Niewolnik własnego umysłu.

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Niewolnik własnego umysłu.

przez kapust 08 gru 2013, 20:56
Cześć. Mówiąc krótko: Jest ze mną źle. Przydarzyło mi się kilka rzeczy, które teoretycznie już minęły, a w praktyce chyba zakorzeniły się na stałe w podświadomości. Cały czas jestem spięty, zdołowany, nieszczęśliwy, zmęczony życiem, niezdolny do zawierania i utrzymywania przyjacielskich kontaktów z ludźmi. Aby lepiej naświetlić problemy, przedstawię moją historię zawierającą kilka punktów kulminacyjnych:

Urodziłem się a mnóstwem alergii, astmą, chorobami skóry. Byłem dzieckiem wiecznie drapiącym się, w wysypkach, smarkającym i kaszlącym. Jednak poza tym było ok, do czasu aż nie trafiłem do przedszkola. Tam rówieśnicy zaczęli wytykać palcami moje reakcje alergiczne. Mówili, że tnę się żyletkami, że gniję, etc. Pamiętam jak przez mgłę, kiedy jestem osaczony i słucham takich tekstów od kilku osób równocześnie. Następnie była podstawówka, w której nie było już tak źle, miałem kolegów, z wiekiem reakcje alergiczne były coraz słabsze, nauka jakoś szła.

Potem poszedłem do gimnazjum, ogólnie w okresie dorastania wiele moich problemów zdrowotnych ustąpiło, ale mój ojciec popełnił samobójstwo. Nie pamiętam, abym tą śmierć samą w sobie jakoś szczególnie przeżywał, ale ogólnie ten okres był tragiczny. Stałem się chudy jak patyk, źle się uczyłem, nie mogłem spać po nocach, miałem silne bóle brzucha i biegunki (nie wiem czy o podłożu alergicznym czy nerwowym). Przede wszystkim czułem, że jestem brzydki, głupi i nikogo nie mam. Nikt mnie nie rozumiał, nie miałem bliskiej osoby i wydawało mi się, że już nigdy nie będzie dobrze. Zatraciłem umiejętność bronienia się przed rówieśnikami, przez co coraz więcej było czepiania się, szturchnięć. Dużo się biłem, a czasem też zaczepiali mnie starsi i chociaż fizycznie dałbym im radę, to czułem, że oni mają kolegów, a ja jestem zupełnie sam i to poczucie, że nikt w żadnej sytuacji nigdy za mną się nie wstawi, nie pomoże, nie obroni, było dla mnie paraliżujące.

Potem poszedłem do liceum - tam trafiłem na klasę, która była dla mnie zupełnym nieporozumieniem. Czułem się w niej najbardziej nielubianym i najsłabszym ogniwem. Była kiblująca osoba, która wszystkich się czepiała, aż trafiło na mnie. Biliśmy się, dosłownie rozłożyłem go na łopatki, ale potem zaczęło się prześladowanie słowne. Czułem, że on ma masę szemranych znajomych, że to degenerat, który nie ma nic do stracenia, a ja byłem tylko wysokim, chudym gościem wiecznie pogrążonym w czarnych myślach. Przez ten paraliżujący strach i ciągłe werbalne zaczepki straciłem szacunek dla siebie. On został wyrzucony ze szkoły, ja przez następne dwa lata czułem się obdarty z godności i nieatrakcyjny, kiedy wszyscy wokół tworzyli pierwsze związki. Bardzo mnie gryzła samotność i bycie klasowym, nielubianym tłem. Przez ten okres nie miałem żadnego kolegi, dopiero pod koniec z innej klasy z którymi chodziłem raz na miesiąc na piwo - całe moje życie towarzyskie.

Studia. Wiązałem z tym okresem duże nadzieje, napisałem najlepiej maturę w całym liceum, wyrwałem się z małego miasta. Ale tam kompletnie nie potrafiłem budować relacji z ludźmi. Nigdy się nikogo o nic nie pytałem, sam się uczyłem, byłem cały czas spięty, pełen obaw i pesymizmu, bardzo słabo to wszystko szło, ale byłem ledwo-ledwo nad kreską, aż zwaliłem drugą sesje i mnie wyrzucili. W następnym roku byłem na innym kierunku i też mnie wyrzucili. Bardzo dużo myślałem o śmierci i samotności. Poznawałem dziewczyny, ale odpadałem na starcie przez niskie poczucie własnej wartości i bierność, że max to były przytulenia i trzymanie się za ręce.

Potem wszedłem w pierwszy związek z dziewczyną która praktycznie sama zaciągnęła mnie do łóżka. Była podobna do mnie, bardzo pociągająca, taka mroczna dusza jak ja, podszedłem kolejny raz do studiowania, byłem momentami naprawdę szczęśliwy przez nią. Potem jednak ona wymyśliła powrót do byłego chłopaka i to były dla mnie najintensywniejsze emocjonalne wyboje, jakie miałem w życiu. Ona była jedynym pozytywem i radością jaką miałem, ale wolała innego, który chciał z nią seksu , a nie związku, a ja byłem kimś z braku laku. I tutaj po raz kolejny zacząłem tracić dla siebie cały szacunek, bo byłem z kimś, kto kombinował za moimi plecami i zdradzał, nie potrafiłem odwrócić się plecami i odejść, bo i tak było to lepsze od pustki, którą czułem przez całe życie, a też dodatkowo podminowało to moje poczucie własnej wartości, że nie byłem w stanie wyobrazić sobie, że jakakolwiek kobieta by mnie chciała. Ta sytuacja trwała trzy lata, mi coraz lepiej szło na studiach (chociaż dalej uważałem się za głupszego) zacząłem zgarniać stypendia, koncentrować się na praktykach, karierze, za trzecim razem jak się puściła to olałem ją - tylko dzięki temu, że miałem czym zająć myśli. Przestałem odpowiadać na smsy, w krótkim czasie poznałem bardzo brzydką dziewczynę, ale doskonale mnie rozumiejącą i bardzo wysokim poziomie inteligencji emocjonalnej. Pomogła zapomnieć o byłej głównie dlatego, że nie pozwalała mi o niej mówić, a ja wiedziałem, że to bardzo pomocny zakaz. Widywaliśmy się bardzo dużo, cały czas nawijaliśmy, obrabialiśmy dupy, piliśmy alkohol, nabijaliśmy się ze wszystkiego, a poza tym czułem się pierwszy raz w życiu w głębokiej, platonicznej relacji z kimś na pozór zupełnie innym - ona mega popularna, ja bez znajomych. Pierwszy raz ktoś, kto może przebierać w ludziach naprawdę zachwycił się tym, jaki jestem. To trwało rok - w między czasie łączenie pracy na pełen etat i studiów dziennych co też było dużą dawką stresu i przemęczenia. Relacja się posypała - przestawała dotrzymywać danego słowa, osoby wcześniej nieistotne stawały się ważniejsze ode mnie, etc. więc uniosłem się honorem i się wycofałem. Poczułem się bardzo odrzucony i przede wszystkim oszukany przez osobę, która dawała mi więcej niż oczekiwałem dowodów na to, że jestem kimś ważnym, a na końcu potraktowała mnie jak bezbarwne tło. Mocno to przeżyłem, chociaż w porównaniu do emocjonalnego wyniszczenia zdradami byłej to pryszcz.

Dzisiaj głównie pracuję, zajmuję się swoim zdrowiem, chodzę na siłownie, żeby podreperować dawne kompleksy. Nie mam przyjaciół - każdą osobę szufladkuję jako kogoś, kto mnie nie zrozumie, nie zaakceptuje, nie pokocha lub z drugiej strony - jako nudnego upierdliwca, który wejdzie mi na głowę. Z dziewczynami tak samo - kilka spotkań, maksymalnie dochodzi do pocałunku i wycofuje się. Cały czas czuję się bardzo samotny, nieatrakcyjny, nieakceptowany a równocześnie oceniany, przytłoczony, spięty i zmęczony towarzystwem innych. Z nikim nie rozmawiam na osobiste tematy, a jak próbuję małymi kroczkami budować bliską relację, to analizuję każde zachowanie pod każdym kątem i uruchamiają mi się blokady. Wydaje mi się, że kazdy zobaczy we mnie bezbarwnego, aspołecznego dziwoląga-nieudacznika. Czuję się już niezdolny do budowania przyjaźni i związku, a po byłej dziewczynie i byłej przyjaciółce perspektywa wchodzenia w relacje wydaje mi się drogą przez mękę, chociaż bez bliskiej osoby jest mi bardzo ciężko. Tu raczej chodzi o moje subiektywne oszacowanie własnego zaangażowania, trudu i czasu jaki musi upłynąć do szansy na powodzenie zbudowania związku lub przyjaźni. I ten stosunek wydaje być tak niekorzystny, że aż nie ma we mnie ani grama wiary, że to się może udać. Czuję, że nie mam w życiu własnego miejsca, własnych ludzi, ani ścieżki którą miałbym iść. Nie wiem co robić, cały czas jest mi źle ze sobą, z własną psychiką. Jestem w martwym punkcie, jakbym był zepsutym, nienaprawialnym człowiekiem, niezdolnym do bycia szczęśliwym i stworzenia takiej znajomości, która przyniosłaby towarzyskie spełnienie i wewnętrzny spokój.
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
08 gru 2013, 19:07

Niewolnik własnego umysłu.

Avatar użytkownika
przez Atalanta 08 gru 2013, 21:10
cześć :D
Czytając swój post, odkryłam też cząstkę siebie. Też zupełnie w siebie nie wierzę i czuję się bezwartościowa - i to jest właśnie to co niszczy mi życie i nie pozwala iść dalej- tkwię w martwym punkcie nie wiedząc dokąd udać się dalej, patrzę jak życie przelatuje mi przez palce :(
Avatar użytkownika
Offline
Posty
766
Dołączył(a)
09 kwi 2011, 21:05

Niewolnik własnego umysłu.

Avatar użytkownika
przez monk.2000 09 gru 2013, 08:11
Cześć, przeczytałem całe. Kolejna dołująca historia, a ja nie mam pomysłu co doradzić. Wygląda na to, że jedni mają łatwiej w życiu , a drudzy trudniej. Warunki przydzielania losu są dla mnie nieznane.
Awatar to skarb Atlantydy: starożytny Scion.

:( F.20
:smile: Solian 600mg
8) Akineton
Avatar użytkownika
Offline
Posty
8369
Dołączył(a)
26 lis 2011, 14:49
Lokalizacja
mój pokój

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 18 gości

Przeskocz do