Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Aspi

O co w tym życiu chodzi?

Rekomendowane odpowiedzi

Witajcie. Mam 37 lat, a objawy nerwicy "eksplodowały" u mnie już 7 lat temu: nagła panika, szybkie bicie serca, zawroty głowy, sztywność karku, drętwienie kończyn itp. Początkowo byłem w 100% pewien, że to zakrzepica - akurat dzień przed napadem paniki, trafiłem na artykuł w sieci, utrzymany w temacie grozy (jak to w mediach) - i mimo, że niby zdawałem sobie z tego sprawę, tym razem opis objawów wydawał się być identyczny jak u mnie. Długie siedzenie w miejscu pracy bez ruchu (i to jeszcze z założoną nogą na nogę) i narastające od miesiąca mrowienie w lewej nodze, połączone z lekkim brakiem czucia i wrażeniem "ciężkiej nogi", a do tego wzmianka w artykule, że objawy na ogół są bardo trudne do wykrycia i prowadzą często do nagłej i niespodziewanej śmierci (zator w żyle) - nawet u sportowców (zmarła na nią m.in. nasza mistrzyni olimpijska w rzucie młotem) - to sprawiło, że się tym zasugerowałem i podczas spaceru poczułem jakby coś mnie nagle "przeszyło" po całym ciele, powodując stopniowe narastanie opisanych na początku objawów. "No tak wszystko się zgadza" - pomyślałem. "Mam gdzieś zakrzep w żyle, krew nie może płynąć, nie dopływa do mózgu, więc serce stara się jak najszybciej przepompować krew, stąd szybkie tętno, a jednocześnie wrażenie bliskiego omdlenia, bo gdzieś zator blokuje krążenie" - miałem gotowy obraz sytuacji, którego byłem pewien. I bałem się tylko, czy jak zdążę do lekarza, to ktokolwiek mi w tą wersję uwierzy,  czy będzie się wymądrzał i zlecał setki badań, skoro przecież wiem co mi jest i potrzebna mi szybka pomoc. Jak tu lekarzy przekonać, by mnie nie zbyli?

 

Tak zaczął się całkiem niespodziewany, 2-miesięczy okres w moim życiu, który wywrócił je do góry nogami. Pojawianie się coraz to nowych objawów, szukanie ich przyczyn u różnych lekarzy, kolejne badania wykluczające jakiekolwiek odchyły od normy, przeplatane spokojniejszymi dniami (choć pełnymi smutku i odrealnienia), w czasie których zaczęło do mnie coraz bardziej docierać, że chyba jednak nie umieram i że być może są to reakcje ciała na jakieś problemy psychiczne. Mimo, iż miałem trudne dzieciństwo, słowa typu "depresja" czy "nerwica" znałem tylko ze słyszenia, a już na pewno nie przypuszczałbym, że powodują one odczuwane objawy w ciele. No i tak  metodą wykluczeń, doszło do podejrzenia nerwicy lękowej.

 

Jednak moje dzieciństwo obfitowało w ogromne problemy z rówieśnikami - byłem typowym jedynakiem, introwertykiem, a dodatkowo (jak się później okazało), najprawdopodobniej też osobą z Zespołem Aspergera (dla niewtajemniczonych - taka łagodniejsza forma autyzmu). Po prostu żyłem na ogół w swoim świecie, byłem jako dziecko poważnym, "młodym naukowcem" z głową w mapach, artykułach poświęconych moim hobby, parametrom samochodów, samolotów, kolejek linowych, którym się poświęcałem bez reszty, a dzieciaki wydawały mi się rozwydrzonymi, głośnymi bachorami, z którymi absolutnie nie umiałem nawiązać wspólnego języka. W podstawówce przekształciło się to w częste dokuczanie mi, co sprawiało, że szkoła stała się dla mnie więzieniem i męką.

 

W początkach dorosłości, załapałem jako-taką pracę i jako typowy "korpo-szczur", wytrwałem w niej prawie 10 lat, bez specjalnego entuzjazmu, ale godząc się, że tak po prostu na tym świecie jest. Często zadawałem sobie pytanie, czy jestem w życiu szczęśliwy? I na ogół odpowiadałem sobie, że w miarę tak. W związkach układało mi się różnie, pracę niespecjalnie lubiłem, ale miałem wiele pasji i nawet będąc w szkole czy w pracy, rozmyślałem i planowałem podróże i wrażenia, których doświadczę w parkach rozrywki (ulubione hobby), na nartach, czy też chodząc po górach lub leżąc na plaży. Podobnie jak pisała Beata Pawlikowska w swoich książkach - ta nadzieja i myśl o tym, że szkoła/praca to tylko czas oczekiwania na to prawdziwe życie, trzymała mnie w tym entuzjazmie. Uwielbiałem oglądać w sieci klipy i zdjęcia z ulubionych miejsc, "nakręcając się" na wyjazd. W dzieciństwie moje pasje były inne, ale też z niecierpliwością czekałem na kolejną grę komputerową, kolejny numer magazynu motoryzacyjnego, kolejną składankę muzyczną, czy kolejny model samolotu do sklejania. Pasji miałem mnóstwo. Pytań o sens życia nie zadawałem sobie do czasu "wybuchu" tych wszystkich objawów, czyli do 30-go roku życia.

 

Ostatnie 7 lat to próba odkrycia "o co w życiu chodzi" "Jaki jest sens życia?" Nerwica je trochę przewartościowała - gdy staje się oko w oko ze śmiercią (jak się wówczas wydaje), zacząłem sobie zadawać pytanie: "Ale po co to wszystko jest, skoro i tak umrzemy? Po co się cieszyć życiem, gromadzić te wszystkie doświadczenia, skoro i tak za jakiś czas nic po nas nie zostanie? Czy to nie bardzo ponura wizja?" Gdy rozważałem wizytę u psychologa, będąc tak pewien trafności swoich myśli, bałem się, iż to ja jego do nich przekonam. I że on odpowie mi w stylu: "Kurcze, nigdy tak o tym nie myślałem, nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego, o czym pan mówi". Bałem się, że to on wpadnie w depresję, gdy dowie się (ode mnie) jak wygląda świat i że jego życie się kiedyś skończy, a nie że to on pomoże mi z niej wyjść. Zacząłem więc sięgać po różne publikacje w sieci, a także książki. Dwie mi szczególnie pomogły: "Pokonałem nerwicę" (Grzegorz Szaffer) oraz "Nerwica - miałem, poznałem, pokonałem" (Adam Kizam). Pierwsza pomogła mi zrozumieć mechanizm napędzania paniki w początkowych 2 miesiącach silnych objawów i że to tylko błędne koło, a nie faktyczne zagrożenie życia (lęk wzmaga objawy, a objawy wzmagają lęk), a druga już w nieco bardziej filozoficzny sposób traktowała o takich sprawach jak uważność, bycie obserwatorem, bycie tu i teraz. 

 

Dziś nadal stoję w miejscu. Tzn. na pytanie co mnie gnębi, odpowiadam na zasadzie pierwszego skojarzenia - objawy. Już nie ta panika, ale wciąż napięcie w ciele, jakby jakaś siła trzymała mnie w wielkim imadle. Jednak po chwili zadaję sobie drugie pytanie: "Czy gdybym nie miał tych objawów, byłbym szczęśliwy"? No właśnie, i tu już zaczynam sobie sam dopowiadać, co może być przyczyną. Otóż przyczyną jest (jak przynajmniej teraz myślę) strach przed ludźmi. Przekonanie, że mam do wyboru tylko 2 opcje: jako osoba żyjąca w swoim świecie, ze swoimi zwyczajami, mogę albo żyć, starając się upodobnić do reszty, będąc czujnym czy oby tylko się nie wygłupię, kontrolując otoczenie, czy ktoś mi nie zagraża, albo (opcja nr 2) - pozwolić sobie na bycie sobą, narażając się na ataki i szykany. Bo widocznie czymś je na siebie ściągam. Jak chyba każda osoba z różnymi "odchyłami od normy". Gdy grupa ludzi widzi wśród siebie kogoś np. z zespołem downa, a jednocześnie wie, że za szykany wobec tej osoby, nie spotka ich żadna konsekwencja, to wiadomo, że sobie na nie pozwoli. Nerwicowcy, a tym bardziej aspergerzy, zwracają na siebie uwagę swoją sztywnością, a także lękiem, który widać.

 

Staram się trochę zrozumieć psychologię i rady, udzielane przez różne osoby, zajmujące się duchowością, rozwojem osobistym, coachingiem itp. Mówi się np. że to my sami wchodzimy w rolę ofiary. Że inni odbiorą nam tyle wolności, tyle decyzyjności, ile sami zechcemy im oddać. A ja właśnie z tym nie mogę się zgodzić. Oczyma wyobraźni widzę sytuację, gdy otacza mnie na ulicy grupka chuliganów (dziś może rzadziej spotykane, ale doświadczyłem tego kilkanaście lat temu), mówiąc: "No i co panie mądraliński? Nadal twierdzisz, że oddasz nam tyle wolności, na ile nam pozwolisz? Nie, oddasz nam tyle wolności, tyle pieniędzy i tyle uszczerbku na zdrowiu, ile my zechcemy Ci odebrać". Na dzień dzisiejszy nie umiem pogodzić się z tym dysonansem między światem "oficjalnym", opisywanym w książkach, artykułach, mediach, a między tym rzeczywistym (tzn. brutalnym), który widzę i doświadczam. Między radami, by na agresję odpowiadać szacunkiem, zrozumieniem, brakiem chęci odwetu czy nienawiści, a między rzeczywistością, w której im ktoś jest bardziej podłym człowiekiem, tym rzadziej ma w życiu problemy - czy to związkowe, czy zawodowe, czy depresyjne, bo na depresje i nerwice zapadają głównie ci wrażliwi. Co więcej, czasami spotykam nawet wypowiedzi psychologów, mówiące, iż na ofiarę zwykle wybierana jest ta osoba, która nie potrafi się agresywnie odgryźć. I to już jest zgodne z tym, co obserwuję i czego doświadczam. Ponadto zwraca uwagę prawidłowa forma - "wybieraNA" (przez innych, nie przez nas samych). A zatem wszechświat wydaje się bardziej sprzyjać nie tym, którzy żyją w zgodzie, miłości, harmonii, a tym drugim. No i przez to, świat wydaje mi się jednym, wielkim kłamstwem, w którym uczestniczą nie tylko politycy i media (co jakby wiadomo), ale ogólnie cała ludzkość - w tym ci, którzy (przynajmniej teoretycznie) powinni innym pomagać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Bardzo ciekawe przemyślenia, chciało się przeczytać do końca, sens życia, sens świata, egzystencjalne rozkminy . Żyjmy tak jak chcemy, w zgodzie ze sobą. Ot i cały sens.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Aspi Witaj. Masz dużo racji, to prawda, że świat jest okrutny, a osoby wrażliwsze, słabsze i już dotkliwie cierpiące często stają się ofiarami, przez co ich cierpienie jest jeszcze większe. Po Twoim poście można stwierdzić, że jesteś mądrym, refleksyjnym i wrażliwym człowiekiem. Próbujesz znaleźć sens życia - jak wielu ludzi, czytasz książki, szukasz odpowiedzi, można powiedzieć, że jesteś osobą poszukującą. Czy próbowałeś zwrócić się w kierunku religii, jakiejś duchowości? Jeśli nie religia, to może filozofia albo literatura? Ludzie - szczególnie ci wrażliwsi, ci bardziej świadomi - od wieków szukali odpowiedzi na pytanie o sens życia. Prostych odpowiedzi chyba nie ma. Jestem ciekawa Twoich przemyśleń, możesz się nimi podzielić, myślę, że wiele osób tutaj na forum zadaje sobie podobne pytania. To w końcu taka trochę przystań dla wrażliwców ;)

Jeszcze jedno. Pytasz siebie, czy jesteś szczęśliwy i, jak zrozumiałam, nie możesz dać odpowiedzi twierdzącej. Mówisz, że boisz się ludzi, gdyż nie wiesz, jak się przy nich zachowywać. Sama mierzę się z fobią społeczną i kontakty z innymi są dla mnie trudne. To na pewno nie jest uniwersalna rada, ale sama robię tak, że przy obcych ludziach udaję kogoś innego, staram wtopić się w tłum, natomiast sobą jestem w samotności lub przy ludziach, których ufam. Niestety przez to robię zbyt dobre wrażenie na psychiatrze i pani psycholog, bo jakoś nie umiem być sobą, otworzyć się, zaufać. No ale moje zaufanie zostało wielokrotnie podeptane i teraz jest jak jest.

Życzę Ci dobrego wieczoru oraz - w dalszej perspektywie - abyś odnalazł odpowiedzi na swoje pytania. Niektórzy mówią, że życie nie ma sensu, a ten sens trzeba swojemu życiu nadać samemu. Myślę, że takie poszukiwanie sensu też może nadać życiu sens i może być tym, o co w życiu chodzi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziękuję za odpowiedzi. @szary kot - czytałem też Twój sąsiedni wątek powitalny, w ogóle zamierzam na tym forum trochę poczytać i poudzielać się, bo w przeciwieństwie do wielu innych, nie wydaje się martwe. Na razie skupiłem się na swoim powitaniu. O tym forum wiedziałem już od dawna, w początkach nerwicy chyba tu nawet zajrzałem, ale stwierdziłem, że za dużo tego wszystkiego, a wtedy rozpaczliwie szukałem odpowiedzi na pytania o konkretne objawy i popadłem w taką hipochondrię. Widzę, że ogólnie bardzo dużo tu życzliwości - tym bardziej się cieszę, że tu się zarejestrowałem.

 

Z ludźmi mam podobnie jak Ty - to chyba rzeczywiście jedyna rada, być sobą tak często jak tylko się da, ale przy innych starać się niczym specjalnie nie odstawać. Największy lęk dopada mnie w miejscach, w których siedzę wraz z ludźmi zamknięty w jakimś pomieszczeniu, np. w poczekalni, albo w restauracji, do której ludzie przychodzą zwykle w parach lub grupach, a ja jako samotnik już rzucam się w oczy. Chyba nawet mniej obawiam się występów publicznych, bo gdy jestem zajęty myśleniem o tym, co mówię, to nie mam czasu się bać. A gdy wyczuwam wpatrzone we mnie oczy innych, to aż się boję podnieść głowę, by przekonać się, czy faktycznie tak jest.

 

I masz rację - te wszystkie dziedziny (religia, filozofia, psychologia) przenikają się ze sobą i często właśnie w nich szukamy odpowiedzi na ważne pytania. Ogólnie jestem człowiekiem dość praktycznym i chyba bardziej od typowego wsparcia, lubię otrzymywać gotowe odpowiedzi i porady, choć wiem, że często takich nie ma. I że każda sytuacja jest inna.

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

"Dla przeciwwagi wielu uciążliwości życia niebo ofiarowało człowiekowi trzy rzeczy: nadzieję, sen i śmiech." Kant. 

 

Pozwolę sobie na kolokwializm - świat ssie. I nieważne, z której strony spojrzeć zawsze bilans wyjdzie na minusie. Dla mnie najważniejszym jest znaleźć swój "uśmiech Syzyfa", dla którego warto być częścią tej tragicznej komedii. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Aspi,

podobny wiek, podobny stan i ostatnio również przemyślenia na temat sensu w bezsensie naszego krótkiego życia, chwili w obliczu czasu spędzonego tutaj, niewiadomej ile nam zostało i czy wykorzystamy ten czas nam dany dobrze czy źle.

 

Kiedyś w moim przypadku ciągłe parcie aby coś po sobie zostawić, jestem osobą plastyczną więc ten artystyczny głód by mnie zapamiętano, by być dojrzaną, by zrobić coś, co ktoś kiedyś obejrzy i powie "zajebiste".

By być dostrzeżoną...

 

Lęk przed odbiorem przez innych, udawanie kogoś kim nie jestem albo gorzej kiedy byłam sobą a ludzie mnie nie akceptowali albo mówili nie miłe rzeczy na mój temat co poskutkowało brakiem pewności siebie czy w sumie idąc dalej brakiem pewności kim tak na prawdę jestem kiedy próbowałam się "dostosować".

Tkwię w tym od dawna bo na siłę próbowałam się zmienić aby być kimś łagodniejszym w obyciu, tym kim chcieli abym była... a ostatnio słyszę, że się zmieniłam, że już nie jestem sobą i nie wiedzą tak na prawdę jak mają ze mną postępować bo to nie ja, którą znali (WTF?)...

 

Jestem w punkcie wyjścia, chcąc czegoś zgubiłam siebie i to czego chciałam i nie wiem czy jest lepiej czy jeszcze gorzej...

 

Mam dni, że czuję się winna. Winna wielu rzeczy, winna samozapętlenia się w to wszystko. I tak ja piszesz dostrzegam to, że ktoś wybrał mnie na swoją ofiarę do ulepienia pod siebie ale to ja cierpię z tego powodu i to ja zostałam z tym całym burdelem w głowie i to ja sama muszę teraz znaleźć siłę aby to posprzątać i znaleźć odpowiednie półki w swojej głowie lub siłę aby coś z niej wywalić... a wiesz sam jak trudno znaleźć siłę lub sposób na wywalenie czegoś co uczepiło się choć nie jest nam potrzebne i siedzi i jątrzy ....

 

Mój obecny sens życia? 

Dochodzę do stanu, w którym pogodzenie się, że go nie ma jest na prawdę zbawienne. 

Niektórzy widzą go w potomstwie, niektórzy w samospełnieniu zawodowym lub intelektualnym...itd, itd 

A ja? 

Ja widzę siebie na werandzie, w jesienny pogodny dzień, będę sobie dziergać na szydełku, popijać herbatę i słuchać szumu turlanych przez wiatr liści po drewnianej podłodze. Chcę po prostu czuć spokój...

Nie będę podróżować bo to zamiast dodawać mi doświadczeń i nieocenionych przeżyć mnie stresuje, nie będę wymagać od siebie bycia obieżyświatem bo ktoś powiedział, że jestem zaściankową młodą-starą babą i nie rozumiem tych doznań włażenia na szczyt lub poznawania kultury przez zwiedzanie obcych krajów. Zamiast tego wolę sobie o nich poczytać.

Nie będę wymagać od siebie stworzenia arcydzieła czy wygrania konkursu na najlepszą ilustrację, tylko będę sobie rysować to co chcę nie po to aby być na szczycie bo tak jak już wcześniej napisałam szczytów nie lubię ;)

 

Zamknęłam się na innych ale w sumie co z tego? Nie mogę? Może ten czas tak ma wyglądać! Może tego mi trzeba, jak widać czas w którym byłam otwarta na ludzi przyniósł mi cierpienie i stan, w którym jestem dzisiaj.

 

Oswajam się powoli z wizją bycia kimś przeciętnym, może bez ambicji ale może przez to bardziej szczęśliwym (jeśli w moim przypadku można mówić o szczęściu) w swoim małym domku z kotem na kolanach, herbatą na stoliku i cykaniem zegara w tle by raz na jakiś czas szaleć na parkiecie, bo tego sobie nie odpuszczę, do utraty tchu. 

 

 

 

Przepraszam za chaos w mojej wypowiedzi...chyba ostatnio jest częścią mnie i muszę to zaakceptować.

 

Poszukująca siebie i pełna sprzeczności ale jednak cały czas ja - Doro.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@DoroSzydełko Dziękuję. Wiesz, odnośnie "sensu życia", to miewam często takie chwile (te w miarę pozytywne), że odpowiadam sobie na to pytanie, iż sensem życia są emocje. To one sprawiają, iż "czuję, że żyję". Wszelkie emocje - dawniej słowo "smutek" kojarzyło mi się negatywnie, a dziś nawet chwilami smutku potrafię się napawać. To taka melancholia - jako wrażliwa dusza, lubię wracać wspomnieniami do dawnych lat, słuchając dawnych, sentymentalnych piosenek i te właśnie wspomnienia zawsze są bardziej smutne, niż radosne, w sumie nie wiem czemu. Może w moim wczesnym dzieciństwie kryje się jakiś klucz do zrozumienia siebie. No ale też wszelkie inne emocje - ekscytacja z jakiegoś wydarzenia, zachwyt na widok czegoś/kogoś pięknego, po prostu doświadczanie życia. Tak sobie na ten moment odpowiadam na pytanie o "sens życia".

 

Mam też wiele podobnych cech do Ciebie - też staram się często, by być dostrzeżonym. W wyobraźni widzę często siebie, jak dokonuję czegoś wielkiego, albo wygłaszam jakąś mądrą myśl - to chyba też oznaka tego, że nie czuję się pewnie i potrzebuję sukcesów, które by mnie dowartościowały.

 

Podróże mnie bardzo cieszą, ale też często doceniam i marzę o tym, by znaleźć takie swoje miejsce, w którym czuję się bezpiecznie. W pewnym sensie jest nim nawet moje mieszkanie, w którym otwieram sobie okno balkonowe i opalam się przy słoneczku, czując zapach powietrza, a nie musząc przy tym nigdzie wyjeżdżać. Jednak o samych podróżach (i wrażeniach z nimi związanych) często marzę - już tego zakosztowałem i może dlatego to rodzaj takiego nawet pozytywnego uzależnienia, po prostu wiem, co tracę. Spotkałem też kiedyś mądre zdanie, że podróże, to jedyna rzecz, na którą wydajemy pieniądze, a która nas wzbogaca. I z tym się akurat zgadzam. Będąc z dala od miejsca zamieszkania, nie ma tych lęków, co u siebie. Wiem, że nikt mnie tam nie zna, a w miejscach turystycznych panuje taki zupełnie inny, przyjazny klimat - właśnie "wczasowy". Zero zmartwień, pozytywna energia, kolorowo, wszędzie te stragany z pamiątkami i przekąskami na wyciągnięcie ręki. Do tego wrażenia z pobytu na wysokości, "zapierające dech", wykręcanie korkociągów na kolejkach górskich, które są dla mnie takim spełnieniem marzeń o lataniu w przestworzach... Taka ucieczka od tej szarej rzeczywistości. Chęć "oderwania się od ziemi" - i dosłownie, i w przenośni.

 

Aczkolwiek Twoje podejście wydaje mi się bardzo właściwe - zwłaszcza w nerwicy, potrzeba nam spokoju, akceptacji, takiej własnej oazy bezpieczeństwa. Też doceniam takie chwile, nawet mamy podobnie, bo kot na kolanach (niestety obecnie kota nie mam), czy taniec (zamiast na parkiecie, może być we własnym pokoju ze słuchawkami na uszach) też mnie bardzo cieszą i często nic więcej mi nie trzeba. Jednak od czasu do czasu mam potrzebę poczucia adrenaliny, stąd pociąg do podróży, prędkości, wysokości i przysłowiowego "wiatru we włosach" (których już nie mam):)

 

Edytowane przez Aspi

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 30.09.2020 o 14:17, Aspi napisał:

"Ale po co to wszystko jest, skoro i tak umrzemy? Po co się cieszyć życiem, gromadzić te wszystkie doświadczenia, skoro i tak za jakiś czas nic po nas nie zostanie? Czy to nie bardzo ponura wizja?"

 

Moim zdaniem nie jest to ponura wizja. Jeżeli wierzysz w życie wieczne to będziesz się tym cieszyć również po śmierci a jeżeli wierzysz że po śmierci świadomość po prostu przestaje istnieć to znaczy że nie będzie to już twoim zmartwieniem.

 

Mnie bardziej zastanawia dlaczego ludzi tak bardzo chcą żeby coś po nich zostało na ziemi. Ja mam gdzieś czy coś po mnie zostanie czy nie.

Edytowane przez SouthernSun

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Życie nie ma sensu, ono poprostu jest. Może jedynie wyróżniać cele, a te sami ustalamy. 

 

Adler wyróznił natomiast trzy zadania czlowieka, zadanie pracy i relacji w niej, zadanie przyjazni, zadanie milosci. 

 

Z pewnosci jezeli nie realizujemy lub nie potrafimy tych zadan realizowac, to nasze zycie raczej jest smutne.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×