Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Gość iiwaa

Czy powinnam pogodzić się z ojcem?

Rekomendowane odpowiedzi

Gość

Witajcie.

Chciałabym poradzić się w sprawie, która męczy mnie od dość dawna.

Moja matka nie żyje, mój ojciec jest alkoholikiem. W wieku 19 lat wyprowadziłam się z domu, mając 22 lata wyszłam za mąż, od tej pory (a mam juz 42 lata) nie utrzymuję z nim kontaktu z własnej woli.

Zastanawiam sie, czy odwiedzić ojca. Na pewno jest już stary, nie wiem, co się dzieje - może potrzebuje pieniędzy na leki? (z drugiej strony, moja koleżanka słusznie mówi, że dawanie mu pieniędzy byłoby szczytem głupoty).

Boję się dwóch rzeczy, nie mogę jednocześnie uniknąć i jednej, i drugiej. Pierwsza - że kiedyś, jak juz będzie za późno, to będę mieć straszliwe wyrzuty sumienia, że nic nie zrobiłam. Druga - wiem, że ojciec mnie nienawidzi, ja go nie kocham, to zły człowiek. Boję się tam jechać, boję się, ze to wszystko do mnie wróci.

I.... nie wiem. Nie potrafię podjąć decyzji, a nikt nie zrobi tego za mnie.

Zapytam tylko - może są tu osoby, które miały podobną sytuację. Co byście zrobili?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Lepiej odwiedzić i zobaczyć co z nim, nie musisz od razu dawać pieniędzy, tylko się w sytuacji zorientować. Ja bym odwiedził, po pogrzebie będziesz się źle czuć jak tego nie zrobisz, to standard.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Lepiej odwiedzić i zobaczyć co z nim, nie musisz od razu dawać pieniędzy, tylko się w sytuacji zorientować. Ja bym odwiedził, po pogrzebie będziesz się źle czuć jak tego nie zrobisz, to standard.

 

Nie chodzi o te nieszczesne pieniadze, chodzi raczej o to, ze boje sie tam jechac z powodow emocjonalnych. Jak mowilam - to zly człowiek, nienawidzil i mnie, i matki, mnie nienawidzi jeszcze bardziej, odkad poslubilam swojego meza, ktorego jakby mogl, to by chyba zabil.

Jako dzieciak niejednokrotnie bylam glodna, przez niego - matka byla nauczycielka, bylam jedynym dzieckiem, wiec pieniadze by byly na wszystko, gdyby on ich jej nie zabieral i nie przechlal. Gwalcil moja matke, bil ją, chciala przez niego popelnic samobojstwo - ale sama zrezygnowala.

Po prostu ja sama nie wiem, czy dam rade na niego patrzec. Nie boje sie go - mnie nigdy nie uderzyl, tylko ciagle wysmiewal. Nie boje sie go, ale darze go wieloma negatywnymi uczuciami, nie wiem, czy to nienawisc, ale chyba blisko.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziwię się że w ogóle rozwarzasz możliwość spotkania się nim. No chyba że to on chciałby cię przeprosić za wyrządzone krzywdy... wtedy możesz się zastanowić.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Dziwię się że w ogóle rozwarzasz możliwość spotkania się nim. No chyba że to on chciałby cię przeprosić za wyrządzone krzywdy... wtedy możesz się zastanowić.

 

Nie, nie, on nie szukal ze mna kontaktu - ma numer telefonu (podala mu kuzynka), ale nie wie, gdzie mieszkamy - nie chcialam podawac adresu, bo szczerze mowiac balabym sie ze albo jemu, albo jego zapijaczonym kolezkom przyjdzie cos do glowy w pianym widzie.

Ale po prostu czasami zastanawiam sie, mam wyrzuty sumienia, ze ja kupuje tony niepotrzebnych szmat, elektronike, kosmetyki, daje pieniadze na dom dziecka i na schroniska, a on moze byc glodny albo chory. Wiem, ze nie powinnam nawet o nim myslec, ale to silniejsze ode mnie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
iiwaa, pytanie dla kogo chcesz to zrobić - dla niego czy dla siebie. Odpowiedź jest oczywista: dla siebie, żeby nie mieć tych ewentualnych wyrzutów sumienia, że nie spróbowałaś zanim kopnie w kalendarz. Pytanie co będzie większym dyskomfortem spotkanie czy jego brak - wystarczy zatem napisać zestawienie za i przeciw i będziesz mieć odpowiedź. Nikt Ci tu nie powie co masz robić, bo nikt nie jest w Twojej skórze i nie zna Twoich emocji.

 

Probowalam robic takie zestawienie na kartce. Problem w tym, ze tego sie nie da jakos... wymiernie oszacowac.

Ja mam problem - to jeden z problemow po dda, ktorego nie wyeliminowalam, nie umiem podejmowac decyzji w zyciu prywatnym (tylko w pracy sie nauczylam). Pytalam meza, pytalam psychologa - obaj powiedzieli, ze nie maja prawa mi powiedzieć, co mam zrobić.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

iiwaa, jak ma Ci to ulzyc to lepiej odwiedzic, zapraszac go do domu nie musisz. Leków tez nie musisz kupowac, najlepiej w ogole nie zakladac zadnych scenariuszy bo sie okaza mylne z Twoim wyobrazaniem, pojechac, zobaczyc jak przyjmie ewentualnie. Z drugiej strony skoro ma telefon i nie szuka kontaktu to albo go dalej nie obchodzisz albo moze sie wstydzi. Zreszta mozna zapytac kuzynki jak sobie radzi, skoro dała ojcu Twoj telefon -i wtedy zdecydować czy pojechac czy nie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Pomyśl, co będzie dla Ciebie bardziej obciążające - jak on umrze, a Ty będziesz żyć zastanawiając się jak by to było gdybyś go odwiedziła, czy odwiedzenie go i przywołanie wspomnień, utwierdzenie się w przekonaniu, że jest taki sam jak był.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
iiwaa, jak ma Ci to ulzyc to lepiej odwiedzic, zapraszac go do domu nie musisz. Leków tez nie musisz kupowac, najlepiej w ogole nie zakladac zadnych scenariuszy bo sie okaza mylne z Twoim wyobrazaniem, pojechac, zobaczyc jak przyjmie ewentualnie. Z drugiej strony skoro ma telefon i nie szuka kontaktu to albo go dalej nie obchodzisz albo moze sie wstydzi. Zreszta mozna zapytac kuzynki jak sobie radzi, skoro dała ojcu Twoj telefon -i wtedy zdecydować czy pojechac czy nie.

 

Kupilabym te leki, to akurat nie problem - bylebym wiedziala, ze nie opchnie ich za pol litra.

Watpie ze sie wstydzi, podobno obecnie (jak wynika z relacji kuzynki) okresla mnie takimi epitetami, jak kiedys moja matke. Ale cholera wie, czy mowi to, co mysli.

Tworzenie w glowie ewentualnych scenariuszy i wersji tego co bym zrobiła jest silniejsze ode mnie ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Pomyśl, co będzie dla Ciebie bardziej obciążające - jak on umrze, a Ty będziesz żyć zastanawiając się jak by to było gdybyś go odwiedziła, czy odwiedzenie go i przywołanie wspomnień, utwierdzenie się w przekonaniu, że jest taki sam jak był.

 

To pierwsze bedzie pewnie bolec dluzej... To drugie poboli kilka dni i przestanie...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
iiwaa, jak ma Ci to ulzyc to lepiej odwiedzic, zapraszac go do domu nie musisz. Leków tez nie musisz kupowac, najlepiej w ogole nie zakladac zadnych scenariuszy bo sie okaza mylne z Twoim wyobrazaniem, pojechac, zobaczyc jak przyjmie ewentualnie. Z drugiej strony skoro ma telefon i nie szuka kontaktu to albo go dalej nie obchodzisz albo moze sie wstydzi. Zreszta mozna zapytac kuzynki jak sobie radzi, skoro dała ojcu Twoj telefon -i wtedy zdecydować czy pojechac czy nie.

 

Kupilabym te leki, to akurat nie problem - bylebym wiedziala, ze nie opchnie ich za pol litra.

Watpie ze sie wstydzi, podobno obecnie (jak wynika z relacji kuzynki) okresla mnie takimi epitetami, jak kiedys moja matke. Ale cholera wie, czy mowi to, co mysli.

Tworzenie w glowie ewentualnych scenariuszy i wersji tego co bym zrobiła jest silniejsze ode mnie ;)

typowe dla alkoholikow-epitety. Moj ojciec tez był alko i odwiedziłam go, jak sie pozniej okazało dzien przed smiercia. Nie było miło, ale przynajmniej mam do tej pory poczucie spełnionego miłosierdzia? ulgi? tego ze probowałam? rozliczenia z przeszłoscia? -ciezko okreslic, jednak dzieki temu na pewno było i jest mi lzej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
iiwaa, jak ma Ci to ulzyc to lepiej odwiedzic, zapraszac go do domu nie musisz. Leków tez nie musisz kupowac, najlepiej w ogole nie zakladac zadnych scenariuszy bo sie okaza mylne z Twoim wyobrazaniem, pojechac, zobaczyc jak przyjmie ewentualnie. Z drugiej strony skoro ma telefon i nie szuka kontaktu to albo go dalej nie obchodzisz albo moze sie wstydzi. Zreszta mozna zapytac kuzynki jak sobie radzi, skoro dała ojcu Twoj telefon -i wtedy zdecydować czy pojechac czy nie.

 

Kupilabym te leki, to akurat nie problem - bylebym wiedziala, ze nie opchnie ich za pol litra.

Watpie ze sie wstydzi, podobno obecnie (jak wynika z relacji kuzynki) okresla mnie takimi epitetami, jak kiedys moja matke. Ale cholera wie, czy mowi to, co mysli.

Tworzenie w glowie ewentualnych scenariuszy i wersji tego co bym zrobiła jest silniejsze ode mnie ;)

typowe dla alkoholikow-epitety. Moj ojciec tez był alko i odwiedziłam go, jak sie pozniej okazało dzien przed smiercia. Nie było miło, ale przynajmniej mam do tej pory poczucie spełnionego miłosierdzia? ulgi? tego ze probowałam? rozliczenia z przeszłoscia? -ciezko okreslic, jednak dzieki temu na pewno było i jest mi lzej.

 

Ale swoich kolezkow nigdy nie zbluzga...

 

Ja juz raz prawie ze podjelam decyzje, ze pojade. A potem nie wiedzialam nic - nawet ubranie sie bylo problemem, bo nie wiedzialam co bedzie w ogole stosowne na taka "okazje".

Nie wiem nic - czy jechac z mezem czy sama, czy rano (moze miec kaca) czy po poludniu (moze chlac).

Nie wiem nawet, czy mnie pozna, bo jak mnie widzial ostatni raz to bylam okolo 20letnia krotko scieta (do podbrodka) mysia blondyna, a teraz mam dlugie ciemnobrazowe wlosy, nawet brwi/zeby/usta mam inne - moze mnie nie poznac. I co powiem? Jak sie przedstawie? Nie bede potrafila powiedziec, ze jestem jego corka. Z imienia i nazwiska? Ja nawet nie uzywam (chyba ze formalnie i tu, na forum) "normalnej" wersji swojego imienia.

Wszystko chcialam zostawic za soba i wszystko zmienic. Zmienilam charakter, zachowanie, wyglad po to, zeby sie odciac od starego zycia.

I jak mam do niego mowic? Nie potrafie mowic tato. Po imieniu? Unikac zwracania sie wprost?

No nic nie wiem...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Tu nawet nie chodzi o ojca, ale zeby samej miec swiadomosc ze my sami jestesmy innymi ludzmi. Spotykajac sie z ojcem nie łudziłam sie, ze padniemy sobie w ramiona, dla mnie alko sa ludzmi zamknietymi w pewnym schemacie (w sumie jak 99%społ, tyle, ze te schematy sa rozne w zaleznosci od roznych czynnikow: np. srodowiskowych, biologicznych, osobowosci itd) ale było to spotkanie dla mnie wartosciowe, natomiast trzeba sie zastanowic czy to warte nerwow dla danej osoby bo przyjemne raczej nie bedzie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Przepraszam, ale właściwie jaki miałby być cel Twojej wizyty?

Nie wiem sama.

 

On nie chce cię widzie, może zapomniał po 20 latach że miał córkę, Tobie to nie sprawi przyjemności. Jak chcesz go wspomóc to mu wyślij kasę, chociaż to bez sensu bo i tak przepije, aalbo jeśli jest chory załatw mu dom opieki, żeby nie mieć tych wyrzutów sumienia.

Nie wiem, czy jest chory. Kuzynka mówi, że nie. Chciałabym zapytać, czy może mu czegoś brakuje. Choroba to był przykład.

 

I tyle. Przecież ty wcale nie chcesz się z nim zobaczyć tak serio.

I chcę, i nie chcę. Albo inaczej - nie chcę, ale myślę, że możliwe, że powinnam.

 

Raz w życiu miałem przypływ potrzeby, żeby mojemu ojcu wytłumaczyć o co mi chodzi, napisałem jakiś durny łzawy list, po którym było jeszcze gorzej a potem zostałem na dokładkę oskarżony, że przeze mnie zawału dostał. Pierwszy i ostatni raz próbowałem mu coś przekazać - chociaż mój ojciec nie jest alkoholikiem i w teorii przynależy do inteligencji.

Nie chcę mu nic tłumaczyć... Nie mam w ogóle nic do tłumaczenia.

 

 

 

iiwaa, Jeżeli ta sprawa z ojcem nie daje Ci spokoju, to pewnie przyszedł ten moment, żeby go odwiedzić. Zrób to dla siebie, uspokoisz sumienie, zaspokoisz ciekawość i najprawdopodobniej odchorujesz to przez kilka dni, ale uspokoisz się wewnętrznie na długo.

I tak jak piszesz – brak odwiedzin teraz, to wyrzuty sumienia na dłuuuugo, gdy go już nie będzie.

Jesteś w końcu jego córką, teraz dojrzałą kobietą, która ma trochę inne spojrzenie na życie i rzeczywistość, niż jak miałaś te 20 lat.

A on jest nadal Twoim ojcem, jaki by nie był – alkohol zżera sumienie i wszelkie uczucia, to okropna choroba niszcząca wszystko w człowieku, stąd brak było empatii z jego strony do Twojej mamy i do Ciebie.

Tu nie chodzi o brak empatii. Sam brak empatii nie byłby niczym wielkim. On był okrutny.

 

Ty natomiast masz pełną świadomość tej sytuacji i masz nadal uczucia (tak sądzę), więc odwiedź ojca i wybacz mu ten brak ojcostwa w tamtych latach. Wybaczanie jest wielką cnotą.

To będzie wielki gest z Twojej strony, a i poczujesz się lepiej.

Szczerze mówiąc nie wierzę w cnoty i w miłosierdzie... bo zbyt katolickie mi się to wydaje, a tej religii nie trawię bardziej niż pijaków.

 

To byłaby zwykła, mała wizyta – więc wygodne, normalne ubranie, nawet dżinsy i bluzka.

Pora dnia – wydaje mi się najlepsza popołudniowa. Rano/ przed południem – chyba raczej nie.

A przedstawić się możesz z imienia, może jeszcze pamięta jak córka ma na imię.

Rozeznasz się w sytuacji na miejscu, nie pisz w głowie scenariuszy, bo się zaplączesz we własnych myślach.

Ja bym tam sama nie jechała…. Niech mąż będzie gdzieś w pobliżu, będzie Ci raźniej, poczujesz się pewniej.

Z tym że po południu może być pijany. To jest problem.

Mój ojciec ma skrajną alergię na mojego męża (mimo że widział go ze 3 razy w życiu), jak go widzi, to bluzga. Zwłaszcza że między panami jest jedynie 5 lat różnicy. On go skrajnie nienawidzi. Ale boję się jechać sama.

 

albo wręcz przeciwnie... Wróci roztrzęsiona i długo nie będzie się mogła pozbierać, bo wszystkie koszmary dzieciństwa powrócą.

Ja wtedy pracuję po 16 godzin dziennie i robię wszystko, żeby się "odciąć"... w sumie nie najgorzej.

 

ale było to spotkanie dla mnie wartosciowe,

Mogę spytać, dlaczego wartościowe?

Ja myślałam raczej o mhm... ostatecznym zamknięciu pewnego rozdziału. nie wiem dlaczego, ale tak mi się kojarzy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
I chcę, i nie chcę. Albo inaczej - nie chcę, ale myślę, że możliwe, że powinnam.

Co to znaczy "powinnam"? Nic mu winna nie jesteś.

 

Ty natomiast masz pełną świadomość tej sytuacji i masz nadal uczucia (tak sądzę), więc odwiedź ojca i wybacz mu ten brak ojcostwa w tamtych latach. Wybaczanie jest wielką cnotą.

To będzie wielki gest z Twojej strony, a i poczujesz się lepiej.

Szczerze mówiąc nie wierzę w cnoty i w miłosierdzie... bo zbyt katolickie mi się to wydaje, a tej religii nie trawię bardziej niż pijaków.

Błagam Cię, nie wrzucaj wszystkich do jednego wora i to jeszcze gorszego niż toksyczni dla swoich rodzin pijacy :hide:

Natomiast wybaczenie nie równa się zapomnieniu i braku urazy. Chodzi o to, żeby pozbyć się (w miarę możliwości) negatywnych odczuć względem oprawcy, bo one tylko nam szkodzą i uprzykrzają nam życie, i żyć nieprzypominając sobie codziennie o tym, co było.

 

Z tym że po południu może być pijany. To jest problem.

Żadna pora nie jest idealna, skoro pije dzień w dzień.

 

Mój ojciec ma skrajną alergię na mojego męża (mimo że widział go ze 3 razy w życiu), jak go widzi, to bluzga. Zwłaszcza że między panami jest jedynie 5 lat różnicy. On go skrajnie nienawidzi. Ale boję się jechać sama.

To nie masz z kim innym pojechać, jak nie chcesz z mężem?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
I chcę, i nie chcę. Albo inaczej - nie chcę, ale myślę, że możliwe, że powinnam.

Co to znaczy "powinnam"? Nic mu winna nie jesteś.

 

Ty natomiast masz pełną świadomość tej sytuacji i masz nadal uczucia (tak sądzę), więc odwiedź ojca i wybacz mu ten brak ojcostwa w tamtych latach. Wybaczanie jest wielką cnotą.

To będzie wielki gest z Twojej strony, a i poczujesz się lepiej.

Szczerze mówiąc nie wierzę w cnoty i w miłosierdzie... bo zbyt katolickie mi się to wydaje, a tej religii nie trawię bardziej niż pijaków.

Błagam Cię, nie wrzucaj wszystkich do jednego wora i to jeszcze gorszego niż toksyczni dla swoich rodzin pijacy :hide:

Natomiast wybaczenie nie równa się zapomnieniu i braku urazy. Chodzi o to, żeby pozbyć się (w miarę możliwości) negatywnych odczuć względem oprawcy, bo one tylko nam szkodzą i uprzykrzają nam życie, i żyć nieprzypominając sobie codziennie o tym, co było.

 

Z tym że po południu może być pijany. To jest problem.

Żadna pora nie jest idealna, skoro pije dzień w dzień.

 

Mój ojciec ma skrajną alergię na mojego męża (mimo że widział go ze 3 razy w życiu), jak go widzi, to bluzga. Zwłaszcza że między panami jest jedynie 5 lat różnicy. On go skrajnie nienawidzi. Ale boję się jechać sama.

To nie masz z kim innym pojechać, jak nie chcesz z mężem?

 

Nie oceniam ludzi - katolików, bo są i dobrzy, i źli. Nie podobają mi się za to zasady tej religii. Zresztą chyba żadna religia mi nie odpowiada.

W sumie nie jestem nic winna.. Masz rację.

Nie przypominam sobie codziennie... staram się.

 

Mogłabym poprosić którąś z koleżanek, ale nie mam prawa ich chyba tym obciążać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Mogłabym poprosić którąś z koleżanek, ale nie mam prawa ich chyba tym obciążać.

Bez przesady, przecież nie będą się nim zajmować, tylko miałyby pojechać jako wsparcie. Zresztą są dorosłe i jeśli je poprosisz, same zdecydują, czy jechać, czy nie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
(...) Jesteś w końcu jego córką(...) A on jest nadal Twoim ojcem (...)

 

Na papierze, tutaj te nazwy są puste i fakt bycia córką/ojcem nie zobowiązuje do podjęcia jakichkolwiek dobrowolnych działań.

 

(...) Na wybaczenie z jego strony nie ma co liczyć, to iiwa niech wybaczy...

 

Że niby co on ma wybaczać?

Pierdolenie :/

 

Nie pojechałabym. Jego śmierć niczego nie powinna zmienić, za wyjątkiem poczucia całkowitego uwolnienia się od przeszłości.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

iiwaa,

Pytalam meza, pytalam psychologa - obaj powiedzieli, ze nie maja prawa mi powiedzieć, co mam zrobić.

 

 

my chyba też nie powinniśmy ci mówić co zrobić :bezradny:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
iiwaa,
Pytalam meza, pytalam psychologa - obaj powiedzieli, ze nie maja prawa mi powiedzieć, co mam zrobić.

my chyba też nie powinniśmy ci mówić co zrobić :bezradny:

To prawda.

Mogę tylko powiedzieć, że osobiście bym olał.

Domniemane wyrzuty po śmierci niekoniecznie nastąpią. Nawet jeśli, da się je logicznie racjonalizować. Natomiast psychiczne koszty spotkania są pewne.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość Piotrek1996

Ciężko cokolwiek tutaj doradzić. Masz niby poczucie winy, ale z jakiego powodu? Z takiego, że to Twój ojciec? Przecież to nie Twoja wina. On sobie sam wybrał taką droge i na pewno się nie zmieni nigdy, bo niestety alkoholików nie wszystkich da się wyleczyć. Zresztą... skoro zostawił Ci tyle negatywnych wspomnień w głowie, zniszczył w jakimś stopniu życie to szkoda czasu się nim przejmować, myśleć. W każdym razie zrobisz co uważasz. Nikt za Ciebie nie zdecyduje, a jesteś przecież dorosłą kobietą.

 

Może widziałaś, może nie, aczkolwiek mówiłem o swoim kilka razy, ponieważ też jest alkoholikiem, jednak inna sprawa, że mnie i mamę utrzymuje. Aczkolwiek prawdę mówiąc to dla mnie jest obcym facetem, miałem do niego resztki szacunku jeszcze niedawno, ale po tym co ostatnio odwalał to mógłby nawet umrzeć teraz i bym za nim nie zapłakał w ogóle. Nikogo innego nienawidzę tak jak jego. Nie będę wspominał o tym co robił z moją matką, mną, lecz skoro orientujesz się w DDA to możesz się domyśleć sama.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Niejako "zmusiłam się" (oczy mi się zamykają :) ), żeby tutaj teraz zajrzeć - mam zupełnie inny nastrój, więc i zupełnie inną perspektywę.

Szczerze mówiąc - wiem, że to śmieszne - czasem mam wrażenie, że tkwią we mnie dwie różne osoby (i nie ma to nic wspólnego ze schizofrenią, to po prostu przenośnia) - ta "stara", która się czasem odzywa, czyli dziecko alkoholika, i ta "nowa", czyli dość zadowolona ze swojego życia. Moim podstawowym problemem zawsze jest to, że ta "stara" się odzywa i rzutuje na sposób myślenia tej "nowej", uprzykrzając czasami jej (czyli moje) życie.

 

W mojej głowie pojawiają się trzy warianty - nie jednocześnie oczywiście.

Wariant pierwszy - pojechać, zobaczyć, czy niczego mu nie potrzeba, spróbować spokojnie porozmawiać.

Wariant drugi (pojawiający się w skrajnych sytuacjach, kiedy coś jest nie tak i kiedy jest mi szczególnie źle, nie wierzę w siebie itd.) - pojechać i wykrzyczeń - jego słowami - "zobacz, spier.... mi życie, zapijaczone bydlę". Pojawiał się też czasem w sytuacjach, kiedy byłam zadowolona z siebie, bo zrobiłam coś, co było dla mnie wyzwaniem, w opcji: "widzisz, nie udało ci się spier... mi życia, pijaku".

Wariant trzeci - w dni takie jak dziś - "cóż za idiotyczny pomysł z tymi odwiedzinami, po co mi to".

Mąż mówi, że paradoksalnie wariant drugi mógłby przynieść mi największą ulgę i odcięcie, które jest dla mnie najważniejsze.

 

To wygląda tak, że całe życie starałam się za wszelką cenę od tego odciąć. Nie chodzi tylko o rodzinę - ja nie chciałam nie tylko mieć takiej rodziny, ale ja nie chciałam też siebie samej z tamtego okresu (czyli z okresu mniej więcej do 20stki). Do tego nawet stopnia, że kiedy jakieś 22 lata temu mąż (wtedy jeszcze nie mąż) zwrócił się do mnie wersją mojego imienia sprzed bodajże 6 tys. lat, to mu powiedziałam, żeby tak do mnie mówił, bo ja swojego imienia nie chcę (i tak zostało, swojego imienia używam tylko formalnie, no i tutaj, na forum). Pamiętam, jak ważna była dla mnie wtedy zmiana nazwiska - sama zmiana nazwiska prawie tak samo ważna, jak wyjście za mąż (bo swojego nazwiska panieńskiego nie chciałam, wręcz się go brzydziłam). Generalnie strasznie siebie nienawidziłam, uważałam siebie za porażkę, na szczęście nie poszło mi to w załamywanie się, ale w chęć zmiany za wszelką cenę. Z każdego takiego "odcięcia" strasznie się cieszyłam. Przeżywałam nawet głupią zmianę okularów na inne/wymiennie z soczewkami - bo dla mnie to było po prostu odcięcie się w stronę innego człowieka. Dla mnie nawet przefarbowanie włosów/wymiana garderoby/zrobienie prawa jazdy było czymś wielkim, bo właśnie kolejnym odcięciem.

Podobnie moim celem było zawsze bycie odwrotnością swojej matki (przy całym szacunku do niej, kochałam ją mimo wszystko) i życie o 180 stopni inne niż jej. Podobnie z mężem - przyznałam kiedyś, już dawno, u psychologa na wizycie, że ja wybaczyłabym mu każdą wadę, byleby był przeciwieństwem mojego ojca. Na przykład nie przeszkadza mi to, że bywa nieprzyjemny dla niektórych (niebliskich) ludzi. Pewnie wybaczyłabym mu nawet to, gdyby był dla nich okrutny (nie jest, mówię hipotetycznie) - bo to przeciwieństwo cech mojego ojca (milusiego na zewnątrz dla obcych, w domu niekoniecznie).

I boli mnie, kiedy mam wrażenie - a mam je ostatnio, może nie jakoś bardzo często, ale jest ono bardzo bolesne, więc je zauważam - że może do końca się nie odcięłam. Nie wiem, dlaczego mój mózg podsyła mi taką myśl. Bo chyba bardziej odciąć się nie można, niż ja to zrobiłam.

 

Po dzisiejszym dniu mam inne odczucia. W ogóle się nie waham - stwierdzam, że jechanie tam to głupi pomysł. Jestem szczęśliwa, mam swoje własne życie, i nie ma już nic z tamtej dziewczyny. Lubię to sobie mówić, nie rozumiem, dlaczego tak bardzo lubię to sobie powtarzać, już przez właściwie 20 lat. A kiedy zdarzyło mi się znaleźć jakąś cechę "tej starej", to ją zawzięcie eliminowałam. Czasami - znowu nie tak często, ale to bolesne - mam takie myśli, że czego bym nie zrobiła, to i tak będę tą samą, beznadziejną, gorszą, głupią (ojciec tak mówił) i brzydką (bo jak się nie miało pieniędzy na rachunki, to i na zadbanie w wieku nastoletnim też nie było, a koleżanki się stroiły, malowały, robiły paznokcie jak było wolne od szkoły, a ja się chciałam tylko schować) dziewczyną, a wszystko, co robię, to tylko zabiegi maskujące. Mąż się zawsze denerwuje, że nie wolno mi tak myśleć. bo teraz wszystko jest inaczej itd. W inne dni jestem super zadowolona, że udało mi się zmienić.

 

Dzisiaj mam akurat ten dobry dzień, dlatego tutaj wpadłam mimo zamykających się oczu, żeby to opisać z dwóch perspektyw. Mąż wrócił, przyjechali (razem z nim) nasi przyjaciele z Krakowa, siedzieliśmy do późna (dopiero teraz przyszliśmy do domu) w ogrodzie, piliśmy wino, słuchaliśmy muzyki. I dzisiaj nie mam wątpliwości, że nie powinnam tam jechać.

Mam jakąś dziwną - podświadomą - potrzebę "odbijania" sobie tego, czego nie miałam w dzieciństwie/wczesnej młodości. To się zaczyna od najdrobniejszych aż do poważnych spraw. Śmieszny przykład - ta "stara" ja miała słabe, cienkie włosy, dosyć krótkie (nic dziwnego, jak nie miałam witamin). Do dziś (myślałam kiedyś, że mi to minie) czerpię ogromną przyjemność z dotykania i oglądania własnych włosów. Albo - moja matka miała obsesję na punkcie tego, że dziewczynka powinna być grzeczna i "porządna", co się objawiało (dość śmiesznie), że miałam chodzić wcześnie spać. Oczywiście uwielbiam siedzieć po nocach, choćbym nazajutrz musiała wstać o świcie.

I uwielbiam kontrast. Na przykład w tamtym domu (nie mogę powiedzieć, że moim) nie było książek. W naszym, moim (to na pewno mogę powiedzieć) mamy bibliotekę. I lubię do niej chodzić i po prostu patrzeć na te książki. Dlatego, że tam ich nie było, a tu są. Generalnie czasami, jak mam dobry humor, delektuję się tym, że wszystko jest inne. Głupie, wiem.

 

Bez przesady, przecież nie będą się nim zajmować, tylko miałyby pojechać jako wsparcie. Zresztą są dorosłe i jeśli je poprosisz, same zdecydują, czy jechać, czy nie.
W sumie masz rację :)

 

Nie pojechałabym. Jego śmierć niczego nie powinna zmienić, za wyjątkiem poczucia całkowitego uwolnienia się od przeszłości.
I tak dzisiaj myślę :)

 

my chyba też nie powinniśmy ci mówić co zrobić
Chodziło mi o to, co Wy byście zrobili w takiej sytuacji. Wiem, że jest tu sporo osób dda.

 

To prawda.

Mogę tylko powiedzieć, że osobiście bym olał.

Domniemane wyrzuty po śmierci niekoniecznie nastąpią. Nawet jeśli, da się je logicznie racjonalizować. Natomiast psychiczne koszty spotkania są pewne.

Jakbym słyszała męża ;) Robicie rachunek potencjalnych zysków i strat :D

 

ale po tym co ostatnio odwalał to mógłby nawet umrzeć teraz i bym za nim nie zapłakał w ogóle.
Ja w ogóle nie potrafię płakać, jakkolwiek myśląc o "rodzinnym domu"...

 

inna sprawa, że mnie i mamę utrzymuje.
Nie myślałeś, żeby zwiać (czyli wyprowadzić się)? Ja zwiałam zaraz po maturze...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Chyba temat już rozwiązany,ale od siebie dodam tylko że jeśli persona X ma cię w głębokim poważaniu i jedyne co uwielbia to to 40%/500ml to szkoda fatygi..nikt się cudownie nie zmienia,a zwłaszcza po 20 latach.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

On chleje z 40 lat..

Problem w tym, ze do mnie te rozterki wroca predzej czy pozniej

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×