Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Rekomendowane odpowiedzi

Moje jedzenie... Najpierw się głodzę, później objadam, czasami po tym wymiotuję lub ćwiczę, ale częściej po prostu nie jem przez kolejne kilka dni... Wiadomo jak się kończy: kolejnym obżarstwem. I wszystko od nowa... Momentami mam ochotę zjeść tylko po to, żeby zwymiotować. To ohydne, wiem, ale daje mi coś w rodzaju chwilowej ulgi i uspokojenia. Chciałabym z tego wyjść, jednak boję się, że kiedy zostawię tą obsesję za sobą - nic ze mnie nie zostanie. Czuję, że to jedzenie, nie-jedzenie pozwalają mi kreować swój świat - mały i lękliwy, ale tylko mój. Świat, do którego nikt nie ma wstępu i którego nikt nie może mi zakazać. I boję się, że zbyt mocno jestem z tym związana, żeby móc to tak po prostu opuścić. Niby wszystko tracę: dobre stosunki z rodziną, znajomych, przyjaciół, zapał, energię... Jednak, kiedy nie jem czuję się lepiej - mam motywację do działania, do nauki, do dbania o siebie, do osiągania czegoś. Nie obchodzi mnie, że później nastąpi kompuls, którego pozbędę się w taki, czy inny sposób. Nie obchodzi mnie, że znów ktoś będzie na mnie zły, bo odmówiłam spotkania. Wtedy nie obchodzi mnie zewnętrzny świat.

 

Wiem jak to brzmi. Co najmniej głupio, nierozsądnie, nieodpowiedzialnie. A ja nie umiem inaczej, ilekroć próbowałam jeść w miarę normalnie, zdrowo - nie udawało się, jadłam zbyt dużo, zachłannie, po czym za każdym razem wracałam do tego, czując do siebie jeszcze większe obrzydzenie. Wiem, że muszę mieć siłę, żeby to zwalczyć, ale skąd ją wziąć, kiedy wciąż nie wychodzi? Czuję ogromny strach przed psychiatrą, psychologiem... Chociaż może to nie jest strach przed leczeniem, a bardziej przed tym, że inni się dowiedzą. No i wciąż szumiące w mojej głowie: wyleczysz się i co dalej? Wiem, że siebie niszczę. Nie mogę normalnie żyć pośród innych, lepiej mi w swojej norze. A przecież kocham ten świat, nie chcę umierać.

 

Nie wiem, co robić. Niby powinnam udać się do lekarza, a z drugiej strony może moje problemy nie są aż takie poważne. We mnie wciąż toczy się walka: niby chcę wyzdrowieć, ale nic nie robię w tym kierunku. Jedynie mówię, że zrobię. Jakaś część mnie chce żyć zupełnie zwyczajnie, a druga przykleiła się do wewnętrznego świata jak ślimak do muszelki. Czuję się bezradna, a świadomość, że mogłabym coś zrobić, ale tego nie robię jeszcze bardziej mnie przytłacza.

 

(przepraszam, jeżeli zdublowałam temat... nie wiedziałam, w jakim to umieścić)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

musisz dojrzeć do decyzji, która przekreśli dotychczasowy styl życia. powiedzieć - koniec, zdobywam się na odwagę wyjść poza to, co dotychczas.. mną rządziło. to ja sama chcę decydować, trzymać ster. dzisiaj jem normalnie, kiedy zjem za dużo.. trudno, odpokutuję - nie zwrócę, nie będę się głodzić. czas przerwać ten zaklęty krąg i sama dobrze wiesz, że podstawą jest decyzja i Twoje "chcenie".

 

pozdrawiam ciepło

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dzięki, Tet. :) Rzecz w tym, że chcę i nie chcę jednocześnie, co stawia mnie jakoś pośrodku wszystkiego...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

to tak jak z każdym innym nałogiem - chcesz i nie chcesz, ważne żeby szala w końcu przeważyła na stronę "chcenia".

pytanie: ile w tym już trwasz?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
pytanie: ile w tym już trwasz?

 

Od pierwszych "niewinnych" głodówek licząc, z krótkimi przerwami "normalności" (miesiąc, dwa, później zawsze wracało) około 5 lat.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Większość objawów Anoreksji czy Bulimii jest wtórnych do nadrzędnej idei poznawczej polegającej na skoncentrowaniu się na wadze i figurze. Od tych zmiennych zależy ocena funkcjonowania czy własnej wartości osoby chorej. Leczenie (w tym wypadku najskuteczniejsza jest terapia poznawczo behawioralna) nie może koncentrować się tylko na patologicznych wzorcach odżywiania, równie ważna jest modyfikacja schematów poznawczych związanych z figurą i masą ciała. Polecam zgłoszenie się do psychoterapeuty poznawczo behawioralnego. W Poznaniu np. Ośrodek Terapii Poznawczo Behawioralnej na Matejki www.otpb.pl w Warszawie Centrum CBT www.cbt.pl

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Moje jedzenie... Najpierw się głodzę, później objadam, czasami po tym wymiotuję lub ćwiczę, ale częściej po prostu nie jem przez kolejne kilka dni... Wiadomo jak się kończy: kolejnym obżarstwem. I wszystko od nowa... Momentami mam ochotę zjeść tylko po to, żeby zwymiotować. To ohydne, wiem, ale daje mi coś w rodzaju chwilowej ulgi i uspokojenia. Chciałabym z tego wyjść, jednak boję się, że kiedy zostawię tą obsesję za sobą - nic ze mnie nie zostanie. Czuję, że to jedzenie, nie-jedzenie pozwalają mi kreować swój świat - mały i lękliwy, ale tylko mój. Świat, do którego nikt nie ma wstępu i którego nikt nie może mi zakazać. I boję się, że zbyt mocno jestem z tym związana, żeby móc to tak po prostu opuścić. Niby wszystko tracę: dobre stosunki z rodziną, znajomych, przyjaciół, zapał, energię... Jednak, kiedy nie jem czuję się lepiej - mam motywację do działania, do nauki, do dbania o siebie, do osiągania czegoś. Nie obchodzi mnie, że później nastąpi kompuls, którego pozbędę się w taki, czy inny sposób. Nie obchodzi mnie, że znów ktoś będzie na mnie zły, bo odmówiłam spotkania. Wtedy nie obchodzi mnie zewnętrzny świat.

 

Wiem jak to brzmi. Co najmniej głupio, nierozsądnie, nieodpowiedzialnie. A ja nie umiem inaczej, ilekroć próbowałam jeść w miarę normalnie, zdrowo - nie udawało się, jadłam zbyt dużo, zachłannie, po czym za każdym razem wracałam do tego, czując do siebie jeszcze większe obrzydzenie. Wiem, że muszę mieć siłę, żeby to zwalczyć, ale skąd ją wziąć, kiedy wciąż nie wychodzi? Czuję ogromny strach przed psychiatrą, psychologiem... Chociaż może to nie jest strach przed leczeniem, a bardziej przed tym, że inni się dowiedzą. No i wciąż szumiące w mojej głowie: wyleczysz się i co dalej? Wiem, że siebie niszczę. Nie mogę normalnie żyć pośród innych, lepiej mi w swojej norze. A przecież kocham ten świat, nie chcę umierać.

 

Nie wiem, co robić. Niby powinnam udać się do lekarza, a z drugiej strony może moje problemy nie są aż takie poważne. We mnie wciąż toczy się walka: niby chcę wyzdrowieć, ale nic nie robię w tym kierunku. Jedynie mówię, że zrobię. Jakaś część mnie chce żyć zupełnie zwyczajnie, a druga przykleiła się do wewnętrznego świata jak ślimak do muszelki. Czuję się bezradna, a świadomość, że mogłabym coś zrobić, ale tego nie robię jeszcze bardziej mnie przytłacza.

 

(przepraszam, jeżeli zdublowałam temat... nie wiedziałam, w jakim to umieścić)

 

jakbym czytała o mnie samej. Ja też traciłam powoli przyjaciół, straciłam też chłopaka, pogorszyłam relacje z rodzicami, przegapiłam wiele interesujących spotkań, szans czy też znajomości. Jednak staram się odwrócić od tego, co było nie wróci, jeszcze nie umieramy, damy radę rozpocząć życie od nowa. Tak na zdrowy rozum-przecież zasługujemy na to, by zacząć oddychać pełną piersią, a nie siedzieć w jakimś wyimaginowanym kącie. Ten własny świat trzeba zburzyć, on jest nieprawdziwy, niszczy nas...

Psychologa nie ma się co obawiać. Regularne spotkania z nim pomogą Ci na nowo uporządkować samą siebie, a przede wszystkim zrozumieć, wzmocnić! Chociaż lęk, który odczuwasz, w moim przekonaniu, jest jak najbardziej zrozumiały. Każdy, kto tkwi w jakimś labiryncie bez wyjścia, po pewnym czasie się do niego przyzwyczaja, a obawiając się kogoś z zewnątrz jednocześnie chronimy złudne poczucie bezpieczeństwa, jakie posiadamy w tym zamkniętym świecie. Dla mnie, na przykład, ciężka była wizja tego, co będzie jak już poczuje się lepiej i stanę na nogi, "przecież ja zginę w tym podłym świecie na zewnątrz"-myślałam. Jednak tak jak pisałam na początku, spotkania z terapeutą pozwoliły mi tego lęku stopniowo się pozbywać. Moim błędem było jednak poddanie się i rezygnacja z terapii, która miała się już prawie ku końcowi... prawie, no właśnie. Tamtej nie skończyłam, ale zaczęłam nową, choć długo zbierałam na nią siły.

Nie obwiniaj się, że nic nie możesz ze sobą zrobić, wiem jak ciężko postawić pierwszy krok. Ponieważ wizyta u lekarza jest najistotniejsza, powtórzę raz jeszcze-ja z każdym spotkaniem czułam się naprawdę lepiej i ogromnie żałuję, że to ucięłam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kleome,Wewnętrzny strach przed końcem i afektywny uśmiech spowodowany o końcu albo jeszcze głębszym pogrążeniu.

Jej... rozumiem Cię tak doskonale!

I to swoje "ja", które jest żenujące, ale jakże dla nas głębokie i tajemnicze, tylko nasze...

Masz już lat 18? Chorujesz dłużej niż dwa lata?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wesnaa, dziękuję za wszystko, co napisałaś. Pozwala mi to uwierzyć, że jest jakieś wyjście...

 

Nathalie, 18 lat skończę dopiero w grudniu. Choruję... W zasadzie nie wiem, CZY choruję, nie mam diagnozy - a na prawie każdym forum (jedynie tutaj znalazłam zrozumienie) o to pytają, ładnymi słowami mówią "nie masz diagnozy, więc może jesteś zupełnie zdrowa". Ale to wszystko trwa 5 lat, przy czym na początku było takie niewinne, czasem głodówki, ale generalnie nienasilone i małe. Od 3 lat jest złe, intensywne i praktycznie nieustające...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kleome

czy prowokujesz wymioty???

bo ja dowiedizałam sie ze sa wymioty naturalne czyli organizm sam z siebie odrzuca zły ,trujacy pokarm a ja prowokuje..jedzenie..bol głowy,zawroty ,napiecie..kibel..palec i..chwilowa ulga..potem nienawisc....bol strach lęk...dziecko na to patrzy:(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kleome , właśnie przechodzę jutro na 14 dniowy post głodowy 8) Przybrałam specjalnie na wadze, aby mieć z czego lecieć i nie straszyć ludzi na ulicach anoreksja jak to było poprzednio. Jutro sie dopiero zacznie walka :shock:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kleome, chojrakowa cię rozumie, przecież wiesz.

Ale niestety nic mądrego co nie doradzę, sama w tym siedzę po uszy, pewnie jeszcze głębiej niż ty. Nie warto.

Trzeba się lecyzć, świat jest piękniejszy, kiedy nie oglądasz go przez pryzmat własnego ciała. Chyba. :roll:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Kleome

czy prowokujesz wymioty???

bo ja dowiedizałam sie ze sa wymioty naturalne czyli organizm sam z siebie odrzuca zły ,trujacy pokarm a ja prowokuje..jedzenie..bol głowy,zawroty ,napiecie..kibel..palec i..chwilowa ulga..potem nienawisc....bol strach lęk...dziecko na to patrzy:(

 

Tak, prowokuję wymioty. Ostatnio coraz częściej, bo w ciągu szkolnego tygodnia nie mieszkam w domu, więc mam mnóstwo okazji, często zostaję sama w mieszkaniu... Chociaż tak naprawdę nie mam dużych napadów obżarstwa. Po prostu wymiotuję jak zjem coś niezdrowego, kalorycznego... Bo nie mogę znieść myśli o tym, że mam to w żołądku.

 

Wciąż w tym tkwię i nie umiem się wygrzebać.

 

Szczesliwy_chomik, a ja Ci powiem, że nie warto.. Ale sama musisz do tego dojść - do świadomości, co robi z Tobą choroba. Chociaż z drugiej strony ja wiem, co ze mną robi, a i tak nie przestaję.

 

Chojrakowa, dziękuję!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Musisz zdać sobie skale problemu i podjąć decyzje oraz się jej trzymać. Bez konsekwencji nic nie osiągniesz. Lepiej teraz nim będzie za późno. Wiem, że jest ciężko ale na tym polega życie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×