Moja nerwica natręctw....

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Moja nerwica natręctw....

przez ktosiak 14 kwi 2013, 20:17
Witam Wszystkich, jestem tutaj nowy, zarejestrowałem się tutaj, bo chyba w aktualnym czasie mam za mało wsparcia - jest mi dość ciężko, pewnie jak Wam, a sumie to już Nam wszystkim, chciałbym też poznać kilka osób z tym samym schorzeniem, wiedział bym wtedy na pewno, że mnie ktoś na prawdę rozumie, co jest chyba w życiu dość istotne i podnoszące na duchu.
Moja historia z tą chorobą trwa już jakiś względnie długi czas - już jako nastolatek obserwowałem u siebie jakieś dziwne mysli, czasem zachowania, które budziły we mnie zaniepokojenie i obawy, że jestem chory psychicznie, ale starałem sie to bagatelizować, nie myśleć o tym zbytnio, co w tamtym czasie było jeszcze możliwe. Obecnie mam 22 lata i od chyba 19 roku życia korzystam z pomocy psychiatry i terapeuty. Jak na tą chwilę w sumie korzystałem z pomocy 2 psychologów i również 2 psychiatrów i u każdego z nich zawsze była rozpoznana ta sama choroba tzn. nerwica natręctw, co chyba daje mi na tyle pewności, że nie mam wątpliwości co do diagnozy. Myśli natrętne, które występują u mnie dotyczą przede wszystkim Boga, szatana, pracy, obawy, że kogoś przejade samochodem... Znalazło by sie pewnie jeszcze duzo tego...
Korzystanie z pomocy terapeuty jak dla mnie przynosi dość pozytywne skutki, przede wszystkim lepiej wiem co mi dolega, bardziej to potrafie zrozumiec i też staram sie cieszyć z życia, co nie zawsze jest łatwe, ale próbuje i widze przez to jakąś tam poprawę.
Apropo psychiatry jest już ciężej. Mianowicie leki, które biorę nie bardzo mi pomagają. Na początku leczenia brałem Asertin, który po upływie roku przestał działać. Musze w tym miejscu zwrócić uwagę na ten lek, gdyż pomógł mi na tyle, że myślałem wtedy, że już jestem całkowicie zdrowy, że już to przeszło, po czasie już w ogóle nie myślałem o chorobie, jednak lek stopniowo z czasem przestał działać. Następnym lekiem był fevarin, który nie dał mi satysfakcji ze swojego działania, aczkolwiek coś tam działał. Obecnie mija jakoś 3 tydzień zażywania Anafranilu SR 0,75, niby po 2 tygodniach zauważałem jakieś pozytywne skutki jego obecności w moim organizmie, jednak od 2 dni jest mi dość ciężko, przez co jestem dość załamany, gdyż liczyłem, że ten lek spełni moje oczekiwania... Za 3 dni mam wizytę u psychiatry i liczę na to, ze jeszcze znajdzie wyjście z sytuacji, że będzie jeszcze dobrze, że będę mógł w końcu normalnie żyć. Chciałbym sie zapytać Was, jakie Wy macie doświadczenia z tą chorobą, może znacie jakieś sposoby walczenia z tymi natręctwami, może znacie dobrych lekarzy psychiatrów z woj Opolskiego/Łódzkiego, zastanawiam sie jeszcze nad wizytą u neurologa.... Może korzystaliście też takiej pomocy? Czekam na Wasze odpowiedzi. :)
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
14 kwi 2013, 19:30

Moja nerwica natręctw....

Avatar użytkownika
przez rikuhod 17 kwi 2013, 15:59
To ciekawe ale kiedy, zaczęła się moja nerwica to właśnie też moje myśli były związane z Bogiem, Diabłem. Bałem się, że jak zrobi to, czy tamto pójde do piekła :( z czasem przeszło mi to w inne rzeczy nie związane z wiarą. Tobie też musi być z tym ciężko :(

Co do leków, hmm tu niestety nie pomogę jedyne co to trzeba powiedzieć psychiatrze, że leki nie pomagają. To dobrze, że już poradziłeś się psychiatry :D On z czasem na pewno pomoże wierz mi :)

1)Jeśli mógłbym ci coś poradzić to ignorować te myśli jak przychodzą, traktować ich jakby ich nie było. Nie odpędzać ich, niech same przejdą. Jeśli mocniej się przejmujemy tymi myślami, zastanawiamy się nad nimi to mocniej się nasilają :( dlatego trzeba robić wszystko tak jakby ich nie było. Staraj się normalnie robić wszystko to co na codzień, oglądaj tv, rozmawiaj, czytaj itp. Jeśli myśli będą ci przeszkadzać w skupieniu to ignoruj je i kontynułuj. To z początku może być trudne :( ciągle jest ta świadomość że one tam są i ciągle męczą. Ale stopniowo z każdym dniem jak będziesz ignorować, będą męczyć mniej aż odejdą :D.

Ignoruj te myśli, nie odpędzaj ich. Udawaj jakby ich nie było.

2)Wiesz spróbuj też zrobić sobie codziennie taką chwile wyciszenia. (Możesz więcej razy jak masz czas)

Ja to robie tak kłade się na łóżku i staram się dać przejść wszelkim myślom. Nie odpędzam ich i nie wzywam ich. Po prostu czekam cierpliwie aż sobie przejdą. Wsłuchuje się w cisze, albo szum wiatru. Kiedy umysł jest już czysty przychodzi takie miłe uczucie trochę jakbyś się obudził. Ja czasem jak przez dłuższy czas się wyciszałem odkrywwałem (dostawałem taki jakby przebłysk XD) odkrywałem co jest przyczyną moich natręctw i co powoduje ten chaos w głowie. Wierz mi takie wyciszanie bardzo relaksuje :)

To powodzenia wiem że się wyleczysz :D
Avatar użytkownika
Offline
Posty
441
Dołączył(a)
24 gru 2012, 00:25

Moja nerwica natręctw....

przez iksinski 02 maja 2013, 13:46
Witam ja również chciałem opowiedzieć o swojej chorobie bez zakładania nowego wątku. Mam 33 lata. 4 lata temu zdiagnozowano u mnie OCD, ale moje natręctwo trawa już 13 lat. Dlaczego dopiero 4 lata zdiagnozowano? Bo dopiero wtedy trafiłem na oddział, a wcześniej nie miałem zielnego pojęcia, że moje obsesje mogą mieć związek z chorobą psychiczną, którą można leczyć. Tak na dobrą sprawę to początki mojej choroby sięgają już 14 r.ż. Latem 1994 pierwszy raz pojawiły się u mnie wątpliwości dot. wiary. Pochodzę z wierzącej rodziny wyznania rzymskokatolickiego. Rodzice nie są i nie byli religijni na wzór "moherów", zwolenników Radia Maryja i TV Trwam, ale nauczyli mnie wielu wartości, m.in. odczuwać współczucie do ludzi cierpiących, nauczyli mnie też chęci bezinteresownego pomagania, a także nie wywyższania się. Gdy chodziłem do podstawówki, powodziło nam się lepiej niż przeciętnym, jednak rodzice zabronili mi ubierać się w drogie ciuchy i nosić cenne gadżety do szkoły. Pamiętam, że na pocz. wakacji 1994 gdzieś w PL doszło do podpalenia kościoła przez jakąś grupę anarchistów, którzy oprócz podpalenia napisali sprayem na murze "Bóg nie istnieje". Wtedy na dobrą sprawę dowiedziałem się, że wśród nas jest wielu ludzi, którzy tak uważają. Zacząłem sobie wyobrażać, że to prawda i zaczął pojawiać się u mnie jakiś lęk. Nieco później 30 lipca tego samego roku dowiadujemy się smutnej wiadomości o śmierci Ryszarda Riedla, wokalisty "Dżemu". Po jego śmierci piosenki zespołu stają się popularne na domowych kasetach. Najpopularniejszą piosenką okazała się "List do M.", w której autor wyraża wątpliwości co do istnienia Boga (nie sądzę aby był całkowitym ateistą, bo np. w piosence "Malowany ptak" rozmawia z Bogiem). W 8 kl. podstawówki też ciągle męczyły mnie te myśli. Nie non stop, ale każdego dnia się pojawiały, szczególnie w Kościele i na lekcjach religii. Na katechezach dodatkowo było przygotowanie do bierzmowania i egzamin z 200 pyt. dot. wiary, co również przyprawiało mnie ciągle o głupie wyobrażenia. Przez te głupie wyobrażenia zacząłem w myślach przeklinać Boga, a potem wkręcać sobie, że pójdę za to do piekła i nie mam już możliwości odwrotu. Było bardzo ciężko, ale jakoś sobie ciągle powtarzałem, że jeśli jest Bóg i faktycznie jest "Naj" jak się uczymy to rozumie, że moje zachowanie to jakieś głupie nieproszone myśli, które pojawiają się u mnie wbrew mej woli. W wakacje 1995 jakoś przeszło nawet nie wiem jak i kiedy. W nowym roku szk. znów wróciło. W nowej klasie pojawili się uczniowie, którzy ciągle kłócili się z księdzem nt. swoich poglądów, a nawet całkowici ateiści (w podstawówce poza jednym uczniem Jehowym wszyscy chodzili na religię, nikt się z księdzem nie kłócił, ksiądz ciągle straszył nie dopuszczeniem do bierzmowania i każdy przeżywał ocenę na koniec roku z religii, a w podstawówce z religii na koniec roku ksiądz stawiał tylko 4, 5 i 6, w zw. z czym dostać 4 było totalnym obciachem jak 2 z WF-u). Obawy i wątpliwości znów wróciły. W czerwcu 1996 pojawiła się nowa chora myśl. Jechałem z rodzicami z do rodziny do Niemiec (samochodem) i pojawiły się idiotyczne myśli - modlitwa o wypadek i śmierć rodziców. Kocham rodziców, nie wiem co bym bez nich zrobił, wiem, że tego nie chciałem, ale wtedy miałem ogromne wyrzuty sumienia i lęki przed karą od Boga. Później myślowe modlitwy o śmierć i nieszczęście dla rodziców zaczęły narastać, z czasem zacząłem się uspakajać, chyba do tego przywykłem. Tak jak poprzednim razem zacząłem sobie wmawiać, że Bóg rozumie, co się ze mną dzieje, że ja tego naprawdę nie chcę. W przeciwnym razie chyba bym totalnie zwariował. A tak jakoś funkcjonowałem, chodziłem do szkoły i miałem w miarę dobre wyniki w nauce. W maju 2000 zaczęły się najgorsze natręctwa, trwające do dziś. Stało się to nagle, bez przyczyny. Psychiatrzy i terapeuci wielokrotnie wypytywali mnie jak do tego doszło, że żadne natręctwa nie biorą się bez przyczyny, ale ja nie potrafię podać przyczyny. Wielokrotnie przypominałem sobie, analizowałem wszystkie szczegóły i nic. Było to tak: maj 2000, byłem akurat w okresie matur. Psychiatrzy i terapeuci postawili na stres zw. z maturą, ale jak zbytni się nie stresowałem - uczyłem się przez 5 lat technikum, uczęszczałem na dodatkowe zajęcia przygotowawcze do matury i idąc na maturę nie czułem kompletnie żadnego stresu. Ale przejdźmy do rzeczy. Któregoś dnia przechodzę obok osoby spacerującej z psem (sam też miałem psa). Na ziemi wiadomo, jakieś małe kamyczki, może piasek, może jakieś szkła (nie pamiętam) i nagle naszedł mnie lęk, że mogę niechcącym ruchem nogi sypnąć psu czymś w oczy, okaleczając go na stałe. W przypadku mojego psa dodatkowo pojawił się lęk o możliwości niechcącego zadrapania brodawek sutkowych i w konsekwencji zachorowania na raka. Ta obsesja męczy mnie do dziś od 13 lat. Kompulsją na to stało się ciągłe sprawdzania, zaglądanie zwierzętom w oczy (nie tylko psom, ale i kotom, gołębiom, później rozszerzyło się na żaby, ślimaki i dżdżownice), zaglądanie pod samochody (tam często chowają się koty), idąc w pobliżu budynków właziłem na klatki schodowe. Najgorzej było w przypadku ogrodzonych osiedli, klatek z domofonami czy strzeżonych parkingów. Druga moja obsesja, która zaczęła jakoś tak w tym samym czasie i trwa do dziś dotyczy elektryczności - wmawiam sobie, że mogę niechcącym ruchem ręki, nogi zmoczyć jakiś element elektryki (w domu gniazdko, włącznik, poza domem słupy elektryczne, skrzynki elektryczne, kable), spowoduje to zwarcie i w konsekwencji porazi lub nawet zabije robotnika, który będzie przy tym grzebał. Kompulsją na to stało się ciągłe dotykanie tych elementów (w taki sposób, że w normalnej sytuacji nie spowodują porażenia). Nie byłem świadomy, że to co się ze mną dzieje ma podłoże chorobowe i jest uleczalne. Po 9 latach w końcu żona wraz z moimi rodzicami zmusili mnie na wizytę u psychiatry [Wcześniej byłem już raz u psychiatry w wieku 17 lat (również prywatnie, sfinansowane przez rodziców). Było to po to, by zbierać papiery na wojsko, gdyż nie wyobrażałem sobie znieść zjawiska "fali" lub pastwienia się silniejszych nad słabszymi w jednej grupie, a w wojsku na pewno znaleźli by się dresiarze i tym podobni. Wspomniałem wtedy lekarce o tikach nerwowych, które towarzyszyły mi od wczesnego dzieciństwa - były to dziwne ruchy rąk, nóg i grymasy twarzy, które musiałem regularnie powtarzać. Pamiętam, że użyła wtedy słowa natręctwa - czyżby coś u mnie zdiagnozowała?] Wizyta u psychiatry w 2009 była to wizyta prywatna, rodzice sami mi ją sfinansowali. Lekarz ten oprócz prywatnego gabinetu jest ordynatorem jednego z oddziałów w szpitalu psychiatrycznym. Powiedział, że niezbędny będzie dla mnie kilkutygodniowy pobyt na oddziale. Myśl o szpitalu była dla mnie przerażająca. Z TV wyobrażałem sobie "psychiatryk" jako miejsce pełne ludzi z dziwnymi grymasami twarzy, nie mającymi kontaktu z rzeczywistością. Obawiałem się też pastwienia się silniejszych nad słabszymi jak to bywa w szkołach, wojsku, domach dziecka itp. Psychiatra, u którego byłem w gabinecie kazał mi się zgłosić u siebie na oddziale. To co ujrzałem było dla mnie szokiem - ludzie z dziwnymi grymasami twarzy, spacerujący w piżamach po korytarzu tam i z powrotem jak nakręceni. Jednak okazało się, że był to oddział ogólnopsychiatryczny, a on skierował mnie na oddział nerwic. Tam było zupełnie inaczej - oddział koedukacyjny ze zdecydowaną przewagą kobiet. Drzwi do budynku w dzień były otwarte i poza terapiami w czasie wolnym można było wychodzić na dwór. W piątek rano szło się na przepustkę i wracało w niedzielę wieczorem. Jak wspominam pobyt na oddziale - patrząc na to dziś to negatywnie. Z biegiem czasu zacząłem widzieć w szpitalu azyl przed światem zewnętrznym i z czasem był coraz większy strach przed powrotem. Zasadniczy czas pobytu wynosił tam 6 tyg., jednak niektórym przedłużano pobyt do max. 12. Zdecydowana większość wychodziła po 6. Ja pociągnąłem do 10, wtedy zmuszono mnie do wyjścia, a chciałem pociągnąć jeszcze. Powrót do pracy był dla mnie strasznie ciężki i bardzo długo trwało ponowne zaklimatyzowanie się. Sam pobyt też raczej mi nie pomógł. Czułem się, że nie pasuję do tego oddziału. Byli tam głównie ludzie (zdecydowana większość kobiety) po takich przeżyciach jak: utrata pracy i brak środków do życia, zdrada i rozpad małżeństwa, śmierć rodziców, śmierć własnego dziecka. W czasie wolnym przy kawie to ciągle gadali o polityce, o naszych przywódcach, biedzie w Polsce i bezrobociu. Zamiast nabrać więcej optymizmu nabrałem pesymizmu. Po wyjściu powiedziałam sobie, że już nigdy więcej tam nie pójdę, ale 2 lata później, gdy w pracy ubliżyłem pewnemu inspektorowi zostałem zmuszony ponownie pójść na oddział nerwic. Początkowo nie chciałem, a jak już trafiłem, to z czasem bałem się wychodzić. W 2011 przedłużono zasadniczy okres pobytu z 6 do 12 tyg., jednak jak wyszedłem po 9 na własną prośbę ze względu na złe relacje z innymi pacjentami. Dalej kontynuowałem pobyt na oddziale ogólnopsychiatrycznym dziennym (pn-pt 8-15). Spędziłem tam 16 tyg. i stwierdzam, że było podobnie jak na nerwicowym - z biegiem czasu miejsce staje się azylem przed światem zewnętrznym i coraz większy strach przed powrotem do domu, w czasie wolnym przy kawie rozmowy napawające pesymizmem, potem trudność z zaklimatyzowaniem się w pracy i stwierdzenie, że nigdy więcej nie chcę tam iść. Od pobytu w szpitalu w 2009 zacząłem brać również leki (z przerwami). Najpierw była Asentra i zamienniki (Zotral, Setaloft). Po wyjściu ze szpitala kontynuowałem prywatne wizyty u psychiatry co 2-3 tyg., ale zrezygnoałem, ze względu na lekceważące podejście lekarki (nie informowała mnie telefonicznie o swej nieobecności chociaż miała mój nr tel., raz zadzwoniła z prośbą o przełożenie wizyty, bo byłem w tym dniu jedynym pacjentem, ponadto nie mogłem wybrać sobie godziny wizyty, tylko wg kolejności, a każda wizyta łączyła się u mnie z wzięciem w pracy dnia wolnego). Potem po prawie roku przerwy poszedłem prywatnie do terapeutki, ale po 3 m-cach zrezygnowałem, bo nie czułem się usatysfakcjonowany, a za każdą wizytę musiałem płacić. Po wyjściu z dziennego kontynuowałem wizytę u psychiatry i psychoterapeuty, ale nie czułem się usatysfakcjonowany. Teraz czekam w kolejce na kolejną terapię i ciągle zastanawiam się, czy terapeuci mają na mnie "wylane", czy to ja źle współpracuję. A wracając do leków - po zrezygnowaniu z lekceważącej lekarki psychiatry zrezygnowałem z leków. Na nerwicowym w 2011 dostałem Depralin, który kosztował mnie 110 zł/m-c i nie miał zamiennika. Na dziennym spytałem, czy nie można dać coś innego - dostałem Anafranil. Był całkowicie gratis, ale dla mnie wywoływał skutk uboczne - ciągłe poczucie senności i problemy z mikcją. Zmieniono mi na Setaloft i Risperidon, które biorę do dziś. Czy one mi pomagają? Nie potarfię powiedzieć. Nie chcę mowić, że nic nie dają, ale nie potrafię przyznać, że coś dają - mam raz lepsze raz gorsze dni, aleki biorę regularnie, aktualnie w bardzo dużych ilościach. Piszę już 1,5 h. Trochę się rozpisałem, a mam jeszcze inne obowiązki. Dodam, że mam nie tylko OCD (choć to mój najcięższy problem psychiczny). Mam również depresję, a z opisów chorób zarówno ja, jak i moi rodzice oraz żona podejrzewamy również borderline i co nieco z Aspergera. Mam też wiele lęków, problemy z asertywnością, z nieśmiałością, z wyrażeniem swego zdania i poglądu, co również wpływa na moje stany depresyjne i autoagresję. Ale o tym innym razem.

-- 02 maja 2013, 17:16 --

Chciałem jeszcze dodać do swojego poprzedniego postu. Moja obsesja związana z obawą przed zrobieniem krzywdy zwierzętom dotyczy również zwierząt w moim domu a mam psa i kota. Jeśli chodzi o uszkodzenie oczu, to z tym nie mam problemu by sprawdzić czy nic nie zrobiłem. Jednak podczas zabawy z psem czy kotem często wmawiam sobie, że niechcąco zadrapałem mu brodawki sutkowe i przeze mnie zachoruje na raka. Ponadto mam w pokoju i przedpokoju miski z jedzeniem i piciem. Często gdy przechodzę w pobliżu misek np. z miotłą, płynem do naczyń, kremem do golenia, a nawet świeżo po umyciu rąk (wmawiam sobie, że mogłem niedokładnie spłukać i zostały na rękach resztki mydła) wmawiam sobie, że coś skapnęło i wtedy sprawdzam, czy w miskach czegoś nie ma. Niejednokrotnie w związku z tym opróżniałem niemalże pełne miski jedzenia i picia w obawie, że pies lub kot zatrują się. Dodam jeszcze, że gdy przechodzę na worze obok psa i kota to zaczynam sztywnieć i chodzę jak robot. We wszystkich sytuacjach dotyczących moich obsesji, zarówno gdy przechodzę obok jakiegoś zwierzęcia czy też urządzenia elektrycznego coś zaczyna mnie jakby kusić do zrobienia ruchu mogącego skrzywdzić zwierzę bądź zmoczyć urządzenie elktr. (ruch ręką lub nogą, pstryknięcie palcami u rąk, a latem gdy chodzę w sandałach także palcami u nóg, a czasem nawet spłunięcie, gdy jakiś okruch mi siedzi w buzi). W tym momencie sztywnieję, ale czasem potrafię sobie wmówić, że na sekundę się zapomniałem i bezmyślnie zrobiłem jakiś niewłaściwy ruch (a mam tak, że czasem gdy jestem nerwowy to czymś się bawię, np. kluczami, potem je odłożę i nie pamiętam gdzie, nawet nie pamiętam, że się nimi bawiłem, chociaż ogólnie mam super pamięć). Chcę również dodać, że mój kryzys dot. wiary nie skończył się, a pogłębił. Coraz częściej natykam się na ateistów w swym otoczeniu. Moje wątpliwości są duże z tego względu, że ateiści to niemalże zawsze ludzie wykształceni, doktorzy, profesorowie i specjaliści od nauk ścisłych. Świat nauki coraz bardziej przekonuje nas, że Bóg to wymysł starożytnych ludów, podobnie jak bogowie o których uczymy się w mitologii, a wzięło się stąd, że niezrozumiałe zjawiska zachodzące w przyrodzie ludzie tłumaczyli istotami wyższymi, którzy tym rządzą. Ateiści są tak pewni swego twierdzenia, że najmocniej wierzącego porafią przyprawić o niepewność, a ludzi wierzących uważają za ciemnogród rodem ze średniowiecza. Tymczasem ludzie mocno wierzący i bardzo religijni to często ludzie wręcz "zacofani" i "ociemniali". Moje natręctwo dot. zwierząt i urz. elektr. idzie w parze z kryzysem w wierze, któremu towarzyszy ciągła depresja - z jednej strony przeraża mnie myśl o dalszym nieistnieniu po śmierci, z drugiej strony niezrozumiała i niepojęta dla mnie (i zapewne dla nas wszystkich) wieczność i nieskończoność też napawa nie lękiem. Za depresję i psychiczne cierpienie jakie mi w zw. z tym towarzyszy ma się ochotę wyładować i zadać cierpienie (choć już nie psychiczne a raczej fizyczne) innym. Czasami wydaje mi się, że się powstrzymam, że zaraz wpadnę w szał. Mimo, że jakoś nad tym panuję i od 13 lat nie przyłapałem siebie na zrobieniu w rzeczywistości ruchu, którym kogoś skrzywdziłem, to jednak ciągle sobie wmawiam to samo i nie jestem w stanie przekonać się, że to tylko chore myśli. Ostatnimi czasy czasem udaje mi się przekonać siebie, że to tylko chora myśl, ale udaje się to tylko w niektórych "lightowych" sytuacjach. Gdy dopadnie mnie mega depresja jest już znacznie gorzej. Jednak zauważyłem ostatnio niewielką poprawę, tylko nie umiem stwierdzić czy ma to związek z lekami, czy jestem już tak wymęczony tą chorobą, że w końcu po 13 latach nie złapania siebie ani razu na rzeczywistym zrobieniu czegoś złego zacząłem się w końcu przekonywać, że to tylko chore myśli. Jednak jak mówiłem, gdy jestem w wyjątkowo silnym dołku i wmówię sobie, że zrobiłem krzywdę jakiemuś zwierzęciu bądź zmoczyłem urz. elektr., przekonanie siebie o chorobie raczej nie działa. To by było na tyle. Następnym razem jak będę miał trochę czasu napisze o pozostałych swoich problemach.

-- 02 maja 2013, 21:59 --

Chciałem jeszcze dodać, że jak wspominałem ostatnio nieco zacząłem sobie radzić z tymi jak to nazwałem kuszeniami. Jednak gorzej jest gdy jadę rowerem (co uwielbiam). Wówczas pojawiają się pokusy, z którymi ciężej zapanować. O ile idąc pieszo po sprawdzeniu jak narazie nie przyłapałem siebie abym kiedykolwiek okaleczył jakieś zwierzę, tymczasem na rowerze poruszam się większym tempem i nie mam przyjemności co chwilę stawać i coś sprawdzać. A na drogach jak wiadomo - kamyczki, piasek, żwir, szkła, itp. Moja wyobraźnia tworzy sytuację, że po najechaniu na coś, to coś może odstrzelić spod koła na pewną odległość. I wtedy pojawia się kuszenie by na coś najechać, a czasem drgnąć przednim kołem. Co prawda też raczej panuję nad tym, ale zazwyczaj jedną przeszkodę ominę (nie myślę o dziurach w jezdni, tylko o w.w. kamyczkach, żwirkach, szkłach, gałązkach, itp.) a na drugą najadę. Dodatkowo sobie wmawiam, że przejechałem ślimaka, żabę, dżdżownicę i że zrobiłem to specjalnie. Dodatkowo wmawiam sobie, że wymachnąłem nogą w stronę jakiegoś ptaka czy psa na posesji, okaleczając psa czymś co miałem przyczepione do podeszwy od buta bądź nogawki spodni, a wszystko tłumaczę sekundowym zapomnieniem się i zrobieniem czegoś nieświadomie i odruchowo. Teraz już wszystko chyba powiedziałem o mojej chorobie. Liczę na jakieś mądre porady osób, będących z zawodu psychiatrami, psychoterapeutami, bądź osób mających za sobą doświadczenia z OCD, którym w jakiś sposób, chociaż częściowo udało się tę okropną chorobę pokonać.
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
02 maja 2013, 12:08

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Moja nerwica natręctw....

Avatar użytkownika
przez rikuhod 02 maja 2013, 23:43
Hej PO PIERWSZE BŁAGAM NIE PISZ TAKICH DŁUGICH POSTÓW X_X ciężko wyciągnąć informacje z tego X_X

NATRĘCTWA

To musi być uciążliwe, dręczyć się z tym przez tyle lat :( Wiesz wszelkie natręctwa nasilają się jeśli wierzymy w nie, zastanawiamy się nad nimi, boimy się ich. Żeby się ich pozbyć musimy robić wszystko, tak jakby ich nie było.

1)Więć jeśli nachodzą cię myśli, że mogłeś skrzywdzić jakieś zwierze po prostu ignoruj je. Nie zastanawiaj się nad tym, nie odrzucaj ich na siłe. Jak się pojawiają po prostu daj im przejść, jak wszelkim normalnym myślom. Jak będziesz te myśli odrzucał, bał się ich, zastanawiał się to się będą nasilać :( Ignoruj je.

To z początku będzie trudne :( bo umysł tak odrazu się nie odzwyczai. Spoczątku ignorowanie będzie trudne bo będzie ciągle męczyć cię świadomość że te myśli tam są no i sztuczne wyrzuty sumienia z tym związane (to nie są prawdziwe wyrzuty sumienia!)

Jak mówiłem umysł od razu się nie odzwyczai dlatego, możliwe że intuicyjnie zaczniesz analizować myśli, ale nie przejmuj się to się zdaża :) po prostu umysł się nie odzwyczaił. Jeśli coś takiego się zdaży olej to jakby tego nie było :)

Przez ignorowanie stopniowo będziesz obojętnieć na te myśli aż w końcu odejdą :)

2) Jeśli masz jeszcze natrętne czynności, że musisz coś sprawdzić czy kogoś nie skrzywdziłeś też je olej. Kiedy czujesz że musisz coś sprawdzić staraj się olać te czynności i nie robić ich, trochę jak z myślami :). Jeśli intuicyjnie coś wyjdzie i wykonasz którąś z tych czynności, to nie przejmuj się olej to :).

Jeśli będziesz robił wszystko jakby tych myśli i czynności nie było to odejdą :) To będzie szło stopniowo, ale w końcu się odzwyczaisz :)

-- 02 maja 2013, 22:54 --

WIARA

Wiesz nie wiem skąd się biorą tacy ludzie, którzy uważają że Bóg nie istnieje jako naukowe. Jest na tym świecie tyle zjawiski, których nauka nie potrafi wytłumaczyć. Sam Einstein uznał wiedzę jak wielki dar od Boga.

Nie przejmuj się wątpliwości są czymś normalnym, każdy je ma nawet najsilniejsi wierzący :). To dobrze, że wiesz że Bóg rozumie co naprawdę czujesz to jest właśnie znak miłości Bożej :). Przynajmniej wł mnie. Ja wierzę że Bóg działa przez ludzi. Tam gdzie jest miłość i dobroć tam jest Bóg. Dlatego sądze, że Bóg działał przez twoich rodziców, którzy starali się ci pomóc, oraz wszystkich ludzi którzy cię kochają i pomagają ci :). Ja np widze Miłość Bożą w ludziach, którzy pomogli mi wyzdrowieć, rodzicach którzy mnie kochają itp :)

Mnie zawsze ciekawi to jak wszystkie religie świata są do siebie podobne :) Wiesz np. że wł Buddyzmu Bóg zsyłał na ziemię wielu proroków na całym świecie Jezus był wśród nich. Coś mnie ciekawi, czy w sumie wszystkie religie nie mogą być połączone, a Biblia stanowi tylko część wiedzy o Bogu????

Wierz to trochę śmieszne, ale ja wierze teraz tak mocno, że to jest niemal męczące XD Jestem ogólnie bardzo ciekawy i szukam różnych informacji w necie na temat religii też, dlatego widziałem informacje o wiele różnych cudach, dziejących się na świecie :)

Jak masz wątpliwości to nie przejmuj się każdy je ma i Bóg nie ma ci tego za złe :) Skup się na uczynkach i czynieniu dobra bo tego Bóg chce najbardziej :)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
441
Dołączył(a)
24 gru 2012, 00:25

Moja nerwica natręctw....

przez iksinski 05 maja 2013, 13:50
Dzięki za dobre słowa. Mam nadzieję, że jesteś osobą doświadczoną w NN i że twoje słowa nie są analizą osoby, która nigdy nie miała do czynienia z tą chorobą, choć z drugiej strony wiem, że i takich ludzi nie powinniśmy stąd odrzucać i uważać za bezużytecznych w pomocy. A przechodząc do sprawy, to wziąłem sobie do serca radę o ignorowaniu (nie pierwszy raz ją słyszę od ciebie, psychiatrzy i terapeuci również mi tak doradzali) i jakoś się narazie trzymam. W przypadku "ligtowych" sytuacji, gdy głupia myśl wzięła się praktycznie znikąd to już jakiś czas temu zrobiłem postępy. Gorzej było w przypadku poważniejszych sytuacji. W piątek bardzo zdenerwowałem się pewną sprawą do tego stopnia, że dokonałem samookaleczenia (nie wspominałem o tym, ale w depresji wielokrotnie to robiłem). Wtedy nerwy, emocje i chore myśli są naprawdę silne i wtedy ciężko cokolwiek zignorować. Depresja wywołana piątkową sytuacją stała się tak silna, że jakby przestałem odczuwać. Chęć zrobienia krzywdy zwierzętom nasiliła się, ale postanowiłem być twardy. Wczoraj zrobiłem sporo km na rowerze i oczywiście na widok spacerujących obok ludzi z psami zaraz chore myśli, a potem wmówienia sobie, że coś złego zrobiłem. Ale nie cofałem się sprawdzać (z rowerem trochę ciężej niż pieszo). Dziś czasem chodzi mi coś po głowie, ale muszę jakoś się trzymać. Te zdarzenia miały miejsce w mieście przy dużym skupisku domów i bloków, a nawet do końca nie pamiętam jak niektóre psy wyglądały. Narazie trzymam się i powtarzam, że skoro tyle lat nie złapałem się i nie udowodniłem sobie żadnego złego czynu zw. z moją chorobą, a w przypadku psów i kotów z osiedla mam dowód, że nie zrobiłem krzywdy, to chyba spory dowód, by wierzyć i ufać sobie. Ponadto jestem już tak wymęczony tą chorobą, że coraz bardziej obojętnieję i wydaje mi się, że jedynym wyjściem będzie uwierzyć w dawane mi rady i mieć nadzieję, że tak jak mi mówią, w końcu się z tego wyleczę. Narazie mam za sobą kilka nieudanych prób, bo w końcu nie mogłem już znieść tej niepewności jaka mi towarzyszła. A wracając do spraw wiary to chciałem dodać, że mój "kryzys wiary" jest na tyle duży, że nawet w teście MMPI nie udzieliłem żadnej odpowiedzi przy zdaniach nt. wiary. Tak na marginesie, to nie wiem czy wiesz co to za test. Jeśli wiesz, nie musisz czytać dalej, jeśli nie wiesz to piszę: jest to specjalny test składający się z 566 pytań, a właściwie twierdzeń (niektóre z nich nie wiem czemu powtarzają się) przy których znajdują się odpowiedzi "prawda" i "fałsz", nie ma odpowiedzi typu "nie wiem" i przy każdym twierdzeniu należy zaznaczyć odpowiedź, która wg badanego jest właściwa. Twierdzenia dotyczą wszystkich inf. nt. badanej osoby (życiorys badanego, stan zdrowia, światopogląd, stosunek z rodziną i wiele innych). Przy wielu twierdzeniach odp. była dla mnie oczywista, przy wielu nie wiedziałem co zaznaczyć, ale trzeba zaznaczyć to się badanemu wydaje się bardziej prawdziwe. Było kilka twierdzeń dot. wiary (m.in. o tym czy wierzę w Boga, w ponowne przyjście Jezusa, w czynienie cudów przez Jezusa, w możliwość uzdrowienia przez duchownego oraz o wypełnianie się przepowiedni proroków z Pisma Św.). Przy tych twierdzeniach mimo olbrzymiego nacisku o obowiązku zaznaczenia jakiejś odpowiedzi, nie potrafiłem tego zrobić i nie zrobiłem.
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
02 maja 2013, 12:08

Moja nerwica natręctw....

przez sylwek31 05 maja 2013, 18:40
Pytanie do Iksińskiego dotyczy wypowiedzi z 02 maja 2013, 17:16
Zaciekawił mnie twój wątek ale napisałeś takie zdanie:

"Dodam jeszcze, że gdy przechodzę na worze obok psa i kota to zaczynam sztywnieć i chodzę jak robot. We wszystkich sytuacjach dotyczących moich obsesji, zarówno gdy przechodzę obok jakiegoś zwierzęcia czy też urządzenia elektrycznego coś zaczyna mnie jakby kusić do zrobienia ruchu mogącego skrzywdzić zwierzę bądź zmoczyć urządzenie elktr. (ruch ręką lub nogą, pstryknięcie palcami u rąk, a latem gdy chodzę w sandałach także palcami u nóg, a czasem nawet spłunięcie, gdy jakiś okruch mi siedzi w buzi). W tym momencie sztywnieję, ale czasem potrafię sobie wmówić, że na sekundę się zapomniałem i bezmyślnie zrobiłem jakiś niewłaściwy ruch"

Proszę wytłumacz czy jak się na sekundę zapomniałeś wtedy na przykład to czy kopnęłaś psa lub splunąłeś na gniazdko czy może ja żle zrozumiałem.

pozdrawiam sylwek 31
sylwek31
Offline

Moja nerwica natręctw....

Avatar użytkownika
przez bedzie.dobrze 05 maja 2013, 19:36
ktosiak, miałam podobne natręctwa..spokojnie:) nic złego nie zrobisz i nic sie nie stanie. Anafranil zacznie na dobre działas dopiero gdzies po2-3miesiacach...cierpliwosci..Polecam terapie!!!
Avatar użytkownika
Offline
Posty
225
Dołączył(a)
27 mar 2013, 07:51

Moja nerwica natręctw....

Avatar użytkownika
przez rikuhod 05 maja 2013, 22:24
iksinski, tak jak mówiłem to że czasem nie wytrzymasz się zdaża. Po prostu twój umysł się przyzwyczaił do natręctw, ale przez ignorowanie stopniowo się odzwyczai :). To dobrze, że odczuwasz że lepiej się czujesz to oznaka popraw :) Ignoruj dalej w końcu odejdzie :) Kontynułuj terapie ona na pewno w końcu też pomoże :)

Co do wiary, nie czujesz tak, że kiedy czujesz dobroć innych osób to nie wyczówasz w tym jakiejś siły wyższej? Dla mnie to na 100% nie możliwe że wszystko zrodziło się z przypadku, jakoś za duży ten przypadek. To jest udowodnione też że ludzki kod genetyczny jest zby zaawansowany by mógł rodzić się z kodu genetycznego małpy.

Ja wierzę w Boga, ale mam takie trochę inne podejście. Ja wierzę że wszystkie religie są ze sobą połączone Chrześcijaństwo, Buddyzm, Hinduizm, Islam. We wszystkich religiach jest od groma podobieństw, w wielu Jezus był uznawany jako prorok (nawet w Buddyzmnie). Nawet w Piśmie jest podane, że Bóg był znany pod wieloma imionami.

Wiesz ja czuję że do Boga się troche bardziej się zbliżyłem przez częstą modlitwę. Kiedy się modliłem, mówiłem do niego jakby był koło mnie. Jak każdy modliłem się o to żeby mi się tam coś udało itp, by bliscy byli zdrowi, albo po prostu mówiłem o trywialnych rzeczach. Jakoś przez to rozmawianie z Bogiem jakoś bardziej go czułem, miałem wrażenie, że jednak coś musi nad nami czuwać :) Módl się jak najwięcej, to zaczniesz mocniej wierzyć.


PS BŁAGAM PISZ KRÓCEJ X_X
Avatar użytkownika
Offline
Posty
441
Dołączył(a)
24 gru 2012, 00:25

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości

Przeskocz do