

 

Trochę narzekasz, że Cię kilka razy wywalili, ale ja to widzę inaczej. Traciłeś prace, co do których nie miałeś predyspozycji. Mnie też by wywali za układanie butelek na półce – byłbym jak żółw. Po prostu nie jestem szybki i mnie to nie interesuje.

W bieżącej pracy doceniono Twoją dokładność i rzetelność. Może warto się nad tym zastanowić głębiej – co takiego masz w sobie, za co pracodawca chciałby płacić. Wiesz już za co nie chcą płacić i za co cenią Cię w aktualnej pracy. Masz sporo informacji, które można wykorzystać do rozważań o dalszej karierze.

 

Wiesz, nie byłem żółwiem tylko bałem się kontaktu z klientami, pytali o alkohol, co polecam a ja ciągle musiałem wołać innych pracowników żeby doradzili. Dlatego wychodziłem rzadziej na sklep. Stąd mogli wywnioskować że się ociągam.

Myślę, że przedwcześnie wyciągasz takie wnioski. Wiele osób w wieku 22 lat jest zagubionych, ale do tego nie ma świadomości braku swojej zaradności. Ty nieco się może żalisz, ale w mojej opinii nieco przesadzasz. Kilka razy traciłeś pracę, ale nie poddajesz się – szukałeś kolejnych. Podejmujesz być może jakieś nieudane próby (kursy itp.), ale jednak podejmujesz. Twoja matka jest zaradna (jak sądzę), więc masz się od kogo uczyć. Możesz na przykład z nią szczerze porozmawiać o chęci usamodzielnienia się i zacząć przejmować część obowiązków. Nie dość, że wzmocnisz poczucie własnej wartości, to jeszcze zbliżysz się do matki (strzelam, ale może wpadniesz na podobny pomysł).

 

Niestety nie ja znalazłem pracę. Każdą z nich znalazła matka. Kursy i college to była jej inicjatywa, ona wszystko zorganizowała i załatwiła. To już tak mnie dobija że nawet sobie nie wyobrażasz.

Może i to jakaś myśl z tymi obowiązkami ale za wiele ich tutaj nie ma. Na pewno jakby się pojawiły to sprawiłyby mi kłopot więc może powinienem..

Jak spojrzę na znajomych których mam w pracy to się zastanawiam nad swoim życiem. Jedna dziewczyna zerwała z chłopakiem, wysłała mi zdjęcie spakowanych toreb i że się wyprowadza do nowo poznanych osób w szkole. Zorganizowała ekipę od przeprowadzek i pojechała Do tego ma matkę która pożycza od niej pieniądze a ta matka ma jakiegoś głupiego chłopaka i pomimo że ona go nie lubi to jakoś poszła na święta i przeżyła. Chodzi rano do szkoły przed pracą, jest zdolna, szybko się uczy, w weekendy spotyka się ze znajomymi. A moje życie? Weekend już nawet nie przed komputerem bo wymiotuje nim tylko w łóżku bez celu. Zero problemów, wszystko załatwia matka. Dużo czasu na rozmyślenia które tylko mnie dołują.

Drugi zostawił prace, wrócił do Polski aby dokończyć studia, organizuje imprezy aby dorobić, ma wszędzie znajomych. Tez imprezuje, bawi się świetnie. A ja...?

Jak porównam siebie do nich to szczerze zaczynam płakać.

 

 

 

Widać, że masz jakiś czar, który przyciąga kobiety. Z tego co opisałeś, to lgną do Ciebie. Taka prawda.

Jak ułożysz trochę swój wewnętrzny świat, to powinno być dobrze. Ryzyko jest takie, że gdy zaczniesz związek z całym tym bagażem, to może być Ci podwójnie trudno…

 

Najbrzydszy nie jestem także z jednej strony to plus a z drugiej minus bo biorąc pod uwagę całokształt, nie mogę pozwolić na więcej.. Wiem że nie mogę ale z drugiej strony dobija mnie to że nie daję rady się ustatkować, być z kimś kto miałby oparcie we mnie.

 

 

 

 

Co do klejnotu, to na pewno spędza Ci sen z powiek, ale rozwiązanie jest banalnie proste – idź do lekarza. Trochę wstydu Cię na pewno czeka, ale pomyśl ile nieprzespanych nocy Ci to zaoszczędzi.

 

Tak tylko tutaj magicznej kapsułki nie ma. Jedyna opcja to operacja. Miałem już 2 operacje i nic z tego nie wynikło. Jakby mogli to by naprawili a tak prawdopodobnie musi zostać jak jest. Z drugiej strony nawet gdyby była możliwość operacji nie chciałbym przez to przechodzić.

 

 

Zastanawiam się jak może być aż tak źle? Ja rozumiem że ktoś może nie lubić imprezować, może mu nie iść w szkole, może nie mieć 100 przyjaciół, może mieć jakiś jeden problem ale ja nawalam na każdej linii po całości. Te fakty mam codziennie w głowie, już się budzę o 6 rano i spać nie mogę. Jestem kompletnie bezradny teraz. Emocje już mi puszczają za każdym razem gdy widzę kogoś kto robi coś czego ja zrobić nie mogę. Nie wiem czy wpadam w depresję, nie wiem ile jeszcze ciosów jestem w stanie przyjąć. Już mnie nachodziły takie myśli że gdybym miał możliwość kliknięcia guzika który sprawiłby że moje życie dobiegłoby końca to zrobiłbym to. Szukając pomocy już nawet natrafiłem na takie teorie że ludzie o takich problemach mogą być nawiedzeni. Że siedzą we mnie złe duchy. Nie wiem jaki jest wasz stosunek do Boga i do egzorcystów ale w tej sytuacji chwytam się wszystkiego. Poczytałem o Wandzie Pratnickiej i sam nie wiem czy to ściema czy warto brnąć w tę stronę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hej. Myślałem żeby wrzucić kilkanaście stron o życiu i problemach ale doszedłem do wniosku że nikomu się nie będzie tego chciało czytać. Chciałbym wymienić najważniejsze problemy z jakimi się borykam i parę punktów z życia które mogły do tego doprowadzić.

PORBLEMY

- największy problem z jakim się borykam to brak myślenia – czyli nie mam nic do powiedzenia, nie tworzą mi się myśli, nie lubię rozmów na żaden temat,  brak analizy tego co ktoś do mnie mówi, problemy z uczeniem się, przyswajaniem i wykorzystywaniem wiedzy.

- uważam się za mało inteligentną osobę, mam wrażenie że nie rozumiem otaczającego mnie świata i wszystkiego co z nim związane. Boję się go, boję się ludzi. Nie mam obycia z niczym. Takie totalne ogłupienie bym powiedział. Strach przed zadzwonieniem gdzieś, załatwieniem czegoś.

- w wieku 27 lat nie mam prawa jazdy, wykształcenia, stabilnej pracy

- brak uczuć do rodziny, są mi obojętni.

- uważam że jako człowiek jestem bezwartościowy. Nie mam żadnego doświadczenia, wiedzy, nie jestem w stanie nic doradzić i ogólnie nic sobą nie reprezentuję.

- urodziłem się z wadą jaką jest spodziectwo. Ujmę to tak że cały sprzęt ( pomijając spodziectwo ) jest niesprawny ( rozmiar też ) i nigdy nie zostało mi to wyjaśnione. Doszedłem sam do wniosku że zwyczajnie nie jestem w stanie współżyć.

- myślę też że nie do końca zdaję sobie sprawę np. z tego że powinienem iść do dentysty u którego nie byłem ponad 10 lat. Jest wiele problemów z zębami ale ja wychodzę z założenia że jakoś to będzie. Nie wybiegam w przyszłość a raczej żyję z dnia na dzień nie myśląc o daleko idących konsekwencjach.

- nie mam żadnych znajomych, nie kontaktuję się z rodziną od lat ( mieszkam za granicą ponad 8 lat )

- jako jedyny oblałem pisemną maturę z polskiego w mojej szkole. To musi dać do myślenia. Na ustnej prawie nic nie powiedziałem i dali minimum żeby mnie puścić. Serio. Powiedziałem może jedno albo dwa zdania. Nie potrafiłem nic wydobyć z tej głowy. Totalna pustka. Na pisemnej poległem. Poprawkę zdałem.

- nie czuję się jak dorosły i odpowiedzialny człowiek. Raczej jak jakiś niedorozwinięty idiota.

- jakby to powiedzieć jestem przeciwieństwem was czyli jeżeli wy coś potraficie zrobić, załatwić, zdobyć, wywalczyć ja jestem tym który tego nie potrafi.

Z obserwacji zauważyłem że po alkoholu jestem innym człowiekiem.. pewnie każdy z was miał podobne odczucia ale w moim przypadku czułem się sobą po kieliszku. Wielokrotnie chciałem osiągnąć ten stan ale możliwe że wyrobiłem sobie jakąś tolerancję na alkohol bo praktycznie nie jestem w stanie się upić żeby poczuć się sobą. Bardzo ciężko jest żyć na trzeźwo w tej rzeczywistości. Patrzyłem na różne objawy u autystycznych osób jak i ze schizofrenią i wiele objawów pasuje do mnie. Nie wiem co robić i co myśleć. Jak żyć dalej w bólu.  Myslalem o wizycie u psychiatry ale po pierwsze nie mam ubezpieczenia a leki tutaj w stanach mogą być drogie. Po drugie nie ma tez gwarancji ze kiedykolwiek i jakiekolwiek leki coś pomogą. Pare slow o życiu:

ŻYCIE W SKRÓCIE

Przed ~ 2005

- o ile pamiętam moi rodzice nigdy nie mieszkali ze sobą za dzieciaka i w ogóle. Ojciec zawsze był za granicą robiąc swoje interesy. Obiecywał wykończyć  piętro w domu jego rodziców gdzie mieszkaliśmy ale nigdy do tego nie doszło.

Po ~2005

Matka wyjechała za granicę za chlebem a my wyjechaliśmy z miejscowości w której dorastałem gdyż ktoś miał wypadek i nie mógł się nami zaopiekować. Przeprowadzka na drugi koniec polski do rodziców matki i też się tak składało że tam przebywał ojciec. Jedną wiadomość jaką pamiętam od niego brzmiała kiedy się zobaczymy a ja na to odpisałem że będzie czekał tak długo jak ja na niego. Ogólnie nie chciałem go widywać, były problemy z wyciągnięciem mnie z auta itd. Mieliśmy wyznaczony czas np. godzinę czy 2 żeby być razem. Jak matka dzwoniła to też pamiętam że nie chciałem zbytnio z nią rozmawiać.

2006-2009

Przeprowadzka do ojca ze względu na to że szkoła była niedostępna tam gdzie mieszkali dziadkowie. Najgorsze gimnazjum w mieście. Patologiczna młodzież.  Izolacja od ludzi. Stres przed pojsciem do szkoły. Branie leków od lekarza. Przeciętnie wyniki w szkole. Niechęć do wychodzenia gdziekolwiek, nawet z rodziną. Pochłonięty byłem internetem, żyłem na forach, tam się udzielałem, czułem spełniony i potrzebny. Często wypisywałem bzdury, ściemniałem bo nic się u mnie w życiu nie działo więc trzeba było lać wodę..

2009-2012

Najlepsze liceum w mieście ( załatwione po znajomości ). Trud w uczeniu się, stres. Ledwo pozdawane egzaminy. Dużo ściągania. Dużo szczęścia. Podobnie jak w gimnazjum miałem relacje ze znajomymi czy rodziną mialem gdzieś. Internet i fora. To było to.

Wyrzucenie z domu ojca przez matkę jak wyszedł po zakupy matka wsadziła klucz w zamek i nie pozwoliła mu wejść. Było  to spowodowane tym że nie płacił za nic i wziął pieniądze od najlepszego kolegi i obiecał coś a słowa nie dotrzymał.  Później się okazało że ofiar było więcej. Ode mnie też wziął i nie oddał.

2012 – wyjazd do  stanów w nieznane z matką i bratem.

Miesiąc po wyjechaniu ojciec zmarł na zawał serca. Powrót. Pogrzeb.

2013 – oswajanie się z nowym krajem.

2014 – pójście do collegeu. Niechęć do bycia tam, z tymi wyluzowanymi ludźmi. Poznałem tam fajną dziewczynę z którą dużo pisałem lecz nie potrafiłem utrzymać kontaktu. Była z Ekwadoru. Będąc sobą nie miałem o czym rozmawiać. Skończyło się tym że było dziwnie przebywać razem i ona już nie chciała a ja zacząłem wariować że tak to się skończyło. Było wiele dni kiedy miałem takie uczucie że nie mogę sobie znaleźć miejsca… źle się czułem w swojej skórze. Przeminęło z czasem. Wróciłem do rutyny.

2015 Na początku roku opuściłem college bo wiedziałem że nie chce tam być i nauka nie jest dla mnie. Matka znalazła mi pracę gdzie pracowałem do 2020r do pandemii.

2016 – w pracy poznałem fajną dziewczynę z którą chciałem się tylko przyjaźnić lecz z tego samego powodu co w 2014r to nie przetrwało bo nie potrafiłem tego utrzymać. Bałem się przyjść do niej, wpaść na urodziny, nie miałem o czym gadac. Wpadłem w ciężką depresję, płakałem. Sam poszedłem do psychologa lecz po 8 wizytach przestałem chodzić bo po pierwsze nic mi te wizyty nie dawały a to uczucie samo przeminęło.

2017 przelomowy rok czyli znalazłem w tej samej pracy dziewczyne która była lesbijka, lubila imprezy, odpłynąć itd. Ja i ktoś taki? Przechodząc do sedna miała ona bipolar czyli ta choroba dwubiegunowa. Do tego naduzywala alkoholu. Któregoś razu jak wracałem z pracy to ona dzwonila do mnie i cos niewyraźnie mowila ale jak się okazało zmieszala leki z alkoholem i miała jakies fazy. Wrocilem do miasta żeby ja znaleźć przed hotelem którego nazwe mi podala i gdy tam dotarłem było pelno strazakow. Powiedziala ze jak wtedy mnie zobaczyla to nagle wszystko ucichlo i cos poczula do mnie. Jej matka przyjechala po nia i myslalem ze to koniec problemów. Okazalo się ze po powrocie do domu miała noz przy sobie i chciała zrobić cos głupiego. Jej matka na szczęście weszla do pokoju, zabrala noz i wezwala karetke bo ta znow wziela więcej lekow. Nastepnego dnia pojechałem do niej do szpitala i wypisali ja tego samego dnia. Ja tej nocy mowilem jej ze wezme ja do siebie pomimo tego ze nie miałem swojego prywatnego pokoju a spalem na pietrowym lozku w salonie gdzie mieszkałem już 5 lat. Byłem strasznie zestresowany gdy ten dzień nadszedł.  Miala w sobie cos że lubiłem przebywać w jej towarzystwie. Była inteligentna, wyrozumiala, nie oceniala. Super fajna dziewczyna i cos nas polaczylo. Przy mnie przestala pić, imprezować i wiecie potrafila tez zachowywać się jak dziecko co zawsze rozluznialo atmosferę. W tym roku po raz pierwszy polecieliśmy na wakacje na wyspe. Szok po prostu ze ja tego dokonałem. Duzo chodziliśmy po miescie, praktycznie caly czas byliśmy ze sobą. To tak w dużym skrocie. Co do aktu płciowego to nigdy do tego nie doszło i zaakceptowala mnie takim jaki byłem.

2018

Wynajecie apartamentu żeby mieć swoja przestrzen. Zrobilem cos czego nigdy bym się nie podjął gdyby nie ona. W tym roku jeszcze 2 razy polecieliśmy na wyspe. CO trzeba zaznaczyć to to ze wszystko zwolnilo gdy mielismy swoje mieszkanie. Ja już nie bardzo chciałem nigdzie chodzic, doszly koszty zycia, rachunki których nie było u mojej mamy.  Zacząłem być dawnym sobą i to też wiele popsuło między nami. Ona próbowała. Ja myślałem że jakoś to będzie.. mimo wszystko byliśmy razem dalej.

2019

W polowie tego roku mojej dziewczyny babcia zaczela chorować i musiala się nia zajac. Po prostu miały taka wieź ze sobą że ona chciała się nia zaopiekować. Zaczela spedzac z nia więcej czasu, mniej w domu i w końcu wciągnela się w religię Swiadków Jehowy bo w to od dawna wierzyla jej babcia i matka. Ona sama nie chciała mieć z tym nic wspólnego ale gdy stan babci się pogarszal to mowila ze modlila się do Boga który ja wysluchal  i tak zaczal się początek końca dla nas. Nam się ukladalo tak sobie, jej zycie duchowe się odmienilo i ja byłem postawiony przed faktem dokonanym ze to koniec i musze sobie z tym jakos poradzić.. to był ciezki szok bo ja nie spodziewałem się końca nigdy.. tak bez ostrzeżenia nagle był koniec.

2020 depresja, depresja i jeszcze raz depresja do dnia dzisiejszego. Poczucie winy za to co się stało. Za bycie mną. Za wyrośnięcie na kogoś tak nieporadnego życiowo. Zdanie sobie z tego sprawy. Zrozumienie że dobrze jest mieć kogoś kogo się kocha.  Tęsknota za kimś bliskim, kimś do kogo można było się przytulić. Wyjść gdzieś razem. Pośmiać się. Obudzić się obok. Na dzień dzisiejszy jestem bez pracy na zapomodze z rządu. Nie wiem dokad moje zycie zmierza i gdzie będę pracowal. Mam rachunki które opłacam z oszczednosci i zapomogi. Zycie mnie strasznie przytłacza. Nie będę ukrywal ze nie chce mi się już żyć.. zawsze było pod górke ale nie przeszkadzalo mi to. Miałem wirtualne życie. Jak zadałem sobie  sprawę jak fajne jest prawdziwe życie zaczelo mnie bolec to kim jestem i ile mnie ominelo.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×