Rozstanie - bezradność w beznadziejnym stanie

Metody rozwiązywania konfliktów w związkach. Problemy oraz sposoby radzenia sobie z "trudnymi" partnerami. Przemoc w rodzinie.

Rozstanie - bezradność w beznadziejnym stanie

przez zagubiony28 22 paź 2013, 15:00
Trochę dziwnie mi tu pisać o swojej beznadziejnej historii. Nigdy tego nie preferowałem, uważając to zawsze za głupie, ale obecny mój stan jest tak beznadziejny, że potrzebuję się wygadać. Jestem facetem, ale moja psychika ostatnimi czasy już spadła na samo dno. Dosięgła dna z kiedyś. Potrzebuję z każdą chwilą i momentem wydusić z siebie to co we mnie siedzi a zostałem z tym wszystkim po prostu sami. Nie mam nawet komu tego powiedzieć. Wycisnąć z siebie ten żal. Nie wiem czy dobrze robię, nie wiem z jaką opinią się tu spotkam na mój temat. Nie ważne. Może nie długo będzie to już nie ważne...


Wychowałem się w rodzinie daleko odbiegającej od rodziny jaką powinna stanowić. Brak rozmów, brak czułości, brak spędzania razem czasu. Alkoholizm ojca a potem matki. Romanse matki w które jako mały chłopak w okresie dojrzewania byłem uwikłany. Potem jej problemy z długami, aż po dziś. Nigdy nie czułem się kimś wartościowym. Zawsze szukałem powodu by myśleć negatywnie, że ją stracę, że w porównaniu z kimś wypadam słabo. Nie potrafiłem sam mierzyć swojej wartości, tym samym popadając w kompleksy. Nie umiejętność radzenia sobie z problemami i sposób ich rozwiązywania chowając głowę w piasek był moim instynktem samozachowawczym wpajanym przez lata dzieciństwa.
Poznanie K pokazało mi jak wygląda szczęśliwe życie. Jak wygląda miłość której w domu nigdy nie zaznałem. Pomagała mi w wielu problemach stanowiąc jedyną podporę w życiu codziennym i jedyne miejsce ucieczki od tej ciężkiej na co dzień sytuacji. Była zawsze gdy ją potrzebowałem.

Moje rozstanie nie jest typowym rozstaniem. Jest rozstaniem pełnym wielu niewiadomych po dziś dzień. Z K tworzyłem związek ponad 6 lat. Raz było dobrze raz gorzej. Niestety ostatni rok był drogą przez mękę zarówno dla niej jak i dla mnie. Jej ciągłe problemy w pracy które zatruwały nasze relacje i spotkania podobnie i obrzucanie mnie winą że jej nie potrafię pomóc sprawiały że chciałem stopniowo uciekać od problemów i tym samym zaniżały moją samoocenę. Z każdym problemem czułem się zerem dla niej. Problem naszych uczuć pozostawał gdzieś obok. Za dużo tego się nawarstwiało. Potrzebowałem poznać kogoś z kim mogłem o tym mówić, kto mi dawał uczucie bycia bardziej wartościowym człowiekiem. C poznałem w marcu i od tego momentu wszystko powoli się zmieniało.
Czułem że ta osoba mi pomaga i czułem że się mną fascynuje. To było miłe. Pozwalało zapominać mi o rzeczywistości, uciec od problemów które ciągle były. Nigdy jednak w tym wszystkim nie myślałem o zdradzie czy szukaniu innej kobiety na miejsce K. Sprawy wymknęły się spod kontroli. Zacząłem otwarcie mówić K że kogoś poznałem ale że ta osoba mi pomaga. Zazdrość, wykorzystywanie do celowego wzbudzania zazdrości w sposób nie raz naprawdę przeginający. Chciałem zwrócić uwagę K na siebie. Chciałem aby poczuła że może mnie stracić ale nigdy nie przyjmowałem tego do wiadomości. Pojawiło się moje wątpienie w swoje uczucia wynikające ze złego postępowania. Każdy dzień stopniowo rujnował wszystko a ja zaczynałem się gubić i zarazem wstydzić tego co robiłem. Nie potrafię wytłumaczyć swojego zachowania. Każdy miesiąc dawał coraz większy ciężar. Ona się starała i ja też jednak mnie brakowało sił. Dawała sygnały aby porozmawiać, ja jednak nie umiałem już przyjąć kolejnego problemu. Nie potrafiliśmy się nawet rozstać bo uczyniła to rozmowa na gg. Na jej stwierdzenie o szukaniu kogoś innego i zrobieniu sobie przerwy uniosłem się złością i tak zaprzestaliśmy spotkań. Oczywiście wszystko miało swoje powody nasza historia jest długa pełna rozczarowań. Postanowiłem przeczekać ten czas od końca lipca aby zatęsknić za sobą, aby zrozumieć co do siebie czujemy. Czułem, że czas pozytywnie na nas wpłynie. Potrzebowałem wyciszenia i przemyślenia swoich problemów. Przez ten czas kilka razy pisałem że mi na niej zależy. Że myślę nad spotkaniem, ale potrzebuje czasu. Ona cierpiała a ja nie potrafiłem znaleźć w sobie siły aby jej pomóc. Aby uciec od tego wszystkiego rozpocząłem generalny remont wraz z początkiem sierpnia. Wstawałem z rana a kończyłem późną nocą tak aby nie starać się nawet myśleć a padać i spać. Praktycznie nie jadłem. Przez ten czas zrozumiałem jak mocno ją kocham jak wiele dla mnie wniosła do naprawdę trudnego życia przepełnionego problemami w rodzinie. Jak bardzo za nią tęsknie i że moje wątpienia w swoje uczucia były błędem bo zawsze ją kochałem. Wiedziałem że to nie jest tylko ktoś kogo kocham ale ktoś kto jest również moim przyjacielem i osobą zawsze oddaną. Nasze kontakty były oschłe, ona mnie unikała. Z każdym krokiem to mnie co raz bardziej dystansowało. Jednak 2 tygodnie temu postanowiłem wrócić nie wytrzymując już nerwowo. Wiedząc jak ją kocham i jak byłem głupi myśląc że jest inaczej. Okazało się jednak że ona już zdążyła spotykać się z innymi i nadal to robi. To był sposób dla niej na stan w jakim była i gdy nie był w stanie jej pomóc psycholog. Wyjść do ludzi. Mnie jest potwornie z tym wszystkim bo zawsze starałem się aby nikt nie zaszkodził naszemu uczuciu, aby nikt się nie pojawił bo to było dla mnie nie do zniesienia. Nie rozumiałem jak można po 6 latach związku nagle odkochać się i zacząć z kimś innym po miesiącu. Wiedziałem że sam do tego doprowadziłem. To był dla mnie początek końca. Spotkaliśmy się i powiedziałem szczerze co czułem i czuję. Jak wiele dla mnie znaczy i wiem że popełniłem wiele błędów które ciężko mi sobie wybaczyć i chciałbym odbudować nasze relacje zaczynając od mojego wizerunku w niej. Niestety ona nie jest gotowa. Czuje wielką krzywdę z mojej strony użalania się nad sobą przez cały związek z mojej strony. Nie jest w stanie wybaczyć mi na ten moment mojego postępowania, mówiąc wprost że nie wyobraża sobie tego na ten moment. Że znikam na 3 miesiące i nagle chce z nią być. Wiem że zbłądziłem ale wiem że to było dla mnie potrzebne i dla niej a żebyśmy wiedzieli co tka naprawdę do siebie czujemy. Teraz potwornie żałuję że nie mogę jej pokazać jak bardzo ją kocham, a wiem jak wielkie to jest uczucie i mimo tego że potrafiła z kimś po miesiącu iść do łóżka czuję na tyle sił że jestem w stanie to wybaczyć. Jednak obecny stan sprawił iż byłem zbyt nachalny. Zaczęła mnie unikać i odpowiadać na sms. Nie wytrzymałem i poprosiłem, ją aby jasno określiła co mam zrobić. Czy mam zniknąć. Dostałem wiadomość że dla niej to zbyt trudne na ten moment i że jest zagubiona i najlepiej jeśli zniknę na zawsze bądź na chwilę. Nie umiem się z tym pogodzić tym bardziej wiedząc że po 6 latach człowiek nie odkocha się od razu więc w niej coś na pewno do mnie siedzi. Tym bardziej fakt, że siedzi we mnie naprawdę szczera miłość która chce jej dać i naprawić to co ostatnimi czasy się popsuło, a nie móc tego okazać dobija każdego dnia. Od jej koleżanki dowiedziałem się że ona nie już nie kocha i ze mną nie będzie. Żebym sobie dał spokój i do niej nie wracał bo nić w tym nie pomoże. Dla mnie to był szok. Nie wiem co prawdą jest i jak jest bo nie mam z nią kontaktu. Uwierzcie mi że stanowiła dla mnie kawałek mojego życia który był najlepszy z możliwych.

Na ten moment jestem psychicznym wrakiem. Popadłem w depresję, znajdując resztki sił na psychoterapię i wizyty u psychiatry. Całymi dniami myślę o niej i myślę co straciłem i dlaczego tak postąpiłem. Myślę czy mam jakąkolwiek nadzieje. Noce są okropne. Bezsenne a w krótkim śnie pojawia się ona za każdym razem.
Każdego dnia boje się że ona kogoś poznała i już z nim woli się związać ale nie potrafię zrozumieć jakby to było możliwe po trzech miesiącach po ponad 6 letnim związku. Codziennie mam czarne myśli, chęci samobójstwa. Rozpocząłem leczenie farmakologiczne ale efekty mają być widoczne za 2 tyg. Do tego czasu ma być gorzej…
Nie potrafię znieść myśli, że jej nie ma. Nie potrafię zrozumieć dlaczego tak nagle postępowałem. Nagle do mnie dochodzi ile czasu upłynęło bo dla mnie to jak tydzień ta cała rozłąka. Nie wiem jak to możliwe skąd ten stan? Wracam do naszych rozmów i widzę jakim byłem zimnym człowiekiem na jej sygnały. Nie wierze że taki byłem. Zupełnie tego nie pamiętam. Nie potrafię się nawet wytłumaczyć. Wiem że ją kocham i bardzo jej potrzebuję a każdy dzień ciszy mnie dobija. Wszędzie ją widzę i wspominam. Gdzie nie spojrzę. Już nie wiem co mam zrobić by do mnie wróciła. Napisałem długi list z przeprosinami i tym co naprawdę czuję. Nie tak dawno powiedziała że nie powie mi że mnie nie kocha. O co tutaj chodzi? Dlaczego tak to wygląda. Czy można kochać kogoś z kimś się było razem ponad 6 lat a spotykać się z kimś innym? Myślę że na ten moment zakończę swoje pisanie o tym. Wrócę do niego za jakiś czas. Czuję ulgę, że to z siebie wyduszam bo niestety psychoterapia jest zbyt rzadko.

Dziękuję każdemu za przeczytanie i wsparcie bądź opiernicz.
Na ten moment to tyle.
Ostatnio edytowano 22 paź 2013, 18:36 przez niosaca_radosc, łącznie edytowano 1 raz
Powód: Przeniesiono wątek do odpowiedniego działu
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
22 paź 2013, 14:59

Rozstanie - bezradność w beznadziejnym stanie

przez Saraid 22 paź 2013, 15:55
Witaj
Z tego co opisałeś wynika iż jesteś uzależniony od swojej byłej dziewczyny.To prawda długo byliscie razem ale czasem tak jest cos sie konczy cos zaczyna i Ona ma do tego prawo. Daj temu czas na siłe niczego nie osiągniesz jeśli to była prawdziwa miłosc przetrwa.Dobrze,że sie leczysz ale postaraj sie czyms zajac by jak najmniej się katowac myslami co ma byc i tak bedzie .
Saraid
Offline

Rozstanie - bezradność w beznadziejnym stanie

przez coffee. 22 paź 2013, 17:17
Witaj,

Po pierwsze - to, że szukasz pomocy - czy tutaj, czy na terapii - to objaw tego, że zależy Ci na sobie i na swoim szczęściu. Zacząłeś działać w kierunku tego, by było lepiej. I choć wydaje Ci się, że gorzej być nie może, że jesteś na dnie i nie wyobrażasz sobie swojego życia bez niej to... Tak naprawdę jedynie zaakceptowanie faktu, że jej już nie ma pomoże Ci się podnieść.

Nie znam tej dziewczyny, ale wydaje mi się, że nie jest możliwe, by zostawić kogoś ot tak, bez uczuć po 6 latach związku. To, że daje Ci sprzeczne sygnały świadczy o tym, że ona sama nie wie co zrobić. Nie wiem ile macie lat, ale tak to już jest, że na ogół "na stałe" szuka się partnera, który może dać oparcie w trudnej chwili, i tutaj zawiodłeś. Z tym, że jak mogłeś dać jej oparcie skoro nikt Cię tego nie nauczył? Pewnie samemu ciężko było Ci dźwigać ciężar dzieciństwa i samotności, nie byłeś w stanie dać jej tego, czego od Ciebie oczekiwała. Przestraszyła się i cierpiała wtedy kiedy Ty próbowałeś się poukładać, ale nie możesz się o to obwiniać. Nie możesz się obwiniać o to, że potrzebowałeś czasu, ani nie możesz winić jej za to, co teraz jest między Wami, a raczej, czego nie ma. Zarówno Ty jak i ona macie prawo do tego, by czuć to, co czujecie. Skoro Ty miałeś prawo ją zostawić to i ona ma prawo zostawić Cię teraz. Przepraszam za to, że to mówię, ale to niestety prawda. Ona nie musi rozumieć tego, co się wtedy z Tobą działo, tak jak Ty nie rozumiałeś tego, co dzieje się z nią.

Nie będę Ci pisać o tym, żebyś o niej zapomniał, znalazł hobby, albo nową dziewczynę, bo nie w tym rzecz. Chcę Ci tylko powiedzieć, żebyś zajął się sobą. Wylecz swoje rany, spróbuj dowiedzieć się kim jesteś. Tak po prostu - bez niej. Ona nie może być odbiciem Twojego poczucia bezpieczeństwa, lekiem na całe zło, które się wydarzyło nawet jeśli była oparciem przez te 6 lat. I nie staraj się wziąć na swoje barki całej tej winy, którą sobie przypisujesz. Zamiast tego, weź odpowiedzialność za swoje życie, bo to, jest znacznie trudniejsze. Łatwiej jest starać się walczyć o to, na co nie ma się już wpływu. Ciężej jest wziąć odpowiedzialność za to, na co ma się wpływ. Spróbuj odzyskać kontrolę nad życiem. Jedynym sposobem na to jest pogodzenie się z faktycznym stanem rzeczy. Nawet gdybyś miał przepłakać miesiąc nie widząc sensu, to za wszelką cenę staraj się go odnaleźć. Ale w sobie - nie w niej. Nie uzależniaj się od niej, bo w ten sposób z niczym nie poradzisz sobie sam. Siła jest Ci potrzebna nie tylko do tego by zaakceptować to jak jest, ale by coś zmienić. Nie twierdzę, że nie będziecie razem. Twierdzę tylko, że nie będziecie szczęśliwi, jeśli nie poradzisz sobie sam ze sobą. Daj sobie szansę na bycie z nią, albo z kimkolwiek innym. Przestać pisać listy, sms-y, przestań skupiać się na tym, co jeszcze możesz zrobić by Ci wybaczyła, bo nie w tym rzecz. Wybacz sobie i szukaj siebie. I nie obwiniaj się za nic. Zaakceptuj i ruszaj dalej, powoli bo powoli, ale dalej.
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
22 paź 2013, 16:53

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Rozstanie - bezradność w beznadziejnym stanie

przez zagubiony28 22 paź 2013, 17:39
Mnie ten czas już wykańcza. Mam myśli co mówiła do mnie że nie powie mi że mnie nie kocha. Jej mama powiedziała mi to samo. Od jej bliskiej koleżanki słyszę że jest inaczej, że ona mnie nie kocha i już nie cierpi w żaden sposób z mojego powodu. Od niej słyszałem co innego że jest zagubiona że potrzebuje czasu. To jak mam żyć z tymi myślami?... Jak raz jest tak, a drugi raz tak. Ja nie chcę cierpiec bo tak chce i tak mi dobrze. Chcę wiedziec prawdę od niej szczerze i nawet za cenę najgorszego cierpienia ale będę wiedział jak jest i może jak jeszcze starczy mi sił to razem z psychologiem się z tym pogodze bo na ten moment to nawet nie mogę ruszyć tego tematu z nim i psychiatrą bo nie wiem co myśleć. To jest najgorsze. To że myślę raz, że z litości mi to pisze a ukrywa co innego, a z drugiej, że może myśli nade mną może coś w sobie kryje, ale nikomu nie mówi. Ja może wiele błędów zrobiłem i zbłądziłem ale powoli psycholog daje mi dojść do wniosku, że my razem się do tego przczynyliśmy. Trudnym jestem człowiekiem wychowanym przez rodziców gdzie nie było w ogóle miłośći i rozmów. Ciągle alkoholizm i przemoc. Jako dzieciak byłem brany do kochanka matki i widziałem jak się to wszystko się niszczy i naprawdę nie wiele trzeba. Sam psycholog i psychiatra zemnie wyciągnął. Pewnych rzeczy się bałem i się izolowałem. Nie potrafiłem radzić z problemami bo takie miałem narzucone schematy w wychowaniu i podświadomie tak działam. Ja mimo całego bółu za młodziaka w K. znalazłem szczęści z tej całej szarej rzeczywstości. Nie tylko oparcie bo ja nigdy z siebie ofiary ponad to nie chciałem robić wiele w sobie trzymałem i sobie jakoś radziłem, ale mimo wszystko z tego bagna mnie wyciągała. Sprawiała, że miałem gdzie się ulotnić od tego syfu. I sprawiła, że mogłem pokochać kogoś mimo że nie byłem w ogóle tego nauczony. Sprawiła, że chciałem i cieszyłem się, że mam coś czego nigdy nie widziałem i nie czułem. Może o to dbałem jak dbałem bo nie umiałem ale ceniłem to ponad wszystko i bałem się doświadczając tego co doświadczałem że to stracę bo wiedziałem na podstawie rodziców jak łatwo alkohol sprawia, że ludzie dążą do dna. Może K narzekała że ja nie chodzę na imprezy, że nie piję, że się o nią boję. To wszystko ma swoje korzenie z dzieciństwa. Bałem się jak diabli o nią i bałem się gdy ktoś się pojawiał. Dla mnie to było jak trauma z dzieciństwa gdy towarzyszyłem matce z jej kochankiem. Strach przed tym bólem. W K. budowałem oparcie na zasadzie że nigdy jej nie strace że będzie mi wierna i sam postanowiłem że zawsze będę wobec niej taki. Zbudowałem w niej schron przed tym bólem na który się napatrzyłem! Oczekiwałem tylko jej wierności i miłości bo przez te wszystkie p***** lata z młodego życia miałem niską samoocene. Trudno się cenić gdy się przechodzi takie rzeczy. Ja swoją wartość uzależniałem od K. Jak miała zły humor i pretensje do mnie to ja traciłem swoją samoocenę i zarazem bałem się jak małe dziecko że ją stracę, że pomyśli, że jestem taki jak o sobie sądzę. Potwornie i panicznie się tego bałem. I to nie było żadne przekładanie jej problemów na moje bo ja sobie poprostu z tym nie radziłem a że w rodzinie nigdy problemów się nie rozwiązywało tylko udawało że ich nie ma to tak robiłem jak robiłem. Nigdy ofiary z siebie bym nie robił na siłę bo wiem że to by K. ode mnie odpychało.
I może ja zbłądziłem z poznaniem tej C. ale K. też nigdy nie dała mi powiedzieć do końca jak to miało miejsce.
Zapatrzona na koleżankę która mieszka z chłopakiem pragnęła ode mnie wynajęcia mieszkania, abyśmy razem zamieszkali. A ja chciałem jak głupi odremontować dom i z nią zamieszkać, a jej było źle że ja nie chcę mieszkania wynająć jeszcze tym bardziej jak ona miała niepewną pracę. Dla mnie to był kolejny powód by myśleć tak jak potrafiłem, że jestem dla niej zerem bo nie spełniam jej oczekiwań. Tu pojwiła się we mnie chęć zarobienia większej ilości pieniędzy właśnie z myślą o niej.Chciałem wyjechać za granicę do pracy w ubiegłe wakacje. Planowałem z poświeceniem żeby zjeżdżać z innego kraju co 2 tygodnie do niej, ale żeby zarobić tą kasę i przyspieszyć remont i zamieszkać. Z jej ust usłyszałem, że jeśli wrócę po miesiącu to nasze uczucie już nie będzie takie samo a ona będzie miała dystans do mnie Czy po takich słowach nie powinien się załamać że po 5 latach potrafi nam miesiąc rozłąki to wszystko zburzyć i że takie słowa padają od osoby która tak piekielnie mocno kocham? Powinienem, ale mimo wszystko trzymałem to w sobie zacisnąłem zęby jak cholera, żeby nie robić z siebie ofiary, ale wraz z tym strach, że ona mnie nie kocha i że jestem dla niej bo jestem pozostał. Rzuciłem widmo wyjazdu. Po mmiesiącu z jej strony pojawił się pomysł i możliwość wyjazdu do Niemiec z koleżanką. I nagle nie było żadnego problemu. Nawet jej torbę przywiozłem bo nie miała i nawet bym słowa nie powiedział, że jej wyjazd coś w nas pospuje bo tak się nie robi jeśli się naprawdę kocha. Dwu krotnie zostałem przez nią kopnięty ale siedziałem cicho, radziłęm sobie sam. Dwa razy czułem strach przed tym, że mnie zostawi i że zostane sam bez osoby która była dla mnie wszystkim. Ale jej tym nie obarczałem bo nawet nie było ku temu możliwości! Nie udao jej się z wyjazdem do Niemiec i miała tyle czasu doła. Co bym nie powiedział było źle. Kolejny raz zascinałem zęby, a nie użalałem się nad sobą! Jej cotygodniowe problemy że ona na angielski nie ma materiałow do dzieci i ja jej w tym nie pomagam były na każdym spotkaniu. Kolejny raz w siebie to wcisnąłem! Byle jej nie ranić w żaden sposób swoimi problemami bo ją kocham. Zaraz jej niepowodzenia w pracy też ciagle wylewane na nasze spotkania, które odbijały się na nas. Ja ciaglę w sobie to tłumiłem i nawet nie było miejsca aby o tym pogadać. Sama mnie niszczyła, a dziś twierdzi, że nie mogła ze mną wytrzymać bo robiłem z siebie ofiarę i ciąglę się użalałem nad sobą. Nie było miejsca na nasze czy moje problemy tylko ciągle na jej. Gdy mnie uczelnia i myśli, że źle zrobiłem rozpoczynając studia pograżały i zacząłem o tym otwarcie mówic od razu dostawałem coś przeciwnego niż wsparcie. Czy ja po tym wszystkim nie miałem prawa dojść do wniosku że jestem dla niej nikim? że jestem tym za kogo siebie zawsze miałem, za zero i że tracę to co mnie zawsze podnosiło ku górze? Jak głupi zacząłem szukać podniesienia własnej wartości i radzenia sobie z tymi wszystkim problemami na które nie było miejsca by pogadać z inną dziweczyną, ale nigdy nie myślałem i nigdy taka myśl się we mnie nie pojawiła aby K. zdradzić bo ją naprawdę kochałem. Wiedziałem, że potrafiłem ją tak pokochać.
Dla mnie C. to bylo jedyne wsparcie które dostawalem w tamtym czasie. Jedyna możliwość ucieczki od tego co na mnie zrzucała K. Jedyne poczucie wartosci ktorego szukalem nie dla siebie, a tylko po to żeby przed K. sie nie dołować, by nie robić z siebie ofiary! To z trzeciej osoby jest chore ale takie mam problemy takie mam po dziś dzień, a K. była jedyną osobą która te wszystkie moje problemy rozwiewała, ale nie w ostatnim czasie. Przysięgałem K. zawsze i ona mi też, że jeśli sobie kogoś poznamy to sobie to powiemy choćby nie wiem co. By być fair wobec siebie za te ponad 6 lat spędzonych razem. I nie wahałem się powiedzieć o C.. Mowiłem jej i ją zapewniałem, że z jej storny nie ma sie czego bać. Nigdy nie rzucałem słów na wiatr!
Znalazłem w końcu kogoś kto chciał mnie posłuchać i chciał pomoc w tamtym czasie, kogoś kto mógł ją zastapić, a jej przez to było nagle źle. Chciała się zmieniać dla mnie nagle, ale ja nienawidzę zmiany z mojego impulsu. Dla mnie to było za późno. Mnie to jeszcze bardziej odpychało bo wiedziałem, że ja musiałem jej dać kopa żeby to zrozumiala. Zawsze pragnałem i byłem tego przekonany, że jeśli kocha to z serca to wyjdzie samo. I z każdym jej staraniem mnie to odpychało, bo wiedziałem że to jest tylko przez to że traci grunt pod nogami. Ciagle miałem jej slowa w sobie że wystarczy miesiąc i nas nie ma. Czy ktoś kto kocha tak mówi i myśli? Jak miałem nie zwątpić w swoje uczucie. Jak miałem jej nie odpychać i zachowywać się oschle gdy dla mnie każde jej nagłe obudzenie przypominało tą myśl.! Jakbym był ofiarą i użalał się nad sobą ciąglę to coś takiego byłbym w stanie znieść? Mimo tego co przeżyłem miałem siłę by jakoś sobie radzić, ale tego było już naprawdę za dużo. Potrzebowałem potężnego resetu. Doszły choroby, długie choroby i brak spotkań, które z jej strony znów były powodem do użalania się. Na każdym kroku byłem po prostu bity, a z drugiej storny sie starała. Kto by nie pobłądził? Dla mnie każdy jej potem sygnał, że musimy pogadać, że jest źle był ciosem bo ja nie mogłem z nia pogadać wcześniej a ona nagle teraz chciała. W lipcu napisała o przerwie na pół roku i być może znalezieniu sobie kogoś innego. Miałem już naprawdę dość i do tego to że ona dopuszcza znalezienie sobie kogoś innego. Potrzebowałem sobie siąść i się odciąć i tak zrobilem doslownie od każdego. Czy to od K. czy od C. I może było jej źle było fatalnie to do niej pisalem by sobie kogoś innego nie szukała, że mi na niej zależy ale daj mi czas. Proponowałem spotkanie gdy było jej źle. Pisałem, że mysle o niej. ktoś kto nie kocha tak robi? Ona nie wie nawet jak ja cierpiałem w tej rozłące ale o tym w ogole nie mowilem! Zostawiałem to dla siebie i postanowiłem samemu sobie poradzić i wygasić te wszystkie negatywne emocje. Teskniłem za nią potwornie i wierzyłem, że będzie mi wierna. Wierzyłem, że ta wierność to efekt miłośći kilku letniej. Okazało się, że w czerwcu już kogoś poznała. Wtedy gdy niby jej na mnie zależało kiedy sie starała i miała do mnie pretensje że ja nic nie zrobiłem. Czy to była tylko moja wina? Kto był nie fair? Ja co powiedziałem że kogoś znalazłem i przedstawiłem sprawę jasno czy ona co ukrywała ten fakt? Ma do mnie żal, poczucie krzywdy o to co zrobiłem, obiwniając mnie o to wszystko, ale sama się do tego w równym stopniu przyczyniła, sama tak samo i najgorsze jest to że to zrobiła i sama potrafiła pójść z innym do łóżka. Ledwo po miesiącu. Tak postepuje ktoś kto kocha i komu zależy? Tak sie postepuje po 6 latach razem wobec osoby która zawsze dla niej starała sie być kiedy tylko mogła? Z jej ust usłyszałem, że mogła robić co chciała bo w lipcu nie byliśmu juz razem wraz z dniem kiedy nie odpowiedziałem jej na wiadomość o przerwie, ale uważam, że są pewne granice. Granice przyzwoitosci i jeżeli jakiś facet potrafił ją zaciągnać po kilku spotkaniach tzn że to co do mnie czula to bylo po prostu nic nie warte uczucie. Niestety. Pokazała jak wiele dla niej znaczy miłość i co znaczy kochać i jak jest to trwałe. Szkoda, że przekonałem się o tym na własnej skórze. Ja, co nie wiedziałem jak wygląda miłość, a sam potrafiłem ją dać i pokazać że jest. Ja nawet dziś nie potrafiłbym zrobić jej czegoś takiego. Ale najgorsze jest to że ja ją nadal mocno kocham i jestem w stanie to wszystko wybaczyć. Jestem w stanie pokonać ten ból który doznałem od jedynego oparcia w życiu. Ból który przypomina mi to co miało miejsce kiedyś. Tak ją po prostu mocno kocham. Jestem w stanie pracować nad sobą, ale ją to nie obchodzi... Ja nie przeżyłem rozstania. Ja przeżylem stopniowe rujnowanie i odstawianie mnie na bok, zdradę ktora pokazala jak silne było to co do mnie czuła, stratę kogoś kto byl moim jedynym fundamentem w życiu, stratę jedynego przyjaciela, utratę wizerunku jedynej osoby z której byłem dumny i wierzyłem że ten świat jest lepszy. Przeżyłem oszukanie, starając się dla nas ostatkiem już sił a ona wolała kogoś innego. To wszystko jest potwornie ciężkie. Nie do zniesiena.
Moje całe życie legło w gruzach i ona nie czuje się w żaden sposób winna. Nie potrafię napisać co czuję, że osoba która Cię kochała potrafi tak nagle być inna dla ciebie. I ma cię głeboko gdzieś.
Potrafiła mnie kopnąć za to co i ona robiła, a twierdząc, że sie użalałem cały czas nad sobą. Sądzę, gdyby tak było, nie wytrzymałbym tego co i sama ona robiła. Na dzień dzisiejszy ja jestem winny, ja mam się odsunąć, a ona się nie oddzywa bo potrzebuje czasu. Zależy jej żebym się leczył ale jak mam to zrobić jak nie wiem sam na czym stoję? Słyszę że jest szczęśliwa i ona już mnie nie chce a sama pokazywała co innego. Potrzebuję spotkania i postawienia sprawy jasno, ale nawet nie widzę żadnej chęci z jej strony.
Razem to zrujnowaliśmy i uważam ze mimo wszystko razem nam należy się rozmowa, a nie zabawa w cicuiu babkę. Bo to nigdy sprawy nie załatwi, a ja będę wiecznie wracał do tego czy jest tak czy tak. I to mnie wyniszczy do końca. Jeśli mnie kochała to powinna mieć na tyle odwagi bo sama też się do tego przyczniła co miało miejsce, żeby stanąć i powiedzieć - nie kocham, jestem z innym, jestem szczęśliwa, z tobą nie będę. Byłem wobec niej fair i jestem. I oczekuję tylko szczerosci, a nie zakłamania z listoci. Wolę, żeby mi ktos wbił sikierę w plecy, a nie codziennie ciął mnie nożem bo tak właśnie sie codziennie czuję. Nie daję rady z codziennością, czuję się jak porzucona zepsuta zabawka. I tak też zrobiła. Wiedziała jakie mam problemy, wiedziała i tylko oczekiwała. Aż w końcu zadała cios. Najgorszy cios. Zniszczyła mnie i zostawiła samemu sobie. Rzuciła w kąt. Jeśli będzie kiedyś z kimś innym nigdy jej nie życzę tego od tej osoby. Tego że twoja najukochańsza osoba, która nie jest tylko ukochaną ale jest czymś więcej potrafi zmienić się w zadającego ci cios i ucieknąć od sprawy. Nie życzę Ci droga K. nigdy tego, abyś wiernie kochała kogoś tak jak kocham Ciebie wybaczając to wszystko i dalej dostając ciosy. Bo dla niej to powrót do cierpienia. Tak postępują tchórze. Pewne rzeczy dla samego świętego spokoju trzeba umieć zakończyć, a nie bawić się w podchody. Jesteśmy dorośli i unikanie sprawy z obawy o mnie sprawy nie załatwi.

Chciałbym abyś kiedyś to przeczytała być może jak mnie nie będzie. Chciałbym żebyś miała wyrzuty sumienia za to co mi wyrządziłaś i to zrozumiała i żebyś wiedziała że dla mnie byłaś kimś naprawdę znaczącym więcej niż ja dla Ciebie w całym życiu. Że moje uczucia to nie są byle jakie uczucia. Może kiedyś sama odczujesz na własnej skórze jak smakuje porażka wierności i zrozumiesz jak wielki to jest ból. Nie życzę Ci źle, ale być może wtedy zrozumiesz jak mocno Cię kocham potrafiąc ten ból rzucić i wybaczyć. Na pewno nigdy straty nie odczujesz jak ja. Nigdy mną nie będziesz. Nigdy nie przeszłaś tego co ja. Nigdy tego chyba nie zrozumiesz.

Wybaczcie, ale musiałem to z siebie wydusić. Dziękuję za te słowa wsparcia. Chcę od niej spotkania aby określiła jasno jak jest ale nie widzę żadnej odpowiedzi. Dla mnie jest coraz gorzej i każdy dzień to utrata czasu na podniesienie się z tego wszystkiego. Te czarne myśli i sny o samobójstwie. Kto wie, może już w ogóle się już nie podniosę.
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
22 paź 2013, 14:59

Rozstanie - bezradność w beznadziejnym stanie

przez Saraid 22 paź 2013, 17:58
Podniesiesz się teraz Twoje emocje są pobudzone skarjnie ,czas leczy rany uwierz mi pracujesz nad sobą na terapii i bardzo dobrze to Ci pomoze przyjąc odpowiedni dystans do różnych spraw z czasem.Porozmawiaj z Nią szczerze jeśli tak Cię to meczy będziesz wiedział jak jest naprawdę wtedy dalej pomyslisz co z tym zrobić.
Saraid
Offline

Rozstanie - bezradność w beznadziejnym stanie

przez zagubiony28 22 paź 2013, 18:31
Na terapii nikt nie jest w stanie do mnie dojść bo jestem tak mocno rozbity i nie przyjmuję żadnej opcji optymizmu w żaden sposób, dlatego jedynie pozostaje oczekiwanie na działanie leków. Chciałem z nią porozmawiać, prosiłem o to bo uważam, że jesteśmy na tyle dorośli, że pomimo tego co się stało i jak jest na chwilę obecną ,każdemu z nas należy się powiedzenie wprost prawdy. Mnie unikanie tej prawdy i milczenie strasznie męczy. Ponad sześć lat trwałem u jej boku i sądziłem, że popatrzywszy przez pryzmat tego znajdzie ona siłę, chęć i odwagę aby powiedzieć mi prawdę. Nie chciałem dużo, nie chciałem jej błagać o miłość o uczucia. Chciałem dowiedzieć się na czym stoję na prawdę i tą drogą iść dalej, chcąc jeśli to konieczne zakończyć jakiekolwiek nadzieje i spróbować zachować samą znajomość. Myślę, że była to w stanie dla mnie uczynić już nie z miłości ale z samej wdzięczności za spędzenie tego czasu razem.
Nie wytrzymałem już i postanowiłem zadzwonić w tej sprawię bo na smsa nie dostałem żadnej odpowiedzi. Dzwoniłem z myślą spotkania, pogadania, wyjaśnienia jej obranego punktu i może utrzymania znajomości. Przez telefon usłyszałem "nie spotkam się, nie chcę i nie mogę" po czym się rozłączyła.

Wiem, że już z kimś jest. Buduje swoje szczęście ale zaczynam mieć żal do siebie, że tyle jej poświęcałem czasu. Pomagałem na tyle ile mogłem, a gdy mnie potrzebowała od razu starałem się być. Wszystko robiłem również z myślą, że jak kiedyś los sprawi że nas rozdzieli to żeby miała o mnie jak najlepsze zdanie i traktowała mnie jako osobę wartą znania. Mimo tego wszystkiego potrafiła mnie wykreślić i olać.

Dla mnie z tym momentem wszystko traci sens. Kończą się myśli o niej a zaczynają myśli o "ucieczce". Wyjście dla słabszych ale ja już jestem słaby
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
22 paź 2013, 14:59

Rozstanie - bezradność w beznadziejnym stanie

przez Saraid 22 paź 2013, 18:50
Pozostaje Ci zaakceptować jej decyzje ma do tego prawo i popracowac nad sobą na terapii to wymaga czasu i cierpliwosci .
Saraid
Offline

Rozstanie - bezradność w beznadziejnym stanie

przez Loony78 23 lis 2013, 18:52
Nawet nie jestem w stanie przeczytać całego Twoje posta. Masakra.
Człowieku, szukałeś psycholożki/mamy/leku na całe zło.
Wszędzie tylko ja i ja i ja, jaka ona dla mnie ważna, jak ją kocham, jak się bałem.
Może nie doczytałem, ale nigdzie nie piszesz czego ona - K. chciała!
Owszem, piszesz, że nawalałeś, ale w czym konkretnie??? Zadałeś sobie chociaż pytanie jakie ona miała potrzeby w tym związku??? Na pewno mówiła, albo dawała znać. Problem w tym, że Ciebie interesują tylko Twoje potrzeby.
I nie zgodzę się z innymi, że masz się za nic nie winić. Jesteś dorosły, a do tego świadomy problemów. Więc uczciwie byłoby uporać się z problemami i nie wnosić ich do relacji z drugim człowiekiem.
Wygląda na to, że K. Cię bardzo kochała. Wytrzymała z Tobą 6 lat, pewnie liczyła, że coś się zmieni, że podejmiesz terapię. A Ty co? Podejmujesz terapię, gdy związek się rozpadł! Żeby sobie pomóc, żeby Tobie było lepiej i może żeby ją jeszcze odzyskać?
Gdybyś ją kochał podjąłbyś terapię będąc z nią - żeby i Tobie I JEJ było lepiej!
Tak jak piszą wyżej - jesteś uzależniony, ale z miłością ma to niewiele wspólnego.
A na koniec: wcale nie jest dziwne, że K. miesiąc po rozstaniu już się z kimś związała. Prawdopodobnie psychicznie rozstała się z Tobą już dawno temu.
Życzę Ci powodzenia i proszę, nie kontaktuj się z nią - jeśli coś do niej czujesz - pozwól jej odejść i nie niszcz jej życia. Sam zwiąż się z inną kobietą, gdy będziesz po terapii.
Offline
Posty
5
Dołączył(a)
23 lis 2013, 18:39

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 7 gości

Przeskocz do