Nerwica lękowa, padaczka, ciąża...

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Nerwica lękowa, padaczka, ciąża...

przez ewaram 28 lis 2012, 22:24
Witam serdecznie. Często czytam, jednak nigdy nie uczestniczyłam aktywnie na żadnym forum. Dziś robię to po raz pierwszy. Mam na imię Ewa. Obecnie mam 22 lata jestem w 35 tygodniu ciąży. Klarowny początek mojej historii rozgrywa się gdzieś pomiędzy wrześniem a listopadem roku 2010. Otóż zaczęło się od jednorazowego incydentu. Obudziłam się w nocy z przeświadczeniem, że umieram. nie potrafię określić ile czasu trwał ten stan kilkanaście - kilkadziesiąt minut. Nie wiem czy potrafię opisać co czułam. Przerażenie, moje ciało trzęsło się jak galareta, a ja byłam przekonana, że zaraz umrę i koniecznie chciałam iść do domu mojej mamy (nie wiem dlaczego, być może dlatego, że łączą nas silne więzy, chciałam się pożegnać?) Obudziłam mojego ówczesnego partnera, nie wiedział co się ze mną dzieje, przytulił mnie, a ja zwyczajnie po jakimś czasie usnęłam. Zostało tylko pamięć o najgorszej nocy mojego życia. Teraz zbierając wszystko w całość, było jeszcze kilka mniej, bądź bardziej znaczących wydarzeń, tego typu, że np. panikowałam w kościele, zatłoczonym autobusie... wydawało mi się, że brakuje mi powietrza, było mi słabo, kręciło się w głowie. Jednak najgorsze było dopiero przede mną. Krótki incydent nocny przekształcił się w coś o wiele bardziej długotrwałego. Ciężko jest mi o tym pisać, ciężko też mi jest to ulokować w jakichś konkretnych datach, bądź też określić dokładny czas trwania. Wszystko z tamtego okresu usiłowałam wymazać z pamięci. Zaczęłam pierwszy rok studiów i niedługo po tym, zaczęłam mieć różne dolegliwości. O ile dobrze pamiętam pierwszą z nich było kłucie w okolicy serca, drętwienie ręki, kołatanie serca, zawroty głowy. Jeździłam po różnych lekarzach. Wmawiałam? sobie choroby, byłam przerażona, spanikowana, coraz bardziej. Oczekiwałam rychłej śmierci (teraz jak o tym piszę, wydaje mi się to jakąś abstrakcją) Rak, guz, wylew...Nie mogłam spać, bałam się usnąć (bo wydawało mi się, że się już nie obudzę) czułam się jak w jakimś koszmarze, nie wiedziałam do końca czy to co się dzieje jest realne, najgorzej było wieczorami. Kilka razy wylądowałam na pogotowiu, kilka razy również tam zostałam wyśmiana i polecono mi melisę. Mój stan się pogarszał. W nocy często wybiegałam z domu, bo czułam, że inaczej się uduszę. Ciągle płakałam, czułam, że nikt mnie nie rozumie. Zrezygnowałam ze studiów, zawaliłam pracę (po prostu któregoś dnia tam się już nie pojawiłam) Przyjaciółka doradziła mi wizytę u psychiatry, wysłuchał, w zasadzie nic nie powiedział, napisał w karcie "napady lękowe i początkowe stadium depresji", wypisał leki. Kiedy przeczytałam ulotkę od leków, jakie mogą powodować działania niepożądane, postanowiłam ich nie brać, jakiś czas później mama w aptece kupiła mi syrop neospazmina, piłam przed snem i nawet troszkę zaczeło pomagać, na tyle, że na parę godzin usypiałam, do dziś nie wiem, czy pomógł mi syrop, czy zwyczajnie wierzyłam w to, że on działa, czy po prostu to trwało już tyle czasu, że wreszcie samo zaczęło ustępować. Myślę, że ten stan mógł trwać ok. miesiąca, ale tak naprawdę, pamiętam wszystko jak przez mgłe. Ustąpiło. Zaczęłam dość rozrywkowe życie, być może ze względu na to, że jakieś odłamki wspomnień i strachu czasami powracały, popijałam sobie, najpierw co weekend a póżniej weekendy mocno się przedłużały. Oczywiście byłam bez pracy. W pewnym momencie powziełam decyzje o wyjezdzie do pracy za granicę. Tak po prostu. Wszystko trwało niecały tydzień. Wysłałam maila, dostałam telefon, spakowałam się, wyjechałam. Przyjechałam w czwartek do Holandii w piątek byłam pierwszy dzień w pracy. Poźniej był weekend, w niedalekiej okolicy pracowała również moja kolezanka, z którą się skontaktowałam. Poszłyśmy na imprezę. W niedziele ok południa (mało snu, wyczerpanie po imprezie) idąc się kąpać dostałam ataku padaczki. Nie wiele z tego pamiętam. Całe szczęście wyszłam z malutkiej kanciastej łazienki, pamiętam jak wychodziłam ale nie pamiętam po co, ogarnęła mnie pustka... Kolejną rzeczą ktorą pamiętam, to krzyki mojej koleżanki i jej znajomych. Pytali mnie się czy wiem jak mam na imię i ile widzę palców. W pewnym momencie odczułam ogromne przerażenie bo zdałam sobie sprawę, że nie mogę odszukać w głowie jak mam na imię! Koniecznie chcieli jechać ze mną do szpitala, ale ja nie wiedziałam dlaczego. Nie do końca jeszcze kontaktowałam. Po chwili doszło do mnie, że mam mokrą pupę byłam przekonana, że usiadłam na coś mokrego. Koleżanka pomogla mi się przebrać, pojechaliśmy do szpitala. I powoli zaczeli mi opowiadać co się ze mną działo. Otóż mokra pupa była oczywiście rezultatem tego, że popuściłam mocz, upadłam miałam drgawki, przygryzłam sobie język (chociaż nadal nie mogłam uwierzyć w to co się stało, to była rzecz która najbardziej do mnie trafiła, bo faktycznie język krwawił!) Zrobiono mi eeg, rezonans, miałam pojawić się na kolejnym eeg które miałam poprzedzić brakiem snu. Na badaniu nie pojawiłam się, bo po pierwsze zwolnili mnie z pracy, wiec nie miałam ubezpieczenia, po drugie, czytałam, że każdy zdrowy człowiek może mieć raz w życiu atak padaczki, co nie świadczy o chorobie (mało snu, alkohol, stres związany z pierwszym w życiu wyjazdem do pracy za granicę, mała znajomość języka) Póżniej było życie nastolatki, chociaż nadal nie zaczęłam dbać o swoje zdrowie (jak widać to było jeszcze dla mnie mało) znalazłąm nową pracę w Holandii, w weekendy dużo się bawiłam, często był alkohol, czasem nawet jakieś narkotyki czyt. amfetamina. Zaczęłam tęsknić za bliskimi, równie szybko jak podjęłam decyzję o wyjeździe, tak po pół roku postanowiłam nagle wrócić do domu. Miesiąc zabawy w kraju. W końcu po długich rozmowach z mamą i rodziną dotarło do mnie, że czas najwyższy coś zrobić ze swoim życiem, które kiedyś przecież było poukładane, a póżniej legło w gruzach. Znalazłam pracę, nowych przyjaciół, zakochałam się. Zaczęły mi się wszystkie cegiełki układać. Przestałam imprezować, mój partner był odpowiedzialnym, wspaniałym mężczyzną, który sprawił, że i ja zapragnęłam być taka. Jedyny mankament był taki, że w pracy spędzałam zbyt wiele czasu, robiłam wszystkie możliwe nadgodziny, również tzw. 16-nastki. Chciałam się wykazać, co wiązało się z małą a czasem nawet skandalicznie małą ilością snu (3h) I tak któregoś dnia a dokładnie równo rok od pierwszego ataku czyli w marcu 2012 jadąc autobusem zakładowym do pracy dostałam kolejnego ataku. Nie pamiętam wiele. Drzemałam w autobusie, później znowu ta ogarniająca mnie pustka... A później, jak przez mgłe, ktoś wyprowadzał mnie z autobusu. Karetka. Pytanie w karetce o porę roku i znowu ten paraliżujący strach, że przecież powinnam wiedzieć, a nie wiem! Mniej więcej jak już dojeżdżalam do szpitala zaczelam kontaktować, powiedziano mi, że miałam atak padaczki. Z opisu znajomych wiem, że ten atak wyglądał nieco inaczej. Mianowicie: nie popuściłam moczu, nie miałam drgawek, ale za to zacisnęłam szczękę, przestałam oddychać, poleciała mi piana z ust. Koleżanka płakała, myślała, że umieram. Zrobiono mi badania. Tomograf - żadnych zmian, eeg - wzorcowe. Jednak z racji tego, że był to drugi atak postanowiono włączyć leki depakine chrono. Mijały miesiące, mężczyzna odmienił moje życie, dbałam o siebie, byłam szczęśliwa, czułam, że żyję (czasami tylko jak np mało spałam wkradał się krótkotrwały strach, ale to było nic w porównaniu z tym lękiem z początku mojej historii) I tak dobiegam powoli do końca. Zaszłam w ciążę. Wspólnie z neurologiem postanowiłam odstawić depakine na czas ciąży, jednak od początku jej trwania jestem na l4 aby odpoczywać i się wysypiać. Obecnie, jak już wspomniałam jestem w 35 tyg ciąży, a więc zbliżam się do finału. I tu pojawiły się małe schodki. Otóż, zaczęłam odczuwać pewne epizody lęku. Wiem, że każda kobieta w ciąży boi się porodu, jednak obawiam się, żeby to nie był początek czegoś większego. Bo tu w grę wchodzi, jakiś taki ogólny lęk. W nocy mało śpie, o ile w ogóle uda mi się usnąc. Nie potrafię się wyciszyć, zaczęły się pojawiać duszności. Narazie są to epizody, jednak stają się coraz częstsze. I o ile wcześniej nie łączyłam napadów lękowych z padaczką teraz (co prawda nie konsultowałam się w tej sprawie i nie znam fachowej opinii) jednak jestem przekonana, że te rzeczy są ścisle powiązane. Czy cierpię na dwie różne choroby? Czy może jest to nerwica, która powoduje ataki padaczki, czy też padaczka, z objawami psychicznymi? Mój mąż (ponieważ jestem szczęśliwą mężatką) był w szpitalu po drugim ataku padaczki, mówiłam mu też ale bardzo oględnie o tym co wspominam jako najgorszy okres mojego życia, czyli epizodach lęku, jednak bardzo oględnie. Tzn. nie zna wszystkich szczegółów i chyba nie zdaje sobie sprawy na ile to było poważne. Nie wiem jak mu to wytłumaczyć. To pierwszy raz kiedy i opisałam większość, jednak napewno nie wszystko, zbyt dużo tego i nie wiem czy potrafię znalezc odpowiednie słowa. Bardzo chciała bym porozmawiać z kimś kto choć troszkę wie o czym piszę, bo przeżył coś bynajmniej w minimalnym stopniu podobnego. Przepraszam, że tak się rozpisałam. Mam nadzieję, że znadzie się jakaś osoba która by chociażby zechciała zerknąc na to co napisałam.
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
28 lis 2012, 20:48

Nerwica lękowa, padaczka, ciąża...

Avatar użytkownika
przez MARIAN1967 28 lis 2012, 23:33
panikowałam w kościele, zatłoczonym autobusie... wydawało mi się, że brakuje mi powietrza, było mi słabo, kręciło się w głowie.

Tam ,gdzie jest dużo ludzi zwykle jest i mało świeżego powietrza,i to normalne ,że niektórzy czują osłabienie,zawroty głowy.
О белые розы ,что с ними сделал снег и морозы ... Don't worry ,be happy ...Всё будет хорошо ...it's a beautiful life .......
Avatar użytkownika
Offline
Posty
614
Dołączył(a)
03 sty 2009, 20:32
Lokalizacja
Ostrzeszów

Nerwica lękowa, padaczka, ciąża...

przez ewaram 28 lis 2012, 23:58
Oczywiście, że to jest normalne jeśli występuje samoistnie. Tak to się zaczynalo. Subtelnie. Jednak uczucie pewnej śmierci i przerażenie z tym związane już chyba nie jest takie normalne? Zresztą, nie szukam tutaj potwierdzenia, że coś się ze mną działo, bo to wiem. Doświadczenie ataków padaczki, nie były dla mnie tak silnym przeżyciem, jak to od czego zaczeła się moja historia, czyli ten lęk i poczucie nierealności trwające dłuższy okres czasu. Od tego momentu posypało się stopniowo moje życie (oczywiście to jak je poprowadziłam zależało niestety tylko ode mnie, nie zamierzam się tłumaczyć) Jednak zostawiło to na mnie ogromny ślad, mimo, że czasami się zastanawiam, czy to w ogóle się wydarzyło (wiem, że to bez sensu) Chciała bym tylko wiedzieć, czy to co się działo i późniejsze ataki padaczki miały jakiś związek, czy były to zupelnie dwie rózne historie. Czy może jest ktoś ta tym forum o podobnych przeżyciach. Jestem szczęśliwą żoną i z utęsknieniem czekam na maleństwo. Zmieniłam się ja, zmieniło się moje życie, albo po prostu zwyczajnie dojrzałam.Jednak boję się ogromnie nawrotu panicznego lęku, zwłaszcza, że zaczynam odczuwać pewne dolegliwości, podobnie jak za pierwszym razem i nie wiem czy powinnam udać się do dobrego neurologa czy dobrego psychiatry.
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
28 lis 2012, 20:48

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Nerwica lękowa, padaczka, ciąża...

przez adaminka 29 lis 2012, 00:24
Hej,Ewaram.Tak się składa,że też dzisiaj pierwszy raz jestem na forum.Twoja historia jest podobna do mojej więc piszę.Mam 34 lata i niespełna dwumiesięcznego synka.A zaczynając od początku-pierwszy "atak" miałam kilkanaście lat temu,też w nocy.Obudziłam się przerażona,serce waliło jak oszalałe,nie wiedziałam,gdzie jestem,nie potrafiłam zaświecic światła,dusilam sie...koszmar.Kolejne również zdarzały się w nocy,bałam się zasypiac.Składałam to na karb przeżyc po śmierci taty.A później przyszedł czas na "pierwszy raz" w dzień.W tramwaju stojącym w korku.Ktoś zapytał,czy dobrze się czuję,a ja nie mogłam odpowiedziec,bo po prostu się dusilam.Później strach przed wyjściem z domu itd...,wizyty na pogotowiu,u lekarza.Dowiedziałam się,że mam silną nerwicę,częstoskurcz napadowy na tle nerwowym,ale to był dopiero początek.Nie chce mi się tutaj opisywac tych wszystkich "sensacji",które dane mi było przeżyc przez kolejne lata.Też lubiłam się pobawic,a kace potęgowane przez nerwicę były kosmiczne.A teraz "dzieje najnowsze"-zaszłam w ciążę(chcianą),i ok,trzeciego miesiąca poczułam się źle,ale tym razem było inaczej niż zwykle,miałam zaburzenia widzenia chwilowo mowy tzn nie potrafiłam powiedziec tego,co chciałam.Lekarz na pogotowiu podejrzewał udar,ale dolegliwości przeszły,tym bardziej,że zrobione wtedy usg potwierdziło ciążę (wcześniej robiłam tylko testy),więc emocje wzięły górę.Potem przez kilka miesięcy było ok i zaczęło się w trzecim trymestrze-fatalne samopoczucie,strach,wręcz niechęc do kontaktów z ludźmi,nawet a może zwłaszcza z moim narzeczonym,masakra.I raz w domu coś dziwnego-zrobiło mi się niesamowicie zimno,tak,że cała się trzęsłam,trwało to jakieś 5-7 min i potem zasnęłam.Sytuacja powtórzyła się na sali operacyjnej przed cesarką i jeszcze dzień po.I o ile dwa pierwsze razy nie wiązały się z jakimiś negatywnymi odczuciami-po prostu się trzęsłam i już-o tyle ostatni stał się koszmarem-zgromadził chyba cały personel oddziału,który to personel stał nade mną skonsternowany,a ja wpadałam w panikę-skoro oni wszyscy stali nade mną,to musi byc bardzo źle :yeah: .Po wszystkim,kiedy ochłonęłam,lekarz wytłumaczył mi,że jego zdaniem była to rzucawka ciążowa,chociaż jej książkowe objawy są nie do końca takie,jak u mnie,to większośc się zgadza. W sumie skończyło się wszystko dobrze,mój Adaś jest przesłodki,kiedy się urodził ważył 4160,dziś już waży 6kg :great:
i jest miłością mojego życia.I wszystko byłoby cudnie,gdyby nie to,że ten cholerny strach przed rakiem,udarem,wylewem,padaczką itd itp nie opuścił mnie ani na chwilę.Dziś cały dzień zamęczały mnie myśli,że umrę,że wyląduję w psychiatryku,że będę musiała zostawic małego,a ta myśl wpędza mnie w panikę,więc koło się zamyka.I mimo,że fizycznie czuję się nawet lepiej niż zwykle,ten strach odbiera mi radośc,nie potrafię cieszyc się tym,że mam zdrowego,ślicznego synka,że w gruncie rzeczy znalazłam swoje miejsce na ziemi.Dlatego postanowiłam pogadac z kimś,kto wie,o czym mówię i w ten sposób zacząc sobie pomagac.Wierzę,że urodzisz ślicznego dzidziusia i wszystko będzie ok,a wszystkie trudy ciąży wynagrodzi pierwszy raz,kiedy go zobaczysz.Wiem,to banał,ale wierz mi-prawdziwy :papa:
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
28 lis 2012, 23:21

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 26 gości

Przeskocz do