-
Postów
3 653 -
Dołączył
Treść opublikowana przez Dryagan
-
O witaminie D akurat nic mi nie mówili. Jeśli ją oznaczali, to zginęła gdzieś wśród tych wszystkich wyników, których dostałem tyle, że na razie bardziej je posiadam, niż rozumiem. Nie mam pojęcia, jaki mam poziom. Przy najbliższej kontroli mogę zapytać, bo teraz i tak wychodzi na to, że trzeba zrobić przegląd trochę dokładniejszy niż dotychczas. Kontrola za dwa tygodnie. A z tą przeżywalnością nie wiem, nie czytałem. Na razie staram się nie googlować wszystkich rzeczy, które zwiększają albo zmniejszają szanse po zawale, bo podejrzewam, że psychicznie długo bym tego nie wytrzymał.
-
Wiem. Tylko że „postawić siebie na pierwszym planie” brzmi dużo prościej, niż wygląda w praktyce. Ja od dawna działałem odwrotnie. Jak był problem, to się go załatwiało. Jak było za dużo, to się zaciskało zęby. Bez większego zastanawiania się, czy mam jeszcze z czego dawać. Teraz nagle mam prosić o pomoc przy rzeczach, które jeszcze tydzień temu zrobiłbym bez zastanowienia. Mam siedzieć, kiedy ktoś inny nosi, załatwia, dzwoni, organizuje. I szczerze mówiąc, znoszę to fatalnie. Ta bezradność przy najprostszych czynnościach mnie wkurza. Czasem tak bardzo, że kończy się łzami, co doprowadza mnie do jeszcze większej furii. Bo głowa nadal działa na pełnych obrotach i mówi: „wstań, zrób, ogarnij”, a ciało stawia veto. Więc tak, wiem, że muszę zmienić życie. Tylko na razie bardziej uczę się, że naprawdę nie mogę już żyć po staremu, niż umiem jeszcze żyć inaczej.
-
Wiem, że piszesz to wszystko z dobrej intencji, ale u mnie to naprawdę nie jest tak czarno-biało. To, że jesteśmy rodziną i się kochamy, nie znaczy, że właśnie w tej rodzinie nie było rzeczy, które dokładały mi stresu. Choroba żony to jedno, ale były też jej decyzje i pomysły, które swoje zrobiły. Nie ma co teraz o tym mówić, bo nie chcę jej wpędzać w poczucie winy. Z ojcem podobnie. Przez długi czas nie chciał słyszeć o żadnej obcej osobie w domu, więc bardzo dużo spadało na mnie. Dopiero kiedy okazało się, że teraz to ja potrzebuję pomocy, nagle dało się tę opiekę zorganizować. I chyba pierwszy raz nie miał za wiele do powiedzenia, bo tym razem nawet nie ja to załatwiałem. A z tym „następnym razem dzwoń od razu po karetkę” jest jeden problem. Jak zaczęło się naprawdę źle, to nie było czasu na rozsądne decyzje. Najpierw ból, potem duszność, pot, słabość, a potem mnie po prostu odcięło. Pamiętam, że stałem, potem już siedziałem na podłodze, a dalej mam dziurę. Podobno na chwilę straciłem przytomność. Więc gdybym wtedy był sam, to całe „zadzwoń po karetkę” mogłoby się skończyć tym, że nie byłoby komu zadzwonić. I to jest chyba ta część, która siedzi mi teraz w głowie najmocniej. Nie sam ból. To, jak szybko człowiek może przestać mieć wpływ na cokolwiek. Dlatego bardzo bym chciał, żeby żadnego „następnego razu” już nie było. Myślę, że to niezły pomysł. Lubię smak kawy
-
Mam trochę zakazów i zaleceń: mniej soli, mniej tłustego, regularne posiłki, żadnego żywienia się byle czym w biegu. Kawa podobno może zostać, ale jedna, słaba, więc nawet tutaj życie postanowiło mnie wychować. Tylko że tak naprawdę mój problem z jedzeniem nigdy nie polegał na tym, że jadłem wyjątkowo niezdrowo. Jak się stresuję, po prostu przestaję jeść. Mogę cały dzień funkcjonować na kawie, kilku kęsach czegoś przypadkowego i przekonaniu, że zjem później. A potem jest wieczór i okazuje się, że znowu właściwie nic nie jadłem. Więc chyba największa zmiana ma polegać nie na tym, co jem, tylko na tym, żeby w ogóle zacząć traktować jedzenie jak coś, czego organizm potrzebuje, a nie jak kolejną rzecz, którą można odłożyć na później.
-
I właśnie z tym mam największy problem, bo nie wiem, co realnie mógłbym wtedy zrobić inaczej. To nie było tylko siedzenie po godzinach w pracy dlatego, że nie umiałem odpuścić. Zaczęło się od choroby i operacji żony, podejrzenia nowotworu, potem doszła choroba ojca i konieczność ogarnięcia opieki nad nim, do tego normalna praca i wszystkie zwykłe obowiązki, które przecież nie znikają tylko dlatego, że człowiek ma akurat gorszy okres. Pewnie dziś powiedziałbym sobie, że powinienem wcześniej szukać pomocy (czego za bardzo nie umiem - znaczy prosić o pomoc), więcej rzeczy oddać innym i nie próbować wszystkiego samemu trzymać w rękach. Tylko że łatwo to powiedzieć po fakcie. W środku tego wszystkiego człowiek nie myśli: „muszę się mniej stresować”. Myśli raczej: trzeba zawieźć, załatwić, dopilnować, pojechać do szpitala, ogarnąć dziecko, wrócić do pracy i jakoś dotrwać do wieczora. No i właśnie - czy można sobie po prostu powiedzieć: „od dziś się nie stresuję”? Gdy ktoś bliski czeka na wynik onkologiczny albo choruje twój ojciec, to chyba nie bardzo. Zresztą dochodziły też inne rzeczy nie bardzo zależne ode mnie. Teraz też wcale nie jest tak, że nagle wszystko stało się łatwe. Część rzeczy się uporządkowała, ojciec ma zapewnioną opiekę, ale ja nadal mam rodzinę, obowiązki i dokładnie tę samą głowę co tydzień temu. Tyle, że teraz naprawdę muszę prosić o pomoc, bo pierwszy raz w życiu naprawdę sobie nie radzę. Są rzeczy, których zwyczajnie teraz nie jestem w stanie zrobić. I chyba właśnie ta bezradność jest dla mnie najtrudniejsza. Dziś żona wzięła moją torbę ze szpitala, chociaż sama też nie powinna dźwigać, a ja mogłem tylko patrzeć. Wiem, że to brzmi jak drobiazg, ale właśnie takie drobiazgi najbardziej pokazują mi, jak bardzo wszystko się zmieniło. To mnie wkurza, przeraża, a czasem zwyczajnie doprowadza do łez. Najgorsze jest chyba to, że głowa nadal mówi: „zrób to sam”, a ciało odpowiada: „nie”.
-
Zobacz mój pierwszy wpis tutaj. To zmęczenie, o którym wtedy pisałem, chyba już było zapowiedzią, tylko oczywiście uznałem, że trzeba zacisnąć zęby, jeszcze trochę wytrzymać i jakoś to wszystko ogarnąć. A odpowiedź jest dość prosta: stres + przemęczenie. Przez długi czas człowiekowi się wydaje, że przecież daje radę, tylko jest trochę bardziej zmęczony niż zwykle. Potem organizm najwyraźniej dochodzi do wniosku, że skoro właściciel nie rozumie subtelnych aluzji, to trzeba zastosować bardziej przekonujące argumenty. Nie polecam tej metody i naprawdę ostrzegam każdego, kto żyje na zasadzie „jeszcze tylko to skończę, jeszcze ten tydzień, jeszcze ten problem”. To się może bardzo źle skończyć. Jak u mnie... Najbardziej ironiczne jest teraz to, że właściwie wszystko, co mnie do tego doprowadziło, mam oficjalnie zakazane: stres, przemęczanie się, pośpiech, brak odpoczynku i udawanie, że wszystko jest w porządku. Czyli w skrócie: mam przestać żyć dokładnie tak, jak żyłem do tej pory.
-
@Dalila_ tak. Wyszedłem dziś ze szpitala. Jeszcze żyję, chociaż podobno niewiele brakowało
-
To, że jestem w domu. I, jak się okazuje, nadal żyję.
-
Przegrałem dziś ze schodami. Wstyd tym większy, że prowadziły tylko na pierwsze piętro.
-
Dziwnie się czuję. Fizycznie jestem słaby, ale z tym akurat łatwo sobie poradzić - siadam, kiedy muszę, idę wolniej, niż bym chciał, i staram się nie dyskutować z własnym organizmem, bo ostatnio dość przekonująco wygrał tę dyskusję. Gorzej z głową. Chyba jeszcze do końca do mnie nie dotarło, co się właściwie stało. Momentami wszystko jest zupełnie normalne, a potem coś mnie zakłuje, zabraknie mi tchu albo serce zabije trochę szybciej i przez kilka sekund zastanawiam się, czy to tylko nic, czy znowu zaczyna się coś, czego bardzo nie chciałbym powtarzać. Poza tym mam dziwne wrażenie, że wróciłem do tego samego życia, ale patrzę na nie z boku. Rzeczy, które tydzień temu wydawały mi się katastrofą, nagle wyglądają podejrzanie mało katastrofalnie. I chyba pierwszy raz naprawdę dociera do mnie, że nie nad wszystkim mam kontrolę. Nie podoba mi się to odkrycie. Ale najwyraźniej będę musiał się z nim zaprzyjaźnić.
-
@Żaba Monika serce odmówiło współpracy
-
Panie Boże, broń nas przed spełnieniem marzeń. Napisałem tutaj niedawno: „Czasami mam absurdalne marzenie, żeby po prostu zasnąć i obudzić się dopiero wtedy, kiedy wszystko już się poukłada”. Jak widać, przy składaniu zamówień do Wszechświata warto jednak czytać drobny druk. Spełniło się. Przez ostatni tydzień rzeczywiście niczego nie musiałem naprawiać, nikomu niczego tłumaczyć, podejmować decyzji ani próbować utrzymać całego świata w pionie. Świat, ku mojemu pewnemu rozczarowaniu, poradził sobie beze mnie całkiem nieźle. Część problemów rozwiązała się sama, część nagle straciła na znaczeniu, a przy kilku zacząłem się zastanawiać, dlaczego właściwie jeszcze tydzień temu wydawały mi się takie ważne. Wróciłem dziś do domu i okazało się, że największym wyzwaniem dnia jest pierwsze piętro. Kilkanaście schodów. To dość upokarzające odkrycie. Męczę się właściwie niczym. Spacer do kuchni bywa przedsięwzięciem logistycznym, a tempo mam takie, że spokojnie można by mnie wyprzedzać bez zmiany kroku. Najdziwniejsze jest jednak to, że pierwszy raz od bardzo dawna naprawdę się nie spieszę. Może dlatego, że nikt ode mnie tego nie oczekuje, a wręcz zabrania. A może dlatego, że odkryłem ostatnio, iż pewne rzeczy potrafią zatrzymać człowieka skuteczniej niż urlop. Więc chyba dostałem dokładnie to, o co prosiłem. Trochę ciszy. Trochę spokoju. Świat, który przez chwilę radzi sobie sam. Może tylko sposób realizacji pozostawia wiele do życzenia.
-
Wiesz, chyba nawet nie tyle potrzebuję wsparcia w sensie pocieszania czy doradzania. Czasem po prostu potrzebuję coś z siebie wyrzucić i nazwać to, co siedzi mi w głowie. Samo wypowiedzenie tego komuś już trochę porządkuje chaos. Więc nie musisz być specjalnie empatyczna. Czasem wystarczy, że ktoś przeczyta. Nie, nie były bezsensowne. To, co pisałaś o dystansie i odpuszczaniu, nadal ma sens. Tylko chyba łatwiej o tym mówić, kiedy problem jest jeden i można dać mu trochę czasu. Jak nakłada się kilka poważnych rzeczy naraz, to ten dystans gdzieś szybko znika. I nie męcz się tym, że wtedy przy operacji mamy nic nie czułaś. Może właśnie tak sobie z tym radziłaś. Czasem człowiek najpierw po prostu funkcjonuje, a dopiero później dociera do niego, co się właściwie działo. Dzięki za dobre słowo. Serio. Chyba czasem samo to, że ktoś nie próbuje od razu wszystkiego naprawiać, tylko rozumie, że po prostu jest ciężko, już trochę pomaga.
-
Masz rację, napisałem to enigmatycznie, ale chyba dlatego, że sam nie bardzo potrafię ubrać to w jedną prostą myśl. Czasem mam nawet problem, żeby się porządnie poskarżyć, bo nie wiem, od czego zacząć. W dużym skrócie: najpierw choroba i operacja żony, teraz problemy zdrowotne ojca, do tego kilka decyzji życiowych, które trzeba podjąć, dom, dziecko, praca i inne rzeczy, które cały czas gdzieś wiszą nad głową. W domu też nie zawsze jest spokojnie - napięcie, gorsza atmosfera, czasem kłótnie. A kiedy sam w końcu wybuchnę, to oczywiście niczego nie poprawia, tylko dokłada kolejny problem. I chyba właśnie o to mi chodziło w tym poście. Nie o jedną konkretną rzecz, tylko o to, że tego wszystkiego zrobiło się za dużo naraz. Czasem mam wrażenie, że stres przychodzi ze wszystkich stron i trudno złapać oddech. Nie wiem nawet, którym problemem powinienem zająć się najpierw, bo kiedy próbuję ogarnąć jeden, w innym miejscu coś zaczyna się rozsypywać. A to, co piszesz o sobie, wcale nie brzmi dla mnie błaho. Można mieć rodzinę, kochać ją i jednocześnie być zwyczajnie przemęczonym i potrzebować ludzi spoza własnego domu. I chyba rozumiem też to czekanie na coś przyjemnego. Może niekoniecznie na nowe buty czy kolczyk w nosie , ale sam też potrzebuję czasem czegoś przed sobą, na co można czekać. Ostatnio chyba właśnie tego mi brakuje - nie bardzo mam na co czekać z myślą „to będzie fajne”. Są raczej kolejne rzeczy do załatwienia, decyzje i problemy. I to też potrafi być przytłaczające, bo człowiek nie ma nawet takiego małego punktu zaczepienia, że za chwilę będzie trochę lżej.
-
@Melodiaa No właśnie wychodzi na to, że radzić komuś jest dużo łatwiej niż potem samemu zastosować własne mądrości. Z dystansem u mnie kiepsko, szczególnie kiedy nie mogę po prostu przeczekać, tylko trzeba coś zdecydować, a każda opcja ma jakieś konsekwencje. Chyba najbardziej męczy mnie właśnie to ciągłe poczucie, że muszę coś rozstrzygać, pilnować, naprawiać. I wtedy cała teoria o odpuszczaniu nagle robi się dużo trudniejsza. Ale masz rację, że nie wszystko da się rozwiązać od razu. Może właśnie tego odpuszczania i zgody na to, że nie wszystko musi potoczyć się po mojemu, muszę się jeszcze nauczyć.
-
Nie wiem nawet, czy szukam rady, czy po prostu muszę to z siebie wyrzucić. Od mniej więcej pół roku mam wrażenie, że bez przerwy walczę ze swoim własnym światem. Próbuję coś naprawić, uspokoić, poukładać, doprowadzić do jakiejś normalności. I kiedy już wydaje mi się, że może wreszcie będzie trochę spokojniej, coś rozsypuje się z innej strony. I chyba jestem już zwyczajnie zmęczony. Nie jednym konkretnym problemem. Wszystkim naraz. Tym, co dzieje się w moim życiu, ludźmi, kolejnymi sytuacjami, koniecznością ciągłego reagowania, tłumaczenia, rozwiązywania i trzymania się jakoś w pionie. Najgorsze jest to, że właściwie nie mam już siły nawet na kolejną „walkę”. Przez pół roku powtarzałem sobie: jeszcze to ogarnę, jeszcze tamto przetrzymam, jeszcze chwilę. Tylko że tych „jeszcze” ciągle przybywa, zamiast ubywać. Czasami mam absurdalne marzenie, żeby po prostu zasnąć i obudzić się dopiero wtedy, kiedy wszystko już się poukłada. Żeby przez jakiś czas nic ode mnie nie zależało i żebym nie musiał niczego naprawiać. Macie czasem taki stan? Co robicie, kiedy problemem nie jest jedna rzecz, którą można rozwiązać, tylko zwyczajne zmęczenie całym swoim życiem i tym, że ciągle trzeba sobie z czymś radzić? Bo chyba najbardziej chciałbym teraz znaleźć sposób, żeby choć na chwilę przestać walczyć.
-
pewnie jest, tylko my na serio mamy problemy komunikacyjne. Mimo komunikatów o zagrożeniu nadal nie wiem, co mam robić i gdzie się chronić. Schronów brak. Poza tym informacje są opóźnione, alarm wyje, strony typu 112 nie można otworzyć
-
@Pieprz w moździerzu nie, tylko nas straszą codziennie, a dzisiaj to już apogeum
-
Mieszkam w Lublinie, alerty po kilka razy w ciągu nocy i dnia mam codziennie. Więc dobrze wiem, że nie ostatni raz. Ale fakt, to ma coś przykryć.
-
Uff, muszę się poskarżyć - nerwowy dzień dzisiaj na wschodzie. Alarmy przeciwlotnicze, alerty - UWAGA! zagrożenie atakiem z powietrza. Znajdź bezpieczne miejsce. Stosuj się do poleceń... Jest nerwowo. Na szczęście odwołali już, ale siedzę w pracy i się denerwuję
-
Jak jedzą ludzie z prawidłowym BMI?
Dryagan odpowiedział(a) na sailorka temat w Zaburzenia odżywiania
Ja nie stosuję żadnej diety - jem normalnie wszystko, ale nie jakieś ogromne ilości. Lubię sałatki, ale jem też mięso, jem owoce, a czasem zdarza mi się zeżreć pół ciasta jak mi posmakuje, albo innego słodkiego czegoś. Moja zasada to nie jeść wieczorem. Zasadniczo trzymam się zasady, że po 18.00 nie jem nic. Plus aktywność fizyczna umiarkowana (ostatnio marna, bo kręgosłup mnie boli). To działa, moje BMI w wieku 45 lat to niecałe 22, wzrost 190, waga 80, kiedyś jak byłem młodszy ważyłem 72 kg, ale to było za mało trochę. Brałem swego czasu olanzapinę i też nie przytyłem. Chyba mam to wrodzone, znaczy bez tendencji do tycia. Ale prawda jest też taka, że czasem mój organizm ma dramatyczny stosunek do jedzenia, reaguje podejrzanie, gdy się denerwuję - i wtedy nie jem wcale. -
@Art1975Ja bym się chyba nie zatrzymywał na tym, że po trzydziestu latach nagle problemem okazuje się rozmiar przyrodzenia. To brzmi trochę jak wskazanie jednego konkretnego powodu dla czegoś, co może mieć znacznie szersze tło. Jeżeli przez tyle lat seks jakoś funkcjonował, a teraz nagle słyszysz, że ona nie ma satysfakcji, to zastanowiłbym się raczej, co tak naprawdę się za tym kryje. Czy chodzi wyłącznie o seks, czy może o całe małżeństwo, bliskość, żal z wielu lat, poczucie niespełnienia albo zwyczajnie zmianę tego, czego teraz chce od życia. Bo nawet gdyby rzeczywiście nie była zadowolona z samego współżycia, to przecież po trzydziestu latach oboje wiecie, że kobietę można zadowolić na więcej niż jeden sposób. Dlatego argument o samym rozmiarze wydaje mi się podejrzanie prosty. Nie wykluczałbym też, że ona tym tekstem coś sobie przygotowuje. Może sama już myśli o rozstaniu i szuka uzasadnienia. Może pojawił się ktoś inny. A może nie ma nikogo i po prostu przechodzi jakiś własny kryzys. Tego z zewnątrz nie da się rozstrzygnąć, ale ja bym bardziej patrzył na jej zachowanie jako całość niż na jedno zdanie o seksie. Sam mam ostatnio trochę podobnych atrakcji, choć z innego powodu. Moja żona na przykład wymyśliła ostatnio, że powinniśmy się rozstać. Oczywiście dla mojego dobra. Bo jestem od niej młodszy, więc najwyraźniej któregoś dnia mam się obudzić, spojrzeć na nią i dojść do wniosku, że jednak wolę młodszą. W związku z tym najlepiej zawczasu mnie uszczęśliwić i oddać wolność, o którą jakoś nie prosiłem. Więc tak, czasem człowiek ma wrażenie, że w pewnym wieku drugiej stronie nagle przestawia się optyka na całe życie. Czy to hormony, menopauza, kryzys wieku średniego, strach przed starzeniem czy jeszcze coś innego — nie wiem. Ale nie zakładałbym od razu, że to naprawdę chodzi o centymetry.