Moja historia

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Moja historia

przez euphoria 29 lis 2011, 12:57
Witam serdecznie,
dopiero zarejestrowałam się na tym forum i nie znam zasad, więc z góry przepraszam, jeśli założyłam wątek nie w tym temacie, co trzeba. Dzisiaj mam bardzo kiepski dzień, szukam wsparcia. Liczę na to, że ktoś przeczyta moją historię i mi odpisze.
Piszę w dziale "nerwica lękowa" ale tak naprawdę nie jestem w stanie zaklasyfikować moich zaburzeń.
Jeśli temat nie jest w odpowiednim dziale, proszę o jego przeniesienie.

Odkąd pamiętam, zawsze miałam problem z natręctwami, które towarzyszyły mi już w podstawówce. A to liczyłam płyty chodnikowe, musiałam na nie stawać zawsze prawą nogą, a to myłam ręce notorycznie jak coś "zaburzyło" ich czystość (najczęściej jakaś moja myśl), sprawdzałam po kilkadziesiąt razy zamknięcie drzwi, wyłączenie żelazka itd. To były takie moje nieszkodliwe dziwactwa, nie traktowałam tego poważnie, potrafiłam z tym żyć. Miałam też nerwicę jelitową, tzn. nie potrafiłam skorzystać z toalety w obcym miejscu ale też nie traktowałam tego jako coś poważnego.
Potem zdarzył się wypadek. Przeżyłam, doznałam urazu kręgosłupa i od tego czasu zaczęły się bóle głowy (neurolog określił to jako zaburzenia dysocjacyjne), nie pozwalałam nikomu dotknąć mojej twarzy, przez jakiś czas miałam też zaburzenia odżywiania do momentu, aż poznałam mojego chłopaka (aktualnie męża) i wszystko ustało. Rozpoczęliśmy współżycie po jakimś czasie i "padłam ofiarą" pochwicy, każde zbliżenie było koszmarem, spinałam się, nie potrafiłam się rozluźnić. W tym czasie przeszłam jeden zabieg ginekologiczny, potem poszłam do psychologa i dowiedziałam się, że mam iść do psychiatry po leki i dopiero wrócić na terapię. Tego nie zrobiłam.
Życie biegło dalej, pracowałam, wzięliśmy ślub (problemy z pochwicą pokonałam sama) i zaszłam w ciążę. Ciąża bliźniacza, zagrożona. Leżałam w szpitalu, daleko od domu, w dużym skrócie opiszę to, co się później działo - urodziłam dzieci w 7 m-cu ciąży, w zakażeniu, rozwinęła się sepsa. Moje dzieci były w stanie krytycznym. Ratowano nam życie, u mnie udało się zwalczyć zakażenie. Synowie spędzili w szpitalu długie 2 miesiące, w tym czasie były momenty krytyczne, wyszliśmy do domu z tlenoterapią, groziło wodogłowie, drugi syn na zawsze miał pozostać "roślinką".
Co ja w tym czasie robiłam? Po wyjściu ze szpitala nie zapłakałam ani razu, szybko pozbierałam się do kupy, musiałam jeździć do dzieci i oswajać się z tematem. Cały czas byłam na obrotach, nie zwolniłam. Owszem, spotkałam się ze wsparciem psychologicznym dla rodziców wcześniaków ale uważałam, że nie mam na to czasu i sama sobie z tym poradzę. Wiem już dzisiaj, że bałam się rozklejenia, bałam się, że pęknę. Od bliskich i znajomych ciągle słyszałam, że jestem silna i mnie podziwiają, że daję sobie doskonale radę w tak trudnej sytuacji.
W 5 m-cu życia dzieci, prawie 2 lata temu po powrocie od neurologa dzieci dostałam ataku - oczopląs, zawroty głowy, wymioty. Spałam całą noc, tylko leżenie w łóżku przynosiło ulgę, na drugi dzień lekarz skierował mnie na oddział. Dostałam kroplówki, leki, po 3 dniach ustało. TK nie wykazało żadnych zmian, dostałam skierowanie na VNG ale najbliższy termin był za pół roku i ostatecznie nie wykonałam tego badania. Powód tego ataku: w szpitalu nie było wiadomo, szwagier-lekarz uważał, że to neurowirus ale ja po tych 2 lat analizując wiem, że to był pierwszy atak spowodowany tym, że neurolog sugerowała, że moje dzieci mają wadę genetyczną i skierowała nas na badania. Podejrzewam, że wtedy nie wytrzymałam, wszystko puściło, ale puściło ciało bo cały czas nie dopuszczałam do siebie myśli, że przestanę być silna.
Następny atak był po 4 miesiącach, tym razem mocne bóle głowy, byłam sama z dziećmi - mąż zawiózł mnie na pogotowie, dostałam dalej Betaserc i wróciłam do domu. Przez rok był spokój. Skupiłam się na intensywnej rehabilitacji dzieci, która zakończyła się sukcesem i dzięki temu moje dzieci chodzą, są sprawne. Krótko mówiąc - byłam zajęta sprawami dzieci, ciągnęły się za nami inne powikłania zdrowotne powcześniacze, więc nie miałam czasu dla siebie. Poza tym opieka nad bliźniakami była bardzo czasochłonna, do tego prowadziłam dom - nie miałam czasu na nic.
Zauważyłam u siebie co prawda jakieś objawy typu mrowienie i drętwienie rąk, zresztą od czasu wypadku miałam częste skurcze szyi, po sepsie i znieczuleniu cc doszło mrowienie w kręgosłupie i problemy z oddychaniem. Podczas jazdy samochodem w sytuacji stresującej (np. nagłe hamowanie) od razu w dłoniach czułam jakby gorące igły wbijały mi się w skórę. Często nie mogłam do końca złapać oddechu, to było dosyć dziwne. Miałam też dziwne, niepokojące myśli ale tak naprawdę odkąd pamiętam byłam czarnowidzem, nieodebranie telefonu przez męża kończyło się u mnie palpitacją serca i wyobrażaniem sobie najgorszego, więc te myśli przerzuciłam na dzieci. Tym bardziej, że miałam powód obawiać się o ich życie i zdrowie.
Przez ten czas kilkakrotnie byłam w szpitalu z dziećmi, każdy dziwny objaw (czy to gorączka czy cokolwiek innego) oznaczał u mnie panikę, ale potem zaczynała działać adrenalina i skupiałam się na swoich zadaniach. Często po powrocie ze szpitala czy po chorobie jak już było dobrze z dziećmi ja poległam, bolała mnie głowa, byłam zestresowana ale zawsze przechodziło.
W lipcu tego roku zaczęły się zawroty głowy, połączone z mrowieniem i drętwieniem ciała. Przestraszyłam się i poszłam do lekarza rodzinnego, bo do tej pory uważałam, że nie mam na to czasu z/w na dzieci. Dostałam leki (Polvertic) skierowanie na badania i do neurologa. Badania zrobiłam, sprawdziłam wyniki w internecie i wszystko było w normie, więc do lekarza już nie poszłam. Do neurologa nie mogłam się dostać, najbliższy termin był za pół roku.
Wtedy po raz pierwszy usiadłam na necie i wpisałam w google objawy, wtedy pierwszy raz trafiłam na fora nerwicowe, uzmysłowiłam sobie, że być może na to właśnie cierpię. Nie mogłam się poddawać, czekał nas urlop, musiałam też być zdrowa z/w na dzieci i siłą woli "pokonałam" objawy, pojechaliśmy nad morze.
Zawroty wróciły na początku listopada, utrzymują się do dzisiaj. Do tego dołączyły nudności, biegunka, ciśnienie w głowie. Przestraszyłam się, pojechaliśmy na izbę przyjęć i tam pani dr przepisała mi znowu Polvertic + Bellergot na uspokojenie, kazała się wyluzować i zrobić badanie VNG. Udało się, znalazłam w najbliższym mieście prywatną klinikę i pojechałam na badanie, z tym, że zrobiono mi tylko 1 część bez prób kalorycznych, ponieważ łzawiły mi oczy i nie dało się wykonać pomiaru. Drugą część badania mam za tydzień.
Prawdopodobnie te zawroty głowy rozpoczęło moje siedzenie na necie, przeczytałam na jakimś forum temat "młode wdowy" o kobietach, które straciły mężów i zaczęłam sobie wyobrażać co by się stało, gdyby........... itd.

Od zawsze też miałam taki charakter, że szybko denerwowałam się na ludzi, potrafię zerwać kontakty z dobrymi znajomymi bez podania przyczyny. Jak się "obrażę" na kogoś, to już na zawsze. Na dodatek mam fobię polegającą na strachu przed kontaktem, np. znam z forum wsparcia mamy innych wcześniaków, rozmawiam z nimi ale nie potrafię się przemóc przed rozmową przez telefon, nie jeżdżę też na spotkania na żywo, zawsze znajduję wymówkę, bo się tego boję. Tylko z jedną mamą znam się osobiście, ale też długo przymierzałam się do tego spotkania.

Co mnie niepokoi najmocniej, to fakt, że od tygodnia denerwuję się na dzieci, co mi się nigdy nie zdarzało.
Nie potrafię wyluzować. Cały czas jestem spięta. Polvertic i Bellergot nie pomagają.
Jest mi źle. Wtedy daję radę w domu, kiedy coś robię, sprzątam, wieszam pranie, cokolwiek. Bezczynne siedzenie sprawia, że w środku cała drżę. Siedzenie przy kompie też mnie wykańcza, ale dzisiaj nabrałam siły, gdy zaczęłam czytać o nerwicy, o innych ludziach, którzy przechodzą to samo. Nie mam dzisiaj wątpliwości, że na to cierpię. Ale jak żyć? Jak sobie dać radę?
Dzisiaj wszystko pękło, wczoraj denerwowałam się wieczorem na dzieci, nie chciały iść spać. W końcu zasnęły, ja też ale rano wstałam cała rozdygotana i spięta, do tego zaczęły mnie boleć mięśnie nóg, mam je jak z waty, przestraszyłam się nie na żarty.
Już sama nie wiem, czy choruje moja dusza czy ciało, czy cierpię na coś poważnego i tylko wydaje mi się, że to nerwica.
Do tej pory usilnie twierdziłam, że nie skorzystam z pomocy psychiatry ale dzisiaj się złamałam, zadzwoniłam do dr i nie chciała mnie przyjąć dzisiaj (jestem w gorącej wodzie kąpana, myślałam, że z miejsca się da) ale rozpłakałam się i wcisnęła mnie za tydzień.
Już na spokojnie znalazłam na tym forum wskazówki i na stronie PTP w najbliższym mieście (małe miasto) znalazłam psychoterapeutę, umówiłam się na czwartek.

Już nie pamiętam kiedy ostatni raz płakałam.

Jak sobie pomóc?

-- 29 lis 2011, 12:05 --

Zapomniałam dopisać, że od zawsze cierpię na lęk wysokości i mam klaustrofobię, więc to pewnie też jakaś odmiana lęku.
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
29 lis 2011, 12:13

Moja historia

przez moniczka87 06 gru 2011, 15:26
Sciskam Cie mocno i mimo, ze nie znam to serdecznie przytulam. Kazdy ma swoja historie i kazdy z nas nosi swoj krzyz..Twoj byl ciezki i teraz odczuwasz tego skutki.
Mimo wszytsko jestes bardzo dzilena kobieta. Kazdy z nas potrzebuje minuty dla siebie tak zeby naladowac baterie wiec nic dziwnego, ze zaczynasz sie denerwowac z byle powodu.
Ja rowniez mam nerwy na postronku.. puszczaja zupelnie nie potrzebnie ...
Choroba duszy potrafi wyrzadzic wieksza krzywde nizeli ciala. Nerwy i stres sa najgorszymi doradcami...
Dobrym krokiem jest umowienie sie z psychiatra i psychoterapeuta ale pisanie swoich uczuc tutaj tez bardzo pomaga.. a juz konwersacja z kims kto doskonale rozumie Twoje dysfunkcje ejst najwieksza ulga jaka mozna tylko znalezc.
Pozdrawiam Cie serdecznie
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
05 gru 2011, 13:06
Lokalizacja
koniec swiata...

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 21 gości

Przeskocz do