Skocz do zawartości
Nerwica.com

Awersja do psychoterapii. Jak się przełamać?


czarna rzodkiew

Rekomendowane odpowiedzi

3 godziny temu, Żaba Monika napisał(a):

Gdy bylam dziewica to tez nie moglam wcisnac tampona, dopiero gdy rozpoczelam aktywnosc seksualna to sie udalo.

Nic na sile, tampony sa wygodne w uzyciu, ale podpaski tez sa spoko, teraz nawet je wole.

Tak naprawdę to podpaski przeszkadzają mi głównie jak chciałabym popływać (nie umiem pływać, ale wiadomo o co chodzi 😅).

Ewentualnie fajne wydają się te kubeczki menstruacyjne, ale myślę że tego ani tyle bym nie potrafiłam użyć.

 

 

Odkryłem, że odwaga to nie brak strachu, ale pokonanie go. Odważny człowiek to nie ten, kto nie czuje lęku, ale ten, kto przezwyciężył ten strach. 

 

Nelson Mandela

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

10 minut temu, bei napisał(a):

Tak naprawdę to podpaski przeszkadzają mi głównie jak chciałabym popływać (nie umiem pływać, ale wiadomo o co chodzi 😅).

Ewentualnie fajne wydają się te kubeczki menstruacyjne, ale myślę że tego ani tyle bym nie potrafiłam użyć.

 

 

Jesli tampon Ci nie wchodzi, to kubeczek tez raczej nie wejdzie.

Ja uzywam tamponow z aplikatorami, najlepsze sa z plastikowymi niestety, bo te z tekturowymi czasem zaginaja sie i drapia. Taki aplikator jest sliski i latwiej wchodzi do srodka. Musisz sie rozluznic i wkladac go zgodnie z kierunkiem pochwy, czyli troche pod katem. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jestem po drugim spotkaniu z psychoterapeutką. Tym razem nie przygotowywałam się, nie miałam ze sobą notatek, nie planowałam co powiedzieć, jedynie próbowałam sobie przypomnieć, jak mi minął tydzień, ale długo myśleć nie musiałam. Dni mi się zlewają, bo nic nie robię, dalej tylko leżę, siedzę, coś pooglądam, coś poczytam, pogotuję i przejadę się do sklepu. Dalej nic mi nie sprawia radości, tylko zapełnia czas. Dalej nie widzę dla siebie przyszłości, dalej boję się o niej decydować i nawet nie chcę. Psychoterapeutka zanotowała moje poczucie pustki i braku sprawczości, notuje bez przerwy. Momentami wracałyśmy do dzieciństwa, ale skupiałyśmy się też na tu i teraz, na moich wybuchach, nieradzeniu sobie z napięciami psychicznymi. Miała kilka trafnych, dawno znanych mi, wniosków, ale zdarzało się również, że musiałam wyprowadzać ją z błędnego toru myślowego. Po raz kolejny przywoływała historie innych pacjentów i seriali. Zrozumiałam, że taki ma styl prowadzenia rozmowy, która dzięki temu cały czas się klei, ale potrafi za bardzo się rozgadywać, za wszelką cenę chce dokończyć te historie, swoje myśli i daje dużo szczegółów, które są zbędne i marnują mi czas, a więc i pieniądze. Znów parę razy się wyłączałam, raz nawet osunęłam się na fotelu, chcąc dać jej niewerbalnie znać, żeby skończyła i wróciła do mnie. Nie mam odwagi jej przerywać, byłoby to niekulturalne, nie w moim stylu, ale nie chcę pogawędek, tylko terapii. Nie wiem w jakim kierunku to zmierza. Mimo wszystko całkiem dobrze czuję się w tym gabinecie i chcę jeszcze przekonać się, co przyszłość przyniesie. Nie chciałoby mi się otwierać po raz kolejny przy kolejnym i kolejnym terapeucie i szukać tego idealnego. W każdym zapewne coś by mi nie pasowało, a do niej nie mam rażących zastrzeżeń. I tak jak daliście mi do zrozumienia - pierwsze spotkania są zapoznawcze, dopiero później zaczyna się praca terapeutyczna. Umówiłam się więc na kolejną sesję. Dam temu szansę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

3 godziny temu, czarna rzodkiew napisał(a):

Jestem po drugim spotkaniu z psychoterapeutką. Tym razem nie przygotowywałam się, nie miałam ze sobą notatek, nie planowałam co powiedzieć, jedynie próbowałam sobie przypomnieć, jak mi minął tydzień, ale długo myśleć nie musiałam. Dni mi się zlewają, bo nic nie robię, dalej tylko leżę, siedzę, coś pooglądam, coś poczytam, pogotuję i przejadę się do sklepu. Dalej nic mi nie sprawia radości, tylko zapełnia czas. Dalej nie widzę dla siebie przyszłości, dalej boję się o niej decydować i nawet nie chcę. Psychoterapeutka zanotowała moje poczucie pustki i braku sprawczości, notuje bez przerwy. Momentami wracałyśmy do dzieciństwa, ale skupiałyśmy się też na tu i teraz, na moich wybuchach, nieradzeniu sobie z napięciami psychicznymi. Miała kilka trafnych, dawno znanych mi, wniosków, ale zdarzało się również, że musiałam wyprowadzać ją z błędnego toru myślowego. Po raz kolejny przywoływała historie innych pacjentów i seriali. Zrozumiałam, że taki ma styl prowadzenia rozmowy, która dzięki temu cały czas się klei, ale potrafi za bardzo się rozgadywać, za wszelką cenę chce dokończyć te historie, swoje myśli i daje dużo szczegółów, które są zbędne i marnują mi czas, a więc i pieniądze. Znów parę razy się wyłączałam, raz nawet osunęłam się na fotelu, chcąc dać jej niewerbalnie znać, żeby skończyła i wróciła do mnie. Nie mam odwagi jej przerywać, byłoby to niekulturalne, nie w moim stylu, ale nie chcę pogawędek, tylko terapii. Nie wiem w jakim kierunku to zmierza. Mimo wszystko całkiem dobrze czuję się w tym gabinecie i chcę jeszcze przekonać się, co przyszłość przyniesie. Nie chciałoby mi się otwierać po raz kolejny przy kolejnym i kolejnym terapeucie i szukać tego idealnego. W każdym zapewne coś by mi nie pasowało, a do niej nie mam rażących zastrzeżeń. I tak jak daliście mi do zrozumienia - pierwsze spotkania są zapoznawcze, dopiero później zaczyna się praca terapeutyczna. Umówiłam się więc na kolejną sesję. Dam temu szansę.

Sposób bycia terapeutki - Może wytłumacz jej kulturalnie - tak kiedy skończy już swoją myśl, że szanujesz, słyszysz, może nawet rozumiesz ale zdarzają się jej wycieczki do nikąd co powoduje w Tobie napięcie, niechęć, poczucie straty czasu, whatever wpisz tu swoje. Lepiej ją z tym zderzyć niż np z nagła przestać do niej chodzić. Nie miej litości, wybrała sobie trudną pracę za którą dostaje dobre pieniądze. Chyba nie powinno być tak, że w tym miejscu napotykasz nowe trudności związane stricte z osobą terapeuty. To powinien być Twój czas.

 

Zlewające się dni - terapia to krok, a dni pomiędzy sesjami to już inna para kaloszy. Wiem, że chorując bywamy w kiepskiej formie i czasem potrzebujemy złapać oddech. Tylko niech to będzie etap, potrzebny i skończony. Na przykładzie dnia wczorajszego: nie jestem w dobrym stanie, często nie wiem co ze sobą zrobić, szukanie motywacji jest bezcelowe, po prostu podejmuje małe decyzję i się ich trzymam. Wczoraj był to spacer, wybrałem się w bliżej nieokreślonym kierunku, ostatnio często zaglądam do pobliskiego parku więc tam skręciłem. No i tak, pierwsza przyszła ulga, lekki chłód wywiany z pod drzew, schronie przed słońcem. W taki upalny dzień jak wczoraj miałem szczere poczucie spełnienia, że dotarłem do konkretnego, sensownego miejsca. Drugi był zając. Początkowo policzyłem ile ja tych leków zjadłem, czy nie zafundowałem sobie razy dwa:p Ale nie to był mały zajączek z białą dupcią i ogonkiem. Ze 20 metrów w głąb drzew jesze kilka i wyraźnie widoczny cud zajęczej inżynierii czyli dziura. Nie podchodziłem jakoś specjalnie blisko, żeby nie straszyć zwierząt, klapnąlem troszkę bliżej. Może z 10 metrów, po zającach było widać, że zaczynają się niepokoić i to była nasza granicą. Posiedziałem tam chwilę, w zasadzie to ciesząc się z cholera wie czego. A te zajączki to jak zobaczyły, że nie jestem głody i nie wykonuje gwałtownych ruchów to w moment były wszędzie dookoła. Później polazłem na ławkę. Rozwaliłem się po całej długości. Zauważyłem, że jestem dobrze wychowany bo buty jednak miałem w powietrzu x) napiłem się, zapaliłem papierosa, poszperałem za muzyką, popatrzyłem na aranżację alejki wokół. Już miałem się zbierać kiedy zagadnęła mnie jakaś laska, na oko rocznik 2023/24 😁 a rudy taki rozczochraniec w wielkich okularach. Rodzice coś tam ją strofowali ale takie miny, spojrzenia i uśmiechy trzaskała, że w moment wszyscy się żeśmy śmiali. Wróciłem do domu kilkukrotnie jeszcze uśmiechając się do swoich myśli. Czy zrobiłem coś co robią ludzie zdrowi? Czy lubię spacery? Czy lubię obserwować? Nawet nie wiem. Ale kiedy dzisiaj to piszę, cieszę się, że nie przewracałem się tamtego dnia w pościeli upoconej tym całym gównem które mnie zwykle trawi. Życie jest jakie jest. Ale często sobie nie pomagamy.

 

Nom nie tylko terapeutka lubi gadać i musi skończyć 😁

 

Tradycyjnie fajnie, że jesteś w ruchu, trzymam kciuki.

Every breath corrupts the line

Till there's nothing left

 

But time

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

12 godzin temu, czarna rzodkiew napisał(a):

Jestem po drugim spotkaniu z psychoterapeutką. Tym razem nie przygotowywałam się, nie miałam ze sobą notatek, nie planowałam co powiedzieć, jedynie próbowałam sobie przypomnieć, jak mi minął tydzień, ale długo myśleć nie musiałam. Dni mi się zlewają, bo nic nie robię, dalej tylko leżę, siedzę, coś pooglądam, coś poczytam, pogotuję i przejadę się do sklepu. Dalej nic mi nie sprawia radości, tylko zapełnia czas. Dalej nie widzę dla siebie przyszłości, dalej boję się o niej decydować i nawet nie chcę. Psychoterapeutka zanotowała moje poczucie pustki i braku sprawczości, notuje bez przerwy. Momentami wracałyśmy do dzieciństwa, ale skupiałyśmy się też na tu i teraz, na moich wybuchach, nieradzeniu sobie z napięciami psychicznymi. Miała kilka trafnych, dawno znanych mi, wniosków, ale zdarzało się również, że musiałam wyprowadzać ją z błędnego toru myślowego. Po raz kolejny przywoływała historie innych pacjentów i seriali. Zrozumiałam, że taki ma styl prowadzenia rozmowy, która dzięki temu cały czas się klei, ale potrafi za bardzo się rozgadywać, za wszelką cenę chce dokończyć te historie, swoje myśli i daje dużo szczegółów, które są zbędne i marnują mi czas, a więc i pieniądze. Znów parę razy się wyłączałam, raz nawet osunęłam się na fotelu, chcąc dać jej niewerbalnie znać, żeby skończyła i wróciła do mnie. Nie mam odwagi jej przerywać, byłoby to niekulturalne, nie w moim stylu, ale nie chcę pogawędek, tylko terapii. Nie wiem w jakim kierunku to zmierza. Mimo wszystko całkiem dobrze czuję się w tym gabinecie i chcę jeszcze przekonać się, co przyszłość przyniesie. Nie chciałoby mi się otwierać po raz kolejny przy kolejnym i kolejnym terapeucie i szukać tego idealnego. W każdym zapewne coś by mi nie pasowało, a do niej nie mam rażących zastrzeżeń. I tak jak daliście mi do zrozumienia - pierwsze spotkania są zapoznawcze, dopiero później zaczyna się praca terapeutyczna. Umówiłam się więc na kolejną sesję. Dam temu szansę.

Też uważam, że dwa spotkania to za mało żeby jakieś sensowne wnioski wyciągnąć . Czasem ta „gadanina” której nie rozumiemy po co, po kiego grzyba i ogólnie: what? to właśnie jest terapia 😄

Edytowane przez brum.brum

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

9 godzin temu, Verinia napisał(a):

Ciekawi mnie, co takiego ważnego jest w posiadaniu znajomych i kolegów. Są ludzie, którzy nie potrzebują do szczęścia znajomych z którymi powinni robić rzeczy i utrzymywać kontakt. Są tacy, wiesz? I mają się dobrze. Zatem ciekawi mnie Twoje zdanie, skąd ta wiedza, skąd tę wiedzę czerpiesz? Z własnego życia, czy jakiegoś filozofa. Rozwiń myśl...

Przede wszystkim w własnego doświadczenia, z własnych przeżyć. Zauważyłem, że mając kilka lat wstecz, sporo znajomych całkowicie inaczej funkcjonowałem na codzień. Wewnętrznie byłem bardziej spokojny, zadowolony z życia. Relacje bardzo dużo wnosiły do mojego życia. 
Piszesz, że nie potrzebujesz do szczęścia innych ludzi - okej możesz tak mieć. Sam jestem introwertykiem i cenię sobie bycie samemu ze sobą. Ja mam troszeczkę inne zdanie na temat kolegów/znajomych i podobnie jak Tobie, jest mi z tym dobrze 🙂 ( tutaj powinienem wrzucić jakiś mądry cytat najlepiej z Junga czy Baumana, ale tego nie zrobię )

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

31 minut temu, Nie lubię świtu napisał(a):

I btw trochę słabo to wygląda, że Czarna Rzodkiew zakłada swój temat a Ty go przejmujesz^^ dziewczyna aktywnie i merytorycznie tu pisze, może pomyśl nad własnym tematem - zwłaszcza, że awersji do psychoterapii to Ty nie masz ;) pozdrawiam

Absolutnie mi to nie przeszkadza, wręcz nawet podnosi na duchu, bo mnie się nie zawsze chce udzielać w swoim własnym temacie, ale widząc, że jest aktywny, to czuję się w obowiązku kiedyś w końcu dodać swoje trzy grosze i jakieś tam odpowiedzi mi się kształtują w głowie, tylko czekają na odpowiedni czas. Cieszę się, że ktoś odnalazł na forum swoją przestrzeń dla siebie, dla mnie nie ma podziału na mój-czyjś temat.

 

Chciałabym się odnieść do wszystkiego, co tu napisaliście, i niebawem to zrobię, ale aktualnie jestem w kiepskim stanie, popijam SSRI piwem. Mam wrażenie, że te leki i tak na mnie w ogóle nie działają, bardzo źle znoszę tę pogodę, odliczam tylko godziny do końca dnia, naprawdę nie jestem w stanie nic zrobić.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

14 minut temu, czarna rzodkiew napisał(a):

Absolutnie mi to nie przeszkadza, wręcz nawet podnosi na duchu, bo mnie się nie zawsze chce udzielać w swoim własnym temacie, ale widząc, że jest aktywny, to czuję się w obowiązku kiedyś w końcu dodać swoje trzy grosze i jakieś tam odpowiedzi mi się kształtują w głowie, tylko czekają na odpowiedni czas. Cieszę się, że ktoś odnalazł na forum swoją przestrzeń dla siebie, dla mnie nie ma podziału na mój-czyjś temat.

 

Chciałabym się odnieść do wszystkiego, co tu napisaliście, i niebawem to zrobię, ale aktualnie jestem w kiepskim stanie, popijam SSRI piwem. Mam wrażenie, że te leki i tak na mnie w ogóle nie działają, bardzo źle znoszę tę pogodę, odliczam tylko godziny do końca dnia, naprawdę nie jestem w stanie nic zrobić.

Mnie się tam dziwnie zrobiło po przeczytaniu tematu od początku, stąd moja uwaga/sugestia cokolwiek, nie wyganiam jej

 

A co do leków SSRI to lączenie ich z alko dokładnie tak się kończy, no ale to oczywista oczywistość więc, endżoj

Every breath corrupts the line

Till there's nothing left

 

But time

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cały ten alkohol niczego wczoraj nie zmienił, picie jak picie, przy takiej pogodzie wypociłam piwo za piwem. Nic mi się w te dni nie chce, ale właściwie, to żadna nowość. Nie chcę jednak uciekać w używki, nawet przestałam palić papierosy, odkąd zaczęłam się leczyć. Kiedyś miałam problem z używkami, pomagały mi się odstresować, do czasu aż więcej szkód mi przynosiły. Powiedziałam o tym psychoterapeutce, to od razu zaznaczyła, że nie leczy uzależnień i jest to bariera, przez którą się nie przebije, jeżeli sama jej nie pokonam. Nawet polecała mi ośrodek leczenia uzależnień, zwłaszcza gdybym potrzebowała dłuższej przerwy od pracy, ale nie chcę przedłużać zwolnienia, wystarczająco się boję. Wierzę, że poradzę sobie sama, ale niestety, często ucinając jedno uzależnienie, wpadamy w kolejne, mechanizm jest ten sam, to odwracanie uwagi od swojej rzeczywistości. Leżę więc całymi dniami, oglądam i czytam treści nic niewnoszące do mojego życia, gram w mahjonga, zasypiam czasem z nudów, aby tylko szybciej minął dzień, albo jem z nudów i obserwuję tylko, jak przybieram na wadze i nic z tym nie robię, kiedy ja z przeszłości trzymająca się wagi zdzieliłabym siebie za to teraz. Spontanicznie czasem wyjdę do sklepu albo pojadę nad morze, jak ostatnio, ale wracam z powrotem do domu i ponownie dobija mnie bezsilność i brak chęci brania za stery. Mieszkam w paskudnym otoczeniu, którego nawet nie chce mi się sprzątać, a co dopiero zmieniać. Nie chce mi się niczego zmieniać. Nie wiem kompletnie, jak odnaleźć w sobie utraconą siłę. Kiedyś ją przecież miałam, ale przez tę pracę, stres, idące z nim używki oraz pewne zdarzenia wszystko się rozpadło. W dodatku tak bardzo nie podoba mi się obecny świat, że liczę tylko każdego dnia na to, by obudzić się w innym wymiarze. Za tydzień mam wizytę u psychiatry i zupełnie nie wiem co dalej, co mam zrobić, wciąż nie mam siły na nic i tak bardzo stresuję się pracą, a w żadnej innej siebie nie widzę, w tej również, mam wręcz syndrom oszusta, ale siedzenie dłużej w domu wcale mi nie pomoże. Prawie miesiąc minął, nawet nie wiem kiedy, i nic a nic się nie zmieniło. Chciałabym zniknąć z tej planety, nie podejmować żadnych działań, tylko rozpaść się na cząsteczki.

 

Co do koleżanek i kolegów, nie mam żadnych, odcięłam się od każdego po skończeniu edukacji, czyli wspólnym gruncie, po czym odetchnęłam z wielką ulgą. W końcu nie miałam obowiązku nikomu odpisywać. Jak ja tego nie znosiłam! Ale zawsze gdzieś tam głęboko we mnie była potrzeba odnalezienia podobnych mi osób i przyjaźni aż po grób. Psychoterapeutka słysząc to, potwierdziła tylko, że jest we mnie mnóstwo sprzeczności. Nie tylko w tym obszarze. Dzisiaj śniły mi się koleżanki z klasy z gimnazjum. W końcu miałam jakiś normalny sen, pomimo tych leków, może dzięki alkoholowi. Rozmawiałyśmy o swoim obecnym życiu, jak skończyłyśmy. Wszystkie odniosły sukcesy, były kierowniczkami, menagerami, a ja jedyna powiedziałam, że praca posłała mnie do psychiatry, biorę leki i chodzę na terapię, czemu całe życie byłam przeciwna. Mówiłam to przez łzy z uśmiechem na twarzy, tak jak zwykle, jakby wszystko było mi już jedno, a jednak boli.

 

Niedługo czeka mnie kolejna sesja, tak szybko mi czas mija. Mam wrażenie, jakbym terapię rozpoczęła dopiero wczoraj. Myślę też, że będzie to decydujące spotkanie. Chcę zapytać o plany, kierunek działania, w jaki sposób zamierza ze mną pracować, bo chyba nie będziemy co spotkanie gadać o przeszłości, serialach i innych pacjentach? Mówiła poprzednio, że będziemy pracować nad moją sprawczością, na co liczę. Nie chcę być tym, kim jestem, ale też nie mam obrazu tego, kim mogłabym być. Nie chcę niczego i obawiam się, że ani terapia ani leki nie pomogą mi tego zmienić. Czas pokaże.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

4 godziny temu, czarna rzodkiew napisał(a):

Cały ten alkohol niczego wczoraj nie zmienił, picie jak picie, przy takiej pogodzie wypociłam piwo za piwem. Nic mi się w te dni nie chce, ale właściwie, to żadna nowość. Nie chcę jednak uciekać w używki, nawet przestałam palić papierosy, odkąd zaczęłam się leczyć. Kiedyś miałam problem z używkami, pomagały mi się odstresować, do czasu aż więcej szkód mi przynosiły. Powiedziałam o tym psychoterapeutce, to od razu zaznaczyła, że nie leczy uzależnień i jest to bariera, przez którą się nie przebije, jeżeli sama jej nie pokonam. Nawet polecała mi ośrodek leczenia uzależnień, zwłaszcza gdybym potrzebowała dłuższej przerwy od pracy, ale nie chcę przedłużać zwolnienia, wystarczająco się boję. Wierzę, że poradzę sobie sama, ale niestety, często ucinając jedno uzależnienie, wpadamy w kolejne, mechanizm jest ten sam, to odwracanie uwagi od swojej rzeczywistości. Leżę więc całymi dniami, oglądam i czytam treści nic niewnoszące do mojego życia, gram w mahjonga, zasypiam czasem z nudów, aby tylko szybciej minął dzień, albo jem z nudów i obserwuję tylko, jak przybieram na wadze i nic z tym nie robię, kiedy ja z przeszłości trzymająca się wagi zdzieliłabym siebie za to teraz. Spontanicznie czasem wyjdę do sklepu albo pojadę nad morze, jak ostatnio, ale wracam z powrotem do domu i ponownie dobija mnie bezsilność i brak chęci brania za stery. Mieszkam w paskudnym otoczeniu, którego nawet nie chce mi się sprzątać, a co dopiero zmieniać. Nie chce mi się niczego zmieniać. Nie wiem kompletnie, jak odnaleźć w sobie utraconą siłę. Kiedyś ją przecież miałam, ale przez tę pracę, stres, idące z nim używki oraz pewne zdarzenia wszystko się rozpadło. W dodatku tak bardzo nie podoba mi się obecny świat, że liczę tylko każdego dnia na to, by obudzić się w innym wymiarze. Za tydzień mam wizytę u psychiatry i zupełnie nie wiem co dalej, co mam zrobić, wciąż nie mam siły na nic i tak bardzo stresuję się pracą, a w żadnej innej siebie nie widzę, w tej również, mam wręcz syndrom oszusta, ale siedzenie dłużej w domu wcale mi nie pomoże. Prawie miesiąc minął, nawet nie wiem kiedy, i nic a nic się nie zmieniło. Chciałabym zniknąć z tej planety, nie podejmować żadnych działań, tylko rozpaść się na cząsteczki.

 

Co do koleżanek i kolegów, nie mam żadnych, odcięłam się od każdego po skończeniu edukacji, czyli wspólnym gruncie, po czym odetchnęłam z wielką ulgą. W końcu nie miałam obowiązku nikomu odpisywać. Jak ja tego nie znosiłam! Ale zawsze gdzieś tam głęboko we mnie była potrzeba odnalezienia podobnych mi osób i przyjaźni aż po grób. Psychoterapeutka słysząc to, potwierdziła tylko, że jest we mnie mnóstwo sprzeczności. Nie tylko w tym obszarze. Dzisiaj śniły mi się koleżanki z klasy z gimnazjum. W końcu miałam jakiś normalny sen, pomimo tych leków, może dzięki alkoholowi. Rozmawiałyśmy o swoim obecnym życiu, jak skończyłyśmy. Wszystkie odniosły sukcesy, były kierowniczkami, menagerami, a ja jedyna powiedziałam, że praca posłała mnie do psychiatry, biorę leki i chodzę na terapię, czemu całe życie byłam przeciwna. Mówiłam to przez łzy z uśmiechem na twarzy, tak jak zwykle, jakby wszystko było mi już jedno, a jednak boli.

 

Niedługo czeka mnie kolejna sesja, tak szybko mi czas mija. Mam wrażenie, jakbym terapię rozpoczęła dopiero wczoraj. Myślę też, że będzie to decydujące spotkanie. Chcę zapytać o plany, kierunek działania, w jaki sposób zamierza ze mną pracować, bo chyba nie będziemy co spotkanie gadać o przeszłości, serialach i innych pacjentach? Mówiła poprzednio, że będziemy pracować nad moją sprawczością, na co liczę. Nie chcę być tym, kim jestem, ale też nie mam obrazu tego, kim mogłabym być. Nie chcę niczego i obawiam się, że ani terapia ani leki nie pomogą mi tego zmienić. Czas pokaże.

To nie brzmi jak lenistwo, słabość czy głupota, raczej jak realny kryzys i głębokie wyczerpanie. I w takim stanie chyba nie chodzi o to, żeby od razu naprawić całe życie, pracę, mieszkanie, relacje, ciało i przyszłość. To byłoby za duże. Chodzi o złapanie choćby małej stabilizacji, jednego małego elementu dnia, jednej rzeczy, która nie pogłębia Twojego stanu, jednego minimalnego ruchu w stronę na zasadzie "jeszcze rzodkiew nie zginęła". Reszta może przyjść później i raczej przyjdzie.

Every breath corrupts the line

Till there's nothing left

 

But time

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Rzodkiew już dawno zginęła. Nie wiem co by mogło być tym jednym małym elementem dnia budującym moją tożsamość od nowa. Wiem tylko tyle, że nic się samo nie zmieni i w końcu muszę wyjść z błędnego koła. Tylko jest to trudne, kiedy jest się pustym w środku. Postaram się dzisiaj czegoś złapać i nie będzie to telefon, już mi się udało wygrzebać z łóżka, a normalnie bym jeszcze leżała i leżała. Ale i tak czuję się do kitu, mam już myśli rezygnacyjne. Przynajmniej się trochę ochłodziło na dworze.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dzisiaj terapia. Czuję się dzisiaj wyjątkowo strasznie. Mam ochotę krzyczeć, wyć, uciekać, ale nie mogę, wszystko jest we mnie zamknięte i nie może się wydostać. Znowu wszystko mi się przypomniało, wszystko do mnie wróciło. Wiedziałam, że tak się stanie, czułam to już wczoraj, będąc u rodziców. Nie mogę odeprzeć wrażenia, że to już nie są oni. To nie są ci sami rodzice. To nie jest to samo życie. Jest mi wstyd, że nie zdążyłam wykasować niektórych swoich zdjęć, okrutnych słów zapisanych, nie zdążyłam poprawić testamentu i tylu rzeczom zapobiec. Czuję napięcie w ciele na myśl o tym, co tam się dzieje. Widzę trumnę w swojej głowie, wkurzoną na mnie siostrę, która zrezygnowała ze swojej szansy życiowej, którą w tej linii życia realizuje, widzę, jak przeglądają moje prywatne rzeczy i zawodzą się raz po razie, zdając sobie sprawę, jak błędne mieli o mnie wyobrażenie. Ciągnie mnie znów do samounicestwienia, chcę to wszystko zakończyć. Nie wiem, jak potoczy się dzisiejsze spotkanie. Psychoterapeutka mniej więcej wie o tym wydarzeniu, ale nie zdaje sobie sprawy, jak wielką mi wyrządziło rysę na psychice. Nie zdołam jej tego dokładnie przedstawić. Uzna mnie za czuba. Tak jak uznaje każdego swojego pacjenta. Bo kto normalny płaci za takie gadanie. Myślę, że korzystniejsza byłaby rozmowa z teoretykiem kwantowym lub szamanem porozumiewającym się myślami i energią, aniżeli ograniczonymi słowami.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W dniu 3.07.2026 o 10:06, czarna rzodkiew napisał(a):

Uzna mnie za czuba. Tak jak uznaje każdego swojego pacjenta. Bo kto normalny płaci za takie gadanie.

Mi się wydaje, że płacą ludzie którzy mają nadzieję (jakby nie było popartą badaniami), że im to pomoże. Ja akurat mam taki stosunek do pieniędzy, że bezpośrednie płacenie za terapię bardzo utrudniało mi w niej uczestniczenie, bo kasa przysłaniała mi inne rzeczy.

 

Odkryłem, że odwaga to nie brak strachu, ale pokonanie go. Odważny człowiek to nie ten, kto nie czuje lęku, ale ten, kto przezwyciężył ten strach. 

 

Nelson Mandela

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jakiś czas temu przełamałem się i zapisałem do psychologa. Trochę zajęło mi wybranie odpowiedniej osoby. Padło na dość młodą kobietę (celowo). Pani ta jednak okazała się sporo starsza niż na zdjęciu co trochę mnie negatywnie zaskoczyło. No ale była przyjemna, więc okej. 

Pierwsza rozmowa i już byłem niezbyt pozytywnie nastawiony. Rozumiałem, że to wszystko jest takie zapoznawcze, ale nie podobało mi się jej podejście do moich problemów. To co mówiła było zbyt banalne i proste. 

Zastanawiałem się czy kontynuować, ale uznałem właśnie tak jak piszecie wyżej, że to początek, poznanie się, itd. 

Na drugiej rozmowie od razu zaznaczyłem jej, że mi to przeszkadza. Że oczekuje czegoś głębszego, zrozumienia, a nie oczywistych faktów i porad. 

Niestety, nie zauważyłem żeby jakkolwiek wzięła do siebie moje słowa. Znów mówiła banalne rzeczy. Skupiła się na mówieniu, że muszę wyjść do ludzi, przełamać się. Tak jakbym nie wiedział tego... Tylko ja chciałem zrozumieć dlaczego aż taki mam z tym problem, dokopać się do tego, a ona wciąż powtarzała w kółko to jedno i totalnie olała inne problemy o których jej opowiadałem. 

Pamiętam, że miałem jeszcze 20 minut do końca, a ona gadała i gadała o tym samym. Chciałem żeby to już się skończyło. 

Po tej wizycie zrozumiem, że ta pani nie nadaje się kompletnie do terapii ze mną. Może dla kogoś kto dopiero zauważył swoje problemy i niewiele rozumie. Jednak ja potrzebuję dokopania się do różnych spraw, analizowania tego, a nie mówienia, że muszę wyjść do ludzi, bo ona inaczej mi nie pomoże... 

 

I prawdę mówiąc znów nie będę potrafił przełamać się i spróbować terapii. Nie dlatego, że przestałem wierzyć w jej działanie. Dlatego, że dowiedziałem się, że potrzebuję kogoś konkretnego, że mam oczekiwania wobec psychoterapeuty, a nie mam pojęcia czy wybrana przeze mnie osoba je spełni. 

Nie chce zapisywać się na dwie/trzy rozmowy, płacić kupę kasy i rezygnować żeby później znów być może powtórzyć to wszystko... 

Rozumiem, że pewnie wiele osób tak robi, ale mnie to odrzuca ;/

I znów nie wiem kiedy uda mi się wrócić, przekonać aby znów spróbować. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

17 minut temu, Happyandsad napisał(a):

 

Nie chce zapisywać się na dwie/trzy rozmowy, płacić kupę kasy i rezygnować żeby później znów być może powtórzyć to wszystko... 

Rozumiem, że pewnie wiele osób tak robi, ale mnie to odrzuca ;/

I znów nie wiem kiedy uda mi się wrócić, przekonać aby znów spróbować. 

Jakże smutne i znajome. Z 10 lat się bujałem próbując co jakiś czas zanim zacząłem pierwszą terapię, a jak już zacząłem to z musu bo było ze mną zbyt źle na wymyślanie.

 

Rozważałeś terapię zdalną? Wtedy i tutaj można podpytać o polecajki.

 

I dlaczego Twój terapeuta musi być młodą kobietą? 🤔

 

Pozdrawiam!

Every breath corrupts the line

Till there's nothing left

 

But time

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

45 minut temu, Nie lubię świtu napisał(a):

Rozważałeś terapię zdalną? Wtedy i tutaj można podpytać o polecajki.

 

Właściwie to tylko zdalna wchodzi w grę niestety. W okolicy nie mam nikogo, a nie chcę dojeżdżać 40km lub więcej. 

 

47 minut temu, Nie lubię świtu napisał(a):

I dlaczego Twój terapeuta musi być młodą kobietą? 🤔

 

Nie musi być. Nie jest to konieczny warunek aby to była młoda kobieta. Po prostu zawsze miałem problem aby z nimi na luzie rozmawiać. Czy to w szkole czy nawet i teraz. Pewnie to wina niskiej samooceny, kompleksów, itd. Dlatego uznałem, że to dobry pomysł. Zdecydować się na terapię prowadzoną przez osobę która mnie onieśmiela. Być może po czasie miałoby to pozytywny wpływ na kontakty z płcią przeciwną. I nie mam nawet na myśli typowego romansowania, a raczej zwykłe koleżeńskie relacje. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

7 minut temu, Happyandsad napisał(a):

 

Właściwie to tylko zdalna wchodzi w grę niestety. W okolicy nie mam nikogo, a nie chcę dojeżdżać 40km lub więcej. 

 

 

Nie musi być. Nie jest to konieczny warunek aby to była młoda kobieta. Po prostu zawsze miałem problem aby z nimi na luzie rozmawiać. Czy to w szkole czy nawet i teraz. Pewnie to wina niskiej samooceny, kompleksów, itd. Dlatego uznałem, że to dobry pomysł. Zdecydować się na terapię prowadzoną przez osobę która mnie onieśmiela. Być może po czasie miałoby to pozytywny wpływ na kontakty z płcią przeciwną. I nie mam nawet na myśli typowego romansowania, a raczej zwykłe koleżeńskie relacje. 

Hmm to może zadziałać w drugą stronę, terapeuta zwykle ma granice których stara się nie przekraczać. Uważaj, żeby to nie było deprymujące, odbierzesz osobiście i będzie kraksa.

 

A skoro zdalna to ja się chętnie swoją podzielę jeśli nabierzesz ochoty. Będziesz pan zadowolony ;)

Edytowane przez Nie lubię świtu

Every breath corrupts the line

Till there's nothing left

 

But time

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

7 godzin temu, Happyandsad napisał(a):

 

Nie musi być. Nie jest to konieczny warunek aby to była młoda kobieta. Po prostu zawsze miałem problem aby z nimi na luzie rozmawiać. Czy to w szkole czy nawet i teraz. Pewnie to wina niskiej samooceny, kompleksów, itd. Dlatego uznałem, że to dobry pomysł. Zdecydować się na terapię prowadzoną przez osobę która mnie onieśmiela. Być może po czasie miałoby to pozytywny wpływ na kontakty z płcią przeciwną. I nie mam nawet na myśli typowego romansowania, a raczej zwykłe koleżeńskie relacje. 

To może doświadczony facet, taki co już na życie poukładane, jest w szczęśliwym związku i pomógłby ci dojść do czegoś takiego.

 

Ja mam trochę słabość do starszych mężczyzna takich co mogliby być moimi ojcami albo dziadkami. Jakoś tak wiek sprawia że są dla mnie większym autorytetem, a jednocześnie myślę że trudniej ich "urazić" niż kobiety.

 

 

Odkryłem, że odwaga to nie brak strachu, ale pokonanie go. Odważny człowiek to nie ten, kto nie czuje lęku, ale ten, kto przezwyciężył ten strach. 

 

Nelson Mandela

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W dniu 4.07.2026 o 21:16, bei napisał(a):

Mi się wydaje, że płacą ludzie którzy mają nadzieję (jakby nie było popartą badaniami), że im to pomoże. Ja akurat mam taki stosunek do pieniędzy, że bezpośrednie płacenie za terapię bardzo utrudniało mi w niej uczestniczenie, bo kasa przysłaniała mi inne rzeczy.

Mnie też trochę boli wyrzucone już ponad 600 zł, ale z drugiej strony nie mam nic takiego, na co mogłabym wydawać zebraną kasę, więc aż tak mi nie szkoda. Poza tym, coraz bardziej przekonuję się do tych spotkań.

 

W dniu 5.07.2026 o 09:33, Happyandsad napisał(a):

Pamiętam, że miałem jeszcze 20 minut do końca, a ona gadała i gadała o tym samym. Chciałem żeby to już się skończyło. 

Po tej wizycie zrozumiem, że ta pani nie nadaje się kompletnie do terapii ze mną. Może dla kogoś kto dopiero zauważył swoje problemy i niewiele rozumie. Jednak ja potrzebuję dokopania się do różnych spraw, analizowania tego, a nie mówienia, że muszę wyjść do ludzi, bo ona inaczej mi nie pomoże... 

 

I prawdę mówiąc znów nie będę potrafił przełamać się i spróbować terapii. Nie dlatego, że przestałem wierzyć w jej działanie. Dlatego, że dowiedziałem się, że potrzebuję kogoś konkretnego, że mam oczekiwania wobec psychoterapeuty, a nie mam pojęcia czy wybrana przeze mnie osoba je spełni. 

Nie chce zapisywać się na dwie/trzy rozmowy, płacić kupę kasy i rezygnować żeby później znów być może powtórzyć to wszystko... 

Rozumiem, że pewnie wiele osób tak robi, ale mnie to odrzuca ;/

I znów nie wiem kiedy uda mi się wrócić, przekonać aby znów spróbować. 

Spróbuj jeszcze raz. Do innej, innego, z większym doświadczeniem. Ja chciałam koniecznie kogoś swojej płci i z przynajmniej paroletnim, jak nie 10-letnim, doświadczeniem w pracy terapeutycznej. Z prostego powodu, ktoś taki, wysłuchując tysiące historii ludzi, będzie miał więcej połączeń, propozycji rozwiązań, dodatkowo ta sama płeć nie onieśmiela, tylko staje się niewidzialna, pozwalając ci wyłącznie na wgląd we własne przeżycia, wymuszając w tobie pracę. Terapeuta ma w tej pracy tylko towarzyszyć.

 

Moje, póki co, 3 sesje kończyły się błyskawicznie. Nie miałam poczucia, że coś się wlecze, nawet gdy o czymś się rozwodziła, to nie sprawdzałam czasu, nie interesowało mnie to. Za każdym razem godzina mijała mi zdecydowanie za szybko. Miałam zawsze wrażenie, że czegoś nie dokończyłam, że powiedziałabym coś jeszcze. To dobrze świadczy o mojej psychoterapeutce. Chcę się przy niej otwierać, chcę się jej dać poznać. Ona też zaczyna widzieć, gdy coś mi nie odpowiada i zmienia temat. Raczej nie należy do tych banalnych psuedoterapeutów. 

 

Po ostatnim spotkaniu bardziej zyskała w moich oczach. Oczywiście musiała użyć ulubionego przez terapeutów słowa "trauma", ale jak inaczej nazwać doświadczenie śmierci klinicznej? Na szczęście chyba mnie zrozumiała, chociaż czasem się zastanawiam jakim cudem, bo tak chaotycznie, bez ładu i składu mówię. Przedawkowałam ponad rok temu, dotychczas uśmierzałam ból środkami psychoaktywnymi, jak konopie czy alkohol. Od niemal trzech miesięcy byłam czysta, jednak zderzenie z rzeczywistością i skutki odstawienia były na tyle bolesne, że doznałam paraliżujących lęków w pracy, lęków społecznych, jeszcze gorszej anhedonii niż zwykle, jeszcze bardziej przytłaczających momentów derealizacji i pustki. W dzień terapii od rana czułam się bardzo źle. Powiedziałam psychoterapeutce, że mieszałam alkohol z lekami, że mam ochotę wziąć więcej tych leków za jednym razem, by sprawdzić co się stanie, że chce mi się pić, palić zielsko, odpłynąć myślami, samounicestwić się. Wiedziałam, że po tym spotkaniu pójdę do sklepu po alkohol. Dotknął mnie bezsens, dotknęły wątpliwości co do terapii. Psychoterapeutka słysząc to, od razu chciała mnie umówić na regularne wizyty. Znalazła dla mnie stałą porę w swoim kalendarzu, tym samym zdejmując ze mnie ciężar umawiania się. Jakby wiedziała, że prawdopodobnie w obecnym stanie rzuciłabym terapię i nie podjęła się już jakiejkolwiek do następnego kryzysu. Zdobyła tym u mnie ogromnego plusa. Uświadomiła mnie też, że terapia ma swoje wzloty i upadki, że mogę mieć gorsze okresy i wątpliwości, ale ona będzie moją skałą. Na leki nawet nie liczę. Po tym co brałam, tych tabletek w ogóle nie czuję. Dzisiaj wzięłam 300 mg pregi, a mam przepisane 100 mg, nic nie poczułam. Wiem, że mam uszkodzony mózg, też mi to mówiła, wiem, że mózg jest neuroplastyczny i może się odbudować, ale pewnych doświadczeń nie przeskoczę i dzisiaj nie potrafię się z nimi pogodzić. Chcę się dobrze czuć, ale jak mam to zrobić, gdy mózg przywykł do ekstremalnych bodźców? Trzy miesiące detoksu poszły się j*bać. Ale nic się nie stało. Żeby było lepiej, musi być gorzej. 

Edytowane przez czarna rzodkiew

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

8 godzin temu, Verinia napisał(a):

@czarna rzodkiew mogę zapytać na co cierpisz? Masz jakieś zaburzenie?

Jedno spotkanie z psychiatrą nie zdefiniuje mojego zaburzenia. Cierpię na życie. Z gabinetu wyszłam z wpisanymi zaburzeniami lękowymi i depresją. 

 

9 godzin temu, Verinia napisał(a):

W pewnym momencie poczułam się bardzo dziwnie i jak zauważyłam, że zniknął zegar, który był zawsze na przeciwko mnie na stoliku, to się mega przestraszyłam. Poczułam się jak w klatce, gdzie nie ma czasu. Mega niepokojące. Psychodynamiczna mega grzebie w głowie i robi przemeblowanie, przeżywanie wszystkich traum, lęków.

Być może jest to spowodowane przeżywaniem pewnych spraw na nowo, a może to świat próbuje się dostosować. Miałam podobne doświadczenie na początku wizyty, w momencie kiedy mówiłam, że świat wydaje mi się nierealny, że pani psychoterapeutka jest nierealna, to cały obraz mi się przesunął i rozmazał, niczym glitch w rzeczywistości.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

10 godzin temu, Verinia napisał(a):

Masz to poczucie nierealności ciągle, czy czasami? Ja mam ciągle od wielu lat. To nie jest dla mnie już nieprzyjemne. Polubiłam to. Daje mi to coś.

Ciągle, niemal od zawsze. Ja tego nie polubiłam i chyba raczej nie zdołam, zaburza mi ocenę sytuacji, miesza mi się życie z ciemną energią, boję się, że zwariuję i wyląduję pod mostem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Palę papierosa, przepraszam sąsiadów, ale musimy jakoś dzielić naszą prozaiczną wolność. Mało rozmyślam, a teraz mam idealny czas do tego. Na co dzień mam pustkę w głowie. Czuję, że mi źle, ale nie mogę tego wyrazić. Ostatnie dwa tygodnie spędziłam na piciu i jaraniu. Powiedziałam o tym i psychiatrze, i psychoterapeutce. Pierwszy potraktował mnie podle, kompletnie nie rozumiejąc, z jak ciężką chorobą się zmagam. Natomiast druga potraktowała ten problem pobłaźliwie.

 

Ostatnia terapia była żałosna. Tylko tracę pieniądze, chociaż jeszcze nie doszło do granicy, w której zaczynam żałować. Ale ostatnio... Ech, nie wiem nawet co napisać. Staczam się, ale ona nie widzi w tym problemu. Wcześniej tak gadała o rzeczach, nad którymi musimy popracować, jak co tydzień muszę przychodzić, bo czeka nas dużo pracy, jak musimy dojść do tego okresu sprzed wypadku, w którym i tak mi było źle, przepracować go i ten wypadek, potem naprawić resztę. Dałam jej wolną rękę na ostatnim spotkaniu. I co? Nic z tej pracy. Same zbędne pogawędki. Pierwszy raz chciałam wyjść. Może dlatego, że dwie godziny wcześniej zajarałam? Na haju mam wrażenie, że myślę normalniej, trzeźwiej, nawet jak głowa mi odpływa, to zauważam więcej. Mówiła, że to bardzo ciekawe, jak mnie ciągnie do tego stanu destrukcyjnego, jak zdzieram sobie kostki, byle dalej jeździć, jak oddaję się losowi i unikam podejmowania decyzji, jak tylko bym odpływała. Jaki z tego morał? No nie wiem, może lubię być nieszczęśliwa? Co z tym grzebaniem w przeszłości? O nic w ogóle nie pytała ostatnio. Tylko: "Jakieś kłótnie? Koszmary?". A co mają koszmary do tego wszystkiego? Chociaż po tej terapii zaczęłam mieć dziwne sny mieszające mi się z rzeczywistością. Niewiadomo dlaczego świat snów jest w odczuciu bardziej realny niż ten, ale dziwnie zaczyna się robić, kiedy we śnie wydarzyło się coś, co po przebudzeniu wydarza się później. Połączenia telefoniczne, rozmowy z bliskimi...

Niedawno myślałam, że zsikałam się w łóżku. Był środek nocy, leżałam sama na materacu, tak bardzo nie chciało mi się wstawać, nie wytrzymałam w końcu i puściłam. Lał się ten ciepły mocz pode mną, wszystko czułam i tak zasnęłam. Teraz nie wiem czy zdarzyło się to naprawdę czy nie. Mogłam zeszczać się wodą. Piję ją ostatnio litrami.

 

Wracając do wywiadu terapeutki, nic nie miałam do powiedzenia z bieżących spraw, o tym, jak mi minął dzień, nie byłam w stanie powiedzieć, bo nie za bardzo pamiętałam. Głównie leżałam, oglądałam coś pewnie, może na chwilę leżałam z zamkniętymi oczami i tak mi to zleciało. Po mnie weszła jakaś para, zapewne na terapię par. Wyobrażam już sobie ich negatywną recenzję. Może zapalę papierosa jeszcze. W końcu tak lubię ten stan. Kiedy kręci mi się w głowie i jestem bliżej śmierci. I co na to terapeutka? Palenie jest bardzo niezdrowe. Dziękuję, 200 zł dla pani.

Edytowane przez czarna rzodkiew

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×