Skocz do zawartości
Nerwica.com

Osobowość chwiejna emocjonalnie (typ BORDERLINE)


atrucha

Rekomendowane odpowiedzi

ja tez zawalam maturalna (ktora powtarzam) rozwalam wszystko i wszystkich a ciagle lapie mnie jakis potezny lęk, taki ze w tej chwili spie z nozem pod poduszka i przestalam sie widywac z ludzmi oprocz tych w domu, ktorzy doprowadzaja mnie do furii i do rozpaczy.

 

To straszne, czuć potworny lęk nawet w swoim domu. Dla mnie zaczął się sezon wysokiego lęku od samego rana, przejście 500 m na ulicy kosztowało mnie cholernie dużo stresu. Szłam jak pijana, bojąc się, że zaraz stracę przytomność i orientację. Mój mózg jest wykończony. Co gorsza, jesteśmy w najbardziej dynamicznym itrudnym okresie życia, dlaczego już teraz jesteśmy tak zmęczeni?

Muszę zdać tęszkołę, czeka mnie zapewne wyprowadzka gdzieś daleko, Londyn, powiedzmy. Nie wiem, jak to zrobię. I przeraża mnie przyszłość. Odkąd skończyłam 12 lat jest coraz gorzej, teraz w wieku osiemnastu zastanawiam się, co będzie mój organizm odwalał za kolejne sześć, pięć.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dla mnie ukonczenie szkoly byloby przepustka do rozwiazania czesci swoich problemow, ucieczki od toksycznych rodzicow i miejsc, a przede wszystkim wspomnien. No coz ale od samej siebie nie uciekne. Mam tok indywidualny w szkole, ale to i tak dla mnie duze wyWanie, zdazy mi sie wyleciec ze szkoly z placzem i zwiac. Najgorszy jest dla mnie ten stan depresyjny, spie kilkanascie godzin, ciagle rozpamietuje wszystkie cierpienia, i tak wlasciwie to przestalo mi na czymkolwiek zalezec. Nienawidze siebie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

moyraa, pomieszkujemy czasami, po pare dni, ale robimy sobie przerwy. Nie znosze kiedy on sie denerwuje, bo wtedy wydaje mi sie, ze to moja wina, bez wzgledu na powod jego nerówow. Czuje sie winna wtedy, nawet jak przewróci się o własne kapcie. Ciągle boje sie, że mnie zostawi, zdradzi, że będzie miał dosyć moich leków, obaw, pretensji, obsesji na punkcie jego komunikowania się z matką jego dziecka, która zresztą nie ułatwia nam życia. Boje się, że popadnę znowu w jakiś obłęd, depresję i znów trafię do szpitala.

Nie chce go denerwować.... nie wiem jak się zdystansować. Męczę się wtedy kiedy ograniczam z nim kontakt. Obiecuje sobie, że nie będe nic mówić , ani miec pretensji, niech się samo toczy i nagle dostaje jakiegoś słowotoku i znowu potem mam wyrzuty sumienia. No nie można ze soba wtrzymać! To chore.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja też myślałam, że ukończenie szkoły to będzie ... coś lepszego, że mnie coś czeka. 2 lata jakoś zleciały od tego czasu, a po prostu rozwija się we mnie jakaś ciężka nerwica, lęk przed sobą, życiem, ciałem, głosem swoim, wszystkim... Także planuję zacząć na nowo, ale najpierw muszę wrócić do wagi... Pozdrawiam wszystkich...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Po szkole nie będzie latwo bo nie należę do osób dobrze radzących sobie w świecie, ale to jedyna sciezka do uwolnienia sie od tego co mnie niszczy. A wlasnie jak u was z waga? Ja w depresji szybko chudnę, jeszcze rok temu wazylam 25 kilo mniej, po powrocie ze szpitala prztylam 15 po rispolepcie. Od września znowu zaczelam chudnąć bo zaczela sie znów depresja i lęki. Obecnie w ciągu poltora miesiąca przytylam 10 kilo przez sympramol.... Wyglądam tragicznie, porozbijałam wszystkie lustra w domu, aż boje sie patrzec w moje odbicie, nienawidzę go...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No, ja też nie mogę patrzeć. Miesiąc temu ciągle płakałam jak widziałam swoje odbicie... że już w wieku 21 lat to mi nie wróci młoda skóra i takie tam... oczy mi się zapadły, włosy po prostu garściami sypały... Chciałabym ważyć ponad 50 kg. Tak z 51 może. A ważę 40... A mam metr 70...

 

Ale będę wp...rdalać. Nie mogę już znieść tych staników, spodni xxs za duzych ani nic już nie mogę znieść! I nie będę...

 

Jak przytyję to wszystko wróci do normy. Najwyżej pojdę zbierać truskawki na ssrajach i innych i pójdę pod skalpel.

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja tez sobie wyrywam włosy ze złości i drapie twarz. Kiedys sie okaleczalam ale odstawilam leki już dosyć dawno i sie to unormowalo. Teraz juz tak nie robie. To juz kolejny etap. Reaguje frustracja. Leze i umieram w myślach. Pozniej mi jakby nigdy nic przechodzi. Śmieje si3 do nastepnego nagromadzenia stresu. Ostatnio nie moge spac q nocy. Boje sie ze jak otworze oczy to zobacze jakiegos ducha. Dzieciece leki a 26 lat na karku. 26 lat a od gimnazjum nic się juz prawie nie zmieniło. Co do facetow to tez pasmo nieszczesc. Jak teraz na to patrze to nie dziwie sie, ze co niektórzy maja mnie za idiotke. Przedostatni tez mial zaburzenia, tyle że narcyzm i osobowość niedojrzala. Nie traktowal powaznie moich wypowiedzi. Nawet jak mowilam zeby wyp... to on się i tak smial- tacy sa najgorsi. Budził we mnie agresje. Byly tez pozytywne strony ale ostatecznie sie rozstalismy. Teraz jestem od ponad roku z nowym mezczyzna. Od A do Z taki jak chciałam i o dziwo.. potrafię juz nie odreagowywac na nim. Złego slowa nie powiem, nie mowiac juz o rekoczynach. Zamieszkalam z nim potajemnie (przed swoja rodzina) u niego w domu. Nie ma krzykow, nikt nikomu zle nie życzy, wszyscy sie wspieraja i szanuja. Na cale szczęście jakos mnie zaakceptowali i zyje tutaj z nimi spokojnie. Do rodziny nie jeżdżę prawie wcale. Mimo to zaczelam motac na innych plaszczyznach i dalej mam doly

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

moyraa, dziękuję... też życzę wytrwałości.

robotnica, współczuję Ci, bo wiem co to znaczy. Jeszcze 2 lata temu ważyłam 46kg, blada, włosy wypadały, każdy ciuch to koszmar, brzydziłam się na siebie patrzeć. Stres mnie wykończył doszczętnie. Dopiero w szpitalu dali mi leki, który powodowały też wzrost wagi i po 3 miesiacach zauwazyłam poprawę. Swietnie sie czułam, zaokrągliłam się, ściełam krótko włosy, musiałam kupowac w koncu rozmiar M zamiast XS - wazyłam 60kg , niestety po roku odstawienia leków waga spadła, ale nadal utrzymuje 53kg i troche tylko mi ubyło w ciele.

Wiem jak trudno zyc w niezgodzie ze swoim cialem, moze wiec warto poradzic sie i sprobowac podobnie jak ja?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Conessa, ale leki psychotropowe Tobie dali?... Bo ja się boję tak przytyć jak widziałam w szpitalu psychiatrycznym jak tyją... To chyba nie jest dobre. W sensie - niezdrowe. W sumie to nie wiem. Miałam brać paroksetynę niby na przytycie, ale się przestraszyłam opinii w internecie...

 

Na razie i tak nic nie robię, tylko siedzę w domu... Cały czas kombinuję z mamą co z tym zrobić. Ona mowi - jedz. No to jem... ; ) Pozdro, Conessa.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Conessa, ale leki psychotropowe Tobie dali?... Bo ja się boję tak przytyć jak widziałam w szpitalu psychiatrycznym jak tyją... To chyba nie jest dobre. W sensie - niezdrowe. W sumie to nie wiem. Miałam brać paroksetynę niby na przytycie, ale się przestraszyłam opinii w internecie...

 

leków od których można rzeczywiście utyć jest niewiele - depakine, olanzapina, mirtazapina, mianseryna, kilka innych może powodować wzrost wagi - ale znikomy (poniżej 5 kg)

 

oczywiście wszystko zależy od organizmu, można nie przytyć w ogóle, czasem też waga szybko wraca do normy po odstawieniu leku

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

robotnica, nie jest to zdrowe bo nienaturalne. W sumie to zaczynasz bardziej puchnąć jakby woda zatrzymywała się w organiźmie, no ale mi troche pomogło i jestem zadowolona.

Ja głownie pęczniałam od mirtazapiny jak napisała barsinister, .

Brałam je w sumie przez rok, potem odstawiałam więc nie wiem co byłoby gdybym brała je dalej.

 

outsiderka., jakoś to rozumiem. Napisałaś "leżę i umieram w myślach" - chyba jestem na tym samym etapie. Wcześniej jak się okaleczałam to było po sprawie, a teraz albo wybuch szału i agresji albo myśli, które zabijają umysł i płacz bezradności.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gość abstrakcyjna
Dla mnie ukonczenie szkoly byloby przepustka do rozwiazania czesci swoich problemow, ucieczki od toksycznych rodzicow i miejsc, a przede wszystkim wspomnien. No coz ale od samej siebie nie uciekne.

 

Też tak myślałam, że jak się wyprowadzę to wiele się zmieni. I faktycznie taka ucieczka od rodzinnego domu wiele zmieniła w moim życiu. Przede wszystkim mam święty spokój i mam pełną kontrolę nad kontaktami z rodzicami. Nic nie muszę. Ale zostały inne rzeczy we mnie, które gdzie bym nie była to będą. Nie mam zbytnio kontroli nad tym. Mam tak skrajne myśli, że gubię się w tym. Odczuwam bezsens życia, mam ochotę to wszystko rzucić, choć myślę, że bym tego żałowała. Doszłam do pewnej stabilności, jeśli chodzi o pracę, studia etc. Ale w środku totalny chaos. Eh, szkoda pisać dalej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

abstrakcyjna, to zgubne jest. W pewnym sensie sie uwalniasz, jesteś sama za siebie odpowiedzialna, a potem... jak nacieszysz się swoją wolnością i brakiem kontroli popada się w inne problemy. Mam czasem wrażenie, że to nie skończone problemy. Ale fakt faktem, że w pewnym wieku trzeba już oddalić się od rodziców i żyć samemu. Decydować o własnym życiu.

Ja to cieszę się, że jestem dalej od rodziny, spotykamy się od święta i tak jest dobrze. Muszę tylko jeszcze nauczyć się żyć z partnerem. Nie z doskoku ale codziennie.

Za każdym razem zadaje sobie to samo pytanie... czemu MY. Czemu jesteśmy takie popieprzone. Z problemami. Takie za wrażliwe na świat.

 

PS z innej beczki.... oglądacie serial BEZ TAJEMNIC? jest tam Popławska, która gra przypadek bordera...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Znowu czuję silną potrzebę utożsamienia się z czymś, kimś. Podobnie czułam się wtedy, kiedy wpadłam w szał lub histerię, po czym zaczęłam kopać i bić siebie, czy jakoś podobnie... Mama nie mogła słowa powiedzieć, bo zaczynałam krzyczeć. Znów. Znów to samo. Dziewczynka we mnie płacze, wyraźnie płacze. Trudno nie słyszeć... Staję się bezsilna, przerażona i zła jednocześnie.

Zauważyłam, że powracając do normalności, „czując siebie”, nie odczuwam potrzeby utożsamienia się. Przynajmniej nie tak silnie, jednoznacznie... Również wszelkie etykietki stają się niezbyt ważne. Czy ktoś może w końcu pomóc mi to zrozumieć? Dlaczego czuję w sobie tak silny brak? Z drugiej strony – znowu zarzucam sobie, że wszystko sobie wymyślam. Jednakże – jak można sobie wymyślać tak silne emocje?? Czując się "normalnie" - nawet, gdybym chciała nie wywołam tego typu reakcji emocjonalnych. A może wszyscy tak czują?

 

Usilnie potrzebuję kogoś, ale jednocześnie włącza mi się tryb NIE DOTYKAJ MNIE i NIE MÓW DO MNIE, pojawia się złość i chęć pobicia wskutek prób jakiegokolwiek realnego kontaktu ze mną. Czuję, że muszę bronić się przed atakiem, choć poniekąd wiem, że nikt mnie nie atakuje. Ale czuję, że tak jest. Czuję się atakowana poprzez słowa i gesty skierowane do mnie. Kocham te emocje i jednocześnie nienawidzę ich.

Wiem już; zrozumiałam, że czytanie tych wszystkich książek (w dużej mierze - destrukcyjnych, bądź też takich przesłanek w nich szukałam...) było niczym innym jak desperacką próbą odnalezienia siebie i stworzenia jakiegoś korzenia... Kiedy „ulatniam się” - znów czuję chęć poszukiwania Prawdy Życiowej. Muszę już, szybko, wyraźnie. Szukanie siebie w taki sposób chroniło mnie również przed kontaktem ze światem realnym, kontaktem z ludźmi. Skutkiem ubocznym stała się coraz silniejsza pogarda wobec innych...

Może chodziło przede wszystkim o mnie samą, a nie o działanie seronilu?

Czy mogłabym puścić to uczucie? Przed czym ono mnie chroni? O co tak naprawdę chodzi? Mam się tak domyślać, bawić się ze sobą w kotka i myszkę?

Chyba jednak nie wkręcam sobie utrzymując, że trzymam siebie na cienkiej nici...

 

Hej... A jeszcze kilka godzin temu czułam, że w końcu zaczęłam mocno kochać świat i ludzi, darzyć ich sympatią, czułością. Było... jakoś tak normalnie. A okres kilku ostatnich miesięcy wydawał się odległym snem, czymś nienależącym do mnie, nieświadomym.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

To ' nie dotykaj mnie' i 'nie mów do mnie' nazywam u siebie agresorem na wszystko co mnie otacza.Kazdy jest dla nas potencjalnym wrogiem i nikogo nie dopuszczamy do siebie. Smutną prawdą jest to ze czujemy sie cholernie samotne, ale bronimy sie przed niezrozumieniem i odrzuceniem.

Rok temu obiecalam sobie ze nie pozwole żadnemu facetowi sie zbliżyć ani bron boże dotknąć. Doznalam przez nich takiej krzywdy, ze pozabijałabym wszystkich. Najpierw sie ich boje, a później sie przełączam na tryb obrony, momentalnie. Minal rok a ja do tej pory nie mialam żadnego kontaktu z facetem.

To tak jak bym byla ograniczona, tyle ze przez sama siebie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ja mam wizyte u neurologa za tydzien, i bardzo sie stresuje, bo niestety moje samookaleczenia sa bardzo rozlegle, do tego trichotillomania i koszmar na mojej glowie. Ide z bardzo silnymi bolami glowy, prawdopodobnie to nerwicowe, ale kilka lekarzy juz mi nie wierzylo i zle mnie traktowalo, bo mloda i z problemami psychicznymi. Okropnie sie denerwuje, bo wiem ze moge wybuchnac i nic z wizyty. :(

Moj psychiatra jest bardzo ostrozny i chce sie upewnic co z tymi bolami, bo nie chce mi dawac lekow uspokajajacych ani silnych przeciwbolowych bo wie ze zdazylo mi sie kilka razy przedawkowac i w silnych emocjach moge sie nałykac.

Tomografie mialam robiona rok temu i zaden z lekarzy nie widzial sensu robienia jej ponownie.

:cry: Nie mam juz sily szukac pomocy, traktuja mnie jak scierwo..

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

karoll007, nie poddawaj się z tym neurologiem. ja zaniedbałam tę kwestię i dopiero niedawno zrobiono mi eeg (jestem na oddziale psychiatrycznym). okazało się, że wyniki kiepskie, więc miałam powtórkę z deprywacją snu i... łup, diagnoza: padaczka. na szczęście taka bez drgawek. rozmawiałam z neurologiem i bardzo możliwe, że to po wrześniowej próbie samobójczej (przedawkowanie leków, dwa ataki drgawkowe na sorze - tomograf, którego nawet nie pamiętam, bo byłam nieprzytomna, nic nie wykazał). i teraz co najmniej 2 lata będę jechać na depakine, która mnie zmula i otępia. mam też zlecony rezonans, bo przed długi czas dostawałam sulpiryd. działanie super, ale prolaktyna bardzo skoczyła w górę i teraz trzeba sprawdzić przysadkę

 

...także fajnie, że masz uważnego psychiatrę, wcale nie tak łatwo na takiego trafić. zadbaj o zdrowie :) czasem to jedyna forma opieki nad sobą dla bordera, a ta sytuacja może mieć o wiele większą wartość (nie tylko somatyczną, znaczy się) niż myślisz.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

karoll007 dokladnie, jest wielu lekarzy, ktorzy traktuja ludzi jak scierwo, dlatego ja zawsze sptawdzam opinie na necie. Czasem jednak ma sie do czynienia z przypadkowymi osobnikami. Rok temu odwalilam. Taka akcja, mieszkalam wtedy sama i chcialam silnych emocji, poznalam typka przez internet i sciagnelam go do domu. Krecilo mnie to 'nieznane'. Popilismy (wtedy bralam leki SSRI ;() i to mi wlaczylo chora ekscytacje. Zakrecil mnie ten facet, powiedzial, ze przyjdzie nastepnego dnia, ale byla cisza w telefonie. Oczywiscie zaczal sie zjazd, dol nie do opanowania. Rzadko sie zdarza, ze tak bardzo chce smierci. To skutek lekow i alkoholu, dlatego odradzam. Napisalam mu, ze chce to zrobic i.. nie odbieralam telefonu. A tak, zeby sie bal, a co mi tam. Siedzialam, pilam, sluchalam smetow, mialam tabletki naszykowane. Bawilam sie nimi, ogladalam. W miedzyczasie ktos dzwonil domofonem. Nie otworzylam :)) jak sie pozniej okazalo to byl ON. Za jakis czas puscilo mnie, jak zwykle i znow chcialam zyc. Tym razem otworzylam drzwi, bo znow kros dzwonil. Myslalam, ze to on dalej czeka. a to byla POLICJA. Koles powiadomil ich, ze chce TO zrobic. Oni wezwali karetke. Karetka przyjezdza, a mnie wtedy zebralo na smiech, bo ratownik medyczny, ktory przyjechal, to byl moj eks. Nie ma zmiluj, zabrali mnie do szpitala. Tam wlasnie zaczelam sie bac lekarzy. Nie wiem naprawde czemu dla nich nie ma roznicy, czy ktos ma schizofrenie, ktora jest ciezka choroba, czy tez zaburzenia osobowosci - jednakowo traktuja pacjentow z przymruzeniem oka. Juz na izbie przyjec zaczelam plakac, ze musze wracac, bo nie chce stracic studiow, mowilam, ze tak naprawde nie chcialam tego zrobic. Bylam zdenerwowana i lekarz sie zapytal czy dac mi cos na uspokojenie. Ja mowie, ze nie chce, wole sie sama uspokoic. Ale gdzie tam, bardzo uczynny lekarz przepisal jakas gorzka tabletke na relax. Zabrali mnie na oddzial. Chcialam powiadomic rodzine (zabrali mi telefon) a oni, zebym kladla sie spac. Nikt mi nie chcial dac zadzwonic. Przeciez jak tam jestem to jestem po..ana no nie. Pielegniareczki, mysle, przyjdziecie kiedys do mnie do apteki... Musialam zadzwonic z budki, ktora tam byla, na policje, zeby oni powiadomili rodzine. Dalszy pobyt hmm trafila mi sie najgorsza kosa jako lekarz prowadzacy. Ciezko mi opisac jej fenomen. Cos w skrocie, ze jak zechce to bedzie mnie tam trzymala nie tydzien ale pare miesiecy. Oczywiscie poleciala moja ulubiona karbamazepina, po ktorej nie czailam zbyt wiele i jak to ja mowie 'przeszlam do krainy cieni'. Przyjezdzala do mnie rodzina, chcieli mnie jakos wypisac ale nic z tego, bylam potencjalnym samobojca, zagrozeniem. Za slowa sie placi. Za kazdym razem na obchodzie pytali jak sie czuje mowilam ze dobrze. W koncu poszlam do ordynator, poskarzylam na tamta prowadzaca i jakos sie ruszylo! siostra potwierdzila, co tamta powiedziala, ze jak zechce to mnie tu potrzyma. W sumie 8 dni tam siedzialam. Nic mi to nie pomoglo. Jak tylko wyszlam to odstawilam karbamazepine. Tak mnie chcieli stabilizowac czy cos. Mowilam ze na poprzednim leku tj escitalopramie czulam sie dobrze, ale zepsulam wszystko bo sie napilam. Nie docieralo. Przeciez jestem nienormalna, wiec co ja moge wiedziec. A jeeszcze tak na koniec. Najlepsze bylo jak mnie wiezli na tomografie komputerowa w karetce z gostkiem w pasach z oddzialu sadowego.

Dzis czuje, ze znow brak mi emocji. Nie spalam chyba do 3 w nocy. Co to jest, ze jak tylko zgasze swiatlo to boje sie poruszyc. Powiedzialam o tym mamie, a ona na to, ze moja siostra (ktora mieszka za granica) ma to samo! dziekuje ci tato za te wszystkie noce, kiedy nie spalam, bo pilnowalam mamy, by w razie potrzeby skoczyc ci do gardla. Gotowa na wszystko 6 latka, 20 lat pozniej, dalej boi sie zasnac. Przepraszam dziewczyny, ze to pisze.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

outsiderka., współczuje...

To, że piszesz, to potrzeba wywalenia z siebie żalu, lepsze to niż robienie sobie czegoś.

 

Ja dziś od popołudnia zimna jak lód, oczy spuchnięte, mdli mnie, ciągle płaczę. Co się ze mną znowu dzieje? czemu jestem taka porąbana, czemu tęsknie tak do swojego faceta i za wszelką cene chce przy nim być! To jest nie do wytrzymania! Chce by był przy mnie a jednocześnie boje się, że przez to, że ciągle do niego wzdycham go strace.... Sam dziś powiedział, że boi się, że nam nie wyjdzie... bo ja mam problem, jestem trudna, nieobliczalna on tez nerwowy... Widzę po nim, że ma obawy. I tym samym kiedy on się odsuwa, ja szaleję. Jestem żałosna. Mam ochote uciekać, zniknąć, odciąć się a zarazem boje się, że on ucieknie gdy się tylko odwrócę. Jak się nie uspokoję to zniszczę to.

Czuję jakby się kur** zbliżało jakieś pier*olnięcie od rana w lęku. Musze panować nad sobą, bo jeśli znów coś odwalę to stracę w jego oczach. Nie chce by taką mnie widział.... chce być dla niego uśmiechnięta i radosna. Nie umiem sobie sama poradzić, luuuudzieeeee oszaleje.

Przyjechałam do rodziców dzisiaj, ale już mam ochotę wracać do swojego mieszkania bo tu nie moge płakać ani pokazać po sobie, że czuje się nieszczęśliwa. Boję się, że doprowadze sie do stanu że znów trafię do szpitala. Nie chce... :( nie wiem co zrobić, gdzie iść.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Conessa ja jakis slowotok mam. Ciagle na necie siedze. Tez zjechalam do domu z miejsca, gdzie studiuje i nie mam z kim pogadac. Ze swoimi nawet mi sie nie chce. Babcia mowi, ze jestem leniem i tyle, nie wie co mi jest. Mam sie tylko uczyc, najlepiej na stypendium. Jak dzwonie do nich to pierwsze pytanie czy 'bylam dzis na wykladach'. Jak mowie, ze nie, bo sie zle czuje to teksty, ze nie mam nic do roboty, tylko sie uczyc a i tak mi sie nie chce i ZE TO NIE MA SENSU. 'No to wracaj do domu i trzeba bedzie rente zalatwic'. Denerwuje mnie to. Kiedys dawalam sobie rade. Jak mialam sajgon w domu (od zawsze do gimnazjum) mobilizowalam sie maksymalnie. Zawsze mialam byc najlepsza. Nastalo liceum. Zobaczylam, ze sa lepsi. Ale tez nie do konca nie wiem czy to to. Od tamtej pory robie niewiele. Jestem prawie najgorsza. Ciagle cos poprawiam. Nie zaliczam, przekladam. I to przekonanie, ze i tak jestem do niczego. Mniejsza z tym.

Mialam sie dzis uczyc, skoro nie spie w nocy, bo sie boje, to zaserwowalam sobie 'cos na pobudzenie'. Teraz ani sie nie ucze ani nie chce mi sie spac. Nosi mnie. Slucham piosenek. Placze, pozniej sie smieje. I...

szukam emocji w wymyslonych sytuacjach. W zwiazku stabilizacja, ale ja marze o czyms/kims innym. Nieuchwytnym. Glupie to jest bardzo bardzo. Facet ze studiow, doktor, elektrycznosc i magnetyzm. Nic od niego nie chce, wystarczy mi tylko skrzyzowanie spojrzen? To jest w tej chwili dla mnie bardziej ekscytujace niz ta stabilizacja, jednak niczego nie bede burzyc. Rozsadek?? wiem, ze jesli dam sie poniesc tej niedorzecznej mysli to skoncze na tym, ze bede sama a tego nie chce, wiec jestem bo jestem. Kocham i nic nie czuje na przemian.

Conessa a jeszcze a propos facetow wlasnie to mi czesto zarzucano, ze chce miec kogos na wlasnosc. Myslalam, ze jak sie kogos kocha to chce sie z nim byc jak najczesciej i albo naczytalam sie ksiazek i jestem romantykiem albo jestem psychiczna. Teraz staram sie dawac troche wolnosci, ale i tak leze i czekam, kiedy przyjdzie z pracy lub skads tam, bo nie mam ochoty wstawac i cos robic jak go nie ma. On jest moja tarcza ochronna. Ja placze, on lezy przytulony z tylu. Wtedy wiem, ze nic mi sie nie stanie. Jak bylam z osobami podobnymi do mnie, nerwowymi, to dzialaly wlasnie te mechanizmy BPD. Dopiero, kiedy trafilam na swoje zupelne przeciwienstwo, jestem w stanie opanowac je w stosunku do niego. Jak mam sie na nim wyzywac skoro to nawet nie wypada w stosunku do osoby, ktora zawsze jest za mna, nigdy nic zlego na mnie nie powiedziala. Inni byli inni. No dobra koniec juz na dzisiaj :uklon: PS nie mam polskich znakow na klawiaturze, stad takie pisanie

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

To zazdroszczę Ci takiego partnera... Mój zawsze interesował się moją choborą, mówił, że potrzebuję kogoś kto mnie zrozumie i będzie pomagał. On zawsze się starał ale czasem też mu puszczają nerwy a ja dalej w kołko to samo i to samo... Jakiś mało czuły ostatnio jest dla mnie i dużo się denerwuje (nie tylko na mnie, ogólne problemy) i dlatego mechanizmy się uruchomiły. Może mu powiem, że chciałabym aby był bardziej czuły?

Już stara się robię. On jest po przejściach. Ma dziecko. Ma drugi świat. Ze mną nic poważnego nie zbuduje na razie, bo musi minąć czas a ja już chcę kogoś miec u boku. Dziecka raczej nie, bo nie czuję się na to gotowa... choć on czasem wpominał, że nie teraz, ale może za rok.. że ze mną chciałby mieć dziecko bardzo. Tęsknie za nim... tak bardzo tęsknie.

 

 

Co do Twojej wypowiedzi, że chce się czegoś nieuchwytnego, ekscytującego to znam to. Za dobrze. Głupia zabawa. Ja chce czuć się bardzo kochana.

Jeśli ma się przy sobie osobę, która daje CI dużo wsparcia i ciepła, to łatwiej znieść wszystko. On nie jest w całości dla mnie, dlatego jest mi ciężko.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gość
Ten temat został zamknięty. Brak możliwości dodania odpowiedzi.
×