Skocz do zawartości
Nerwica.com

Ja, rodzina i sytuacja życiowa


Rekomendowane odpowiedzi

Witam.

Mimo, że już długo myślałem nad założeniem tego wątku to dopiero podobne problemy użytkownika Asembler skłoniły mnie do napisania tutaj. Nie chcę podłączać się pod jego wątek gdyż sytuacja jest nieco inna a wypadałoby mi ją przedstawić w całości - w każdym razie tego właśnie potrzebuję.

A zatem do rzeczy.

Najogólniej chodzi mi o moją obecną sytuację życiową z której jestem niezadowolony. Mam 25 lat, jestem po studiach, zarabiam i byłbym w stanie utrzymać się sam a mimo to ciągle mieszkam z rodzicami w moim rodzinnym domu. Dlaczego tak jest? Najpewniej przez chorobę mamy, która uniemożliwia jej życie "na pełnych obrotach" z kolei praca ojca wymaga od niego bycia cały czas poza domem przez 6 i pół dnia w tygodniu. Mama choruje na stwardnienie rozsiane - jej stan nie jest bardzo zły - ciągle jest w stanie chodzić - choć z trudem. Po domu porusza się samodzielnie (chwytając się mebli itd.), wyjście z domu jednak jest nie lada problemem. Zawsze potrzebuje asysty kogoś i pomocy, ugotowanie czegoś sprawia jej spory trud jak i z resztą stanie na nogach przez dłuższą chwilę. Mieszkamy w niewielkim mieście pod Krakowem. Ja pracuję w Krakowie, do pracy dojeżdżam i wówczas gdy mam dni robocze jestem wyłączony z domowych zajęć (pracuję po 12 godzin), kiedy mam wolne z kolei to robię zakupy, zabieram mamę na spacer, który jest dobrą rehabilitacją, zmieniam tatę w pracy na 2-3 godziny (prowadzi on kiosk), żeby mógł spokojnie przyjść do domu na obiad i odpocząć, poza tym ugotuję, posprzątam itp.

Żeby była jasność - nie skarżę się na to, że pomagam rodzicom, jest to zupełnie ok i nie wyobrażam sobie inaczej. Problem w tym, że w tym wszystkim zaczyna brakować miejsca dla mnie.

Po pierwsze: chciałbym się usamodzielnić, żyć na własny rachunek, mieć więcej prywatności i przestrzeni dla siebie. Moi rodzice są ok., poza tym, że szanuję ich i darzę miłością także bardzo ich lubię. Nie znaczy to, że są bez wad. Mama jest dosyć apodyktyczna, chciałaby wszystko wiedzieć i czasami muszę bardzo ostro zaznaczać granice jej ingerencji w moje sprawy. Może to normalne dla mam, ale niekiedy traktuje mnie jak dziecko w niezwykle irytujący sposób (np. mówi mi, że „mam iść spać”, jak mam na następny dzień wcześniej wstać a raz zrobiła mi awanturę, że nie chcę ubrać pewnej kurtki, bo inna, którą chciałem jest za cienka na takie zimno). Nie ustępuję jej, tłumaczę (a jak nerwy mi puszczą to też krzyczę), że ona nie może mi „kazać”, co najwyżej może „radzić” i niby ona to rozumie, ale dalej robi swoje. Wiem, że to brzmi głupio, ale to jest problem, czasem doprowadza mnie tym do szaleństwa. Poza tym miewa do mnie pretensje, kiedy wezmę np. dodatkowy dzień w pracy (nigdy mi tego nie „zakaże” ale potem mi wyrzuca, że „trzeba odpocząć” itp.) czasami nie ma żadnych „ale” choć ja sam odczuwam niepokój, kiedy poczynię jakieś zmiany w swoim grafiku i mam jej o tym powiedzieć a to już na pewno nie jest normalne ani tym bardziej zdrowe. Nasze relacje jednak są najczęściej dobre, często się kłócimy, ale nie obrażamy się raczej i ogółem dużo gadamy na fajne tematy.

Teraz czas na tatę. Najgorsze jest to, że jego praca uniemożliwia mu większą pomoc w domu (zakupy, gotowanie, spacer z mamą itp.) przejęcie części moich obowiązków. Poza tym i on i mama mają dość wybuchowe temperamenty i często się kłócą. Czasami przyznam rację jednemu, czasem drugiemu (częściej jednak mamie), czasem sam zrugam jednego, albo obu, ale zawsze staram się doprowadzić przez to do porozumienia. Jestem trochę mediatorem i za bardzo jestem wsiąknięty w ich wewnętrzne konflikty. Boję się bardziej o mamę, bo ona jest chora. Obawiam się, że beze mnie byłoby jej ciężko z ojcem, nie tylko ze względu na załatwianie codziennych spraw, ale na te częste konflikty. Rodzice nigdy też nie gniewają się na siebie długo i ich relacje są przez czas „zawieszenia broni” bardzo dobre, ale boli mnie to, że jak sądzę to mi najbardziej leży zdrowie mamy na sercu z całej rodziny, bardziej niż ojcu (który czasem lubi wypić piwo i to w pracy co najczęściej prowokuje ataki mamy (słuszne z resztą) i konflikty) i bratu (który mieszka poza domem). Może się jednak mylę?

Kolejną rzeczą jest to, że mieszkając tu gdzie mieszkam, jestem odizolowany od znajomych z Krakowa. W pracy poznałem naprawdę świetnych ludzi. Uwielbiam spędzać z nimi czas, imprezować itp., ale rzadko mam okazję żeby spotkać się z nimi w wolnym czasie. Po pracy nie pójdę z nimi na piwo, bo mam ostatniego busa do domu, w wolny dzień nie przyjadę, bo tracić dwie godziny na dojazd tam i z powrotem jest bez sensu. Jestem przez to samotny, nie mam dziewczyny, bo i nie mam wiele okazji do spotkań towarzyskich, kursując tylko na linii praca – dom. W moim miasteczku nie ma nic ciekawego, nie mam tu znajomych, że już o pespektywach rozwoju nie wspomnę (Kraków dawałby mi wiele możliwości, zarówno poprawy swojej sytuacji towarzyskiej jak i ciągłego rozwijania się – póki co uczęszczam tylko na angielski).

Jak zmienić swoje życie?

Jak być szczęśliwym i czy to w ogóle możliwe? (Teraz jest jak opisałem, a wyprowadziwszy się pewnie cały czas zamartwiałbym się o rodzinę)?

Strasznie się rozpisałem za co przepraszam, mam nadzieję, że komukolwiek zechce się to przeczytać i coś doradzić. Czekam z niecierpliwością na odpowiedzi.

Pozdrawiam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Widzę, że wziąłeś na siebie ogromną odpowiedzialność.

 

Ale nie widzę też problemu, żeby zamieszkać gdzieś dość blisko, póki co dość często odwiedzać rodziców, ale mieć też i więcej czasu dla siebie.

 

Jest mi dość bliski problem z tego względu, że swego czasu też byłam wielkim wsparciem dla rodziny. Szczególnie dla młodszych braci. Ciężko mi było bardzo, kiedy miałam się przeprowadzić. Jednak rodzice mieszkali daleko od miejsca, gdzie znalazłam studia, potem pracę - siłą rzeczy nasze kontakty uległy gwałtownemu skróceniu. Miałam długo do siebie o to wyrzuty. Ale jak się okazało - niepotrzebnie.

 

U Ciebie nieco trudniejsza sytuacja, bo wiem, że z chorobą twojej mamy łatwo nie jest, dlatego pisałam wyżej początkowo o częstych wizytach. Ale z czasem może i to się zmienić - mama znajdzie przyjaciółkę, zmienią się relacje między rodzicami i możliwości co do opieki, do opieki przyjdzie ktoś z zewnątrz, np. ktoś z MOPRu - wymieniłam tylko kilka możliwości - ale jest ich więcej.

 

Piszę jednak wszystko ze swojego punktu widzenia w oparciu o własne doświadczenia - jak jest - sam wiesz najlepiej i do Ciebie należy decyzja, czy dalej chcesz dźwigać ten ciężar odpowiedzialności, czy chcesz to zmienić....

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tacyt, mi sie wydaje, ze to mozna pogodzic. I czas sie usamodzielnic. Po 1) wyprowadz sie z domu i zamieszkaj w Karkowie, spotykaj sie ze znajomymi po 2) załatw dla mamy jakąs kobiete, popytaj znajomych itd czy nie ma uczciwej kobiety ktora przychodziłaby dwa razy w tygodniu do Waszego domu i ugotowałaby obiad na dwa dni, ogarneła troche dom, wyszła z mama na spacer za jakies 250-300 m-cznie na pewno ktos sie zgodzi, tym bardziej ze mieszkasz w małej miejscowosci, skladaj sie wspolnie na to z bratem a do domu przyjezdzaj dwa razy na m-c albo wiecej na weekendy. Rodzina rodzina, ale Twoja mama nie jest umierajaca, ze trzeba przy niej tkwic 24 na dobe, tez trzeba miec wlasne zycie. Ja tez zostałąm po studiach w domu bo moja mama cierpi na przewklekłą chorobe ale usamodzielnilam sie, mieszkam dosc daleko ale mama to akceptuje:) mysle, ze Twoja tez po rozmowie powinna to zrozumiec.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziękuję Wam za odpowiedzi.

Przed chwilą napisałem długiego posta ale kliknąłem nie tam gdzie trzeba i cały mi się usunął... :-|

No w każdym razie musze powiedzieć, że najogólniej zgadzam się z Wami. Jak przemyślę to wszystko na spokojnie to sytuacja też wydaje mi się do rozwiązania. Mama przecież radzi sobie kiedy jestem w pracy poza tym ma pod ręką bardzo sprawnych dziadków, mają oni co prawda po osiemdziesiąt-parę lat ale ich kondycji mógłby pozazdrościć niejeden sześćdziesięciolatek (mieszkają oni w tej samej kamienicy co my tylko piętro niżej). Poza tym mama ma jeszcze siostrę, która co jakiś czas ją odwiedza, z kolei kiedy nie kłucą się z tatą (tak jak dziś np.) to są dla siebie super.

Po drugie Kraków znajduje się 45 min do godziny drogi od mojej miejscowości, więc z powrotem do domu, choćby raz w tygodniu na dzień czy dwa nie byłoby problemu. Mój brat wraca na weekendy więc ja, z racji nieregularnych dni w pracy mógłbym pojawiać się w tygodniu. Mama może nie czułaby się wtedy jakoś "bardziej opuszczona" a ja na pewno odczułbym róznicę.

Jeśli chodzi o jakąś obcą osobę do pomocy to na chwilę obecną takowa nie jest niezbędna (mam nadzieję, że nigdy nie będzie). Znając charakter mamy ona przenigdy nie chciałaby się zgodzić na taką formę pomocy (nie wynika to z jej choroby tylko z charakteru - mama nigdy nie lubiła nawet gości), ma dużą potrzebę swobody we własnym domu i na pewno byłaby bardzo skrępowana.

Jak pomyślę o tym wszystkim logicznie to największą przeszkodą wydaje mi się to jak rodzice mogliby przyjąc moją deklarację o chęci wyprowadzenia się. Boję się o psychikę mamy, bo wiem, że jestem dla niej ogromnym wsparcie, nie tylko jako opiekun ale jako toważysz, kompan do rozmów, żartów itp. Mama czasami łapie doła przez chorobę ale dzięki mnie nie jest źle i szybko wychodzi na prostą, w większości czasu ma dobry chumor, ale wiem, że nie ma zbyt mocnej psychiki i boję się jak odczułaby moją wyprowadzkę. Nie sądzę by robiła mi wyżuty - też na pwno chcę mojego dobra, ale sam obawiałbym się o nią.

Zdaję sobie sprawę, że aby coś zmienić muszę w końcu wziąść sprawy w swoje ręce i pomyśleć trochę więcej o sobie. Postaram się przeprowadzić rozmowę z rodzicami, ale muszę się do niej przygotować. Mam nadzieję, że starczy mi odwagi siły i determinacji, żeby zawalczyć o siebie. Zawalczyć nie z rodzicami, bo moje szczęście to z pewnością nasz wspólny cel, ale z własnymi obawami (być może nieuzasadnionymi) które pojawiają się w mojej głowie, kiedy pomyślę o zmianie status quo.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tacyt, myślę, że jest sporo rozwiązań sytuacji, o której napisałeś - sam w końcu zauważyłeś kilka opcji, nad którymi warto się zastanowić. Zdaję sobie sprawę, że jako syn obawiasz się o chorą na SM mamę i dobrze, że się nią opiekujesz. Nie możesz jednak zapominać o sobie i rezygnować z własnego życia. Wiesz, bardzo dobrze Cię rozumiem, bo sama mam chorą na raka mamę, która też wymaga opieki, pomocy i wsparcia. Na początku łapałam się na tym, że miałam wyrzuty sumienia, kiedy nie mogłam jej pomóc. Byłam w pracy, musiałam zostać "po godzinach", a z tyłu głowy latała myśl: "Jak ona sobie radzi w domu?". Zrozumiałam jednak, że skakanie wokół mamy, chuchanie i dmuchanie wokół niej wcale jej nie pomaga. O ile w czasie choroby były momenty, kiedy niemal całodobowa opieka przy niej była konieczna (np. po operacji, po chemioterapiach, po radioterapii), o tyle później, gdy już było trochę lepiej, nie chciała funkcjonować jako "chora". Potrzebowała normalności. U Ciebie problem tkwi w głowie i Twoich przekonaniach. Sam delegowałeś się do roli opiekuna mamy, szukając argumentów, które potwierdzają słuszność Twoich poczynań (bo jesteś synem, bo masz poczucie obowiązku wobec rodziców, bo ojciec pracuje itd.). Oczywiście, super, że pomagasz chorej mamie, nie twierdzę, że to źle. Tylko całkiem rozwojowo jawi się Twoja potrzeba usamodzielnienia się i wyprowadzki z domu w wieku ponad dwudziestu lat. Z tego, co napisałeś, myślę, że mama zrozumie, że chcesz pójść "na swoje". Jeśli opiekunka nie wchodzi w grę, to może pomoc ze strony ciotki - siostry mamy, dziadków, o których wspomniałeś? Może tata mógłby kogoś zatrudnić do kiosku, by sam więcej poświęcać czasu żonie? Z tego, co napisałeś, wynika, że mieszkacie niedaleko Krakowa - nic nie stoi na przeszkodzie, byś w weekendy czy wolne od pracy przyjeżdżał do domu, by "mieć oko" na mamę i sytuację w domu. Pamiętaj, że masz jeszcze brata - on również mógłby przejąć część obowiązków i zająć się od czasu do czasu chorą mamą. Mam nadzieję, że uda Ci się znaleźć satysfakcjonujące rozwiązanie problemu. Życzę powodzenia!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Boję się o psychikę mamy, bo wiem, że jestem dla niej ogromnym wsparcie, nie tylko jako opiekun ale jako toważysz, kompan do rozmów, żartów itp. Mama czasami łapie doła przez chorobę ale dzięki mnie nie jest źle i szybko wychodzi na prostą, w większości czasu ma dobry chumor, ale wiem, że nie ma zbyt mocnej psychiki i boję się jak odczułaby moją wyprowadzkę.

Posiadasz przeciez telefon i mozesz z mama codziennie rozmawiac. Mama zapewne zdawala sobie sprawe, ze dzieci kiedys wyfruna jej z domu bo taka jest kolej rzeczy. Mysle ze od dawna sie z tym pogodzila. Jestes bardzo dobrym synem ale masz prawo do wlasnego zycia. Tak wiec szukaj kompromisu tak zebys i Ty i mama czula sie komfortowo. Podales kilka dobrych przykladow jak to zalatwic. Teraz tylko wprowadzic je w czyn :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziekuę za kolejne odpowiedzi. :)

całkiem rozwojowo jawi się Twoja potrzeba usamodzielnienia się i wyprowadzki z domu w wieku ponad dwudziestu lat

To prawda, czuję to już od dawna. Poza samym odczuwaniem "liznąłem" też trochę wiedzy psychologicznej i zdaję sobie sprawę, że jestem na etapie rozwiązywania konfliktu rozwojowego wieku wczesnej dorosłości (teoria Eriksona bodajże). Czuję brak, pewien zastój rozwojowy, stagnację. Mam wrażenie, że nie idę do przodu - w każdym razie nie tak szybko jakbym chciał i mógł. Chcę rozwiązać ten konflikt pozytywnie, chcę być szczęśliwy. Jest to dla mnie duży problem, który generuje ból i poczucie niespawiedliwości. Mój młodszy brat, jest jeszcze studentem, mieszka w Krakowie, ma inne życie - nawet gdy przyjeżdża do domu to ciąge "nie ma czasu", "uczy się" itp. Jesli trzeba coś zrobić to zrobi to oczywiście, ale jest jakoś bardziej zdystansowany niz ja. To on z pewnością ma rację, na pewno jest szczęśliwszy ode mnie. Nie mam do niego żalu, żadko rozmawiamy, on może nawet nie zdaje sobie sprawy jak ja się czuję. Jest mi niezwykle trudno się uzewnętrzniać, zabiegać o własne potrzeby, zwieżać komukolwiek. Czasami udaje mi się to ale zwykle wobec osób, które i tak nie mogą mi pomóc.

Co więcej, dziadkowie zapisali mi w spadku swoje mieszkanie pietro niżej od mamy, żebym zawsze miał na nią oko. To dla mnie bardzo wiele i jestem im niezmiernie wdzięczny, ale paradoksalnie czuję się w ten sposób jeszcze bardziej przywiązany. Mam nadziję, że jeszcze długo tam nie zamieszkam, bo dziadkowie bedą żyć jaknajdłużej, ale w świadomości mojej rodziny po trochu zapisałem się już jako opiekun mamy. Dziadkowie narazili się na to nawet swojej drugiej córce - siostrze mamy - bo od dawna to mieszkanie było obiecywane jej synom, ale na szczęście relacje ułożyły się dobrze.

Co do taty, to nie ma możliwości, żeby zatrudnił kogoś do pomocy do kiosku bo jemu samemu ledwo starcza na opłaty domowe i kredyt. To raczej nie mam na co liczyć. I, konkludując, myslę, że plan przeze mnie przedstawiony jest możliwy do zrealizowania, ale jego najtrudniejszym punktem będzie rozmowa z mamą.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×