Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Wesnaa

Użytkownik
  • Zawartość

    115
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Jak zwykle siedzę i rozmyślam, niesamowicie się motam... chyba wkopałam się w coś, w co nie powinnam. Jestem z chłopakiem, którego chyba nie kocham.... Niestety podejrzewam, że to nasze "bycie" jest lekiem na moje poczucie totalnego zagubienia,a przynajmniej miało nim być. Oczywiście na początku wmawiałam sobie zupełnie co innego, twierdziłam w obecności znajomych i rodziny jaka jestem szczęśliwa, pełna życia... a w rzeczywistości nieustannie w środku coś krzyczało i krzyczy "co Ty wyprawiasz, to nie miłość?!". On mówi, że kocha...Tak, wiem, zachowuję się nieodpowiedzialnie, ranię go, traktuję instrumentalnie. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale nie czuję się na siłach, by zerwać. Wygląda na to, że zamiast siebie, to chronię jego. Ponadto wiadomo-zerwanie wiąże się z silnymi emocjami, zachwianiem poczucia bezpieczeństwa. Mnie to najwyraźniej przerasta. Coraz rzadziej się widujemy, wielokrotnie wykręcałam się od spotkań. Wstyd przyznać, ale pojawiły się już niekiedy kłamstewka, że dzisiaj nie mogę, bo coś tam, że wyjeżdżam, że gdzieś idę i tak dalej. Kiedy dzwoni nie odbieram telefonów... coraz częściej unikam bliskości. A najgorsze jest to, że to już nie pierwszy raz... przez 3 lata byłam w podobnym związku. Lubiłam, ale nie kochałam. Ponieważ jednak ta druga strona była zaangażowana, nie miałam odwagi, by to skończyć. W końcu zepsuło się samo, nikt nie jest przecież na tyle ślepy, by nie zauważyć nie odwzajemnionej miłości, chociaż w tamtym pierwszym przypadku trwało to długo.. I co na to powiecie? Muszę podjąć decyzję, to jasne, ale poprzez marazm, jaki odczuwam, brakuje sił na wszystko. Z jednej strony depresja,z drugiej ED-kołomyja. Czasem tracę wiarę w to, że kiedyś pokocham, że pewnego dnia do tego dojrzeję. Eh, im dłużej piszę tego posta, tym bardziej się "rozwalam", tak więc może już zakończę.. pozdrawiam.
  2. jakbym czytała o mnie samej. Ja też traciłam powoli przyjaciół, straciłam też chłopaka, pogorszyłam relacje z rodzicami, przegapiłam wiele interesujących spotkań, szans czy też znajomości. Jednak staram się odwrócić od tego, co było nie wróci, jeszcze nie umieramy, damy radę rozpocząć życie od nowa. Tak na zdrowy rozum-przecież zasługujemy na to, by zacząć oddychać pełną piersią, a nie siedzieć w jakimś wyimaginowanym kącie. Ten własny świat trzeba zburzyć, on jest nieprawdziwy, niszczy nas... Psychologa nie ma się co obawiać. Regularne spotkania z nim pomogą Ci na nowo uporządkować samą siebie, a przede wszystkim zrozumieć, wzmocnić! Chociaż lęk, który odczuwasz, w moim przekonaniu, jest jak najbardziej zrozumiały. Każdy, kto tkwi w jakimś labiryncie bez wyjścia, po pewnym czasie się do niego przyzwyczaja, a obawiając się kogoś z zewnątrz jednocześnie chronimy złudne poczucie bezpieczeństwa, jakie posiadamy w tym zamkniętym świecie. Dla mnie, na przykład, ciężka była wizja tego, co będzie jak już poczuje się lepiej i stanę na nogi, "przecież ja zginę w tym podłym świecie na zewnątrz"-myślałam. Jednak tak jak pisałam na początku, spotkania z terapeutą pozwoliły mi tego lęku stopniowo się pozbywać. Moim błędem było jednak poddanie się i rezygnacja z terapii, która miała się już prawie ku końcowi... prawie, no właśnie. Tamtej nie skończyłam, ale zaczęłam nową, choć długo zbierałam na nią siły. Nie obwiniaj się, że nic nie możesz ze sobą zrobić, wiem jak ciężko postawić pierwszy krok. Ponieważ wizyta u lekarza jest najistotniejsza, powtórzę raz jeszcze-ja z każdym spotkaniem czułam się naprawdę lepiej i ogromnie żałuję, że to ucięłam.
  3. I mój dzień nie był jednym z najlepszych, a wręcz przeciwnie. Czuję dziś przeogromny smutek i samotność.... dobijające cztery ściany i ulatniająca się między nimi nadzieja na lepsze...
  4. Kochani, mam bardzo podobną sytuację. Mam 24 lata, a na karku "matczyną miłość". Moja rodzicielka potrafi skomentować to, w co się ubrałam, skrytykować makijaż. Kiedy przechodzimy przez jezdnię potrafi złapać mnie za rękę, chcąc mnie przez tą ulicę przeprowadzić. Kiedy wracam z imprezy czeka na mnie. Niedawno wróciłam dość późno, oczywiście natknęłam się na nią w ogrodzie. Na przywitanie postukała się w głowę i stwierdziła, że jestem nienormalna wracając o TEJ (może 3 była) porze. Nie pozwala mi nic samodzielnie zrobić twierdząc, że ona zrobi to lepiej, nawet rozpakować zakupów. Teksty "ubierz-rozbierz się, bo jest ci zimno-ciepło, są na porządku dziennym). Oj mogłabym tu wymieniać i wymieniać, ale naprawdę nie chcę się nakręcać. Jedynym ratunkiem jest tylko pożegnanie się z domem rodzinnym. I zazdroszczę ci, że masz przed sobą jedynie okres wakacji. Potem, kiedy rozpoczniesz studia szybko zapomnisz o nadopiekuńczości, będziesz wolny i zadowolony, korzystaj ile się da, bo studia szybko mijają.... Ja niestety studiowałam w rodzinnym mieście, bo mam uniwersytet niemal pod nosem.
  5. Też mam 24 lata i podobny problem. Ja nigdy przedtem tego nie dostrzegałam, ale w końcu pozbierałam do kupy pewne spostrzeżenia no i wyklarowała mi się całkiem zgrabna konkluzja. Moja mama nie pozwala mi dorosnąć. Kiedy byłam dzieckiem nie mogłam wychodzić na podwórko, bawiłam się sama, no chyba, że raz na kilka tygodni spotkałam się z córą jej koleżanki. To była moja jedyna przyjaciółka... Kiedy poszłam do szkoły nie umiałam odnaleźć się wśród większej grupy dzieci, nieustannie poszukiwałam jednej koleżanki, którą miałabym na wyłączność, z którą czułabym się bezpiecznie. Nie mogłam nic zrobić bez konsultacji z mamą. Każde obcięcie włosów okupione było awanturą, nawet wtedy, gdy miałam jakieś 13 lat. Moja rodzicielka zawsze bardzo się starała, żeby mi niczego nie brakowało, tylko, że najczęściej miałam to, co podobało się jej, a nie mi:urządzała mi pokój, wybierała farby na ścianę. A ja udawałam, że tak naprawdę takie szczegóły są mi obojętne. U mnie w domu nie można niczego przestawić wedle własnego uznania, no chyba, że dany pomysł ewentualnie przypadnie do gustu mojej mamie. Wielokrotnie wzbudzała i wzbudza we mnie poczucie winy wobec spraw, które zupełnie takich odczuć nie wymagają. Wyjście na imprezę, wyjście z przyjaciółmi do kina w godzinach późniejszych niż 20 wieczorem... Wyobrażacie sobie, że ona potrafiła powiedzieć do swojej 23 letniej jeszcze wówczas córki "20:00 do kina, tak późno? Nie możecie umawiać się po południu?". Ktoś inny nie zawracałby sobie takimi uwagami głowy, ale nie ja... Po takim tekście, chociaż byłam zła, aż krew mi buzowała, zostawałam w domu.... A teraz przyszła pora na związki, jestem z pewnym chłopakiem... Ona oczywiście zaznacza swoją dezaprobatę. Mam wrażenie, że ona czasem hamuje radość mojego życia...
  6. Piszę, bo zdałam sobie niedawno z czegoś sprawę. I w sumie aż mnie to przeraziło. Ale może od początku. Jestem sobie prawie bulimiczko - anorektyczką ( pisze prawie, bo dotąd żaden terapeuta nie zaklasyfikował moich zaburzeń konkretnie, albo do jednego , albo do drugiego, ale w sumie nie to jest teraz najważniejsze). Ponadto zmagam się z objawami nerwicy, które na całe szczęście nie są już tak intensywne jak kiedyś. Tyle na temat mojego "super" zdrowia. Prawdziwe choróbsko zaczyna się bowiem od relacji z moimi rodzicami (mamą konkretniej). Zawsze wydawało mi się, że nadopiekuńczość rodziców to nie mój problem, bo przecież mogę wychodzić ze znajomymi, mogę wyjechać na samodzielne wakacje i tak dalej. Ale chyba mi się jednak tylko zdawało. Mam 23 lata. Mieszkam z rodzicami, kończę w tym roku studia. Tak naprawdę czuję się jak nieporadny bachorek. Dlaczego? Oto cykl niezwykle fantastycznych rzeczy, jakie moja rodzicielka potrafi zrobić: - obrazić się na mnie, kiedy chcę wyjść wieczorem, argumentuje to najczęściej tym, że "o tej godzinie strach chodzić po ulicy" (a ja wtedy mam poczucie winy i nie wychodzę) - potrafi powiedzieć mi żebym nie rozpakowywała np. zakupów, bo ona zrobi to lepiej, cytuje " bo Ty zrobisz to źle". -wchodzenie do mojego pokoju bez pukania, wchodzenie do łazienki, kiedy w niej jestem -bez pukania oczywiście. - kilka razy zdarzało jej się przeszperać mi rzeczy, a potem twierdziła, że sprzątała mi pokój( chociaż w zasadzie nie miała podstaw, żeby się o mnie martwić i z tych zmartwiń ratunku szukać w przeszukaniu moich rzeczy i "może znajdę coś podejrzanego"). -zaczęłam się widywać z pewnym chłopakiem, nasza znajomość przeszła kilka śmiesznych faz, bo na początku nie byłam nim zainteresowana, a teraz jest inaczej. Niestety popełniłam błąd zwierzając się mojej mamie ze swoich wątpliwości, bo teraz kiedy ich nie mam nie przyznaję się do tego, że się z nim widuję, z obawy przed reakcją mamy (wiem, że to raczej nie świadczy o mojej dojrzałości, ale emocje, jakie towarzyszą mi w momencie, gdy ona nie akceptuje czegoś, co robię, są naprawdę fatalne), Niedawno dostałam od niego bukiet kwiatów, kiedy go zobaczyła zapytała " a po co Ci to?". Kiedy dostałam kwiaty po raz drugi, zanim weszłam do domu po prostu je wyrzuciłam...Oj, jak to piszę, coraz dotkliwiej odczuwam paradoks tej sytuacji i zastanawiam się do czego mnie to doprowadzi. - dalej, potrafi mi powiedzieć "ubierz się w to,w tym źle wyglądasz", " ja bym na twoim miejscu ubrała to". Kiedy nie ubiorę zaczyna się "gadka" "tyle masz rzeczy, a w niczym nie chodzisz" To mniej więcej wszystkie najgłupsze rzeczy, jakie wyprawia moja rodzicielka. Ponadto, muszę powiedzieć, że mój ojciec jest tym "w nic się niewtrącającym" się typem człowieka, a przynajmniej niczego nie mówi mi wprost. Ogółem w moim domu nie ma miejsca na odrębność, autonomię. Ja nie chodzę do Kościoła, oni chodzą - to ja robię źle. Oni myślą tak, ja myślę inaczej - nie mogę nawet się w tej kwestii wypowiadać, bo jak mawia moja mama" nie znasz w ogóle życia", czyli jestem niedojrzałym podlotkiem, który świata na oczy nie widział. Chyba nieźle namieszałam w tym poście;d W sumie nie szukam u Was propozycji rozwiązania tej sytuacji, tylko ewentualnej trzeźwej oceny - czy ja przeginam? czy rodzice tak mają, szczególnie mamy jedynaczek? Bo czasem kiedy jestem pewna tego, że to ona przegina, to za chwilę myślę sobie " ciesz się dziewczyno, że rodzice są zdrowi i się Tobą interesują". Słusznie? Czy rzeczywiście pępowina w moim wypadku się nie przerwie nigdy?
  7. Matko, czuję to samo. Albo inaczej - ja już prawie nic nie czuję. Zaczyna mi powoli wszystko "latać i powiewać"... A Ty masz strasznie stresujący okres w życiu. Nie dziwię się, że w ten sposób reagujesz, człowiek nie jest robotem. A jeszcze poza pracą problemy z partnerem i kłótnie i kolejna dawka stresu gotowa. Ja, kiedy miewałam okresy maksymalnego wysiłku, bo albo studia mnie wykańczały, albo sytuacja w domu, albo z chłopakiem, albo wszystko na raz traciłam kompletnie energię (podobnie jak obecnie) i właściwie przestawało mi zależeć
  8. Jasne, że warto. Ja na przykład, nie żałuję, że tu jestem, chociaż nie zaglądam zbyt często ;-) W każdym razie- witaj
  9. Wesnaa

    Można oszaleć

    Ja z przyjemnością wymierzę Ci tego werbalnego kopniaka, o który prosisz. A od siebie dodam drugiego, na drugą nóżkę. Moim zdaniem przeginasz i to mocno. Nie wiem, na jakich studiach jesteś, lecz na większości praca magisterska jest swego rodzaju formalnością tylko. Więc nie jest to encyklika papieska ani żaden inny dokument, bez którego świat się zawali. Jest to formalność. Miło dostać z niej dobrą ocenę, lecz jak zaliczysz na ledwo ledwo, to też nic się nie stanie. Dodatkowo - moim zdaniem poświęcasz coś wartościowego - młodość, wolny czas na studiach, możliwość chodzenia na imprezy, poznawania ludzi itd. itp. dla jakiejś totalnej bzdury - idealnego napisania pracy magisterskiej. Gdzie Ty masz rozum? Moim zdaniem to cyzelowanie pracy jest jakieś niezdrowe, chorobliwe, niezdrowo-lękowe, o ile Paradoksy wybaczy mi ten neologizm. Przestań się tak starać, posłuchaj znajomych, oddaj szybko pracę i przestań zatruwać sobie życie, bo go szkoda, szczególnie, że idzie wiosna. dziękuję MĄDRY człowieku, a kopniak niczego sobie był
  10. Jak w temacie, naprawdę można oszaleć. Może komuś ten problem wyda się śmieszny, ale ja nie potrafię sobie z nim poradzić... Chodzi o pracę magisterską....nie mogę jej napisać. To znaczy inaczej- prawie ją napisałam, ale nieustannie jestem z niej niezadowolona, krytykuję siebie i jestem przekonana,że to, co stworzyłam jest beznadziejne. Moi znajomi aż kręcą głowami, bo nikt nie przejmuje się tym tak, jak ja. Czyżby nadmierny perfekcjonizm? A może przekonanie o kompletnej beznadziejności i głupocie? Częściej myślę, że to drugie. Mam dość. W zasadzie praca magisterska jest jedną z wielu rzeczy, o których jestem przekonana, że zrobię źle, że będzie najgorsza, że będę musiała zmierzyć się z porażką(a z tymi radzę sobie fatalnie). Skutek tego taki, że ślęczę nad tym bez przerwy, opuszczając nawet imprezy, wyjścia do ludzi. Opętało mnie natręctwo myślowo-magisterkowe nawet można powiedzieć. I tak sobie piszę do Was kochani w tej sprawie, bo po prostu musiałam to napisać. Wiem,że nie ma tu jakiegoś super środka zaradczego, ale całe szczęście, że choć w małym% można sobie ulżyć pisząc tutaj. Chyba, że ktoś miałby odwagę dać mi werbalnego kopniaka i zasugerować, żebym nie przeginała, bo mgr. to "pryszcz" będę wdzięczna
  11. Wesnaa

    cale zycie bol ;(

    I ja dotrwałam do końca czytając uważnie Twoją historię. Życie nie szczędziło Ci do tej pory zawirowań i przeróżnych zakrętów, ale z tego co zrozumiałam każdy poprzedni dzięki sobie w końcu pokonałaś! I tak będzie z tym, na którym stoisz. Zawsze trzeba przeżyć każde rozstanie, każdą porażkę, aby nie dusić tego w sobie i wraz z nowym doświadczeniem spróbować kroczyć dalej na przód. Często wydaje nam się, że przyjaciele są na całe życie. Jednak to nie do końca prawda. Rozwijamy się przez cały czas, zmieniamy, to naturalne, że i relacje z innymi mogą się zmieniać. Może właśnie tak było w przypadku Twoim i Asi? Naturalnym biegiem się rozminęłyście. Bez winy po żadnej ze stron. Czytając Twoją wypowiedź wywnioskowałam sobie,że jesteśmy w podobnym wieku. Masz naprawdę spore doświadczenie w miłości. Trochę tych facetów się Tobą interesowało nie zaprzeczysz Jaki z tego wniosek? Pewnie fajna z Ciebie babka ! Teraz pewnie jest Ci niebywale ciężko. Oj skąd ja to znam, kiedy jedyną ulgą jest płacz w kąciku i rozkładanie rąk...kiedy nic się nie chce, kiedy wszystko(na pozór) się sypie, inni ludzie są, ale jakby ich nie było, cztery ściany i pustka...tak. I do takich chwil mamy prawo. ALE!!! Każdy z nas ma prawo też normalnie żyć. I Ty też możesz zacząć. Swoim rytmem, powoli zbierać siły. Poszukaj terapeuty, sam psychiatra czy leki nie załatwią sprawy. W internecie pewnie znajdziesz mnóstwo adresów, telefonów do psychologów. Pisuj od czasu do czasu na tym forum :-). Mi to pomaga:-) Poczujesz się silniejsza psychicznie to wtedy będziesz miała siłę zacząć działać dalej, chociażby zrzucać zbędne kilogramy, chociaż..olać te kilo!! To w głowie najpierw musi być porządek, potem reszta :-) No, się nawymądrzałam jak nigdy Ale trzymam kciuki!!!
  12. Witam, nie wiem czy podobny temat już się tu pojawił, ale spróbuję. Otóż chodzi mi konkretnie o mojego ojca. Choruje od wielu lat na depresję i nerwicę. Przez jakiś czas chodził do psychiatry, przyjmował leki. Ale jak sam twierdził nic mu to nie pomagało i leki sam odstawił. Niestety wrócił przez to do choroby. Namowy dotyczące powrotu na terapię nie są skuteczne. Ojciec twierdzi, że czuje się dobrze, chociaż jego zachowanie, słowa i tak dalej całkowicie temu przeczą. Poza tym jak wiele osób walczących z nerwicą zmaga się nieustannie z wyimaginowanymi chorobami. Bolała go już każda cześć ciała, przy czym wszystkie badania jakie zlecił mu lekarz rodzinny(lekarka sama zasugerowała tacie wizytę u psychologa, ale odmówił) są w porządku. Nie wiemy (z moją mamą) jak z nim rozmawiać. Głupio przyznać, ale czasem jesteśmy już tym zmęczone...no i mamy go dość. Nie mamy sił na kolejną dawkę wsparcia.. Nie moglibyście podpowiedzieć jak "go podejsć", żeby spróbował się leczyć i zmienił tok myślenia? Jak go namówić na kolejną wizytę? A może ktoś z Waszych rodzin choruje na depresję i musicie sobie jakoś z tym radzić?
  13. Wesnaa

    Jak wyjsc z domu na spacer

    Jak już zostało wspomniane wyżej-słuchawki na uszy i na spacer!! Ja robię tak bardzo często. Czasami w kółko wałkuję jedną, ulubioną piosenkę, ale co tam. Muzyka trochę uskrzydla, nawet ta z mp3;-)
  14. O, miałam nawet założyć podobny temat, ale w sumie dobrze, że ktoś mnie uprzedził. Mam tak samo. Wahania. Dobre samopoczucie przeplatające się z nieznośnymi dołkami... Już mi się wydaje, że jest w porządku po czym niewiadomo dlaczego wszystko odwraca się o 180 stopni. Podłe to. To choróbsko nigdy nie mija? Tak w 100%...?
  15. Ja na forum od roku 2006 goszczę, a ani razu nie zajrzałam do "jęczarni" Oto jestem i stwierdzam z ciężkim sercem....beznadziejny weekend.....przytłaczający jak nie wiem co...to przez tą niekończącą się zimę, luty, cokolwiek, brak słońca...nie wiem
×