Skocz do zawartości
Nerwica.com

Byłem z kimś okropnym - opowieść ku przestrodze


Rekomendowane odpowiedzi

Racja - nie chcę się leczyć ani iść dalej. Nie udaję, że jest inaczej. Moja potencjalna przyszłość jest całkowicie nieistotna, jest dla mnie niczym, nie zamierzam jej jakkolwiek budować ani kłaść fundamentów pod lepsze jutro. Mogę być tym wspomnianym przez siebie bezdomnym żulem, żadnej różnicy mi to nie robi. Mogę sobie tutaj wegetować i się do tej menelskiej skrajności doprowadzać, wszystko jedno. Mylisz się jednak odnośnie zemsty i jej klęski, krzywdy. Jak ja sobie choćby i głębiej pomyślę, że na przykład zżera ją złośliwy nowotwór, jej dom płonie, jej bliscy cierpią, spotyka ją jakiekolwiek nieszczęście... to czuje w sobie w środku takie ciepło i taką radość, jakich nigdy wcześniej nie czułem, aż mi się szeroki uśmiech sunie na usta. Dosłownie robi mi się gorąco, ale z ekscytacji, nie stresu. Te wizje są niemal orgazmicznie piękne i cudowne, no po prostu jakby się najgłębsze marzenia spełniały. Gdyby cokolwiek z tego się ziściło, zapewniam Cię, jestem w stanie wstać na nogi, zawalczyć o siebie i zmienić wszystko, łącznie ze swoim podejściem. To byłoby jak zerwanie się z kajdanów, jak koniec kary, jak otwarta brama do tego, czego jeszcze kiedyś pragnąłem. Wtedy świat jest już mój, wtedy kończy się wegetacja. Zaczyna się prawdziwe ŻYCIE. Mogę być spokojny, bo to bydle już go nie niszczy. Mógłbym odetchnąć z ulgą... tak samo jak miliony ludzi odetchnęły z ulgą, jak Stalin wyciągnął kopyta. I to jest idealna analogia.

 

Odpisując na resztę Twojego posta, moja krzywda nie była realna - ona JEST realna, bo to się nie skończyło. To nie jest przeszłość.  I nie tkwię dobrowolnie w roli ofiary, po tym wszystkim JESTEM ofiarą, ofiarą przemocy psychicznej czy zniesławienia, i twierdzenie, że tak nie jest, jest kłamstwem. Być może jest to psychicznie utknięcie, ale tej traumy totalnie nikt nie umiał pomóc mi przepracować, lekarze, terapeuci, nikt, nikt sobie nie poradził i długo ze mną nie wytrzymał. A znudziło mi się ciągłe odsyłanie do innych specjalistów i ta wynikająca z bezradności rotacja. Cierpienie, masz rację, jest osią mojego istnienia, bo życiem bym tego nie nazwał, ale co zrobić, jak naprawdę nie czuję niczego innego? Kierunek, sens, treść, wszystko przeżarte bólem. A moje "tu i teraz" to tak, tylko i wyłącznie żądza zemsty, a poza nią jest pustka dlatego, że nic innego nie ma dla mnie znaczenia. Nie uda się? Śmierć. Uda? Odrodzenie, jak feniks z popiołów. Nie ma innych opcji, tylko te dwie. Bo bez kary i sprawiedliwości nie ma dla mnie żadnej drogi ani żadnych postanowień. W związku "mogę" być, bo nie zakończył się normalnie, a blokami, ciszą, brakiem najmniejszej nawet rozmowy, choćby i przez telefon czy komunikator, choć o nią błagałem, ale mi chodzi w dużej mierze o to, co PO związku, co się dzieje teraz, co wyprawiała przez tyle, tyle lat i nie ustawała i nie ustaje, o szczucie, kłamanie, pomówienia, psychiczne wyniszczanie, rozwijanie się na mojej krzywdzie, o tą bezczelną bezkarność. Zrozum, prosze, zrozum, ja chcę się z tego uwolnić, ale są tylko dwie opcje. Albo ja, albo ten potwór. A jak to będzie trwało tak długo, jak trwa... ech, poprzestańmy na tym, że któregoś dnia mogę poczuć, że nie mam innego wyjścia niż (?)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Futility To, co napisałeś, jest bardzo niepokojące. Otwarcie mówisz, że nie chcesz żyć, że Twoją jedyną motywacją do zmiany byłaby cudza krzywda, że widzisz tylko dwa możliwe zakończenia: zniszczenie drugiej osoby albo zniszczenie siebie. Piszesz o tym, że cierpienie jest Twoim jedynym napędem, a wizja zemsty jedynym powodem, by w ogóle wstać z łóżka.

Rozumiem, że Twoja krzywda była i jest dla Ciebie realna. Ale to, w jaki sposób mówisz teraz o "odrodzeniu przez czyjeś nieszczęście", przekracza granicę emocjonalnego odreagowywania. To już wchodzenie w obszar, który może oznaczać zagrożenie – dla Ciebie i dla innych.

Jako administrator forum mam obowiązek reagować, kiedy ktoś pisze rzeczy, które mogą świadczyć o tym, że rozważa działanie w afekcie, w stanie skrajnego kryzysu psychicznego. 

Forum nie jest miejscem, gdzie można snuć fantazje o przemocy wobec innych ludzi, nawet symbolicznej. To nie jest już tylko opowieść o krzywdzie – to wezwanie do kary, która ma przynieść Ci sens istnienia. A to bardzo niebezpieczne – nie tylko dla Ciebie, ale także dla otoczenia.

Jeśli naprawdę nie widzisz już żadnej drogi, to właśnie to jest moment, w którym trzeba zgłosić się po pilną pomoc psychiatryczną – nie nową terapię, nie rozmowę, tylko interwencję kryzysową, być może szpitalną. To nie jest słabość. To ratowanie życia.

Jeśli nadal chcesz korzystać z forum, musisz przyjąć, że nie będziemy wspierać treści o charakterze obsesyjnym, przemocowym czy nawołującym do zemsty. Chcemy pomagać, ale nie możemy przyglądać się biernie pogłębianiu się destrukcji.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@mała_mi123 Szczerze wątpię, że ktoś przechodzi przez coś o równej skali.

 

@Dryagan Oczywiście, że jest niepokojące. Już sam dawno doszedłem do tego, że to, co czuję znacznie przekroczyło wszystkie możliwe społeczne normy. Zdaję sobie z tego sprawę, nie wybraniam się, że "tak nie jest", bo tak jest. To chorobliwie dzika i psychotyczna mania, zupełny obłęd, to moje stwierdzone PTSD działające w trybie turbo. I tak, innych zakończeń od tych, które podałeś nie przewiduję. Albo albo. Wiem też, że to może oznaczać jakąś formę zagrożenia... ale absolutnie nie dla postronnych, nie zamierzałem i nie zamierzam, nie wiem, dorwać gnata i postrzelać do randomów na ulicy, albo wjechać autem w jakieś zbiorowisko. NIE. W przeciwieństwie do niej, nigdy nie myślałem o krzywdzeniu osób niewinnych.... Odnośnie reszty Twojej myśli, kłócił się z Tobą nie będę, masz rację, przyznaję Ci ją. Pomimo bardzo kontrowersyjnych treści moich poprzednich postów, naprawdę Cię rozumiem, każde z Twoich słów. I dziękuję, że jako administrator mnie nie zbanowałeś, nie zamknąłeś tego tematu, ani w ogóle i mojego konta, i tematu nie skasowałeś. Mógłbyś tak zrobić, pewnie, jakieś podstawy na pewno ku temu mógłbyś mieć, ale cieszę się, że tego nie zrobiłeś. To całkiem miłe. Wiem, że forum to nie miejsce na snucie fantazji o przemocy, nie chciałem ich do końca snuć, bardziej wyrzuciłem z siebie to, co mi leżało na wątrobie. I prawda, tylko wezwanie do kary może przynieść mi sens istnienia. Ale, powtórzę się, to nie byłoby niebezpieczne dla OTOCZENIA
Drogi nie widzę, a pomoc psychiatryczna była bezskuteczna, jestem przypadkiem fatalnym i nieuleczalnym, czego dowodem jest moje tułanie się od lekarzy do lekarzy, gdzie nikt nie był w stanie sobie poradzić z moimi problemami. Coś tam myślałem od psychiatrów dla żołnierzy po wojnach czy od psychiatrów związanych z totalnie skrajnymi przypadkami, no ale to takie luźne myśli, bo jak nie tacy ludzie, to nikt "normalnego" kalibru nic tutaj nie zdziała. Interwencja kryzysowa jest zrozumiała, ale szpitalna? Gdybyś mnie znał i wiedział, jak olbrzymią krzywdę i traumę wyrządziły mi wszystkie moje pobyty (np do tej pory nie umiem zasypiać w ŻADNYM łóżku oprócz własnego), to interwencji szpitalnej byś mi nigdy nie doradził. To piekło, które nikomu w niczym nie pomoże i nie pomogło. Dehumanizacja. I mówię po trzech pobytach, po tym, co tam widziałem i czego tam doświadczyłem. To jak zamknąć psa w ciasnym kojcu i liczyć, że nauczy się żyć na podwórku z otwartą furtką. Nie, nie, nie.
Chyba  chcę korzystać z forum i wiem, że tu akurat nikt takich rzeczy jak moje "postulaty" wspierać nie będzie, ale nie tego chciałem - nie prosiłem o rady jak się zemścić albo odgryźć. Nie rozumiem tylko twierdzenia, że nikt nie będzie wspierał treści obsesyjnych. Ja tu nie chcę, żeby ktoś mi to nakręcał, ale jest to po prostu bardzo, bardzo poważny problem, z którego zdaję sobie sprawę, ale z którym poradzić sobie absolutnie nie umiem. Nie chcę, żeby to było "wspierane", a raczej zrozumiałe. I jako przestroga. Pomyśl(cie) Jaką paskudnie głęboką i niewyobrażalną krzywdę trzeba komuś wyrządzić, by mówił, myślał i czynił dokładnie tak jak ja, prawda? Jak trzeba komuś ostro dopierniczyć, by to dopierniczenie było ze sto razy mocniejsze emocjonalnie niż śmierć babci i dziadka...? A co do biernego przyglądania się ku destrukcji... no cóż, nie wierzę w swoje wyzdrowienie, przegrałem, zabiła mnie, mogę zatem stanowić najzwyklejszy na świecie zły przykład i personifikację konsekwencji kobiecej toksyczności. Może na tym forum ktoś taki jak ja też jest potrzebny. Nie każdego da się uratować i ja jestem tego dowodem. Amen

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Futility Dziękuję Ci za tak szczerą i spokojniejszą odpowiedź. Widać w niej ogromny ból, ale też świadomość tego, że to, co przeżywasz, przekracza granice wytrzymałości i zdrowego funkcjonowania. I choć piszesz, że nie prosisz o wsparcie dla zemsty – dobrze, że to doprecyzowałeś – nadal bardzo wyraźnie widać, jak silnie cały Twój światopogląd oparty jest na tej jednej emocji. Doceniam jednak, że nie chcesz nawoływać do przemocy i że sam wiesz, gdzie przebiega granica między „wyrzuceniem z siebie bólu” a niebezpiecznym fantazjowaniem.

Wiesz, co mnie uderza w tym, co piszesz? Że Ty nie zaprzeczasz potrzebie pomocy, tylko wierzysz, że żadna już nie zadziała. Utożsamiasz się z własnym bólem tak bardzo, że zaczynasz traktować siebie jako ostateczny dowód na to, że nie każdemu można pomóc. I to jest bardzo niebezpieczne myślenie – również dlatego, że może zniechęcać innych do szukania wsparcia, gdy Ty sam mówisz: „ja jestem przypadkiem beznadziejnym, więc może i Ty jesteś”.

Piszesz, że pobyty w szpitalu były dla Ciebie traumatyczne. I ja to naprawdę rozumiem. Doskonale wiem, jak wygląda szpital psychiatryczny (byłem kilka razy, przetrwałem), wiem, że to nie bajka. Że nie chodzi tam o ciepłe koce, kakao i uzdrawiające rozmowy, tylko często o przetrwanie i przejście przez coś bardzo trudnego, często nieprzygotowanego na indywidualny przypadek. Ale mimo wszystko – czasem w sytuacji granicznej to jedyne miejsce, które może uchronić przed tym, co nieodwracalne. Choćby tymczasowo.

Są inne możliwości niż oddział całodobowy – ośrodki pracy z traumą, terapeuci z doświadczeniem w skrajnych przypadkach, programy leczenia dla ofiar przemocy psychicznej. Ale żeby do nich trafić, trzeba choć na chwilę zakwestionować przekonanie, że "już nic się nie da".

Twoja historia może być przestrogą. Ale jeśli naprawdę chcesz, żeby była czymś więcej – nie kończ jej słowem "Amen". Nie kończ jej wcale.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziękuję jeszcze raz za zrozumienie i za to, że tego wątku nie zamknąłeś i nie wywaliłeś do forumowego śmietnika. W istocie traktuję siebie jako przypadek, któremu nie można pomóc, nieudane terapie i wszelkie możliwe próby wyjścia z tego bagna są dowodem, ale to nie jest, moim zdaniem, niebezpieczne myślenie. To jest stawianie sprawy otwarcie, bez ceregieli i "słodzenia". Świat nie jest utopią, nie jest idealny, a rzeczy, które większość z nas słyszała w dzieciństwie w stylu "możesz być, kim chcesz", są, niestety, błędne i nieprawdziwe. Świat nie każe za zło i nie wynagradza za dobro i absolutnie nic nikomu nie da, bo karma, bo marzenia, bo widzimisię, bo się pomodlę, bo tak. Niestety. Ja to tylko zauważyłem i poznałem, doświadczyłem. Nie zdefiniowałem. Zaprojektowałbym to inaczej jako stwórca, no ale wiadomo, że nim nie byłem, nie jestem i nie będę. Nie chcę też zniechęcać innych do szukania wsparcia. Zakładając ten temat kilka lat temu miałem, tak naprawdę, odwrotne intencje - chciałem pokazać innym użytkownikom czym kończy się popełnianie błędów takich, jakie popełniłem ja i co nieco pouczyć innych na swoim przykładzie... choć wtedy ni cholery nie przypuszczałem, że to dojdzie do etapu takiego, w jakim tkwię dziś dzień. Rozumiem Twoje szpitale, Ty rozumiesz moje, ale naprawdę - żadna graniczna sytuacja nie jest aż tak graniczna, jak pobyt w takim piekle. Tak i tak miałbym rozmowy z lekarzem, więc po co mi jeszcze do tego izolacja i odebranie wolności? Nagle wyzdrowieję, bo zamiast jeździć na wizyty i siedzieć w domu, to będę na oddziale, gdzie nie będę miał zajęcia, rozrywek, kontaktu ze światem zewnętrznym, swobody, szacunku, a personel będzie mnie traktował z góry, po chamsku, a lekarz i tak przyjdzie raz dziennie, żeby ze mną pogadać? To nie jest leczenie. To nie jest żadna pomoc.

Ośrodki pracy z traumą, skrajni terapeuci, poważne programy leczenia...Nie sądzę, żeby to coś dało. Bo to nie jest przeszłość. Wspominałem sto razy. To teraźniejszość. Najpierw trzeba powstrzymać tego potwora, a potem zająć się powikłaniami. To jakby zacząć opatrywać złamaną rękę, w którą ktoś cały czas napiernicza kijem bejsbolowym. Nic nie da. Pozbyć się kata, zabrać mu ten kij, i dopiero wtedy podjąć się opieki medycznej. I tak, moja historia może być przestrogą, powinna być przestrogą. Nawet dla mnie. Ale czym więcej ma być? Przepraszam, ale nie rozumiem. Dlaczego jej nie kończyć, czemu nie kończyć jej slowem "amen"?. Naprawdę nie rozumiem...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Futility Wiesz… ja też kiedyś zostałem bardzo mocno skrzywdzony przez kobietę, którą kochałem - opisywałem tę historię w tym wątku. Długo się z tego nie podnosiłem, całe lata. Aż w końcu zrozumiałem jedno: największą siłą, jaką mogę mieć, jest to, że w końcu będzie mi dobrze – i że nie będzie miała ze mną nic wspólnego. I dziś tak właśnie jest. Mam rodzinę, jestem szczęśliwy, nie myślę o niej ani przez chwilę. Nie interesuje mnie, co robi. A to, że się kiedyś tak źle zachowała? To dziś tylko cień, który dawno stracił znaczenie.

W Twoim przypadku to może wyglądać inaczej, ale jedno wiem na pewno: Jeśli chcesz prawdziwej zemsty, to właśnie tak powinna wyglądać. Nie krzykiem. Nie upadkiem. Tylko tym, że stoisz na nogach, uśmiechasz się, masz swoje życie i nie interesuje Cię już, co ona robi.

Bo właśnie wtedy – jeśli w ogóle na Ciebie patrzy – to ją może zaboleć. Bo wtedy widzi, że nie udało jej się Ciebie złamać. Że przetrwałeś. Że nie musiała przegrać – wystarczyło, że Ty zacząłeś wygrywać. 

A dzisiaj? Kiedy żyjesz tylko jej cieniem, kiedy sam siebie unieruchamiasz przez wspomnienie tamtej relacji – to właśnie może jej sprawiać satysfakcję. Bo wygląda na to, że nadal ma nad Tobą władzę.

Zerwij to. Odzyskaj swoje życie nie „pomimo niej”, tylko tak, jakby jej już dawno nie było. Bo realnie – nie ma jej. Nie ma jej przy Tobie, nie ma jej w Twoim domu, w Twojej codzienności. Jest tylko w Twojej głowie. I to tam musisz wygrać. Czego Ci życzę najserdeczniej

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Cień latającej wiewiórki Masz rację co do jednego – zmiana miejsca zamieszkania i zerwanie kontaktów ze wspólnym otoczeniem może pomóc, jeśli ktoś faktycznie ma możliwość, by się tak odciąć. Takie fizyczne oddzielenie się od źródła bólu bywa ważnym krokiem. Ale też trzeba powiedzieć wprost: wiele osób takiej możliwości nie ma – z różnych powodów. I wtedy cała praca musi się odbyć wewnątrz, w głowie – przez przestawienie myślenia, wyciszenie reakcji, budowanie emocjonalnego dystansu. To trudniejsze, ale możliwe - jestem przykładem takiej reakcji (moja była dziewczyna  przez pewien czas mieszkała po sąsiedzku ze mną, spotkania nawet przypadkowe - były normą).

Ale jeśli chodzi o „mordercze fantazje” – tu muszę się nie zgodzić. To nie jest bezpieczny sposób na przeżywanie emocji. Nawet jeśli ktoś ich nie realizuje, to regularne karmienie się wyobrażeniami przemocy może utrwalać destrukcyjny sposób myślenia, pogłębiać cierpienie i oddalać od jakiejkolwiek poprawy. Rozumiem, że czasem człowiek szuka ujścia – ale właśnie dlatego pisałem o tym, że najsilniejszą odpowiedzią na krzywdę może być odzyskanie własnego życia.

Lepiej poświęcić energię na coś, co nas wzmacnia, niż na scenariusze, które nas jeszcze bardziej zatruwają – nawet jeśli „tylko w myślach”. Tego się trzymajmy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie myślałem, że będzie tu taki gwar, choć mnie to oczywiście cieszy, dlatego odpowiem, jak na mnie przystało, po kolei.

 

@hurt_locker Mógłbym powiedzieć, żebyś sobie stąd po prostu poszedł, skoro nie rozumiesz i nie wnosisz niczego konstruktywnego od takiego pogardliwego ogólnika "co ja bredzę", ale wiesz co? Nie zrobię tak. Zostań. Rozwiń się, jeśli zechcesz.

@Dalja Tak, reakcji i tak nie będzie, tak sądzę... Przemoc psychiczna, zniesławienie i pomówienia to rzeczy możliwe, może, w umiarkowany sposób, do udowodnienia, ale dopóki mam ręce i nogi, to nikt się tym nie zajmie. Podobno prawnicy i sądy mają poważniejsze rzeczy do roboty, także ten... Nie wiem, co musiałaby jeszcze zrobić albo w co mnie wpędzić, żeby ktoś wreszcie chociaż udał, że może kiwnie palcem w mojej sprawie. To zresztą bardzo popularny problem, który często jest bagatelizowany, jak z samobójcami. Gada, gada, gada, męczy, nudzi, a nagle cyk, koniec człowieka. I dopiero wtedy ludzie się zastanawiają jak mogliby pomóc, jak już i tak jest za późno. Moja historia pewnie nie zakończy się od tego inaczej. Jak mówisz, taki jest świat.
@Cień latającej wiewiórki Absolutnie takiej możliwości nie rozważałem i rozważać nie będę. Dlaczego? To proste. Nie będę się powtarzał po sto razy w tym wątku, skrócę tylko że zniszczyła wszystko - na tym poprzestańmy - i absolutnie NIE DAM jej możliwości, żeby jeszcze na dodatek wygoniła mnie z rodzinnego miasta i rodzinnego domu! Co to, to nie! Bez przesady! A "kontakt" ze wspólnymi znajomymi? Nie mamy już wspólnych znajomych, bo wszyscy po czasie stali się JEJ znajomymi, nie moimi. A moi, nie wspólni? Też nie mam kontaktu. Zupełnie się odizolowałem od wszystkich. Nie ma przy mnie nawet jednej osoby. Zero. Z nikim nie rozmawiam i z nikim się nie widuję.

@Dryagan Ale co innego być skrzywdzonym, a być krzywdzonym. Przeszłość a teraźniejszość. Gratuluję Ci, że udało Ci się sobie z tym poradzić i wyjść na ludzi, założyć rodzinę, naprawdę, ale nie każdemu jest to pisane. Słyszałem też już parę razy, że najlepsza zemsta = zostać porządnym człowiekiem i osiągać sukcesy, które będą jak zadra w oku dla drugiej strony, poradzić sobie, wypiąć tyłkiem i żyć jak gdyby nigdy nic się nie stało, ale do tego też trzeba samozaparcia, motywacji i, co ważne, CHĘCI. U mnie tych trzech aspektów nie ma. Ja się już de facto złożyłem do grobu i zrezygnowałem ze wszystkiego, na czym kiedykolwiek mi może zależało. A stanąć na nogi... jak stanąć, jak są całkowicie połamane? Wiem, że powinienem jej pokazać, że nie udało jej się mnie złamać, ale byłoby to kłamstwem i próbą złapania Słońca na wędkę. No nie da rady, nieważne jakbym daleko zarzucał spławik. Albo haczyk. Albo linkę. Nie wiem, nigdy nie wędkowałem. Ale tak, ona na pewno ma satysfakcję. Nie wierzę, że nie. Nie po to się tak "starała". I jest, głównie w głowie, ale poza nią TEŻ. Inaczej nie szukałbym choćby pomocy prawnej. A wygrana w głowie to za mało, żeby się uwolnić, to naprawdę za mało... ale dziękuję, może kiedyś doznam cudu i faktycznie wygram. Może. Co do drugiej wiadomości, to wiem, że te mordercze fantazje nie są normalne ani bezpieczne, ale w zasadzie wynikają z samych siebie, po prostu w mojej głowie są i tyle. Gdybym spisywał te scenariusze i je wymyślał na potęgę to może i byłby problem, ale jak same mnie nachodzą i mój umysł sam do nich prowadzi, to co mam zrobić? Zaprzeczać? Udawać, że ich nie ma? To głupota, zamiatanie sprawy pod dywan, ignorowanie sedna. Nie umiem inaczej przeżywać tych emocji, a już lepiej, jak mój umysł się "wyciszy" po czymś takim, niż jakbym miał wyładowywać je na swoich i tak już za bardzo pociętych rękach. Już im chyba starczy tej masakry. A destrukcyjny sposób myślenia i tak nie wynika z tych myśli, a z, no bądźmy szczerzy, wszystkich innych, bo każda została zatruta jej osobą. Wiesz, co się stanie, jak się potknę o krawężnik, co pomyślę? "ale by się śmiała". A jak coś mi się nie uda? "ale by się ucieszyła". A jak, haha, uda? "ale mi zaraz dopier.... i udowodni, że to jest gówno a nie sukces, że ona może lepiej". Tak, jak robiła przez lata... Dobrze jest poświęcić energię na coś konstruktywnego, ale konstruktynwych rzeczy to ja nie dokonałem już od lat i pewnie nie dokonam, bo to na nie mi właśnie brakuje energii i motywacji... ehh... Dziękuję

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Futility Wiesz… ja to wszystko rozumiem. Nie, nie dosłownie – ale rozumiem ten stan, w którym człowiek już nawet nie wierzy w poprawę, tylko przyjmuje ból jako coś trwałego, codziennego, stałego. I nawet jeśli ktoś mu poda rękę, to on tej ręki już nie ma siły chwycić, bo przecież „i tak nic się nie zmieni”. Dlatego nie będę Ci mówić, co powinieneś zrobić, bo sam dobrze to wiesz. I właśnie dlatego to jest tak bolesne – że wiesz, a nie możesz, nie chcesz, nie umiesz.

Ale skoro nadal tu piszesz, nadal odpowiadasz, nadal się odzywasz – to może w tej ciemności jednak coś się tli, nawet jeśli sam to odrzucasz. Nie będę udawać, że wiem, jak Ci pomóc. Ale chcę, żebyś wiedział jedno: Nie musisz udowadniać nikomu, że "jesteś silny", żeby zacząć żyć. Nie musisz wygrywać z jej cieniem. Możesz po prostu pozwolić, żeby on z czasem się oddalił. Sam. Bez wysiłku, bez walki. A jeśli kiedyś – za tydzień, za miesiąc, za dwa lata – poczujesz, że masz ochotę coś zrobić dla siebie, nie przeciw niej – to będzie już bardzo dużo. A póki co – po prostu trwaj. I pisz, jeśli potrzebujesz.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Futility dlaczego nie podejmujesz terapi? Jeśli chcesz napisać, że nie wierzysz, że ci pomoże, że z tego wyjdziesz, bo juz próbowałeś to w sumie to była jedna z pierwszych rzeczy które powiedziałam teraz terapeucie, że ja już nie wierzę, że z tego wyjdę. 10 lat temu wierzyłam. Jak terapeutka powiedziała wtedy, że myśli, że leczenie zamnie rok to tak sobie wyobrażałam, że za rok nie będę tego miała i co... . Czy żałuję tych prób, czasu, wydanych pieniedzy...? Nie. Kto wie czy bez nich byłabym przynajmniej w miejscu w którym jestem teraz. Jedyne czego żałuję to, że tak późno zaczęłam się leczyć, że przez lata pewne schematy się utrwaliły.

Terapeuta zapytał, po co przyszłam skoro nie wierzę w wyleczenie i odpowiedziałam, że chcę podnieść swój komfort życia.

Ja nie wiem czy ta terapia mi pomoże, czy nie zaszkodzi, a jeśli tak to w jakim stopniu, ale warto coś robić zamiast trwać w miejscu w którym jest bardzo źle. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jest mi naprawdę bardzo, bardzo miło, że przynajmniej tutaj nie jestem porzucony i ze się wypowiadacie i dzielicie swoimi radami i próbujecie mi się pomóc. Przez długi czas nikt tyle dla mnie nie robił. Dziękuję. I pozwólcie, że odpiszę Wam po swojemu - po kolei.

@Dryagan Tak, wiem. Nie mogę, nie chcę i nie umiem. To dobre, bardzo dobre słowa, którymi notabene, prawie kropka w kropkę, była moja... odpowiedź. Odpowiedź na pytanie "czy zamierzasz zapomnieć i jej przebaczyć?". Piszę i się odzywam i mi to nawet pomaga, na pewno mam tu teraz duże wsparcie - większe, niż bym się spodziewał. Mój problem nie jest typowy, a ja nie jestem już, jakby to powiedzieć, "normalny", mogę brzmieć niepokojąco, więc sam fakt, że nie posypały się tutaj tony krytyki wiele dla mnie znaczy. Nie myślałem, że tak będzie. Ale tak, coś się tli... mały żar w popiele życia, które zginęło w pożarze. Tylko ten żar mnie ogrzewa. A udowadniać nie muszę, nie mam komu i nie mam czego. Ale gdyby tak się wreszcie oddaliła... chciałbym tego. Byłoby mi prościej. Trwać będę, ale coś dla siebie a nie przeciwko niej? Nie wierzę w to. Nie w najbliższym czasie. Nie, żeby kiedykolwiek.

@bei Podjąłem terapie, pisałem o tym w którymś z poprzednich postów. Trwała ponad rok. Pani terapeutka się starała, i to mocniej, niż większość poprzednich terapeutów. Czasami nawet czułem, że ona chce mi pomóc nie dlatego, że jej za to płacę, ale dlatego, że... że chce. Tak sama z siebie. Doszło nawet do terapii rodzinnej żeby znaleźć wspólnie rozwiązanie, ale koniec końców to niczego nie dało. Przypomnę, że nie wykazywałem postępów w leczeniu, bo był tylko jeden temat z mojej strony i poza nim żadnych chęci poprawy swojego życia. Pani się po prostu poddała, bo nie umiałem współpracować. Trudno mi ją winić. Chociaż... ona też powiedziała, że co najmniej rok spotkań i będę w lepszym stanie i że mnie doprowadzi do porządku, no ale takiego delikwenta jak ja się chyba nie spodziewała i  rzuciła się trochę z motyką na Słońce. Tak czy owak, od pierwszej do ostatniej terapii nie zrobiłem ani jednego kroku naprzód. A pewnie i kilka w tył.

@Mic43 oraz @Maat oraz ponownie @Dryagan Proszę, spokojnie. Mic43 sam napisał, że zemsta to nie to samo co przemoc, i ja się z nim zgadzam, bo przemocy nie zamierzam stosować. A zemsta... nie będę kłamał, chciałbym jej. Nie kryję się z tym i nie będę. W mojej sytuacji trudno byłoby nadstawiać drugi policzek i machnąć ręką, udając, że nic się nie stało, prawda? Tak po prostu pójść w swoją stronę i usilnie sprawiać wrażenie, że ten wypalony dookoła i do gołej ziemi las mojego istnienia w którym umyślnie podłozyła ogień, dalej jest ładny, zielony i pełen życia... Maat, wiele się nacierpiałem, prawda, ale czy... czy to by tego cierpienia nie zakończyło? Nie snuję planów, głośno myślę. Po prostu nic tak nie zachęca takich zwyrodnialców jak choćby ona do dalszego czynienia zła tak bardzo, jak bezkarność ich działań. Dopóki ktoś lub coś nie powie STOP, to się nie zakończy. Niestety. Dryagan, jeśli mogę o to prosić, nie dawaj ostrzeżenia Mic43 - nie wydaje mi się, żeby miał złe intencje. Szukamy tu wspólnie jakiegoś wyjścia i czasami mogą padać opcje czy propozycje, które delikatnie wyłamują się z ram pod tytułem "zacznij żyć swoim życiem i olej temat", ale dla mnie są naprawdę ważne... Nie znaczy to, że mamy knuć plany zemsty na kilku następnych stronach, ale bardziej, że jestem na tyle bezradny w swojej sytuacji, że chciałbym by, w miarę możliwości, przejrzeć lub przegadać różne rozwiązania bez takich, które miałyby być łamaniem prawa. Ona bardzo chciała zrobić ze mnie bandytę pomówieniami i poważnymi oskarżeniami i właśnie tej satysfakcji jej dać nie mogę... Przynajmniej tej

Edytowane przez Futility

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

35 minut temu, Futility napisał(a):

Trwać będę, ale coś dla siebie a nie przeciwko niej? Nie wierzę w to. Nie w najbliższym czasie. Nie, żeby kiedykolwiek.

 

A dlaczego?
W ten sposób pozbawiasz się swojej mocy, takich nawet małych alternatywnych ścieżek, które nie toczą się tylko wokół kogoś. Z tego, co poznałem, co tutaj piszesz, to zdecydowanie większość rzeczy dotyczy Twoich myśli niż naprawdę styczności, spotykania się, spędzania czasu w jakimś miejscu.

 

A jesteś też otwarty na to co ludzie tutaj napisali, i to jest jedna z tych małych kroków, które mogą wydać owoce.


I NiE sPodZieWałeŚ sIę.  Może poszukasz jeszcze innych nieodkrytych możliwości dla siebie, tak  by nabrać inne doświadczenia, jak np. pisałeś o swojej babci czy terapeutce, a znajdzie się również ktoś w przyszłości.

Tak,właśnie, by poszukać i doświadczyć pozytywne rzeczy dla siebie.
 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Futilitywiem, że miałeś terapie. Nie chodziło mi o to że nie próbowałeś tylko, że odpuściłeś. Ja na swojej drodze spotkałam z 6 terapeutów+ 3 na terapi grupowej na oddziale dziennym na którym byłam pól roku. Ciągle sobie powtarzasz, że jestes beznadziejnym przypadkiem. Może terapia będzie wyzwaniem dla ciebie i terapeuty też. Jak chodzi o finanse to jest terapia na NFZ, trzeba poczekać, ale ty i tak czekasz wiec dlaczego nie czekać w kolejce. Na forum są osoby które są w terapi od kilku lat. To tak nie działa, że myślało się ze roczna terapia wystarczy, a nie wystarczyła wiec tyle, nie ma dalszych opcji. Dlaczego nie chcesz próbować do skutku? Ta terapeutka sama zrezygnowala z kontynuowania terapi? Czasami tak się zdarza, ja też usłyszałam żebym poszukala kogoś innego.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

28 minut temu, Mic43 napisał(a):

Ja autora wątku dobrze rozumiem. Nie uważam, żeby próbowanie do skutku było zawsze najlepszym wyborem. Terapia nie jest jakimś cudownym narzędziem - próbować do skutku byłoby naiwnością. Ponieważ ów skutek nie musi wystąpić. Czasem po prostu trzeba powiedzieć stop. Pytanie tylko, czy to już jest ten moment. 

Jaką naiwnoscią? Jak leczę sie od 10 lat to to jest naiwność? Chyba jak ktoś jest chory to się  powinien leczć tak samo jak w przypadku innych chorób tak samo jest z psychiką tyle iel potrzeba rok, 2 czy 20 lat.  Skutek nie musi wystąpić ale to nie oznacza, że nie warto próbować. Przecież nie chodzi o to żeby leczyć sie tylko w przypadku gdy ma się 100% gwarancji wyleczenia/poprawy. Nie, nie trzeba powiedzieć stop. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

R@Mic43wątek tyczy się przeżyć  konkretnej osoby,nie jest teoretycznym rozważaniem. Nie podoba mi się sposób twoich wypowiedzi. Niby nic nie piszesz ale między wierszami można wyczytać różne rzeczy. Nie wiem w jakim ty jesteś stanie, ale może weź nie ciągnij w dół kogoś kto w tym dole jest. Piszemy o konkretnej sytuacji. Autor wątku jest w złym stanie psychicznym. Był w terapie ale z nie do końca znanych motywów zakończył ją po jakimś roku. To co można coś zrobić czy nie? Można zacząć kolejną terapie, poszukać odpowiedniego terapeuty, nurtu, itd? My piszemy tutaj o konkretnym przypadku, nie o uporczywej terapi. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Relfi Tak i nie, bo to nie są tylko moje myśli - to są choćby i jeszcze nocne koszmary, flashbacki w losowych momentach, czy takie uporczywe, nękające "coś" z tyłu mojej głowy, co na przykład "mówi" przy próbach, że sobie nie poradzę i co się "śmieje", kiedy odnoszę porażkę. Dla ścisłości, to nie jest raczej schizofrenia, niczego dosłownie nie słyszę, po prostu co bym nie robił, to zawsze jestem "świadomy" jej reakcji na to, nauczony od jej drwin, poniżeń i umniejszania mi. Ale tak, jestem otwarty...a raczej, zacząłem być. Wcześniej nie byłem i dlatego od 2023 roku nic tutaj nie wstawiałem. Sam już nie wiem co o tym myśleć, to kompletny chaos. Ale te nieodkryte możliwości... może po to tu piszę. Może mam w siebie odrobinę więcej nadziei, niż miałem wtedy. Albo to moje bycie "people pleaserem", żeby chociaż Was nie zawieść, skoro i tak bezinteresownie marnujecie swój czas na wypowiadanie się właśnie tutaj. Nie wiem.

 

@bei Tym razem to nie ja odpuściłem, tylko pani terapeutka. Ale to nawet mi na rękę, wiesz? I tak sam chciałem to skończyć, więc przynajmniej udało mi się uniknąć wyjaśnień. Pomimo starań tej pani, uważam to, bądź co bądź, za stratę czasu i pieniędzy. Ot mogłem sobie z kimś szczerze pogadać i tyle. Zresztą, terapia nie pomoże jak tej pomocy nie chcę, czy może raczej - jak w tę pomoc nie wierzę. A w NFZ to w ogóle nadziei nie pokładam. Siebie uważam za beznadziejny przypadek nie od teraz, po prostu te lata, od założenia tego wątku, na to wskazują, mój stan też. Mogę próbować do skutku... ale to właśnie robiłem. Może to jest ten skutek - porażka. Zaczynam chyba szukać cudotwórcy, nie terapeuty... bo takich było i nic nie dali. Dalej mam szukać i się tułać? Może...

 

@Mic43 ... ma rację? Głośno myślę, różne rzeczy wpadają do głowy. De facto to się poddałem tak naprawdę, niczego nie czynię, o nic nie walczę, wegetuję sobie od poranka do wieczora i do wieczora czekam najbardziej, żeby iść znowu spać i odhaczyć kolejny dzień. Motyw eutanazji nie jest mi obcy, krąży po myślach i gdyby była w Polsce... coś mi się wydaje, że bym jednak skorzystał. Niektórych nie warto utrzymywać przy życiu, w tym mnie. Choć po stokroć sprawiedliwiej byłoby, gdyby taki "zabieg" spotkał mojego oprawcę. No ale...

 

Nie wiem jak mam się poodnosić do kolejnych wiadomości, nie chcę się wcinać między nie, czytam i analizuję wszystkie i nadal mam duży mętlik w głowie. Nie wiem nawet, co mam powiedzieć i co myśleć... coraz to gorzej wygląda

 

@Dryagan Dziękuję za, dziwnie to za brzmi, "stanie na straży" tego wątku, naprawdę

Edytowane przez Futility

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Futility To, co napisałeś, jest bardzo mocne. I bardzo smutne. I nie będę próbował Ci teraz wmówić, że „wszystko się ułoży”, że „trzeba tylko chcieć”, że „musisz walczyć” – bo wiem, że nie chcesz, nie masz siły, nie wierzysz w to już od dawna. Ale chcę, żebyś usłyszał jedno, nawet jeśli to teraz tylko przeleci Ci przez głowę: Ty nadal tu jesteś. Piszesz. Mówisz. Oddychasz. I to znaczy, że jakaś część Ciebie jeszcze nie zrezygnowała.

Nie musisz być dzielny. Nie musisz „zaczynać od nowa”. Ale proszę Cię – nie wmawiaj sobie, że jesteś kimś, kogo nie warto utrzymywać przy życiu. To nieprawda. Nie jesteś nikim. Jesteś człowiekiem, który został strasznie skrzywdzony i który nie potrafi znaleźć światła. Ale to nie czyni Cię mniej wartym. To czyni Cię... po prostu bardzo zranionym. A rany – nawet te najgłębsze – są częścią życia, nie jego przekreśleniem.

I wiesz co jeszcze? Twoja obecność tutaj, na forum, też ma znaczenie. To, że się otwierasz, że mówisz o tym, co naprawdę czujesz – porusza. Może nie wiesz, ilu ludzi czyta Twoje słowa i myśli: „Ja też tak mam. On mówi coś, czego sam nie umiałem nazwać”. To już jest coś. Nawet jeśli nie czujesz się potrzebny – jesteś obecny. I jesteś słyszany. Nie wiem, czy teraz jesteś w stanie cokolwiek przyjąć. Ale dopóki jesteś, masz znaczenie. Nawet jeśli tego sam nie czujesz.

Piszesz o eutanazji... Ale to nie jest wybór, który podejmuje się z chłodnej decyzji. To ból, który szuka końca. A ja chciałbym, żebyś kiedyś – choćby za rok, za pięć – mógł powiedzieć, że dobrze, że wtedy nic nie zrobiłeś. Bo to, że teraz nie widzisz sensu, nie znaczy, że on nie istnieje.

Po prostu teraz jest cholernie przysypany gruzem.

 

P.S. Wiesz… tak sobie teraz pomyślałem - to, że się tu otwierasz, że piszesz, wyrzucasz z siebie wszystko – to w gruncie rzeczy jest już jakiś rodzaj terapii. I nie mówię tego w sensie „terapeutycznym”, tylko ludzkim. Bo czasem samo to, że ktoś Cię słucha – albo że Ty sam siebie słyszysz – coś zaczyna poruszać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W dniu 9.04.2025 o 20:45, Futility napisał(a):

na przykład "mówi" przy próbach, że sobie nie poradzę i co się "śmieje", kiedy odnoszę porażkę.

Chyba znajdzie się więcej osób, którzy słyszą podobny głos.

 

W dniu 9.04.2025 o 20:45, Futility napisał(a):

zawsze jestem "świadomy" jej reakcji na to, nauczony od jej drwin, poniżeń i umniejszania mi.

Tak, właśnie dlatego wskazywałem na inne sprawy, byś doświadczył czegoś zupełnie odmiennego niż zostałeś przyzwyczajony przez lata.. Mogłoby to pomóc w tym, nawet nie, żeby jakoś zakryć, ale nawet zaprzeczyć iż nie jest to wcale prawdą, iż ktoś ma nad Tobą w jakimś sensie władzę i niszczy Twoje życie.

Życzę Ci żebyś następnym razem wpadł w szczęśliwszą relację.

 

W dniu 10.04.2025 o 14:03, Cień latającej wiewiórki napisał(a):

Tak jeszcze z doświadczenia – miałem w życiu kilka relacji, z których myślałem, że nigdy się nie uwolnię. Tylko że minęły lata, czasem wiele lat, i jakoś się to wyciszyło, jedna w zasadzie zupełnie zepchnęła się w przeszłość, na tyle że mogę myśleć o niej teraz normalnie i nie wyzwala żadnych emocji. A tak długo byłem pewien, że to się nigdy nie stanie. Chyba po prostu ja się przez ten czas zmieniłem.

100% agree

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Dryagan Zgadza się, jestem, mówię, udzielam się tutaj... a to nawet trochę bardziej pomocne, niż mogłem przypuszczać, mimo, że na pewno zaglądają lub zajrzały tu osoby, które się nie wypowiedziały, ale na pewno pomyślały swoje. Zasugeruję, że to raczej myśli w stylu "co jest z nim nie tak" niż "współczuję mu", no ale tego nie wiem. No ale czy te najgłębsze rany są tylko częścią życia, a nie przekreśleniem, tego pewien akurat nie jestem. Dla mnie na przykład zupełny brak postępów przez te kilka lat, za wyjątkiem ukończenia wreszcie studiów, i tak zresztą nie o właściwym czasie, czy kolejny samotny Sylwester jak i w ogóle samotne dni, w połączeniu z krzywdą i mocną chorobą, są już dla mnie de facto końcem, a przynajmniej tak uważam. Po prostu zaakceptowałem swoje położenie i zrezygnowałem z dalszych prób zmienienia go. Eutanazja, jak mi się wydaje, jest właśnie tą chłodną decyzją, bo to nie jedna losowa myśl w trakcie dołka, a wieloletnia beznadzieja i nieszczególnie wielka wola życia, które mnie doprowadziły do rozmyślania na ten temat... tylko jakoś rodziny szkoda, więc się muszę tutaj dla niej jeszcze pomęczyć. Ale masz rację, że to forma terapii i sam fakt, że ktoś mnie zauważa czy słyszy. Nie jestem typem "attention wh..." żeby być ciągle na świeczniku, ale po latach bycia półprzezroczystym jest to nawet miłe. Pomocne. Cieszę się, że się tutaj "dzieje", nawet jeśli każdy może to przeczytać i tak naprawdę dowiedzieć się o mnie wiele.... moze i zbyt wiele. Ale nie chcę rezygnować z tego wątku. Dziękuję, raz jeszcze. Chyba nadużywam tego słowa.

 

@Mic43 Dzienny też odpada, w czym on będzie lepszy od przebywania w domu, w którym przynajmniej jestem wolny i w którym mogę robić, co chcę? Takie miejsca nie pomagają, a jeśli już, to jakiejś bardzo małej ilości ludzi, a ja się do niej nie zaliczam. Żaden pobyt nie był nic warty, tylko pierwszy mi się "przysłużył", ale wyłącznie w roli terapii szokowej, dla mnie, dla rodziców, dla szkoły, nauczycieli, klasy. Ale tak, nie mam jeszcze 30 lat, ale czy za wcześnie by się poddawać? Ja już to praktycznie zrobiłem. Czas nie biegnie dla każdego tak samo. Jedni mogą stwierdzić, że nic z tego w wieku 50 lat, 60 lat, a inni w moim wieku. Co to drugiej wiadomości, też traktuję to jako próbę uwolnienia, ale, jak wspominałem, bez stosowania przemocy czy łamania prawa. W zasadzie to nie patrzę na to w kategorii zemsty, a bardziej sprawiedliwości, kary. Już słyszałem, że to nic nie zmieni i niczego nie cofnie, ale to oczywiste i o tym wiem. Dla przykładu, jeśli uda się złapać i skazać jakiegoś seryjnego mordercę, to jego wyrok nie przywróci życia żadnej z jego ofiar, ale przynajmniej sprawi, że ich rodzina będzie miała choć cień jakiejś "ulgi", że przynajmniej poniósł karę. I to czegoś takiego pragnę najbardziej. Pociągnięcia jej do odpowiedzialności, żeby odpowiedziała za całe zło, które wyrządziła - na pewno mógłbym dzięki temu spać spokojniej i wiedziałbym, że sprawiedliwość koniec końców była po mojej stronie... mimo, że pewnie i tak śniłyby mi się te same koszmary. Ale byłoby takie małe ciepełko w środku, takie uczucie satysfakcji, że się udało wywalczyć, lub chociaż doczekać do swojego "odkupienia". Wiele razy powtarzałem, na terapii, u lekarza, wszędzie, że nic tak nie zachęca złych osób do robienia złych rzeczy, jak bezkarność. I ta bezkarność jest gwarantem tego, że się nie zatrzyma... ani teraz, ani nigdy.

 

@Cień latającej wiewiórki Czemu się odizolowałem od wszystkich? Bo to moja klęska, porażka, praktycznie śmierć, tak to zresztą traktuję. Straciłem nadzieję, przestałem komukolwiek ufać, uznałem, że jestem jak balast i obciążenie dla swojego otoczenia, piąte koło u wozu, a i tak nie czułem się ani teraz, ani wcześniej przez kogokolwiek rozumiany. Uznałem zatem, że najlepiej będzie odejść i nikomu dłużej nie wadzić. I przyzwyczajać świat do swojej nieobecności, powoli oswajać go z tym, że mnie już nie ma i nigdy nie będzie. Że Futility, którego ktokolwiek jeszcze znał odszedł na swoich warunkach i po własnej decyzji, acz mimo wszystko do tej decyzji został przez tego potwora doprowadzony i przymuszony. Czasem wywieszenie białej flagi jest rozsądniejsze niż uczestniczenie w wojnie, której nie da się wygrać. Kontynuując, te myśli są w mojej głowie, ale nie ja je sobie do głowy wcisnąłem. Jak ktoś Ci ciągle umniejsza, przebija na siłę Twoje osiągnięcia, krok w krok staje na głowie, żeby udowodnić Ci, że jesteś gorszy, a potem jeszcze bezczelnie stwierdza "ale my nie rywalizujemy", to jakbyś się poczuł? Coś takiego zostaje w psychice, w samej głębi psychiki, zatruwa myśli i nie pozwala w ogóle ani w siebie uwierzyć, ani się docenić, bo ciągle "coś" Ci szepcze, że to i tak gorzej, za słabo, za mało, i w ogóle czas spadać na drzewo, bo ona i tak siedzi na sekwoi i patrzy z góry... Odnośnie doświadczenia, u mnie też minęły lata, ponad 5 od końca tego nieszczęsnego związku, ale nic się nie stało i nijak się nie wyleczyłem. Gdyby wtedy był de facto koniec to może, a że to trwa... nie da się tak. Twoje słowa na temat sądu pokazują mi, że coś takiego to jest kompletne babranie się w szambie,wyciąganie brudów, lata nerwów i stresu, borykanie się z fałszywym oskarżeniami i kłamstwami... A to mnie jeszcze bardziej dobija. Jeżeli to tak faktycznie wygląda, to nie mam najmniejszych szans. Przyjaciółeczki, zmyślone bzdury, pomówienia, spreparowane dowody, powycinane z kontekstu rozmowy i w samym środku zniszczony psychicznie ja, który ni krzty tego nerwowo nie wytrzyma i nic nie osiągnie. Wiesz, co mi udowodniłeś? To, co mówili mi moi rodzice, terapeutka, lekarz i znajoma pani prawnik, tyle że bardziej dobitnie i na przykładzie - nie mogę tego wygrać. Po prostu nie mogę. Pozew czy sprawa nic nie zrobią. Nażrę się stresu i narobię sobie jeszcze problemów, bo ten potwór, obojetnie od wyniku, dosra mi jeszcze gorzej. Więc po prostu nie ma ucieczki, zero szans, nic mnie od niej nie uwolni i nic jej nie ukaże.

 

@Relfi Dziękuję, ale w następną relację wpadać raczej nie chcę, jaka by ona nie była. Samotność jest bezpieczniejsza. Boję się kogokolwiek poznać i komukolwiek coś o sobie powiedzieć. I kogokolwiek do siebie wpuścić. Za duże ryzyko

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wiesz, @Futility, muszę to jeszcze raz wyraźnie napisać,ponieważ jak czytam to, co piszesz, to aż mnie ciarki przechodzą, bo... ja naprawdę byłem przed laty dokładnie w tym samym miejscu. Nie na chwilę – przez 8 długich lat od rozstania. 8 lat zmarnowanego życia (właściwie więcej, jakby policzyć czas trwania związku to by było ze 14), rozpamiętywania kogoś, kto potraktował mnie jak śmiecia. Też miałem w głowie tylko jedną osobę – też czułem się, jakby wszystko się skończyło, jakby nie było sensu. Rozpadłem się w środku, straciłem radość życia, każda próba wyjścia z tego kończyła się jakąś wewnętrzną ścianą – pisałem, że próbowałem się zabić (tak owszem). A jeszcze bardziej nakręcała mnie wtedy choroba (ChAD). Poza tym czułem się bardzo samotny – sam mój związek trwał przecież bardzo długo – od studiów, potem się zaręczyłem, potem się rozpadło – a skończyło się jak miałem dopiero 33-34 lata!!! Nic nie zadziałało, dopóki nie wypaliło się to do końca. Dopóki sam nie poczułem, że naprawdę już nie chcę więcej nosić tej osoby w swojej głowie. Że to już nie jest żadne życie – to jest zamknięcie się w relacji, która przecież już dawno nie istnieje. I wtedy, dopiero wtedy, kiedy puściłem... wszystko się zmieniło. Z czasem przyszła nowa miłość. Prawdziwa. Bez gry, bez wyniszczania. Pojawiła się rodzina, spokój, sens. I teraz, jak spotykam tę „dawną narzeczoną” – to nie ma we mnie zupełnie NIC, żadnego bólu. Nawet złości nie ma. Jest tylko obojętność. Taka zupełna cisza w głowie. I poczucie, że w końcu żyję i jestem szczęśliwy – może nawet się cieszę z tego, że ten idiotyczny związek się rozpadł, bo to nie był materiał na żonę – ładna buźka, wredny charakter i materialistka.

Wiesz, dopóki masz ją w głowie, dopóty ten związek trwa. Ona może nie mieć z Tobą kontaktu, ale w Tobie on nadal istnieje. Nadal cię trzyma. Nadal decyduje o twoim świecie. I to nie jest Twoja wina, że tak jest, bo rany po przemocy psychicznej goją się wolno. Ale Ty masz prawo się od tego uwolnić. Masz prawo żyć. Po prostu w to uwierz. Nie daj babsku zwyciężyć. Nie twierdzę, że to łatwe. Ale możliwe – mówię Ci to z pełnym przekonaniem, bo przez coś takiego przechodziłem [teraz już stary jestem więc mogę pisać z perspektywy swoich 44 lat]. Nie pozwól tej osobie mieć już władzy nad Tobą – nawet jeśli jedynym jej „narzędziem” są Twoje własne wspomnienia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×