Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Nice name

Muszę się komuś wygadać...

Rekomendowane odpowiedzi

Należałoby prawdopodobnie zacząć od przedstawienia się... a zatem: mam 16 lat i uczęszczam do publicznego liceum. Moim problemem jest głównie to, że już od szkoły podstawowej czuję, że coś ze mną nie w porządku.

Myślę zbyt dużo nad nieistotnymi sprawami, co sprawia, że czuję się jeszcze gorzej, niż powinnam. W porównaniu do rówieśników jestem w moim mniemaniu czarną owcą- unikam kontaktów z ludźmi mimo, że bardzo ich potrzebuję i chcę.

Podczas rozmowy z drugą osobą (którą nienajlepiej znam) zachowuję się bardzo dziwacznie- pocą mi się dłonie, nie jestem w stanie utrzymać z rozmówcą kontaktu wzrokowego, ponadto zdarza się, że drżę bądź mam nogi z waty. To dla mnie bardzo krępujące, dlatego z obawy przed ukazaniem tych objawów, jeszcze bardziej się stresuję. Czyli- stresuję się tym, że się stresuję :') 

Miewam również pewne napady i stany lękowe. Wspominając o napadach mam na myśli sytuacje, w których mam ochotę uciec od wszystkiego, co żywe, zaszyć się w kącie i ryczeć wypominając sobie wszystko, co robię źle.

W takich sytuacjach nie jestem w stanie skupić się dosłownie na niczym innym niż na tym, do jakiego stopnia wydaję się być sobie żałosna. Bardzo często szcypię się wtedy po skórze, mam ochotę zrobić sobie cokolwiek, byleby tylko przestać się samodzielnie atakować.

Do tej pory najgorszy napad miał miejsce na wyjeździe szkolnym, po nieudanej prezentacji pewnego projektu przed spora grupą innych uczniów. (Należy wspomnieć, że mam ogromny problem z prezentowaniem się przed ludźmi. W takich sytuacjach serce wali mi jak młot i jestem w stanie skupić się tylko na tym, żeby zakończyć to, co robię. To właśnie stan lękowy, o którym wspominałam.) Wyszłam na środek ze znajomą, aby odczytać dosłownie parę słów, gdy nagle głos zaczął drżeć. Automatycznie okropnie się speszyłam, zaczęłam cała dygotać, ale jakoś dociągnęłam to do końca. Słyszałam jednak na ,,widowni" jakieś chichoty, co zupełnie wytrąciło mnie z rózwnowagi. Po zaprezentowaniu usiadłam na swoim miejscu i do końca zajęć siedziałam z miną skazańca i splecionymi na piersi rękoma. Nie byłam w stanie się nawet rozejrzeć- było mi tak niezmiernie wstyd. 

Po zajęciach wybiegłam z sali jako pierwsza, udałam się do pokoju i wpadlam w chisterię. Płakałam, usiłując się uspokoić, ale wciąż nie byłam w stanie. Byłam na siebie tak bardzo zła. 

Po całym tym napadzie wróciłam dopiero do reszty grupy mając nadzieję, że nikt niczego konkretnego nie zauważył. 😕

Tekstu jest coraz więcej, a ja nie dociągnęłam tego jeszcze do końca...

Mój lęk przed prezentacją okropnie utrudnia mi nawet uczestniczenie w zwykłej lekcji. Nie jestem w stanie odczytać dłuższego tekstu z miejsca, co dopiero podejść do tablicy ;___;

                                   ***

Jeśli chodzi o to, co mogło zapoczątkować u mnie takie ,,nawyki", bardzo możliwe, że była to pewna sytuacja rodzinna.

Moja mama borykała się z alkoholizmem. Była (i wciąż jest) niepracująca, ponadto od wieku nastoletniego choruje na przewlekłą depresję.

W alkoholizm popadła, gdy miałam jakies 7 lat. Z początku nie zauważałam, że coś jest na rzeczy. Z czasem jednak zaczęłam rozumieć, że mama nie poszła spać po obiedzie dlatego, że jest bardzo zmęczona.

Bardzo często dochodziło do paskudnych incydentów (wspominam, jak raz mnie pchnęła, kiedy zaczęłam się z nią kłócić) Wiem, że to ma się nijak do przemocy, ale... ona poprostu nigdy wcześniej taka nie była. Pamiętałam ją roześmianą podczas zabaw ze mną i moim bratem i nie przypominało to w ogóle tego, co widziałam w tamtym okresie.

Bardzo często płakałam (mojemu brato było jednak równie ciężko). Co parę dni dochodziło do kłótni między rodzicami, a my zaszywaliśmy się u babci, z którą wciąż mieszkamy.

Pamiętam, że czasem w myślach chciałam, żeby mamy nie było. Zaraz potem jednak zalewała mnie fala wyrzutów sumienia i nienawiści do samej siebie.

To wszystko trwało jakoś do gimnazjum. W pierwszej klasie miała miejsce ostatnia taka sytuacja- najgorsza. Mama po upiciu się zażyła paczkę jakichś silnych antydepresantów. Przyjechała karetka, zabrali ją do szpitala na płukanie żołądka. Po wszystkim trafiła do ośrodka specjalnego na leczenie- 2 miesiące. 

Po wyjściu wszystko było okej. Mama co jakiś czas utrzymywała się nawet na różnych stanowiskach. (Było to jednak okresowe- sama ma problemy z socjalizacją)

Przestała pić, co było dla nas ogormną ulgą. Niestety w zamian za to, depresja zaczęła się nasilać.

W 3 klasie gimanazjum, gdy podcięła sobie jeden z nadgarstków, po raz kolejny trafiła do ośrodka.

Jest już od dawna w domu- od tamtej pory nie zdarzył jej się żaden taki wyskok. Nadal jednak męczy się z depresją, którą nasila fakt, że mieszka z człowiekiem, z którym nie zna się chyba od czasów moich narodzin- tatą.

W ogóle ze sobą nie rozmawiają, kłócą się o byle głupoty (najczęściej o pieniądze), a kiedy widzę, że przynajmniej na siebie spojrzą, myślę, że jest jakieś święto.

Nie obwiniam żadnego z nich- mama jest przecież chora, a tata zupełnie odizolowany przez to, co widział przez długi czas. Nie dziwię mu się w tej kwestii. 

Wciąż są ze sobą ze względu na poczucie obowiązku, co widać gołym okiem. Nie mam pojęcia, co można w tej sytuacji poradzić... kiedy raz wspomniałam tacie o rozwodzie, niesamowicie się zdenerwował. Nie zmienia to faktu, że mama myślała o rozwodzie jeszcze parę dobrych lat temu.

No- moją przeszłość mamy już za sobą ^^ Trochę chaotycznie to napisane, ale jednak czasem emocje biorą górę.

Chciałabym jeszcze pod koniec wspomnieć coś o tym, jak funkcjonuję na codzień.

Mam swoją paczkę znajomych, z którymi naprawdę świetnie się dogaduję.

Czasem jednak zastanawiam się nad kwestią tego, czy w ich towarzystwie nie zatracam siebie... jestem z natury bierna, nieasertywna i w ogóle. Godzę się na byle co- łącznie z przybieraniem masek z obawy, że ktoś ze mnie zrezygnuje.

Zgaduję, że to efekt zaniżonego poczucia własnej wartości ;__; Staram się wybijać sobie wszelkie obawy z głowy i być sobą, ale chyba do tego stopnia przyzwyczaiłam się do prowadzenia życia kameleona społecznego, że nie wiem, kim tak naprawdę jestem :I

Do tego, żeby poczuć się dobrze, potrzebuję uwagi innych. Czuję się wtedy doceniona i potrzebna. Wiem, że robię źle, ale nie mam pojęcia, jak z tego wybrnąć. Jestem uzależniona od innych. Kiedy znajduję znajomego i się do niego przywiazuję, jestem jak pnącze, które do niego przyrasta. Bez niego czuję się zagubiona jak diabli. Przez to uzależnienie jestem typem nieznośnego zazdrośnika- czuję się niesowojo, gdy znajomy zaczyna nawiązywać nowe relacje... Nie daję nigdy tego do zrozumienia (na szczęście) i zachowuję dla siebie. Nie zmienia to faktu, że te niezdrowe emocje we mnią wciąż siedzą, i czuję się z tym okropnie. Gdyby znajomi wiedzieli, że taka jestem, czy byliby w stanie patrzeć na mnie w ten sam sposób? Myślę, że zdecydowanie nie.

Właśnie ze względu na tego typu sytuacje czuję się być beznadziejną egoistką. Są jednak jeszcze inne przejawy tego typu... Otóż: pomagam ludziom, żeby poczuć sie lepiej. To chyba moja najgorsza wada. Kiedy przyjdzie co do czego, robię z siebie wielkiego pocieszacza z myślą i nadzieją, że druga osoba mi się odwdzięczy i że dzięki temu będzie mnie w jakiś sposób cenić. Tak- wiem, że to wstrętne. 

Są takie dni, w których potrafię się z czegoś cieszyć~ ^^ Ale dosyć rzadko. Zazwyczaj, kiedy czuję się radosna pytam się w myślach, czy naprawdę tak jest. No i automatycznie uśmiech znika mi z twarzy...

Aktualnie największą rozrywką, jaka na mnie działa, jest mój cudowny, imbecylowaty pies, którego kocham nad życie. Z niego naprawdę potrafię się śmiać :') 

Aha! Rozważam już od dawna wizytę u psychologa. Mówiłam o tym nawet mojej mamie, która podeszła do tego w miarę luźno i obiecała coś w tym kierunku zrobić. Boję się jednak trochę reakcji mojego taty na taką decyzję...

No- takim właśnie akcentem zakończę ten tekst. Sama dokładnie nie wiem, czego oczekuję po tym wpisie... Bardzo chciałam poprostu przelać na coś moje myśli i chyba w końcu mi to wyszło, nawet jeśli nie ma to rąk ani nóg.

Bardzo dziękuję każdemu, kto dotrwał jakoś do końca 🙂

PS. Za wszystkie błędy ortograficzne i językowe rażące w oczy przepraszam ><

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×