Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

dziewczynka24

Użytkownik
  • Zawartość

    149
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Trochę się zmieniło, własciwie to zmiany dopiero niedawno zaczęły się dziać. Wzięłam slub, obecnie jestem praktycznie na utrzymaniu męża, z przerwami na różne prace dorywcze. Gdyby nie mąż chyba strzeliłabym sobie w łeb. Mam silne lęki, boję się czasem nawet zwykłych prac. Z matką ciągle przeżywam awantury, ale jestem na dobrej drodzę, żeby coś z tym zrobić, chcę zerwać kontakt. Jestem zmasakrowanai psychicznie i gdyby mąż mnie nie wyciągnął to utonęłabym w tym bagnie razem z moją mamusią histeyczką.
  2. Cześć, zagląda tu ktoś jeszcze?
  3. Witam, ciekawi mnie jedna kwestia: jak wygląda terapia w przypadku osoby o bardzo niskim poczuciu wartości. Chodzi mi o to, czy te osoby są podawane jakimś afirmacjom typu: "jestem mądry, jestem piękna, jestem ważny", czymś co podchodzi pod "hipnoze"? Rozumiem, że w przypadku osób o wysokim ilorazie inteligencji oraz o sprawnym umyśle ale z irracjonalnie niskim poczuciem warści terapia skupi sie na odkrywaniu watrościowych cech tej osoby. U takiej osoby zapewne doszło do jakiegoś zakrzywienia obrazu samego siebie na wypadek jakichś traumatycznych zdarzeń. Ale co w przypadku osób, które mają niskie poczucie wartości ponieważ obiektywnie oceniają swoje zdolności. Maja niski iloraz inteligencji, wolno myślą, mają słabą pamięć. Do tego nie nadrabiają prezencją. Jak wygląda terapia takich osób? Chiałabym się wybrać na terapię ale zastanawiam się czy w ogóle warto, bo zapewne na wstępie terapeuta zacnie mnie przekonywać, że jestem piękna, inteligentna mam świetną pamięć, tylko muszę uwierzyć w siebie A ja nie chcę siebie oszukiwać:/
  4. Teoretycznie wartości nie ocenia się po produktywności, ale jest mi zwyczajnie głupio kiedy nie nadążam za resztą i czuję się wtedy słaba, bezbronna, tak jakby inni mieli usprawiedliwienie na gnębienie mnie. Gdyby moja inteligencja była jak brzytwa, to pewnie miałabym w sobie więcej siły żeby takie osoby "zgasić". Nie wiem jak to jest, są osoby mniej obrotne ode mnie, a sa lubiane i potrafią sie bronić. Ja jednak zawsze, od dzieciństwa byłam nielubiana. Z resztą nawet jak moje braki nie wychodzą na jaw to i tak ludzie mnie nie lubią, właściwie na pierwszy rzut oka, po prostu wyczuwają moją słabość i strach. Nawet już nie próbuję z tym walczyć, zaakceptowałam to jako moją "niepełnosprawność", tylko problem w tym, że nie mam przez to pracy i moja przyszłość/emerytura/niezależność leżą pod wielkim znakiem zapytania. Nie potrzebuję ludzi, nie muszę mieć ich wokół siebie, byłabym szczęśliwa siedząc całe dnie sama w domu, także nie mam problemu z tymi relacjami jako takimi, tylko właśnie z tą pracą... W szkole miałam zazwyczaj dość dobre oceny, ukończyłam studia, może nie byłam orłem, ale dałam radę. W tej chwili nie jestem zdolna przyswajać nowych informacji i zapamiętywać ich. -- 05 lis 2014, 19:17 -- Własnie chyba tu się mylisz :) Na moje oko większość dotąd otaczających mnie osób uważa sie za fajne i dobrze się ze sobą czują. Zazdroszczę współpracownicom, że dla nich ta praca jest taka łatwa i przyjemna (psychicznie, bo fizycznie jest wyczerpująca). Przychodzą sobie uśmiechnięte, czas im szybko leci, bo gadają sobie ze sobą, śmieją się. Tylko ja przeżywam tam katusze i odliczam godziny do końca.
  5. Ladywind, są lepsi, a ja jestem gorsza:) Nie ma co się oszukiwać i wmawiać nieprawdę, ja już sie z tym pogodziłam. Jestem gorsza, bo gorzej wykonuję swoją pracę, mam słabszy refleks i wolniej myślę, co sprawia że mniej znaczę na rynku pracy jak i towarzysko. Do tego inni są lepsi ponieważ większość ludzi jednak nie ma takich problemów psychicznych jak ja, co za tym idzie są w bardziej produktywni, bardziej twórczy, wydajni itd. I ja to rozumiem, wiem, że dziewczyna, która skłąda kartony obok mnie jest ode mnie lepsza i mogę to głośno powiedzieć. Chodzi mi nie o to, żeby budować sobie jakąś iluzję, że jestem dobra i zasługuję na bycie lubianą, do to nieprawda. Chciałabym tylko nauczyć sie żyć z tymi przypadłościami, tak jak kaleka uczy się żyć z niepełnosprawnością. Moją niepełnosprawnością jest słaby umysł i słabe zdolności interpersonalne. Przyjmuję to do wiadomości. Tylko jak z tym żyć? Czy lepiej tracić zdrowie i nerwy w pracy która i tak przynosi marne gorsze a zdrowia zszarpie dużo więcej czy lepiej po prostu zostać w domu i żyć sobie przynajmniej spokojnie, na utrzymaniu mamy i dopiero kiedy jej zabraknie mieć problem. Podejrzewam, ze gdybym wybrała pracę, to zanim zabraknie mamy prędzej ja sie wykończe...
  6. Własnie też to sobię tak tłumaczę. Kiedyś zachodziłam w głowę "dlaczego, przecież ja nic nie zrobiłam) ale teraz niedawno to zrozumiałam.
  7. dziewczynka24

    Czy to normalne?

    No ja też wolę siedzieć sama niż czuć czyjąś obecność. Nie wiem czy to normalne. Chyba nie...
  8. nieprawda.. na NFZ zazwyczaj raz w tygodniu sie chodzi... ale to zalezy tez od problemu No ja mam takie terminy. Czasami co 2 tygodnie. Moja psychoterapeutka stwierdziła, że ze mną jest wyjątkowo ciężka sprawa, bo luzie zazwyczaj mają jakiś konkretny problem i w ciągu roku- dwóch da się go mniej więcej wyleczyć, a u mnie jest tego sporo: -borderline -zatrzymanie w rozwoju psychicznym na poziomie kilkunastu lat -spowolnione myślenie (być moze jako efekt depresji, a moze po prostu jestem głupia) -brak ojca -nadopiekuńczość matki -znęcanie sie w szkole -i jeszcze pare innych, nie będe pisać. Być moze i tak nie da się tego nigdy naprostować, więc terapia tutaj jest zbędna. -- 05 lis 2014, 13:36 -- Kiedyś też tego próbowałam, myślałam, że jak pokażę pazurki to zyskam respekt, chciałam brać przykład z wrednych koleżanek i zachowywac się jak one. Ale o ile w ich wydaniu to wyglądało zadziornie i zawadiacko, to u mnie niestety nie sprawdziło się. Ludzie jeszcze bardziej mnie wtedy poniżali.
  9. Witam, chciałabym zapytać, czy ktoś z Was miał podobny problem i co z tym zrobić. Otóż od dziecka byłam nieakceptowana przez środowisko, zawsze inni mi dokuczali, wyżywali się nade mną, byłam typowym kozłem ofiarnym. Teraz jestem dorosła, mam 30 lat i nie mogę sobię poradzić w życiu. Nie mogę dłużej utrzymać się w żadnej pracy, ponieważ obcując z innymi pracownikami odczuwam ogromny stres i męczę się nie tyle samą pracą co byciem wśród ludzi. Dodam, że nie w każdej sytuacji tak jest, w niektórych okolicznościach (np. w klubie, na spotkaniach ze znajomymi) potrafię być całkiem wyluzowana. Ale kiedy mam wykonywać jakąś pracę przy kimś, czy to fizyczną czy umysłową,to strasznie się stresuję. Niestety- to muszę szczerze przyznać- jestem mało spostrzegawcza, mam jakby spowolnione myślenie, nie potrafię liczyć w pamięci, mam słaby refleks. Dla tego szukam najmniej prestiżowych prac, jak np. w fabryce, na zmywaku itd. Niestety nawet w takich pracach trzeba się wykazywać refleksem i czasami liczyć w pamięci. Nie wiem już co mam robić, czy dalej przeżywać ten koszmar i chodzić co dnia do pracy ze strachem i paniką, czy pogodzić się z tym, że moje życie już takie po prostu jest i nie nadaję się do pracy z ludźmi. Na prawdę kazdy dzień to dla mnie męczarnia jak mam wyjść do jakiejś pracy, okupione jest to ogromnym stresem i dolegliwościami somatycznymi, jak nerwobóle, mdłości, pieczenie w klatce piersiowej, trudności z oddychaniem). Gdybym miała tę samą pracę do wykonania ale będąc sama w zakładzie, na pewno poradziłabym sobie, pokonałabym zmęczenie i bóle fizyczne związane z pracą w fabryce, ale będąc wśród innych, po prostu nie mogę, to ponad moje siły. Ludzie to wyczuwają i niestety bardzo mnie lekceważą, krzyczą na mnie, są to osoby w moim wieku. Próbuję zagadać czasem, uśmiechnąć sie, nawiązać jakiś temat, ale zawsze spotykam się z tą samą od lat reakcją: odrzucenie. I tak było w każdej szkole, w kazdej pracy, z małymi wyjątkami. Przez lata zadawałam sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego ludzie mnie skreślają i poniżają, skoro przecież nie robię im nic złego, nigdy nikogo nie obrażam, nie jestem niemiła. Wręcz przeciwnie, staram się być pozytywna. Doszłam niedawno do wniosku, że ludzie po prostu wyczuwają na pierwszy rzut oka, że ja sama siebie nie akceptuję, nie lubię, że się boję. I nawet staram się z tym pogodzić, że taki już mój los, że to nie wina ludzi, tylko tak po prostu jest, że jednostki słabe, nielubiące same siebie nie będą nigdy lubiane. Rozumiem to, ale ciężko mi z tym żyć. Poradźcie proszę co mogę zrobić w tej sytuacji. Chodzę oczywiście na psychoterapię, ale raz w miesiącu, bo takie są terminy na NFZ i nic mi to nie pomaga jak na razie (a chodzę już ponad rok). Na prywatną psychoterapię mnie nie stać, bo nie mam stałej pracy, siedzę na łasce mamy.
  10. veganka, zastanawiam się czy to aby nie jest ogłoszenie z działu matrymonialnego:p
  11. Własnie, dostrzegam problem. Rozmawiałam kiedyś z mama i babcią o tym, że chciałabym zacząć żyć samodzielnie, przedstawiłam im moje pomysły, że wynajmowałabym pokój. Zamiast mnie wspierać i dopingować do usamodzielniania się (co chyba jest obowiązkiem wszystkich rodziców) one tak długo mnie przekonywały i straszyły, że w końcu przejęłam ich punkt widzenia. Że sie nie opłaca nabijać kabzę jakiemuś właścicielowi, lepiej te pieniążki odkładać, że nie wiadomo na jakiego współlokatora trafie, może pijak, może gwałciciel, a może mnie okradną... I że sobie nie poradzę z płaceniem rachunków, bo przecież nie wiem co i jak... Ale może to myslenie jest rzeczywiście złe i to Wy macie racje- takie już jest życie, trzeba przebidulić i tyle.
  12. Wykształcenie mam licencjackie, ale nie szukam pracy w tym zawodzie, bo nie mam podstawowej wiedzy, studia przeszłam na trójach, skończyłam je tylko dla tego, że mama chciała mieć córkę studentkę, a ja nie byłam na tyle silna, żeby się sprzeciwić. Jeśli chodzi o pracę to szukam fizycznej, typu sprzątanie, przy taśmie. Pewnie, łatwo powiedzieć trzeba chcieć. Jak się jest wychowywanym do bycia zaradnym to się może i jest zaradnym, ja byłam tłamszona od dzieciństwa i faszerowana gadkami: wszyscy ci na głowę wejdą, oszukają cię, bo widzą, że ciebie można, bez mamy i babci zginiesz!
  13. Dzięki:) Też myslę, że czasami przesadza, bo mam katastroficzne wizję, chyba już tak zostałam tym przesiąknięta, że nie umiem inaczej. I nie potrafię podejmować samodzielnie decyzji, dla tego na żadną z tych opcji które wymieniłam nie potrafię się zdecydować. Tkwię w tym co jest i nie umiem się nagle zbuntować i uciec, bo to wymaga bycia przekonanym, że podjęłam słuszny wybór. A mnie każda z tych opcji przeraża:(
  14. Saraid, masz rację, właśnie zdaję sobie sprawę, że mam i tak dość fajną sytuację, bo ani nie jestem obłożnie chora, a ni nie mam nikogo na utrzymaniu, ani nawet długów nie mam, inni mają jeszcze gorzej, wiem. Uniezależnić się od opinii matki i babci jest bardzo ciężko, kiedy w głowie brzmi tylko ich straszenie: "dziecko, nie dasz sobie sama rady, bez mamy zginiesz, po co bulić za pokój ulicę dalej, jak z nami masz za darmo!" Cały czas próbuję wytłumaczyć sobie, że samodzielność musi być piękna, że można nie czuć się wiecznie karconym dzieckiem, tylko rozwinąć skrzydła. Ale jednak cały czas przekaz mamy i babci jest silniejszy: bieda, niedożywienie, niebezpieczeństwo... Chodzę na terapię, ale to kwestia na lata.
  15. Saraid, chcę coś zmienić i to bardzo, mieszkać z nimi i dawać się rozstawiać po kontach nie chcę absolutnie! Tylko tak strasznie się tego boję, bo zmienią się drastycznie moje warunki bytowe i nie wiem czy dam radę przetrwać. W tej chwili nie mam oczywiście luksusów, mieszkam w pokoiku wielkości składzika na miotły i nie stać mnie na żadne atrakcje typu kosmetyk, ubranie, nie mówię już o wakacjach. Ale mam ten dach nad głową i jestem najedzona, a jak podejmę się wyzwania "ucieczki" z domu, jak to mówi mama, to wiem, że czeka mnie niedojadanie, mieszkanie z obcymi ludźmi, zero czasu na odpoczynek, czy hobby (tak, mam hobby, które nie pochłania dużo pieniędzy, a jest całym moim życiem w tej chwili, tylko ono mnie trzyma przy zdrowych zmysłach). To wszystko trzeba będzie odrzucić i z potulnej, zahukanej, niezaradnej biedulki stać się nagle rebeliantką. I oczywiście dać mamie i babci satysfakcje, że miały racje ("widzisz co żeś sobie narobiła? Głodna chodzisz, z karaluchami mieszkasz i nawet swojego pokoju nie masz, wolisz mieszkać z obcymi niż z matką! To tak wygląda twoja samodzielność, hahaha") Nie wiem po prostu czy to się opłaca, bo i tak źle i tak niedobrze:( Dodam, że bardzo boję się życia i nie jestem typem przebojowej kobiety biorącej życie za rogi, mam fobię społeczną, jestem uzależniona psychicznie od opinii mamy i babci, przez lata było mi wmawiane, że bez mamy zginę.
×