Skocz do zawartości
Nerwica.com

Cześć, wróciłem z piekła


romario

Rekomendowane odpowiedzi

Cześć,

 

Postanowiłem opowiedzieć Wam, o tym, że wygrałem z depresją i wróciłem do świata żywych po ponad pół roku piekła.

Mam nadzieję, że mój przypadek choć jednej osobie da jakąś nadzieję. Zaznaczam, że każdy ma swoje problemy i każda depresja jest inna, więc nie ma zamiaru się wymądrzać i dawać złotych rad, powiem jedynie jak było ze mną i jak z tym wygrałem, chociaż już stałem na krawędzi. Dosłownie.

 

Moje problemy zaczęły się przez pracę. Nerwy, stresy, przemęczenie, permanentne wkurwienie, brak radości z zarabianej kasy a potem bezsenność. Gdybym rzucił robotę wcześniej nie przeszedłbym piekła, no ale nie rzuciłem. Poszedłem do lekarza, bo wiedziałem, że nie mogę rzucić pracy, muszę zarabiać, no i jakby to wyglądało. Lekarz dał mi pigułki na sen i depresję. Morfeo i Mozarin. Pełen nadziei, że poczuję się lepiej wyszedłem od lekarza. Po kilku dniach zażywania tego gówna zostałem maksymalnie rozwalony. O ile przed wizytą u Pana doktora jeszcze jakoś funkcjonowałem, to po lekach przestałem. W dodatku, ni z tego ni z owego, pojawiły się u mnie myśli samobójcze. Poszedłem do pracy i powiedziałem, ze jestem chory, zwalniam się i idę się leczyć. Co było dobrym posunięciem, niestety o parę miesięcy spóźnionym.

 

Kompletnie rozjebany poszedłem do innej lekarki, żeby się jakoś ratować, bo w moim organizmie rozpętało się piekło. Straciłem apetyt, zacząłem pocić się w okrutny sposób, myślałem, że wątroba mi eksploduje no i myśli samobójcze były coraz silniejsze.

 

Dostałem inne leki i zwolnienie lekarskie wsteczne. Nie obchodziło mnie to szczególnie, ale moi bliscy zajęli się sprawami urzędowymi, bo ja nie byłem wstanie. Postanowiłem spróbować się nie zabić. Instynkt samozachowawczy mówił mi, żeby siedzieć domu i nie wychodzić nigdzie samemu, bo myśl o tym, że to piekło się skończy była jedyną pozytywną.

 

Nie możesz jeść, nie możesz spać, nie możesz się kochać, nie masz gdzie uciec, nie możesz czytać, nie możesz oglądać telewizji, nie możesz wyjść do ludzi, nie możesz siedzieć w domu, widzisz przerażonych bliskich, którzy nie rozumieją co się z Tobą dzieje Nie da się skupić myśli, ciężko nawet herbatę zrobić. I tak przez miesiące. Ze zdrowego silnego faceta stałem się niemalże kaleką i miałem tego świadomość. Nie dało się nawet płakać.

 

Ktoś kto przeżył coś takiego jedynie może to zrozumieć. Nikt inny.

 

Myślałem jak to skończyć i się zabić. Doszedłem szybko do wniosku, że skazałbym się na jeszcze większe cierpienie. No bo jak to zrobić? Skoczyć z wysokości? A jak przeżyję i będę kaleką? Powiesić się? Przeraża mnie to, że miałbym stracić oddech. Za dobrze pływam, żeby się utopić, a koncepcja rozszarpanego ciała na torach też nie zachęcała do zrobienia sobie krzywdy.

 

Postanowiłem brać te prochy, co dostałem za drugim razem (Venlectine) i jakoś trwać. Przez 3 miesiące, nie wychodziłem z domu. Podczas kolejnych 3 miesięcy bardzo powoli wracałem do normalności, kolejne 3 miesiące to pełne stawanie na nogach. Teraz jestem już zdrowy i wiem, że da się z tego wyjść, choć wydaje się to czasem niemożliwe. To nie grypa co trwa 2 tygodnie.

 

Co robiłem żeby wyjść z depresji? Oto moja droga do wyjścia z tego syfu:

 

- Nie zabiłem się.

- Starałem się myśleć, że to tylko choroba, a ja nie jestem nienormalny (trudne to było).

- Miałem pełne wsparcie bliskich i przyjaciół, nie oczekiwałem jednak, że ktoś mnie zrozumie, grunt żeby nie potępiali.

- W ciężkim stadium choroby unikałem ludzi i nie rozmawiałem z nikim i dobrze, bo nie warto pokazywać ludziom, którzy nie są Twoimi bliskim przyjaciółmi, że ma się depresję.

- Po 3 miesiącach w domu stopniowo zacząłem wracać do tego co kocham, czyli do sportu, początek był bardzo ciężki, ale warto być zawziętym i nie poddawać się. Po 6 miesiącach treningu jestem w świetnej, można powiedzieć życiowej formie fizycznej.

-Starałem zmuszać swój umysł do czytania i skupienia myśli. Najpierw czytałem tylko jakieś bzdury w kolorowych gazetach. Po kilku miesiącach byłem w stanie czytać już książki.

- Modliłem się.

- Co do leków to ciężka sprawa, nie chcę nic nikomu radzić, bo się na tym nie znam. Warto moim zdaniem iść do lekarza i brać prochy, ale w momencie kiedy jest to ostateczność i nie ma innej nadziei. Najpierw mi bardzo zaszkodziły, no ale ostatecznie chyba mi pomogły.

- Dobrze, że dostałem zwolnienie lekarskie, bo choć wtedy nie miało ono dla mnie znaczenia, to kiedy jest się zdrowym, to pieniądze znów nabierają znaczenia i nie przeszkadzają w wyjściu z depresji.

 

Moja najważniejsza rada to nie poddawać się i szukać pomocy.

 

Życzę wszystkim dużo zdrowia,

Romario

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cześć,

 

Postanowiłem opowiedzieć Wam, o tym, że wygrałem z depresją i wróciłem do świata żywych po ponad pół roku piekła.

Mam nadzieję, że mój przypadek choć jednej osobie da jakąś nadzieję. Zaznaczam, że każdy ma swoje problemy i każda depresja jest inna, więc nie ma zamiaru się wymądrzać i dawać złotych rad, powiem jedynie jak było ze mną i jak z tym wygrałem, chociaż już stałem na krawędzi. Dosłownie.

 

Moje problemy zaczęły się przez pracę. Nerwy, stresy, przemęczenie, permanentne wkurwienie, brak radości z zarabianej kasy a potem bezsenność. Gdybym rzucił robotę wcześniej nie przeszedłbym piekła, no ale nie rzuciłem. Poszedłem do lekarza, bo wiedziałem, że nie mogę rzucić pracy, muszę zarabiać, no i jakby to wyglądało. Lekarz dał mi pigułki na sen i depresję. Morfeo i Mozarin. Pełen nadziei, że poczuję się lepiej wyszedłem od lekarza. Po kilku dniach zażywania tego gówna zostałem maksymalnie rozwalony. O ile przed wizytą u Pana doktora jeszcze jakoś funkcjonowałem, to po lekach przestałem. W dodatku, ni z tego ni z owego, pojawiły się u mnie myśli samobójcze. Poszedłem do pracy i powiedziałem, ze jestem chory, zwalniam się i idę się leczyć. Co było dobrym posunięciem, niestety o parę miesięcy spóźnionym.

 

Kompletnie rozjebany poszedłem do innej lekarki, żeby się jakoś ratować, bo w moim organizmie rozpętało się piekło. Straciłem apetyt, zacząłem pocić się w okrutny sposób, myślałem, że wątroba mi eksploduje no i myśli samobójcze były coraz silniejsze.

 

Dostałem inne leki i zwolnienie lekarskie wsteczne. Nie obchodziło mnie to szczególnie, ale moi bliscy zajęli się sprawami urzędowymi, bo ja nie byłem wstanie. Postanowiłem spróbować się nie zabić. Instynkt samozachowawczy mówił mi, żeby siedzieć domu i nie wychodzić nigdzie samemu, bo myśl o tym, że to piekło się skończy była jedyną pozytywną.

 

Nie możesz jeść, nie możesz spać, nie możesz się kochać, nie masz gdzie uciec, nie możesz czytać, nie możesz oglądać telewizji, nie możesz wyjść do ludzi, nie możesz siedzieć w domu, widzisz przerażonych bliskich, którzy nie rozumieją co się z Tobą dzieje Nie da się skupić myśli, ciężko nawet herbatę zrobić. I tak przez miesiące. Ze zdrowego silnego faceta stałem się niemalże kaleką i miałem tego świadomość. Nie dało się nawet płakać.

 

Ktoś kto przeżył coś takiego jedynie może to zrozumieć. Nikt inny.

 

Myślałem jak to skończyć i się zabić. Doszedłem szybko do wniosku, że skazałbym się na jeszcze większe cierpienie. No bo jak to zrobić? Skoczyć z wysokości? A jak przeżyję i będę kaleką? Powiesić się? Przeraża mnie to, że miałbym stracić oddech. Za dobrze pływam, żeby się utopić, a koncepcja rozszarpanego ciała na torach też nie zachęcała do zrobienia sobie krzywdy.

 

Postanowiłem brać te prochy, co dostałem za drugim razem (Venlectine) i jakoś trwać. Przez 3 miesiące, nie wychodziłem z domu. Podczas kolejnych 3 miesięcy bardzo powoli wracałem do normalności, kolejne 3 miesiące to pełne stawanie na nogach. Teraz jestem już zdrowy i wiem, że da się z tego wyjść, choć wydaje się to czasem niemożliwe. To nie grypa co trwa 2 tygodnie.

 

Co robiłem żeby wyjść z depresji? Oto moja droga do wyjścia z tego syfu:

 

- Nie zabiłem się.

- Starałem się myśleć, że to tylko choroba, a ja nie jestem nienormalny (trudne to było).

- Miałem pełne wsparcie bliskich i przyjaciół, nie oczekiwałem jednak, że ktoś mnie zrozumie, grunt żeby nie potępiali.

- W ciężkim stadium choroby unikałem ludzi i nie rozmawiałem z nikim i dobrze, bo nie warto pokazywać ludziom, którzy nie są Twoimi bliskim przyjaciółmi, że ma się depresję.

- Po 3 miesiącach w domu stopniowo zacząłem wracać do tego co kocham, czyli do sportu, początek był bardzo ciężki, ale warto być zawziętym i nie poddawać się. Po 6 miesiącach treningu jestem w świetnej, można powiedzieć życiowej formie fizycznej.

-Starałem zmuszać swój umysł do czytania i skupienia myśli. Najpierw czytałem tylko jakieś bzdury w kolorowych gazetach. Po kilku miesiącach byłem w stanie czytać już książki.

- Modliłem się.

- Co do leków to ciężka sprawa, nie chcę nic nikomu radzić, bo się na tym nie znam. Warto moim zdaniem iść do lekarza i brać prochy, ale w momencie kiedy jest to ostateczność i nie ma innej nadziei. Najpierw mi bardzo zaszkodziły, no ale ostatecznie chyba mi pomogły.

- Dobrze, że dostałem zwolnienie lekarskie, bo choć wtedy nie miało ono dla mnie znaczenia, to kiedy jest się zdrowym, to pieniądze znów nabierają znaczenia i nie przeszkadzają w wyjściu z depresji.

 

Moja najważniejsza rada to nie poddawać się i szukać pomocy.

 

Życzę wszystkim dużo zdrowia,

Romario

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Historia bardzo smutna ale niesamowicie motywująca...

Gratuluję Ci i podziwiam w pełni...Gratuluję też bliskich, od których wiele, wiele zależy tak naprawdę kiedy jest się w takim stanie.

Jakiś czas temu znalazłam to Forum w celu przeprowadzenia pewnego badania.Miało mi ono pozwolić napisać pewien artykuł do pisma psychologicznego...Znalazło się parę osób, które mi w tym pomogły..

Niestety artykuł nie został ukończony..Dlaczego?

W tym samym czasie zmarła moja Mama.Nic już nie było ważne.

Ani pismo, ani dzieci, ani lekcje rysunku, których udzielałam, ani książki, które chłonę jedna za drugą...

Myśl o tym , że odeszła najlepsza Przyjaciółka przysłaniają wszystko co prawdopodobnie jest ważne.

Ja na pomoc bliskich nie mogę za bardzo liczyć, bo jeśli człowiek się nie wiesza i nie tnie, to dla nich znaczy, że daje sobie radę.

Dzieci...córka 8 lat bunt szkolny i "kopanie"mnie po tyłku....Synek 6 miesięcy-tak naprawdę tylko dzięki Niemu żyję, bo co On biedny zrobił by beze mnie...

Tata sam potrzebuje pomocy. Rodzina dzwoni do Niego i uważa że jest ok...a wcale tak nie jest...

Bracia, szkoda gadać...

Narzeczony - chyba o tym zapomniał....bo się uśmiecham...

Czy jestem w depresji?

Chyba tak...wolę siedzieć w domu, kiedy świeci słońce jest mi przykro, że Mama tego nie widzi...

Jestem nerwowa, chociaż staram się nad tym panować...

Tylko melisa ma mi pomóc bo karmię Maluszka więc o lekach nie ma mowy...

I jak radzić sobie z takim stanem?

Wynajduję różne rzeczy do zrobienia ale prawie niczego nie kończę, bo po prostu mi się nie chce..

Myśli samobójcze są prawie cały czas...

Podziwiam Cię naprawdę...i pozdrawiam

D.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Historia bardzo smutna ale niesamowicie motywująca...

Gratuluję Ci i podziwiam w pełni...Gratuluję też bliskich, od których wiele, wiele zależy tak naprawdę kiedy jest się w takim stanie.

Jakiś czas temu znalazłam to Forum w celu przeprowadzenia pewnego badania.Miało mi ono pozwolić napisać pewien artykuł do pisma psychologicznego...Znalazło się parę osób, które mi w tym pomogły..

Niestety artykuł nie został ukończony..Dlaczego?

W tym samym czasie zmarła moja Mama.Nic już nie było ważne.

Ani pismo, ani dzieci, ani lekcje rysunku, których udzielałam, ani książki, które chłonę jedna za drugą...

Myśl o tym , że odeszła najlepsza Przyjaciółka przysłaniają wszystko co prawdopodobnie jest ważne.

Ja na pomoc bliskich nie mogę za bardzo liczyć, bo jeśli człowiek się nie wiesza i nie tnie, to dla nich znaczy, że daje sobie radę.

Dzieci...córka 8 lat bunt szkolny i "kopanie"mnie po tyłku....Synek 6 miesięcy-tak naprawdę tylko dzięki Niemu żyję, bo co On biedny zrobił by beze mnie...

Tata sam potrzebuje pomocy. Rodzina dzwoni do Niego i uważa że jest ok...a wcale tak nie jest...

Bracia, szkoda gadać...

Narzeczony - chyba o tym zapomniał....bo się uśmiecham...

Czy jestem w depresji?

Chyba tak...wolę siedzieć w domu, kiedy świeci słońce jest mi przykro, że Mama tego nie widzi...

Jestem nerwowa, chociaż staram się nad tym panować...

Tylko melisa ma mi pomóc bo karmię Maluszka więc o lekach nie ma mowy...

I jak radzić sobie z takim stanem?

Wynajduję różne rzeczy do zrobienia ale prawie niczego nie kończę, bo po prostu mi się nie chce..

Myśli samobójcze są prawie cały czas...

Podziwiam Cię naprawdę...i pozdrawiam

D.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Myśli samobójcze są główną i najgorszą oznaką depresji. To znaczy, że jesteś prawdopodobnie chora. A to paradoksalnie dobrze, bo chorobę da się wyleczyć i wrócisz do swojego normalnego stanu.

 

Potrzebujesz czasu i skupienia się na swoim dobrym samopoczuciu. Teraz Twoje dzieci ani Twój narzeczony nie powinni mieć dla Ciebie znaczenia. To brutalne, ale musisz wyzdrowieć, poczuć się dobrze a wtedy będziesz w stanie wynagrodzić im wszystko i być znów doskonałą matką i partnerką.

 

Z lekami to ostrożnie, niech to będzie ostateczność, jak już nie będziesz dawała sobie rady kompletnie. Oczywiście skoro karmisz Synka, to zdecydowanie nie myśl o prochach.

 

Będzie dobrze, tylko wytrzymaj, przeczekaj i rób to co sprawia Ci przyjemność. Warto też z kimś szczerze pogadać, może nawet z psychologiem. Trzeba się ratować.

 

Pamiętaj, to przechodzi.

 

Pozdrawiam,

Romario

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Myśli samobójcze są główną i najgorszą oznaką depresji. To znaczy, że jesteś prawdopodobnie chora. A to paradoksalnie dobrze, bo chorobę da się wyleczyć i wrócisz do swojego normalnego stanu.

 

Potrzebujesz czasu i skupienia się na swoim dobrym samopoczuciu. Teraz Twoje dzieci ani Twój narzeczony nie powinni mieć dla Ciebie znaczenia. To brutalne, ale musisz wyzdrowieć, poczuć się dobrze a wtedy będziesz w stanie wynagrodzić im wszystko i być znów doskonałą matką i partnerką.

 

Z lekami to ostrożnie, niech to będzie ostateczność, jak już nie będziesz dawała sobie rady kompletnie. Oczywiście skoro karmisz Synka, to zdecydowanie nie myśl o prochach.

 

Będzie dobrze, tylko wytrzymaj, przeczekaj i rób to co sprawia Ci przyjemność. Warto też z kimś szczerze pogadać, może nawet z psychologiem. Trzeba się ratować.

 

Pamiętaj, to przechodzi.

 

Pozdrawiam,

Romario

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×