Skocz do zawartości
Nerwica.com

"JĘCZARNIA"-czyli muszę się komuś wyżalić!


magdasz

Rekomendowane odpowiedzi

18 minut temu, Verinia napisał(a):

No właśnie. Być sobą. Tylko tyle, i aż tyle. Całe życie nad tym pracuje. Często łapię się na tym, że to bardzo źle, że komuś nie odpisuję. I wszyscy znikają. A ja nie umiem w rozmowy. NIe nadaję się na small talk. Czasem umiem i chcę, ale to bardziej z bliskimi. Z obcymi jestem zdystansowana, coś tam mogę powiedzieć zabawnego, ale potem odchodzę, szybko kończę rozmowę. Krępuje mnie to, że stoję z kimś i rozmawiam, bo go spotkałam.  Wszędzie tak presja bycia "jakimś", tym przebojowym. Kurde, ja jestem obserwatorką. Lubię zażartować, ale żeby z kimś dłuuugo gadać - o nie, niewykonalne. No chyba że trafi swój na swego, to wtedy mogę gadać długo. Ale to się zdarza raz na 1000000000 lat xD

Totalnie Cię rozumiem. Mam bardzo podobnie i serio aż mnie uderzyło, jak dobrze to opisałaś. Z tym „byciem sobą” niby banał, ale w praktyce to czasem największe wyzwanie. Też często mam wyrzuty sumienia, że komuś nie odpisałem, że się wycofałem z rozmowy, choć wcale nie miałem złych intencji. A potem ludzie znikają i zostaje tylko to poczucie, że coś się zawaliło — przez brak słów, przez ten dystans, który sam się włącza.

Small talk? U mnie to raczej misja specjalna. Z bliskimi potrafię się otworzyć, pośmiać, pogadać od serca. Ale z obcymi... no bywa różnie. Coś tam powiem, czasem nawet rzucę jakiś żart, ale zaraz mam potrzebę się zwinąć. Krępują mnie te przypadkowe spotkania i te rozmowy, które niby trzeba prowadzić, bo tak wypada. W głowie już tylko: „jak się elegancko wycofać, żeby nie wyszło dziwnie?”.

I masz rację — wszędzie ta presja, żeby być „kimś”: wygadanym, towarzyskim, przebojowym. A ja po prostu taki nie jestem. Jestem bardziej obserwatorem. Lubię się pośmiać, ale żeby z kimś długo gadać, ot tak... to nie zdarza się często. Chyba że faktycznie trafi swój na swego. Wtedy rozmowa leci sama z siebie i człowiek nawet nie zauważa upływu czasu. Tylko że takie połączenia to rzadkość — jak wygrana na loterii.

I wiesz co jest najgorsze? Że z racji pracy z ludźmi muszę często nakładać maskę. Udawać wiecznie kogoś, kim nie jestem — otwartego, elastycznego, zaangażowanego w każdą rozmowę. A wewnętrznie tylko odliczam minuty do końca. I najcięższe są właśnie te kontakty z osobami, których nie za bardzo lubię, ale muszę z nimi być, współpracować, rozmawiać. To mnie totalnie psychicznie drenuje. Czuję, jak mi z każdej takiej wymuszonej interakcji uchodzi energia. I jak tu żyć, panie premierze, jak mawia stara dewiza… 😅

Ale mimo wszystko — wiem, że nie mogę się całkiem zamknąć. Czasem naprawdę coś głupiego palnę pod presją, żeby tylko zabić ciszę, ale coraz częściej staram się po prostu być sobą — nawet jeśli to oznacza bycie cichym, zdystansowanym czy „niezgrabnym” w rozmowie. Bo może w końcu trafi się ten ktoś, z kim nie trzeba będzie niczego udawać. I to wystarczy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

2 minuty temu, Prince of darkness napisał(a):

Totalnie Cię rozumiem. Mam bardzo podobnie i serio aż mnie uderzyło, jak dobrze to opisałaś. Z tym „byciem sobą” niby banał, ale w praktyce to czasem największe wyzwanie. Też często mam wyrzuty sumienia, że komuś nie odpisałem, że się wycofałem z rozmowy, choć wcale nie miałem złych intencji. A potem ludzie znikają i zostaje tylko to poczucie, że coś się zawaliło — przez brak słów, przez ten dystans, który sam się włącza.

Small talk? U mnie to raczej misja specjalna. Z bliskimi potrafię się otworzyć, pośmiać, pogadać od serca. Ale z obcymi... no bywa różnie. Coś tam powiem, czasem nawet rzucę jakiś żart, ale zaraz mam potrzebę się zwinąć. Krępują mnie te przypadkowe spotkania i te rozmowy, które niby trzeba prowadzić, bo tak wypada. W głowie już tylko: „jak się elegancko wycofać, żeby nie wyszło dziwnie?”.

I masz rację — wszędzie ta presja, żeby być „kimś”: wygadanym, towarzyskim, przebojowym. A ja po prostu taki nie jestem. Jestem bardziej obserwatorem. Lubię się pośmiać, ale żeby z kimś długo gadać, ot tak... to nie zdarza się często. Chyba że faktycznie trafi swój na swego. Wtedy rozmowa leci sama z siebie i człowiek nawet nie zauważa upływu czasu. Tylko że takie połączenia to rzadkość — jak wygrana na loterii.

I wiesz co jest najgorsze? Że z racji pracy z ludźmi muszę często nakładać maskę. Udawać wiecznie kogoś, kim nie jestem — otwartego, elastycznego, zaangażowanego w każdą rozmowę. A wewnętrznie tylko odliczam minuty do końca. I najcięższe są właśnie te kontakty z osobami, których nie za bardzo lubię, ale muszę z nimi być, współpracować, rozmawiać. To mnie totalnie psychicznie drenuje. Czuję, jak mi z każdej takiej wymuszonej interakcji uchodzi energia. I jak tu żyć, panie premierze, jak mawia stara dewiza… 😅

Ale mimo wszystko — wiem, że nie mogę się całkiem zamknąć. Czasem naprawdę coś głupiego palnę pod presją, żeby tylko zabić ciszę, ale coraz częściej staram się po prostu być sobą — nawet jeśli to oznacza bycie cichym, zdystansowanym czy „niezgrabnym” w rozmowie. Bo może w końcu trafi się ten ktoś, z kim nie trzeba będzie niczego udawać. I to wystarczy.

Przyjaciel to ktoś, kto daje Ci w pełni swobodę bycia sobą. Wśród bliskich nie zastanawiamy się, czy coś źle powiedzieliśmy, czy źle wypadliśmy. To są nasi sprzymierzeńcy, którzy na akceptują. A z obcymi to różnie bywa. Te konwenanse, te rozmówki. Jakieś dowcipy. Ja się z dowcipów nigdy nie śmieję, bo ich nienawidzę. Czasem jestem oschła i niemiła jak już czuję, że schodzi ze ,mnie energia, gdy ludzier za dużo gadają. A jestem sprzedawcą i muszę być sympatyczna, rozgadana itd. Robię to, ale jak wracam do domu to już z nikim nigdzie nie wychodzę. To forum to moje jedyne miejsce na którym mam jakimś kontakt ze światem. Chociaż tym wirtualnym. Ale lubię tu być.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

9 minut temu, Verinia napisał(a):

Przyjaciel to ktoś, kto daje Ci w pełni swobodę bycia sobą. Wśród bliskich nie zastanawiamy się, czy coś źle powiedzieliśmy, czy źle wypadliśmy. To są nasi sprzymierzeńcy, którzy na akceptują. A z obcymi to różnie bywa. Te konwenanse, te rozmówki. Jakieś dowcipy. Ja się z dowcipów nigdy nie śmieję, bo ich nienawidzę. Czasem jestem oschła i niemiła jak już czuję, że schodzi ze ,mnie energia, gdy ludzier za dużo gadają. A jestem sprzedawcą i muszę być sympatyczna, rozgadana itd. Robię to, ale jak wracam do domu to już z nikim nigdzie nie wychodzę. To forum to moje jedyne miejsce na którym mam jakimś kontakt ze światem. Chociaż tym wirtualnym. Ale lubię tu być.

Masz rację — przyjaciel to ten, który daje Ci pełną swobodę bycia sobą. Wśród bliskich nie ma tego strachu, że coś źle powiedziałeś czy wypadłeś inaczej, niż byś chciał. Oni po prostu Cię akceptują, z każdą niezręcznością i cichym momentem. Z obcymi to zupełnie inna bajka — to ciągłe granie w konwenanse, udawanie, że wszystko jest okej, kiedy tak naprawdę myślami już jesteśmy gdzie indziej.

Podziwiam, że udaje Ci się utrzymać tę twarz w pracy, zwłaszcza po tylu rozmowach dziennie. Muszę zapytać, czy po całym dniu takich interakcji masz czasami ochotę po prostu odciąć się od wszystkiego? Że jak wrócisz do domu, to już nie masz siły na żadną rozmowę, nie chcesz wychodzić, ani kontaktować się z nikim? Takie ciągłe bycie „w kontakcie” potrafi być naprawdę wykańczające, zwłaszcza gdy wymaga od nas udawania, że wszystko jest okej, nawet gdy wewnętrznie czujemy się wypompowani.

Odnośnie żartów w większości to po prostu kiepskie próby rozluźnienia atmosfery, które nie wywołują u mnie żadnych pozytywnych emocji. Wręcz przeciwnie – zazwyczaj czuję tylko zażenowanie, że muszę w ogóle udawać, że to śmieszne. Wiesz, co jest najgorsze? To, że kiedy dla nas coś jest normalne i naturalne, to u innych wywołuje konsternację. Z automatu jesteśmy postrzegani jako oschli, zimni, czy nieprzyjaźni, bo nie dajemy się porwać tym „żartom” czy rozmowom, które z góry zakładają jakąś „lekkość”. A my po prostu nie czujemy się w tym dobrze.

Wiele osób tego nie rozumie i raczej nie zrozumie, a brakuję człowiekowi już czasami siły na znoszenie tego rodzaju "wątpliwych atrakcji na co dzień".  

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja też nie cierpię "żartów".

Nie rozumiem w ogóle,jak ( i po co!) można mówić, tylko po to, żeby mówić.😁😁

A wierzcie mi, nie brakuje ludzi, którzy dużo mówią,bo oni się tym karmią.

Albo jak mąż nawraca mi ze trzy razy do jednego tematu.Mówię mu człowieku, powiedz to raz!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

48 minut temu, Prince of darkness napisał(a):

Masz rację — przyjaciel to ten, który daje Ci pełną swobodę bycia sobą. Wśród bliskich nie ma tego strachu, że coś źle powiedziałeś czy wypadłeś inaczej, niż byś chciał. Oni po prostu Cię akceptują, z każdą niezręcznością i cichym momentem. Z obcymi to zupełnie inna bajka — to ciągłe granie w konwenanse, udawanie, że wszystko jest okej, kiedy tak naprawdę myślami już jesteśmy gdzie indziej.

Podziwiam, że udaje Ci się utrzymać tę twarz w pracy, zwłaszcza po tylu rozmowach dziennie. Muszę zapytać, czy po całym dniu takich interakcji masz czasami ochotę po prostu odciąć się od wszystkiego? Że jak wrócisz do domu, to już nie masz siły na żadną rozmowę, nie chcesz wychodzić, ani kontaktować się z nikim? Takie ciągłe bycie „w kontakcie” potrafi być naprawdę wykańczające, zwłaszcza gdy wymaga od nas udawania, że wszystko jest okej, nawet gdy wewnętrznie czujemy się wypompowani.

Odnośnie żartów w większości to po prostu kiepskie próby rozluźnienia atmosfery, które nie wywołują u mnie żadnych pozytywnych emocji. Wręcz przeciwnie – zazwyczaj czuję tylko zażenowanie, że muszę w ogóle udawać, że to śmieszne. Wiesz, co jest najgorsze? To, że kiedy dla nas coś jest normalne i naturalne, to u innych wywołuje konsternację. Z automatu jesteśmy postrzegani jako oschli, zimni, czy nieprzyjaźni, bo nie dajemy się porwać tym „żartom” czy rozmowom, które z góry zakładają jakąś „lekkość”. A my po prostu nie czujemy się w tym dobrze.

Wiele osób tego nie rozumie i raczej nie zrozumie, a brakuję człowiekowi już czasami siły na znoszenie tego rodzaju "wątpliwych atrakcji na co dzień".  

Okropnie jestem wyczerpana po tej pracy. Zamykam się w pokoju i czasem nie oglądam nic, nic nie robię, tylko odpoczywam w ciszy. Muszę się wtedy naładować i pobyć sama, będąc sobą.

 

Często się męczę w pracy, bo to udawanie to ogromny wysiłek. Bywało tak, że postanowiłam nie udawać i zaraz klienci - "OOO, Pani to dzisiaj bez humoru". No i jak tu kurde to wytrzymać? No nie. Muszę zagadywać, uśmiechać się itd. Bo tego ode mnie oczekują ludzie.

3 minuty temu, Maat napisał(a):

Ja też nie cierpię "żartów".

Nie rozumiem w ogóle,jak ( i po co!) można mówić, tylko po to, żeby mówić.😁😁

A wierzcie mi, nie brakuje ludzi, którzy dużo mówią,bo oni się tym karmią.

Albo jak mąż nawraca mi ze trzy razy do jednego tematu.Mówię mu człowieku, powiedz to raz!

no właśnie są ludzie, którzy gadają. gadają i gadają, a tak naprawdę nie ma w tym żadnej treści. Niektórzy się popisują i to mnie wtedy wkur.wqbia :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

4 minuty temu, Przemek_Leniak napisał(a):

na zewnątrz jest tak zimno że zamarzł mi intelekt
a w sumie jest 7 stopni celsiusa na plusie
i nie pada jak wczoraj - warunki zatem idealne niby a jednak ziąb 
chyba źle znoszę październik po prostu
 

Oj, ja jeszcze bardziej. Nawet pod kocem jest mi zimno, a co to będzie jak przyjdzie zima. 

Lubię jesień ciepłą i deszczową tylko a zimę ciepłą i śnieżną. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Poza tym że zimno to jest po północy a mi się skończyły fajki i dopiero skończyłem tekst o nowotworach u facetów...
teraz zamiast iść kimać to pójdę po fajki...
a poza tym hmm znalazłem jeszcze jakieś plusy psychoterapii ale musze to jeszcze przetrawić w głowie
o i tabletki trzeba było wziąść o 20...
no massakra jak na niedzielę
dobrze że choć winogron zebrałem 
dobranoc najmilsi

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie mogę pojąć, dlaczego tak się musi dziać i dlaczego to mnie spotyka zło. Od kilku lat, odkąd moje życie zostało zniszczone doszczętnie przez sadystycznego potwora, z którym w nastoletniej głupocie się zawczasu związałem, dzieje się tylko źle i gorzej. Przez ostatnie cztery lata śmierć goni śmierć. Cztery lata temu dziadek, trzy kolega, niecałe dwa babcia, niecały miesiąc drugi dziadek... i kilka zwierzaków w międzyczasie. Dziś pochowaliśmy naszego najstarszego kota, który towarzyszył mi od początków gimnazjum, poprzez technikum, studia, i w okresie po nich, a jeszcze jak dwa dni temu konał, to go głaskałem i mi cały czas pomrukiwał, mimo że życie go już opuszczało... A teraz leży pod pieńkiem, zapaliłem mu chociaż małą świeczkę... Boję się o to co po śmierci, spotkanie z członkami rodziny jest, chyba, dość pewne i o to jestem spokojny, ale ze zwierzętami też? Jeśli tak, to liczę, że czeka tam cała gromada psów, kotów i innych stworów... a jeśli nie, to nigdy nie nazwę tego niebem. Coraz gorzej to wszystko znoszę, sił brakło już dawno, święta i okazje nie są takie, jak "w komplecie", a dla dodatkowej komedii - bo kogoś to na pewno rozbawi - dorosły chłop leży na podłodze i płacze jak mała dziewczynka... W tej rozpaczy pojawia się jednak ogromna wściekłość na wszystko dookoła, od Boga, po jakiś "los", karmę, cokolwiek, w czym jako ludzie odnajdujemy moc, która kieruje światem i wszystkimi wydarzeniami na naszej drodze. Wściekłość, bo po zrobieniu mi psychicznego piekła, które ChatGPT (nie mam innych przyjaciół...) uznał za emocjonalny holocaust, ma u siebie wręcz utopię, żadnej kary za poczynione zło, makiawelizm, maniplowanie ludźmi, buntowanie otoczenia przeciw mnie i całą masę złych, złych rzeczy... Nie mogę zrozumieć dlaczego tak się dzieje, bo to NIE ja jestem tym, który po tym wszystkim powinien cierpień, nie ja...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

10 minut temu, Cień latającej wiewiórki napisał(a):

Co by się stało gdybyś postawiła im granice?

Eh no już trochę postawiłam, bo powiedziałam mojemu ojcu, że więcej nie przyjdę do szpitala go odwiedzić, bo się okropnie zachował nawet nie w stosunku do mnie. Ale w praktyce pewnie będzie mi to ciężko zrobić, bo jaki by nie był to jednak się przejmuje 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ej lubi mnie ktoś tutaj oprócz mnie :)? ej bo ja to was kocham wszystkich ;* jesteście takim samym żartem jak ja zwanym człowiek xd ale niezła szopka ten świat co? chyba nie bóg nas stworzył tylko jacyś kosmici sobie jaja zrobili xd kurde boje się tej śmierci, żałuje że się urodziłem a tak pozatym to mam dobry humor taki stabilny bardzo ostatnio, żyje sobie z dnia na dzień i sie ciesze ze i tak swoje pożyłem a co bedzie to bedzie trudno sie mowi ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

16 godzin temu, Cień latającej wiewiórki napisał(a):

Może odbierać telefony? Jeśli tak to może dzwonienie zamiast odwiedzin byłoby jakąś opcją… (choć wiem, że nie pytałaś o radę)

To nie jest zły pomysł ale ja tam przychodze tez medyczne rzeczy ogarnąć, z lekarzem prowadzącym porozmawiać. Nie wiem czy nie będę się musiała przemęczyć🙁

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Oderwałem się znów od szukania pracy. Nie bardzo wiem nawet gdzie mógłbym iść skoro tutaj mało miejsc gdzie się nadaję, a ofert w necie nie aktualizują zazwyczaj. W planach było znalezienie pracy do końca wakacji, a tutaj październik się kończy... Fajnie byłoby znaleźć spokojną robotę, nawet za duże mniejsze pieniądze. Jak wiele by to problemów rozwiązało, tych które z każdym dniem rosną w mojej głowie ;c 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

chcą mi znowu ubezpieczenie zabrac najwyrazniej, smiecie, proponuja jakies prace dobrze ze gadalem ze nie mam jak dojechac od siebie ze wsi, a w nocy mialem napad sercowy i to mocny, zdechne bedzie spokoj, mysla ze ja sie nadaje do pracy natalistyczne szmaty, dziecioroby, gardze nimi.... rasa bez nadziei... jak ja nie bede mogl sie wyspac znowu jak pojde do pracy to co to za zycie to lepiej sie powiesic zwlaszcza ze wraz z wiekiem coraz ciezej znosze niewyspanie, gorzej to odczuwam niz 10 lat temu i gdyby nie olanzapina plus zycie sobie spokojne na uboczu to ja nie wiem co by to bylo a napewno nie funkcjonowalbym i tak, tak jak sie nalezy, ach i te koszmary prawie codziennie.. ostatnio wogole od jakiegos czasu mi sie humor pogorszyl i to wyraznie choc moze ostatnie kilka dni zaczyna sie jakby poprawiac, nei wiem wsyzstko sie zaczelo psuc od okresu dojrzewania i wcale nei jest lpeiej na dzien dzisuiejszy tylko gorzej, przyszlosc nie rysuje sie w jaskrawych kolorach.... niech przyjdzie ze cos mi sie stanie z tym sercem czy inna przypadlosc co mam sie nasili i przyjdzie mi hospitalizacja jak nie bede mial ubezpieczenie to beda mnie musialy szmaty zamknac do pudla bo nie bede mial jak zaplacic, o to im chyba chodzi fagasom.... róbcie sobie dalej dzieci i cieszcie geby z tego powodu...

ale najbardziej to te napady mnie niepokja, mam przecczucie i boje sie ze niedlugo mnie odwiedzi kostucha wkoncu :(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×