Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Rekomendowane odpowiedzi

Witam

Zacznę do tego, że mam 18 lat i nieźle pochrzanione życie. W podstawówce byłem poniżany i ogólnie byłem popychadłem, któremu można pluć w twarz. W gimnazjum było całkiem spoko, znalazłem fajnych kumpli, z którymi mogłem pogadać itd. Potem nasze drogi się rozeszły, poszedłem do liceum. I o ile nigdy nie byłem do nikogo przywiązany (w sensie, nie budowałem stabilnych relacji z ludźmi), tak w liceum jeszcze bardziej było to widać. Możnaby mówić i opowiadać o tym, jak dokładnie wyglądało moje życie, z czym się zmagałem i na jakie pomysły wpadałem, żeby wyjaśnić moje problemy.

 

Nie byłem pewny gdzie założyć ten temat. Najpierw myślałem o DDD, bo rzeczywiście moja rodzina jest w pewnym sensie dysfunkcyjna, ale z powodu braku alkoholizmu w rodzinie i tego typu historii piszę tutaj.

 

Problemem jest mój ojciec. Niestety, jakby na to nie spojrzeć nie jest autorytetem. Żadnym. Zawsze mnie wyzywał, poniżał, nigdy nie wspierał, tylko mówił, że mogło być lepiej. Nie można z nim rozmawiać normalnie, bo żyje we własnym świecie, wymyśla swoje "historie spiskowe" na mój temat i na temat... wszystkich. Kiedyś było może trochę inaczej, teraz już nie ma "kumpli", odcina się od wszystkich, wszystkich obgaduje za plecami, wszystkich by, jak to sam mówi, "powiesił i zagazował" (!). Tyle lat już żyję i muszę takie życie znosić, że to już mnie męczy. Niedługo wynoszę się z domu na studia, więc w pewnym sensie zamknę za sobą ten rodział, będę żył na własny kredyt (minus pomoc finansowa rodziców, chociaż mam nadzieję, że i to w końcu przestanie mnie ograniczać).

 

Ostatnio, z czystej ciekawości przeglądając artykuły o Freudzie, natknąłem się na określenie "Father figure" (figura/autorytet ojca) i jakby dopiero teraz doszło do mojej świadomości, że właśnie przez to mam spieprzone życie. Wcześniej po prostu myślałem: "mam ojca jakiego mam, ale wezmę się w garść i udam, że wszystko jest i było ok". Teraz zrozumiałem, że nieważne jak bardzo bym nie próbował stosować przeróżne lifehacki i inne pseudoporadniki, w mojej podświadomości i tak będzie wizerunek tego konkretnego modelu mężczyzny i sposobu myślenia. Wiem, że ani ojciec nie zmieni swojego zachowania, ani ja nie poprawię z nim relacji (próbowałem wiele razy, ale nic z tego nie wyszło), ale tego, co moja podświadomość przyswoiła w dzieciństwie nie zmienię tak łatwo (jeśli w ogóle).

 

Ja sam jestem zamknięty w sobie i gdy już rozmawiam z innymi to tylko po to, żeby nie uchodzić za dziwnego i... zamkniętego w sobie. Ale i tak wszyscy widzą jaki jestem i nie ukryję tego. Nie lubię rozmawiać o sobie, wolę komentować to, co się dzieje. Nie jestem towarzyski i unikam większych grup ludzi, a w szczególności ludzi, których nie znam. Generalnie mówiąc, mam duże problemy z nawiązywaniem kontaktów i funkcjonowaniem w społeczeństwie z tego powodu. Czuję żal i mam nieustanne poczucie zagrożenia ze strony innych ludzi.

 

Znalazłem parę dni temu coś co nazywa się Terapią Wewnętrznego Dziecka. Już sama nazwa napawa mnie nadzieją, a to, że można ją podobno stosować samemu, mając jedynie dostęp do internetu, wygląda jak cud z nieba. Czy ktoś ma jakieś doświadczenie, albo chociażby wiedzę na ten temat? Jakby tego było mało, natykając się na (tak, często natykam się na różne rzeczy) Zespół Aspergera (dokładnie tutaj), ku mojemu przerażeniu potwierdziłem prawie wszystkie objawy tegoż zespołu u siebie (oprócz zaburzeń mowy i "specjalistycznych zainteresowań"). Przerażenie jest tutaj odpowiednim określeniem, bo samo słowo "choroba" czy "zespół"/"syndrom" wywołuje u mnie paraliż i nadmierną potliwość.

 

Ten post, jak się domyślacie, nie jest jednym z tych w rodzaju: "nie wiem, czy ktoś to przeczyta, ale cieszę się, że mogłem to z siebie wyrzucić". Chcę działać i uratować siebie, żeby móc wieść normalne życie.

 

(Przepraszam za chaos w poście. Nie czuję, jakby to było wszystko na mój temat, ale ktoś to musi w końcu przeczytać i forma książki nie pasowałaby pewnie każdemu ;))

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cholera jasna jakbym czytał dokładnie o sobie, też mam 18 lat i brak autorytetu ojca w podobny sposób jak u ciebie i w szkole działo się podobnie jak u ciebie.Mam problemy w relacjach z ludźmi,nerwicę prawdopodobnie i pewne objawy fobii społecznej.Liczę na jakąś pomoc

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Witam

Zacznę do tego, że mam 18 lat i nieźle pochrzanione życie. W podstawówce byłem poniżany i ogólnie byłem popychadłem, któremu można pluć w twarz. W gimnazjum było całkiem spoko, znalazłem fajnych kumpli, z którymi mogłem pogadać itd. Potem nasze drogi się rozeszły, poszedłem do liceum. I o ile nigdy nie byłem do nikogo przywiązany (w sensie, nie budowałem stabilnych relacji z ludźmi), tak w liceum jeszcze bardziej było to widać. Możnaby mówić i opowiadać o tym, jak dokładnie wyglądało moje życie, z czym się zmagałem i na jakie pomysły wpadałem, żeby wyjaśnić moje problemy.

 

Nie byłem pewny gdzie założyć ten temat. Najpierw myślałem o DDD, bo rzeczywiście moja rodzina jest w pewnym sensie dysfunkcyjna, ale z powodu braku alkoholizmu w rodzinie i tego typu historii piszę tutaj.

 

Problemem jest mój ojciec. Niestety, jakby na to nie spojrzeć nie jest autorytetem. Żadnym. Zawsze mnie wyzywał, poniżał, nigdy nie wspierał, tylko mówił, że mogło być lepiej. Nie można z nim rozmawiać normalnie, bo żyje we własnym świecie, wymyśla swoje "historie spiskowe" na mój temat i na temat... wszystkich. Kiedyś było może trochę inaczej, teraz już nie ma "kumpli", odcina się od wszystkich, wszystkich obgaduje za plecami, wszystkich by, jak to sam mówi, "powiesił i zagazował" (!). Tyle lat już żyję i muszę takie życie znosić, że to już mnie męczy. Niedługo wynoszę się z domu na studia, więc w pewnym sensie zamknę za sobą ten rodział, będę żył na własny kredyt (minus pomoc finansowa rodziców, chociaż mam nadzieję, że i to w końcu przestanie mnie ograniczać).

 

Ostatnio, z czystej ciekawości przeglądając artykuły o Freudzie, natknąłem się na określenie "Father figure" (figura/autorytet ojca) i jakby dopiero teraz doszło do mojej świadomości, że właśnie przez to mam spieprzone życie. Wcześniej po prostu myślałem: "mam ojca jakiego mam, ale wezmę się w garść i udam, że wszystko jest i było ok". Teraz zrozumiałem, że nieważne jak bardzo bym nie próbował stosować przeróżne lifehacki i inne pseudoporadniki, w mojej podświadomości i tak będzie wizerunek tego konkretnego modelu mężczyzny i sposobu myślenia. Wiem, że ani ojciec nie zmieni swojego zachowania, ani ja nie poprawię z nim relacji (próbowałem wiele razy, ale nic z tego nie wyszło), ale tego, co moja podświadomość przyswoiła w dzieciństwie nie zmienię tak łatwo (jeśli w ogóle).

 

Ja sam jestem zamknięty w sobie i gdy już rozmawiam z innymi to tylko po to, żeby nie uchodzić za dziwnego i... zamkniętego w sobie. Ale i tak wszyscy widzą jaki jestem i nie ukryję tego. Nie lubię rozmawiać o sobie, wolę komentować to, co się dzieje. Nie jestem towarzyski i unikam większych grup ludzi, a w szczególności ludzi, których nie znam. Generalnie mówiąc, mam duże problemy z nawiązywaniem kontaktów i funkcjonowaniem w społeczeństwie z tego powodu. Czuję żal i mam nieustanne poczucie zagrożenia ze strony innych ludzi.

 

Znalazłem parę dni temu coś co nazywa się Terapią Wewnętrznego Dziecka. Już sama nazwa napawa mnie nadzieją, a to, że można ją podobno stosować samemu, mając jedynie dostęp do internetu, wygląda jak cud z nieba. Czy ktoś ma jakieś doświadczenie, albo chociażby wiedzę na ten temat? Jakby tego było mało, natykając się na (tak, często natykam się na różne rzeczy) Zespół Aspergera (dokładnie tutaj), ku mojemu przerażeniu potwierdziłem prawie wszystkie objawy tegoż zespołu u siebie (oprócz zaburzeń mowy i "specjalistycznych zainteresowań"). Przerażenie jest tutaj odpowiednim określeniem, bo samo słowo "choroba" czy "zespół"/"syndrom" wywołuje u mnie paraliż i nadmierną potliwość.

 

Ten post, jak się domyślacie, nie jest jednym z tych w rodzaju: "nie wiem, czy ktoś to przeczyta, ale cieszę się, że mogłem to z siebie wyrzucić". Chcę działać i uratować siebie, żeby móc wieść normalne życie.

 

(Przepraszam za chaos w poście. Nie czuję, jakby to było wszystko na mój temat, ale ktoś to musi w końcu przeczytać i forma książki nie pasowałaby pewnie każdemu ;))

 

Problem jak najbardziej pod DDD ;)

 

Wiem o czym mówisz i poprostu nie ma wyboru jak leczenie objawów :)

 

Bo objawy są tak naprawde skutkami - psychoterapeuta i do przodu, nie ma rady. Trzymam kciuki.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mike619, Hej.

Tak jak ojciec poniżał Ciebie, czynili to inni. Nie napiszę, że sam sobie byłeś winny, że dałeś się poniżać.

Po prostu... taki schemat wniósł w Twoje życie ojciec od najwcześniejszych lat Twojego życia. Ty, jako mały, bezbronny człowiek tkwiłeś w tym schemacie bo innego nie znałeś. Teraz patrzysz na swoje życie z pewnej perspektywy. Runęły Twoje wyobrażenia o "normalnym" ojcu. Powodów dla których znalazłeś się na tym forum może być wiele. Ty wiesz o nich najlepiej, ale nie wiesz jak uporać się ze swoimi trudnościami.

Autoterapia prowadzona przez samego siebie w Twoim przypadku odpada, dlatego, że nie jesteś wobec siebie obiektywny, zresztą... kto jest?

Dlatego najrozsądniejszym rozwiązaniem jest psychoterapia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zacząłem czytać "Terapię wewnętrznego dziecka" Pawła Karpowicza. Jestem w rozdziale "Dziecko w wieku 7-12 lat" i mam autentycznie łzy w oczach :/

 

Powodów dla których znalazłeś się na tym forum może być wiele. Ty wiesz o nich najlepiej, ale nie wiesz jak uporać się ze swoimi trudnościami.

Mało tego, czasami gdy myślę nad sobą i wracam myślami do dzieciństwa czuję, że się boję - ale nie wiem czego. Tak jakby moja podświadomość nie chciała mi powiedzieć, bo nie wypada wychodzić z emocjami na świat zewnętrzny, bo tego nauczyło społeczeństwo. Myślę, że jeszcze nie wiem wystarczająco dużo o sobie i o tym, co tak naprawdę czuję.

 

Autoterapia prowadzona przez samego siebie w Twoim przypadku odpada, dlatego, że nie jesteś wobec siebie obiektywny, zresztą... kto jest?

Dlatego najrozsądniejszym rozwiązaniem jest psychoterapia.

Też zastanawiałem się nad terapią. Ale znajduję tutaj parę trudności. Żyję w małym mieście, a dojazd do najbliższego większego wymaga dłuższej wycieczki autobusem. Po drugie, nie wiem, co będzie dla mnie lepsze - zacząć terapię jeszcze teraz, gdy cały czas mam kontakt z ojcem, czy dopiero jak wyjadę, ale bez kontaktu z rodzicami. I w jednym i w drugim przypadku widzę zarówno zalety jak i wady.

 

Nie wiem czy będę w stanie się otworzyć tak bardzo komuś kogo kompletnie nie znam, ale może być tak, że nie mam innego wyjścia. W takim wypadku jedyne co mogę robić to próbować. Czy mógłby mi ktoś poradzić, na jaką terapię się udać? Czy jest coś takiego w ogóle? Nie mam ani doświadczenia z psychoterapeutami, ani pojęcia jak to wygląda.

 

Przymierzam się, żeby porozmawiać o tym, co czuję, z mamą, ale niestety nie oczekuję wiele. Była już kiedyś podobna rozmowa, dawno temu. Ale jedyne co usłyszałem to: "przesadzasz", "tata już taki jest". Nigdy się jej nie zwierzałem z problemów jakie mam. To był jeden incydent. Teraz czuję, że muszę znów porozmawiać. Ale boję się, że do niczego nie dojdziemy i skończy się na tym samym "przesadzasz".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Weź mój przykład - z ojcem miałem bardzo złe relacje w dzieciństwie, dziś są one obojętnie, nijakie raczej.

Dzieciństwo te wpłynęło w prosty sposób na zagubienie w życiu i wielkie kłopoty.

 

Odpowiadając na Twoje wątpliwości, choć po części, miałem zresztą podobne - do dziś mam kontakt z ojcem z konieczności, choć wolałbym mieć mniejszy, mimo to poszedłem na psychoterapię.

 

Co do przeszkody w pójściu tam, zrób wszystko by tam iść, ja dosłownie leżę finansowo, ale ostatnie pieniądze wydaję na psychoterapię, bo chcę sobie pomóc.

 

Pozdrawiam

 

Krzysztof

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Co do przeszkody w pójściu tam, zrób wszystko by tam iść, ja dosłownie leżę finansowo, ale ostatnie pieniądze wydaję na psychoterapię, bo chcę sobie pomóc.

Jak długo chodzisz na psychoterapię? Czy widzisz poprawę chociażby w małym stopniu?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Rozpocząłem psychoterapię dwa miesiące temu. Chodzę prywatnie, raz w tygodniu, bo na więcej mnie nie stać, raz byłem dwa razy z konieczności, bo tego potrzebowałem.

 

Czy widzę poprawę?. To na pewno za krótko, żeby stwierdzić coś wielkiego, namacalnego, ale coś na pewno się rusza.

 

Mnie przez dziesięć lat nie było wśród ludzi w zasadzie - patologie i inne traumatyczne wydarzenia zrobiły swoje.

Ale podjąłem tą walkę i poszedłem na psychoterapię. Jest ciężko, pewnie będą momenty lepsze gorsze, jak i te najgorsze. Ale każdy kto żył ileś lat w problemach, zaburzeniach, dysfunkcjach, w sposób cudowny w krótkim czasie się tego nie pozbędzie, to nie 3 dniowy cudowny kurs angielskiego, tylko ciężka praca nad sobą.

 

U mnie wzrasta świadomość, w jak złym miejscu jestem i ile jeszcze przede mną drogi do powrotu do siebie i szczęścia. A to niezwykle ciężka droga, czuję to.

 

Ale wiem jedno na pewno, na końcu tej drogi mam nadzieję czeka nagroda, a jeśli nie przejdziemy tej drogi ty czy ja, to zawsze będzie tak samo albo pewnie gorzej niezależnie czy będziemy mieli 40, 60 czy 80 lat, bo tak to działa, jak odgrywanie się płyty.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mike619, a po co czekać, jeśli można już zacząć działać. Co do terapii, jest wiele nurtów, ja jestem zwolenniczką psychodynamicznej.

Przed mamą nigdy się nie otwierałeś bo po prostu... nie byleś nauczony rozmawiać z nią o swoich problemach, o tym co Cię trapi, a nawet, jeśli próbowałeś to mama zbywała Cię słowami, że przesadzasz. Widać, że mama też tkwi w tym schemacie i niezbyt wie, jak pomóc sobie i Tobie.

Co do długości cyklu terapii... u każdego jest inaczej, każdy jest indywidualnym przecież przypadkiem i potrzebuje swojego czasu. Minimalny czas trwania terapii w nurcie psychodynamicznym to okres dwóch lat.

O poprawie nie można mówić po 2 czy nawet 6 miesiącach. Człowiek pracuje nieświadomie na swoje zaburzenie przez całe życie i nie da się w tak krótkim czasie nadrobić "braków".

Ale dobrze, że jesteś gotowy, żeby sobie pomóc. Jeśli człowiek nie jest wewnętrznie przekonany o podjęciu psychoterapii, to terapia nie ma sensu.

Ludzie dojeżdżają na terapię do innych miejscowości, znam takie, które dojeżdżały nawet kilkadziesiąt :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Ale dobrze, że jesteś gotowy, żeby sobie pomóc. Jeśli człowiek nie jest wewnętrznie przekonany o podjęciu psychoterapii, to terapia nie ma sensu.

Co do tego, czy terapia mogłaby mi pomóc, nie mam wątpliwości. Boję się jednak, że nie nie będę mógł się otworzyć, że w trakcie wmówię sobie, że wszystko jest ok, nie potrzebuję żadnej terapii i przez to będzie rzeczywiście bez sensu.

 

Ale chyba nie dowiem się póki nie spróbuję.

 

A na razie dzięki wszystkim, którzy się tutaj wypowiedzieli. Zobaczę jak się rzeczy potoczą i napiszę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Idź, Idź. Te wątpliwości pewnie wszystkich dotyczą, mnie też dotyczyły, myślałem, że sobie poradzę sam, ale nie.

Możesz sobie żyć dalej, ja też mogłem i nie szukać pomocy, ale nie o to chodzi, jeśli masz już jakieś myśli o rozpoczęciu psychoterapii znaczy, że w jakiś sposób już tęsknisz za sobą, za zmianą.

 

Mobilizuj się i idź.

 

Pozdrawiam

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Możesz sobie żyć dalej, ja też mogłem i nie szukać pomocy, ale nie o to chodzi, jeśli masz już jakieś myśli o rozpoczęciu psychoterapii znaczy, że w jakiś sposób już tęsknisz za sobą, za zmianą.

Aż mi się łezka w oku zakręciła, jak to powiedziałeś. To jest dokładnie to, co myślę. Mogę równie dobrze żyć dalej i świat mi się nie zawali z tego powodu... Kurcze, nawet nie umiem tego opisać. Tak, jakbym czuł nadzieję, że mogę żyć inaczej - inaczej niż dotąd. Tak, jakbym miał się znowu narodzić mieć jeszcze jedną szansę... Mam gdzieś w sercu przeczucie, że zbliża się przełomowy moment w moim życiu.

 

Nie wiem, czy to po prostu moja wyobraźnia jest tak bujna i brzmię jak emfatyczny poeta, czy to ma jakiś sens? :/

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Moja historia jest podobna i z ojcem i inne problemy, patologie.

Mogłem nie iść na psychoterapię i co nie przeżyłbym jeszcze z 40 -50 lat?. Pomijając choroby czy wypadki pewnie żebym przeżył, zabić się nie mam ochoty mimo nieprawdopodobnie ciężkich chwil emocjonalnych. Więc dożyć bym dożył.

Ale nie chciałem żyć w apatii, obojętności, ugrzęźnięty w przeszłości, z którą na dzień dzisiejszy nie mogę się pogodzić. Ale poszedłem i tak o parę lat za późno.

Jest ciężko, na wiele pytań nie umiem odpowiedzieć, a jeszcze więcej pewnie nie wiem, ale podjąłem tą rękawicę do lepszego życia.

Nie wiem ile ty masz lat, ja 33. Niektórzy mają 63, 83 i mają większą pogodę ducha niż ja. I do tego dążę, zalatuje ode mnie optymizmem jakimś, ale uwierz mi dno emocjonalne i psychiczne jest mi dobrze znane - to tak w amatorskich słowach jeśli chodzi o terminy.

Ruszaj na terapię, żeby jak najmniej mieć lat zmarnowanych, męki z samym sobą, gdzie cele i marzenia stoją w miejscu i nie ruszą dopóki nie ruszysz się ty. Wiem co mówię, 10 lat mnie nie było, żyłem inaczej niż większość ludzi - in minus oczywiście.

Sam dziś nie wiem jak będzie, nikt tego nie, ale przynajmniej na stare lata sobie powiem, że zrobiłem wszystko.

 

Uwierz mi, że finansowo wegetuje, ale ostatnie dosłownie ostatnie pieniądze wydaję na psychoterapię, chcę sobie pomóc bo mam marzenie, a to ważniejsze od całej ciężkiej, a raczej bardzo ciężkiej drogi, która czeka mnie i ciebie, ja chodzę dopiero dwa miesiące, tyle co nic, sam miałem swoje przemyślenia, ale zawziąłem się i chodzę bez względu na nastrój.

 

Stałem w miejscu 10 lat, nie stój i ty - to tak pokrzepiająco z dobrego serca. Każdy ma jakieś marzenia, cele - odnajdź swój i niech to będzie twój motor napędowy w ciężkich chwilach.

 

Wiadomo, że przed klawiaturą mogę być mądry i w słowach wszystko ładnie można opisać, ale zawsze musi być coś, co cie pchnie - mnie pcha moje marzenie.

 

Miałem takie chwile w życiu, że materiał na film i książkę, ale nawet w tych chwilach gdzie myślałem, że oszaleję, a nie miałem żadnych bliskich osób, żadnych, powtarzałem sobie, że moje marzenie kiedyś się spełni, może nie, ale jeśli tak, to prócz szczęścia wszystkie te złe chwile nie znikną, ale stracą na znaczeniu.

 

Do dziś sam się motywuję co jest na maxa ciężkie, sam nie wiem co to będzie, ale coś próbuję robić.

 

Nie czekaj z psychoterapią, jak koleżanka ci napisała, niektórzy jeżdżą i kilkadziesiąt km.

Bo się zawiesisz jak ja, a szkoda życia.

 

Pozdrawiam

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

maverickWAW, Tyle optymizmu jest w Tobie...

Opisuj tą terapię we wątku, jak wcześniej prosiłam :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Pisałem już w drugim poście że mam podobnie i co do mnie zgadza się DDD, tak się zastanawiam czy tacy jak my mogą sobie poradzić sami czy jest konieczna pomoc specjalisty, trochę mi to nie jest na rękę jeździć po psychologach bo jeszcze nie skończyłem szkoły,nie mam prawka to musiał bym autobusem jeździć sporo kilometrów :-|

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Uwierz mi, że finansowo wegetuje, ale ostatnie dosłownie ostatnie pieniądze wydaję na psychoterapię, chcę sobie pomóc bo mam marzenie, a to ważniejsze od całej ciężkiej, a raczej bardzo ciężkiej drogi, która czeka mnie i ciebie, ja chodzę dopiero dwa miesiące, tyle co nic, sam miałem swoje przemyślenia, ale zawziąłem się i chodzę bez względu na nastrój.

 

Czy to aby nie strzał w kolano? Chodzenie na terapie kiedy się nie ma kasy? Pamiętam jak 2-3 lata temu chodziłem na terapię prywatnie. Ceny w Krakowie między 50 a 100zł. Mam wrażenie że tego rodzaju oferta jest dobra dla osób które stoją dość pewnie finansowo i wydatek miesięcznie tych 300 zł nie jest problemem. Taka osoba ma psychiczną świadomość że się jej nie okrada na tym, że aż tak bardzo nie cierpi finansowo. Natomiast jak ktoś zarabia mało albo pracuje dorywczo, ma problemy z kasą to taka sumka to dość dużo. Np. jak ja chodziłem na terapię nie mogłem się pozbyć wrażenie że płacę zbyt dużo jak na swoje możliwości finansowe i że się mnie oszukuje i szczerze czułem się jak frajer. To pogarszało mój stan. Trafiłem na parę osób które mi odmówiły współpracy mówiąc żebym poszukał sobie roboty, znalazł dziewczynę, wyprowadził się od rodziców i jak dalej będzie problem to mogę przyjść na terapię. I to były najuczciwsze osoby, reszta mnie okradła po prostu. Nie twierdzę, że każdy psychoterapeuta to złodziej żerujący na ludzkim nieszczęściu ale oferta prywatnych gabinetów nie jest dla ludzi którzy zarabiają mało lub bardzo mało. Dla takich ludzi powinna być oferta gabinetów państwowych z NFZ. Ale tu kluczowym słowem jest "powinna".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Trafiłem na parę osób które mi odmówiły współpracy mówiąc żebym poszukał sobie roboty, znalazł dziewczynę, wyprowadził się od rodziców i jak dalej będzie problem to mogę przyjść na terapię. I to były najuczciwsze osoby

W moim wypadku najgłupsze. Bo robiłbym to, co robiłem przez ostatnie 18 lat - chowałbym i tłamsił negatywne emocje w sobie, udając, że wszystko jest ok. Tak właśnie próbowałem żyć od kiedy uświadomiłem sobie, że coś jest ze mną nie tak. Próbowałem niwelować skutki, tak naprawdę nie zdając sobie sprawy z przyczyny.

 

Mam nadzieję, że ja nie trafię na takiego psychoterapeutę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Trafiłem na parę osób które mi odmówiły współpracy mówiąc żebym poszukał sobie roboty, znalazł dziewczynę, wyprowadził się od rodziców i jak dalej będzie problem to mogę przyjść na terapię.

To jakieś chore. Przecież ja na terapię planowałem kiedyś pójść właśnie z powodu, że nie mogę znaleźć roboty, że nie mogę znaleźć dziewczyny, że nie mam jak wyprowadzić się od rodziców właśnie ze względu na to jaki jestem. Teraz już wiem, że nie ma sensu tam nawet uderzać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

monooso, nie słuchaj SinnerInHeaven-a, poczytaj sobie resztę jego postów, to zobaczysz, dlaczego nie warto go słuchać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Teraz zrozumiałem, że nieważne jak bardzo bym nie próbował stosować przeróżne lifehacki i inne pseudoporadniki, w mojej podświadomości i tak będzie wizerunek tego konkretnego modelu mężczyzny i sposobu myślenia.
Konkretnego czyli którego?tego jakim Ty jesteś wg siebie, czy tego jakim jest Twój ojciec, bo z Twojego opisu wynika, że to kompletnie dwie różne osobowości( jeden pluje na innych , a drugi chowa głowę w piasek)..więc skąd pomysł, że istnieje tylko jeden model mężczyzny, skoro Ty i Twój ojciec to już dwa modele? A może któryś z Was to nie mężczyzna? :D

 

Wiem, że ani ojciec nie zmieni swojego zachowania, ani ja nie poprawię z nim relacji

Skąd wiesz te rzeczy?

 

a sam jestem zamknięty w sobie i gdy już rozmawiam z innymi to tylko po to, żeby nie uchodzić za dziwnego i... zamkniętego w sobie. Ale i tak wszyscy widzą jaki jestem i nie ukryję tego. Nie lubię rozmawiać o sobie,

Taa i dlatego walisz elaborat... o sobie... i jeszcze na koniec dodając:Ten post, jak się domyślacie, nie jest jednym z tych w rodzaju: "nie wiem, czy ktoś to przeczyta, ale cieszę się, że mogłem to z siebie wyrzucić"....... ;)

 

wolę komentować to, co się dzieje. Nie jestem towarzyski i unikam większych grup ludzi, a w szczególności ludzi, których nie znam.
No ja np. też..i co z tego? skąd pomysł, że wszyscy ludzie powinni być jednakowo towarzyscy, uśmiechnięci i otwarci na innych, zwłaszcza obcych, a jak ktoś taki nie jest, to znaczy ze coś z nim nie tak?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
skąd pomysł, że wszyscy ludzie powinni być jednakowo towarzyscy, uśmiechnięci i otwarci na innych, zwłaszcza obcych, a jak ktoś taki nie jest, to znaczy ze coś z nim nie tak?

Dla mnie właśnie tym różni się zdrowa osoba od zaburzonej. Zdrowa osoba jest towarzyska, uśmiechnięta i otwarta na innych, a osoba zaburzona trzyma resztą na dystans, nie okazuje emocji, jest zamknięta w sobie, a to wszystko jest spowodowane odczuwanym przez nią lękiem, stresem i blokadami psychicznymi co nie jest normalne. Dam sobie rękę uciąć, że gdyby taka osoba mogła zamienić się miejscem z osobą zdrową to zrobiłaby to bez chwili wahania. Dlaczego? No bo kto niby lubi chorować?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
To jakieś chore. Przecież ja na terapię planowałem kiedyś pójść właśnie z powodu, że nie mogę znaleźć roboty, że nie mogę znaleźć dziewczyny, że nie mam jak wyprowadzić się od rodziców właśnie ze względu na to jaki jestem. Teraz już wiem, że nie ma sensu tam nawet uderzać.

 

Sorki nie chciałem Cię zrazić ani zniechęcić zwłaszcza że nie byłeś tam jeszcze, więc może spróbuj, nie wiem jak czujesz, tylko znajdź dobrego terapeutę. Albo np. idź do trzech potem wybierz jednego. Nie rezygnuj z czegoś tylko dlatego że jakiś gość z forum tak napisał. Natomiast terapeuta nie będzie za Ciebie niejako załatwiał twojego życia. Pomoże uprać się z emocjami, przynajmniej w założeniu ma pomóc, ale nie będzie podejmował decyzji itp. Jak nie byłeś to idź. Żebyś później za 10 lat nie powiedział że "a mogłem..".

 

monooso, nie słuchaj SinnerInHeaven-a, poczytaj sobie resztę jego postów, to zobaczysz, dlaczego nie warto go słuchać.

 

Nie warto go słuchać bo jest szalony...zaszczepił obłęd w swoim mózgu... A tak na poważnie to moje niektóre posty to pewnego rodzaju eksperyment. Nie wierzę że ktoś przy zdrowych zmysłach jest w stanie uwierzyć że trzymam w piwnicy bestię którą karmię lekami i chcę zawładnąć światem. To tylko internet.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Natomiast terapeuta nie będzie za Ciebie niejako załatwiał twojego życia. Pomoże uprać się z emocjami, przynajmniej w założeniu ma pomóc, ale nie będzie podejmował decyzji itp.

A może ma jakieś znajomości i mi robotę by załatwił? Tak terapeutycznie? Życie zaskakuje.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

monooso ale introwertyzm to nie zaburzenie, dla mnie bardziej zaburzony byłby ktoś kto pod płaszczykiem wiecznego uśmiechu ukrywał by swoje prawdziwe "ja", a nie ktoś lękliwy kto tego lęku nie kryje.

 

Zdrowa osoba jest towarzyska, uśmiechnięta i otwarta na innych, a osoba zaburzona trzyma resztą na dystans, nie okazuje emocji, jest zamknięta w sobie, a to wszystko jest spowodowane odczuwanym przez nią lękiem, stresem i blokadami psychicznymi co nie jest normalne.
No tak, włączasz tv, a tam przecież wszyscy wiecznie uśmiechnięci i towarzyscy, lubiący się nawzajem... straciłeś pracę -lubię to! umarł CI ktoś w rodzinie-lubię to! zostałeś oszukany przez kogoś -lubie to!

A jak nie lubisz, to coś musi być z Tobą nie tak...zatem należy iść do terapeuty i jako ponoć zamknięta w sobie osoba, wykazać się otwartością wobec obcej osoby, czyli przełamać coś z powodu czego trafiało się do tego terapeuty... :mrgreen:

 

Dam sobie rękę uciąć, że gdyby taka osoba mogła zamienić się miejscem z osobą zdrową to zrobiłaby to bez chwili wahania.
No to właśnie tę rękę straciłeś, bo ja jakoś jestem zamknięta w sobie,a w życiu bym nie chciała być otwartą księgą dającą wszystkim dostęp do swojej treści...przy czym ja nie uważam, że jestem chora z tego powodu i naprawdę nadal nie kminie skąd Tobie( Wam) coś takiego przyszło do głowy, bo sorry ale wmawiać sobie zaburzenia na takiej podstawie, że jest się kimś innym od innych, czy ma się pewne cechy osobowości, których się u siebie nie lubi to gruba przesada. Nie uważasz?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Czy to aby nie strzał w kolano? Chodzenie na terapie kiedy się nie ma kasy? Pamiętam jak 2-3 lata temu chodziłem na terapię prywatnie. Ceny w Krakowie między 50 a 100zł. Mam wrażenie że tego rodzaju oferta jest dobra dla osób które stoją dość pewnie finansowo i wydatek miesięcznie tych 300 zł nie jest problemem. Taka osoba ma psychiczną świadomość że się jej nie okrada na tym, że aż tak bardzo nie cierpi finansowo. Natomiast jak ktoś zarabia mało albo pracuje dorywczo, ma problemy z kasą to taka sumka to dość dużo. Np. jak ja chodziłem na terapię nie mogłem się pozbyć wrażenie że płacę zbyt dużo jak na swoje możliwości finansowe i że się mnie oszukuje i szczerze czułem się jak frajer.

 

Strzał w kolano to nie, ale trudno to jest. Ja mam normalną pracę, za to masę długów. Każdego dnia, tygodnia i miesiąca uprawiam taką kombinatorykę, żeby moje życie się nie rozleciało, że głowa mała.

 

Ale wolę oddać ostatnie pieniądze na tą psychoterapię niż za dziesięć lat być w tym samym punkcie co teraz i udawać że wszystko jest w porządku, albo nie jest niby tak źle. Chcę sobie pomóc, wygląda to tak, że sobie odmawiam wielu rzeczy albo i wszystkich czasami, ale chcę chodzić na psychoterapię.

 

Ja po prostu nie chcę już czekać dłużej, wystarczająco długo zwlekałem, w jakimś sensie ta zwłoka to czas stracony.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×