Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
juz

Terapeuta

Rekomendowane odpowiedzi

Jak zachowuje sie wasz terapeuta? Czy macie wrazenie że jakos dziwnie na niego wpływacie? Oczywiscie to trudne pytanie, bo nie wiecie jak sie zachowuje przy innych, ale czy jest miedzy wami jakies napiecie, czy cos podobnego? Czy jest jakaś bariera, lub ostrożnośc, czy niepewność? Nie wiem jak zadać pytanie. Chodzi o to, że widze jak moj terapeuta czesto jest zakłopotany, skołowany, troche sie jąka itd... Jakby był zdenerwowany. Czego to może byc skutek? Kilkadziesiąt lat praktyki, wszelakie kursy zespoły itd... wiec brak wiedzy, niedoswiadczenie raczej nie. Czy on może w pewnym sensie rezonując ze mną? Bo czasem dochodzi do luznej wymiany zdań i jakby jest swobodniejszy. Może ja jestem spiety to on też, ale to chyba nie możliwe. Uważam np rzeby go nie zaginać, czy temu podobne bo czuje sie niezrecznie. Na terapi jestem bardzo spokojny i raczej spięty, wiec może to jest jakiś wpływ?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Prawdopodobnie sam ma jakieś problemy emocjonalne, albo to tylko Tobie się wydaje, że on się spina... ale skoro się jąka to chyba coś jest na rzeczy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No może z tym jakaniem to troche przegiąłem. Chyba lekka neuroza nie zaszkodzi:)Ale na pewno nie jest w mojej obecności swobodny. Jakby ważył gesty słowa, ale nie wiem czy nie ze wzgledu na mnie, a nie sam z siebie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No jasne, ale nie o to chodzi. Ciezko to opisać. NP : Jestem za wczesnie i wchodze myśląc że ktoś jeszcze jest. Wchodze do takiego pokoju gdzie mozna poczekać i w tym momencie widze że on wychodzi ze swojego gabinetu. Nie chcac przeszkadzac szybko daje znać że poczekam w tym gabinecie, a on w t tym czasie coś mówi. Miałem wrażenie że mówił że miałem wejść do gabinetu. Ale zawsze ktoś był więc czekam. Nikt nie wychodził i okazało sie że mogłem wchodzic od razu do gabinetu. Siedziałem 10 min i nic sie nie stało. Jednak sytuacja troche krępująca. On nie powiedział tego drugi raz, tylko pozwolił mi siedzieć. To dziwne bo mam wrażenie że nie zrobił tego włąsnie nie chcac zebym sie poczół skrepowany(???) Sam nie wiem czym tu można byc skrępowanym.A może coś innego, ale coś jest nie tak Generalnie nie wiem czemu nie przyszedł i nie powiedział że moge wchodzić. Kurcze nie wiem jak to wyrazić, ale mam wrazenie że moge troche przeginać, ale jednak cos mi tu nie gra. Czasem tak sie dzieje jak nie wiem co ktos mowi. Raz zapytam, ale za kolejnym już wole udac że zrozumiałem. Nie wiem czemu i nie wiem czy inni tak mają. Coś podobnego czuje, ale nie wiem czy to ma znaczenie ... tak jakoś. Jakby nie było swobodnie miedzy nami. Ten przykład z mowieniem. Jak kogos dobrze znasz to "korwa co ty bełkoczesz?" czy jakkolwiek inaczej. Ale jak kogoś nie znasz dobrze to tak jakoś dziwnie sie czuje w takich sytuacjach(nie wiem czy to dobry przykład). Jedno pytanie też troche mnie zdziwiło. Terapeuta jest kobietą...była mowa o kwestiach damsko meskich i że czesto czuje napiecie itp. Padło pytanie czy czuje to napięcie jak z nią rozmawiam(w sensie seksualności) i od razu sie zorientowała co palnęła i powiedziała że wycofuje pytanie. No nic sie nie stało, ale troche mnie to zdziwiło. innym razem poruszyłem kwestie masturbacji i widziałem że nie wiedziała co z rekoma zrobić. Jakoś je zacierała, od razu potem prubowała te gesty opanowywać. Innym razem rozsypała jej sie branzoletka, no więc moge jej pomódz pozbierać. Wole pomodz niż patrzec jak ona zbiera. Ona że nie nie trzeba z taka skrępowana miną, ale sama też za bardzo nie wiedziała co zrobić. Znowu sytuacja stała sie troche krępująca i taka nieswobodna

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

juz, ja miałem kiedyś tak ze swoja terapeutką. Miałem wrazenie że sie przy mnie spinała. Chyba ją krępowałęm, a może miałą ochotę na seks ze mną, ale uznałą to za nieetyczne 8)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

juz, nie wiem, czy temat nadal aktualny, ale może warto się przy nim zatrzymać.

To normalne, że czasem klient 'przynosi' problem, z którym terapeuta również powinien udać się na superwizję. Po to są superwizje :)

 

Z tego co rozumiem, zauważasz skrępowanie terapeuty, ale oboje nic z tym nie robicie.

Jeśli Ty widzisz skrępowanie, to tym bardziej widzi je terapeuta.

Sensowną rzeczą, jaką można zrobić w takiej sytuacji, to wnieść swoje spostrzeżenie w proces terapii. Do zastanowienia dlaczego Ty tego nie robisz (może jakieś skrępowanie?). W zależności od nurtu w jakim prowadzona jest terapia, terapeuta może wnieść swoja perspektywę lub skupić się na eksploracji Twojej.

 

Poza dyskusją jest kwestia, że jest to dla Ciebie ważny kawałek.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie wiem dokładnie o co ci chodzi, jak piszesz o eksploracji. Ja o tym nie wspominam bo sie wstydzę. Tak głupio mi sugerowac że ktoś może być przy mnie skrepowany. Ale mnie to troche irytuje, zaskakuje i sam nie wiem. Uznaje że jej skrępowanie nie pozwala mi byc nieskrepowanym. Ale jest też tak, że znam jej kroki nawet zanim jeszcze coś powie. Nie chodzi o to że je tylko staram sie przewidzieć, na bierzaco staram sie demaskować. Nie bardzo daje sie prowadzić i mówie to głośno. Może terapeutycznie ona sie czuje nieswojo? Do tego chyba mój świat wewnetrzny jest potęzny. Jako labirynt poplatań, ale także opowiadam jej czasem o obrazkach które widze i swoich ekstatycznych przezyciach. W zasadzie tylko takie pierdoły. Jest to nurt psychodynamiczny .

Do tego mam wrażenie, że terapeuta chce mi pomódz... za bardzo , albo że jestem dla niego ciekawym przypadkiem. Lub ciekawą osobą może zabrzmi lepiej. Kilka razy mówiłem że chce rezygnowac, bo nie działa bo to bo tamto... i ona wtedy sie spinała. Ona chciała mnie zatrzymać. To jest oczywiście mój osąd. Może moje napiecie jej sie udziela, ale to by bylo bez sensu. Bo to by oznaczało że mnie traktuje jako normalnego człwieka co jest spięty, a nie nienormalnie spiętego człowieka. Do tego ta sprawa z seksualnością i to pytanie. Może ona moje napięcie traktuje jako napiecie związane z kwestia mojej seksualności? Bo w zasadzie to tu jest dopiero dobre. Mam mały kłopot z magicznym mysleniem.

Przeczytałem książke wktórej autor pisał że jesli jest to konieczne to może nawet odbyc stosunek seksualny z pacjętem. Ja sobie ubzdurałem że to jest mój problem i poszedłem na terapie do kobiety.. taka mała niespodzianka. Nawet jej o tym powiedziałem i wez tu nie badz spiety. Jesli chodzi o kwestie seksualne to mam problem i nie wiem czy nie jest to problem osiowy. Ona chyba uznała juz na poczatku, że moje napiecie jest spowodowane uczuciami seksualnymi i przyznaje racje. Nie wiem co o tym sądzić

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A Tobie sie podoba ta terapeutka? ;)

 

Nie wiem, ja bym zmienila chyba terapeute na mezczyzne lub na jakas bardziej wyluzowana kobiete. Dla mnie to dziwne, ze az tak sie spina rozmawiajac o masturbacji, coz to takiego... Pewnie slyszy o tym na kazdej terapii, ktora prowadzi z facetami, wiec powinna byc "obyta" z tematem. Moze Ty jej sie po prostu podobasz? ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie jest brzydka, ale jest między nami dość duza różnica wieku. Sam wygląd to nie wszystko. Może wiele więcej nie trzeba, ale juz samo to skrępowanie musiałoby zostać przełamane :). a nawet jeśli sie jej podobam, to co w tym złego? To jest jakas duża przeszkoda?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No ale to skrepowanie nie moze byc przelamane w relacji pacjent - terapeuta w przypadku kiedy sie sobie podobacie. Co innego gdybyscie prywatnie rozmawiali ;)

 

Jesli chodzi o to, czy to ze jej sie ew. podobasz jest przeszkoda...No coz dla mnie by bylo to chyba przeszkoda, gdybym byla na jej miejscu. Taki terapeuta traci obiektywizm i chlodny osad wobec pacjenta. Poza tym jak piszesz, ze jestes nieco tajemniczy i nie do odgadniecia, to tym bardziej ja fascynujesz wg .mnie. Jak ja mialam praktyki i prowadzilam rozmowy (choc nie byly to terapie) z facetami to im bardziej ktorys byl tajemniczy i zamkniety tym bardziej mnie fascynowal i intrygowal, tym bardziej jak najwiecej chcialam wyciagnac z niego (moze to to, co Ty odczuwasz jako " za bardzo chce mi pomoc") I tym bardziej bylam zaklopotana i spieta, nie umiem powiedziec dlaczego... Moze za malo mialam doswiadczenia (ale jak sadze ta Twoja ma wiecej), a moze denerwowalo mnie wlasnie to, ze nie moglam byc zupelnie swobodna w relacji pacjent-terapeuta i powiedziec wlasnie np. "No co ty, naprawde tak robisz? Ale jaja" co rozladowalo by atmosfere itp, itd. Sama nie wiem...;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Paradoksalnie jak koncze swoja gadke to oboje jestesmy swobodniejsi. Czasem trzeba przesunac termin, czy cos tam i to zdenerwowanie jakby od razu znika.Jak juz spotkanie formalnie dobiegło końca. Jak siadam to już jestem spięty bo trzeba jakos zacząć. Ja nie lubie jak ktos mnie obserwuje, a jak wchodzę to ona już siedzi w tym fotelu. Troche mi zajmie zanim powiesze kurtke itd... a potem musze zacząć temat. Ale to zaczęcie jest ucieczka przed sytuacją. Do tego sam w sobie nie lubie krępujących sytuacji, takiego własnie napięcia więc troche ona w moich oczach traci. Wyobrazałem sobie że trzeba inaczej, jak sie jest po tamtej stronie. Co do mojego bycia tajemniczym... to to jest mało powiedziane. Cżesto mi przerywa, bo zaczynam gledzic a ona nie jest w stanie złapac toku rozumowania. Do tego chyba czasem mógłbym przychodzić z jakims tłumaczem bo opory terapeutyczne(chyba to to) mam kosmiczne

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No nie wiem, to moze zmien plec terapeuty, jesli ta napieta atmosfera dalej bedzie sie utrzymywala. Mozliwe, ze inny mezczyzna Cie zrozumie lepiej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Powiem tylko tyle, że od kilku sesji te spotkania sa superwizjowane . Jest kamera. A taka terapia psychodynamiczna to ile powinna trwać? Powinienem mieć wgląd w jej wnoski kliniczne? Diagnoza itd?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie ma zadnych ustalonych granic trwania takiej terapii. 2-3 lata powinna trwac, zeby faktycznie byla skuteczna. Co do wgladu to powinna Ci powiedziec o swoich wnioskach. A nie mowi Ci tego posrednio podczas trwania trwania terapii? Na razie jeszcze nic nie wiesz o tym, co ona o Tobie i Twoich problemach mysli?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No wlasnie to posrednio wyszło odemnie. Ja nie jestem, jestem tylko we własnym wnętrzu. Nie wyrażam siebie, staram sie nie mówić tego co myśle. Nie robie tego co lubie. Nie robie tego co bym chciał... bo mi nie wolno. Bóg mnie karze. Tak sobie to wytłumaczyłem i uznałem że nie wolno mi być. Zamykam swoje uczucia w samym sobie i staram sie je odgrywać. Jestem w ten sposób bezpieczny emocjonalnie i jednoczesnie zywy. Jesli będe miał info na temat czysto klinicznych wniosków, to bedzie to krok w złą stronę. Bedzie to nastepny klocek do mojej fałszywej postaci. Jest Brad Pitt. Każdy ma na jego temat jakies wyobrażenie. Jednak jak by sie go poznało mogłby sie okazac normalny. Może ślamazarny, może nieśmiały. Ja chce byc w kontaktach interpersonalnych widziany w pierwszy sposób. Daze do tego trzymając całe swoje wnetrze wewnątrz. Jakbym miał info na temat swoich kłopotów, to bym sie w nim zanurzył. Czerpał bym z tego wiedze o sobie, pomimo tego że nie byłoby to o mnie. Ja nie pozwalam sobie na odczuwanie emocji i bycie, tylko je odgrywam i staram sie nie byc osobiście w kontaktach i sytuacjach. Robie to intelektualnie w oparciu o zdobyte informacje. To jest potężny, ciągły, nieprzerwany proces

Bardzo duzą mam chęć dowiedzenia sie na swój temat jak najwięcej kwestii psychologicznych, z tym że to mnie odciaga od prawdziwego życia. Wiele razy chcialem ją zmusić do mówienia jak najwięcej,choć sam wczesniej jej poziwdziałem że to może nie byc najlepsze. To troche jakbym był uzalezniony. Mam wewnetrzna potrzebę, choć wiem że mi to szkodzi. Miałem nerwice, schizofrenie, zaburzenia osobowości, depresje, fobie społeczną i zawsze w oparciu o te info starałem sie tworzyć swoja osobowość. Nie mam kontaktu z samym soba i zastepuje go w ten sposób. Do tego mam w sobie cos co chce zniszczyc, co chce odciąć i z tego powodu jestem jak sobie uroiłem karany i odczuwam kosmiczny lek(dla mnie). Nie pozwole sie do siebie zbliżyć, bo cos jest we mnie(ja nie wiem co mam na mysli), co muszę zlikwidowac i wtedy bez problemu mogę swobodnie żyć. To cos łatwo ubrac w jakies zaburzenia. Nadac nazwę i z tym walczyć. Uznając że mam jakies zaburzenia(no bo cięzko nie miec pisząc takie rzeczy) pownieinem zniknąć z zycia. To jest dobre bo nikt sie do mnie nie zbliży i mnie nie pozna, a jednoczesnie moge sie zająć walką z własną niechcianą i jak dotąd nienazwaną cześcią. Oczywiście droga jest zupelnie odwrotna. W zasadzie tylko chec i zainteresowanie płcią przeciwną może mnie wyciągnąć na powierzchnie. No bo jak kogos poznać, jak to poznanie jest tym czego trzeba uniknąć?

Mam inaczej niż inni. Ja im bardziej kogos poznaje, tym mam wiekszy kłopot emocjonalny, tym trudniejsze sa relacje.

Także nie, nie wiem co mi jest.

Oczywiście ona używa określeń i formułuje moje problemy, ale nie chce ich nazwać w ten bezosobowy kliniczny sposób.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Czyli jestes bardzo podatny na informacje zwrotne? Wnioskuje to po tym, ze piszesz, iz w zaleznosci od przydzielonej Ci przez Ciebie samego, czy przez osobe druga "diagnozy" widzisz u siebie jej objawy. Moze wystarczyloby zatem wtloczyc Ci do glowy (oczywiscie nie jest to wcale tak proste, jak prosto brzmi) ze chory nie jestes, a po prostu skrajnie zamkniety w sobie i introwertyczny, co oczywiscie tez wymaga terapii.

 

 

 

Nie pozwole sie do siebie zbliżyć, bo cos jest we mnie(ja nie wiem co mam na mysli), co muszę zlikwidowac i wtedy bez problemu mogę swobodnie żyć. To cos łatwo ubrac w jakies zaburzenia.

 

Ja mysle, ze niekoniecznie w Twoim przypadku chodzi o wieksze zaburzenia...Prawdopodobnie musisz zlikwidowac swoja blokade ( i wiazacy sie z tym lek) i przed wyrazaniem siebie. Ja gdybym pracowala jako terapeuta, zrobilabym dokladnie to samo, o czym pisalam w watku "Nic nie czuje" - staralabym za wszelka cene doprowadzic Cie wszelkimi sposobami do placzu. Moze wlasnie niewyrazone i nieprzezyte (nieprzerobione) emocje Cie blokuja.

 

Twoje myslenie, ze to wszystko jakas kara, zakwalifikowalabym jako mechanizm obronny, a nie objaw urojen, bo jak widze na poziomie racjonalnym wiesz, ze to nieprawda, ze to zadna kara.

 

 

Jest Brad Pitt. Każdy ma na jego temat jakies wyobrażenie. Jednak jak by sie go poznało mogłby sie okazac normalny. Może ślamazarny, może nieśmiały. Ja chce byc w kontaktach interpersonalnych widziany w pierwszy sposób.

 

No ale moze komus taki wlasnie slamazarny czy niesmialy Brad Pitt, spodobalby sie bardziej, niz Brad Pitt z wyobrazen.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W zasadzie to bym nie napisał, że jestem podatny na info zwrotne. Wszytsko co wymieniłem na podstawie ogólnikowych diagnoz internetowych może być tym samym. Ja sie na tym nie znam, a chyba potrzebuje znależc sobie wroga w sobie. W testach osobowościowych wyszła mi introwersja,ale mi to zupelnie nie pasuje.Ten co mi te testy robił tez mówił, że prawdopodobnie mam osobowośc mieszaną, czy zrównoważoną. To troche dziwne że widze siebie inaczej niz wydaje mi sie że widzą mnie inni. Może stałem sie introwertykiem, ale z konieczności,bo nie uważam tego za moja nature. Zawsze miałem wielu kumpli i wolałem byc w towarzystwie, niz robic coś samemu. Do początków moich kłopotów bylem dusza towarzystwa. Co do intelektu to jestem sprawny. Robiłem u psychologa klinicznego pełno testów. Zdażało sie że całe godziny i on był zszokowany wynikami. Mialem klikać w klawiature wyjadując cyferki i inne pierdoły. Była inteligencja, afekt, szybkośc uczenia, fiksacja, intuicja. Także męczliwośći. Mi wychodziło, że w zasadzie po 4 testach sie nie męcze. Robiłem te testy i nic na nich nie wyszło, choć ten psycholog czegoś szukał. Co do Boga, to on juz nie istnieje. To nie był Bóg. Tamten Bóg przegrał. Powiedziałbym, że dotarłem do Boga prawdziwego, choć to kwestia umowna. I to jest cos co mnie zastanawia. Bo pomimo tego, że mam problemy z lekiem, że w zasadzie mam powazne problemy w funkcjonowaniu to za nic w świecie bym tego nie oddał włąsnie z tego powodu. Dobrze mi z nowym Bogiem i w zasadzie to ja nie wierze że on istnieje. Bóg jest bardziej prawdziwy niż cokolwiek innego.Ja wiem że on istnieje, choc ateiści mają racje i Boga nie ma w takim pospolitym sensie. On jednoczesnie idtnieje i jednoczesnie go nie ma. Takich paradoksalnych kwestii pojawia sie bardzo dużo. To jest atrybut moich zaburzeń. W zasadzie od samego początku, zacząłem zmieniac swoj światopogląd. Zmieniać to jest mało powiedziane i nie mam poczucia że sam to robilem. To mi sie robiło.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W testach osobowościowych wyszła mi introwersja,ale mi to zupelnie nie pasuje.Ten co mi te testy robił tez mówił, że prawdopodobnie mam osobowośc mieszaną, czy zrównoważoną. To troche dziwne że widze siebie inaczej niz wydaje mi sie że widzą mnie inni. Może stałem sie introwertykiem, ale z konieczności,bo nie uważam tego za moja nature. Zawsze miałem wielu kumpli i wolałem byc w towarzystwie, niz robic coś samemu. Do początków moich kłopotów bylem dusza towarzystwa.

 

Ale introwertyzm niekoniecznie wyklucza bycie dusza towarzystwa. W zasadzie najwazniejszym czynnikiem w skalach ekstrawersja- introwersja, jest sposob reagowania czlowieka na problemy. Mowienie o swych problemach niemal wszystkim, zwracanie na nie uwagi, oczekiwanie od innych pomocy i wsparcia w trudnych chwilach, czesto mowienie o tym wprost: ("Przytul mnie", "Pomoz mi" ), zywa emocjonalnosc i spontanicznosc w wyrazaniu emocji, po "wyrzuceniu emocji" dosc szybkie zapomnienie o problemie - tak zachowa sie ekstrawertyk. Milczenie w chwilach smutku, zamykanie sie, izolowanie, niechec do mowienia o swoich uczuciach innym, potrzeba odosobnienia i analizowania. W sytuacji spotkania kogos w takiej chwili "zalozenie maski". Chowanie wszystkiego w sobie, dlugie wewnetrzne "przerabianie" problemu - tak zachowa sie introwertyk.

 

Co do Boga, to on juz nie istnieje. To nie był Bóg. Tamten Bóg przegrał. Powiedziałbym, że dotarłem do Boga prawdziwego, choć to kwestia umowna. I to jest cos co mnie zastanawia. Bo pomimo tego, że mam problemy z lekiem, że w zasadzie mam powazne problemy w funkcjonowaniu to za nic w świecie bym tego nie oddał włąsnie z tego powodu. Dobrze mi z nowym Bogiem i w zasadzie to ja nie wierze że on istnieje. Bóg jest bardziej prawdziwy niż cokolwiek innego.Ja wiem że on istnieje, choc ateiści mają racje i Boga nie ma w takim pospolitym sensie. On jednoczesnie idtnieje i jednoczesnie go nie ma. Takich paradoksalnych kwestii pojawia sie bardzo dużo. To jest atrybut moich zaburzeń. W zasadzie od samego początku, zacząłem zmieniac swoj światopogląd. Zmieniać to jest mało powiedziane i nie mam poczucia że sam to robilem. To mi sie robiło.

 

Ojej, to nie za dobrze brzmi...;) Czy racjonalnie tez tak widzisz sprawe, czy to co tu napisales jest jedynie wyrazem uczuc?

Nie rozumiem dlaczego bys tego wszystkiego nie oddal, ze wzgledu na "dotarcie do Boga". Jesli Bog jest to do niego dotrzesz po smierci. Co ma wisiec nie utonie. Na razie zyjesz jednak tutaj, na ziemi i warto by bylo doznac ziemskich rozkoszy zycia;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Miałem zrobić test osobwości. Nie potrafiłem i musiałem zapytac, czy odpowiadać na pytania z przed zaczecia kłopotów, czy po zaczeciu sie kłopotów. Jesli po, to wyszedł mi introwertyzm i jakies cechy. Jednak pare sesji pozniej ten klinicysta powiedział mi że mam zrobic test jakby z przed rozpoczęcia kłopotów. Wyszło po srodku i on powiedział że mam jeszcze bardziej odpowiadać z pkt widzenia tej osobowości za którą sie uważam( a którą uważam że mi byc nie wolno) i wyszło jezcze bardziej ekstrawersja. Nie wiem jakie wnioski można wyciągnąć, wiem jak ja sie czuje. Czuje się tym z przed rozpoczecia tych lekowych kłopotów, ale musze sie ze względu na lek zachowywać w ten drugi sposób.

 

Jak czytałem Junga to określa schizofrenie, jako zalew ego przez treści nieświadome. Schizofrenik może mówic , że jest Bogiem, może sie z tymi treściami utożsamiać. Jak byłem u tego psychologa klinicznego to diagnoze zaczał "nie ma pan schizofreni" ale jakis tam typ osobowości. Uważam cze czuje coś co zacząłem nazywac Bogiem. Tez mogę powiedziec że jestem Bogiem, ale w sensie że doświadczalnie tylko we własnym wnetrzu można go znależć. Nie jestem schizofrenikiem choc może miałem ten sam problem, tylko że ja mam poczucie tożsamości, odrębności. Może sie obroniłem. To uczucie jest ekstatyczne, euforyczne. Doprowadza mnie do płaczu którego nie mogę powsztrzymać. Wszystko na pare chwil wygląda jak przez różowe okulary, a ja czuje jakby doskonałą akceptacje i ulge.

Nigdy nie rozumiałem poezji, sztuki. Byłem dobry z matmy, ale jak ktos interpretował wiersz to myslałem że sobie robi jaja. Zacząłem te kwestie rozumieć. Uwrażliwiłem sie na literature i wszelką sztukę. Az mi wstyd jak sie wzruszam przy rytmach muzyki powaznej przy jakiejś grze. Wzruszam w sensie że jest piekna, a nie że rycze. Nie wiesz kim jestem i nie wiesz gdzie sie wychowywałem. Wieszkosc moich znajomych z dziecinstwa wali po nosie, albo robi dzieciaki 15 latką, albo przepija rente. Ja byłem niezniszczalny w podstawówce, nie przejmowałem sie niczym, nie myślałem o nikim. Sa tu wątki z zalami wobec tych co to nad kims sie znecali. To jestem ja i nagle zmiażdzyło mnie poczucie winy. Uwazałem że Bóg mnie karze w takim stopniu że jakby mówi "taki byłeś to teraz zobacz jak to jest". Mam do teraz potężne poczucie winy wobec kilku osób, mogłem kilka mocno zranić. Gdybym sie nie zapadł do wewnątrz nigdy bym nie przejrzał na oczy. To mnie wzbogaciło i w tym sensie bym tych problemów nie oddał. Oczywiście jest tez kwestia kliniczna która oddał bym za wszystkie skarby. Jednak ogólnie patrząc to nie potrafie jednoznacznie pomyśleć "kurcze gdyby tylko to wszystko sie nie zaczęło". Widze dobrą strone, choc oczywiście mogę sie pogrązyć i na dobre mi to nie wyjdzie. Jednak ten rozpad samego siebie uważam za zbawienny w pewnym sensie. Mam szanse ułozyc sobie życie świadomie i tak jak mi pasuje. Zadbac o siebie, a nie tylko bezmyślnie sie zakochac zrobic dzieciaka i byc automatycznym bezrefleksyjnym debilem jakim byłem.

To jest szansa. Chemioterapia tez sama w sobie jest tylko szkodliwa. Jednak jesli sie wezmie szansę jaką może dac w dłuższej perspektywie, to chyba nikt nie bedzie rozpaczał jesli sie powiedzie. Ja czuje sie w podobnej sytuacji, tylko że wszystko zalezy odemnie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Im wiecej piszesz, tym bardziej ciezko pojac o co dokladnie chodzi ;) Moze Twoja terapeutka zachodzi w glowe od ktorej strony Cie ugryzc, gdy Cie slucha i dlatego wydaje sie zaklopotana...

 

 

To uczucie jest ekstatyczne, euforyczne. Doprowadza mnie do płaczu którego nie mogę powsztrzymać. Wszystko na pare chwil wygląda jak przez różowe okulary, a ja czuje jakby doskonałą akceptacje i ulge.

 

Dalalbym sobie reke uciac, ze czytalam kiedys Twoj post, w ktorym pisales, ze sobie nie pozwalasz na zadne okazywanie uczuc, bo "boisz sie byc slaby" czy cos takiego. Wiec albo Ci sie zmienilo albo nie mam tak dobrej pamieci wzrokowej, jak sadzilam :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

dajmy sobie spokój bo to nie ma sensu. Nie mylisz sie pewnie tak poisalem

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ok, tak bedzie najlepiej bo juz nie ogarniam sprawy. Musialabym zadac z tysiac dodatkowych pytan :D

Powodzenia na terapii! :smile:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

opiszę tutaj moją 1 wizytę wczorajszą u terapeutki-psychologa..

 

Mianowice powiedziałam jej co mnie boli..cierpię na zaburzenia lękowe,natręctwa ,obsesyjne myslienie o sobie i chorobach,lekach,czytanie for internetowych o depresjach ,nerwicach..itp//

Piwiedziłąm ,że leczę nerwicę juz około 6 lat,lekiem seroxat,od dwóch lat mam dawkę podtrzymującą minimalną 10-5 mg.

A ona jak wyskoczyła..że leki antydepresyjne uzależniają bardziej od benzodiazepin,że mój mózg sztucznie produkuje serotoninę(bzdura wg mnie),że mózg się rozleniwł,że juz sam nie umie pracować,że wszystko sztucznie itd..popłakałam sie az tam..

powiedziała,że mam dać mózgowi sie nauczyć pracować fizjologicznie naturalnie,że to co mi doskwiera to zaburzenia POLEKOWE,że jestem strasznie uzależniona od antydepr.,muszę jaknajszybciej odstawić te leki(biorę jeszcze wieczorem lerivon)juz nawet bałam sie wspamnieć o chlorprotixenie,

powiedzcie mi czy wasz psycholog tez sie tak zachowuje ?

żeby tak demonizować leki i wręcz straszyc osobę z nerwicą ?

powiedziała jeszcze ,że 4 miesiące mózg się bedzie regenerował,że będę się źle czuła,po odstawieniu,ale nie umre..

powiedziała też ,że bezsenność mnie moze dopaść po odstawieniu(a tego boję sie najbardziej) to se mam książkę czytać..

powiedziała też ,że nerwicy nie leczy sie lekami bo to nie źle funkcjonujący mózg tylko nasze emocje..

a ja juz tyle lat biore leki to juz chyba koniec ze mną-amen

Popłakałam sie tam i w domu ..do dziś nie umie sie pozbierać

czy na tym polega terapia

?

jak to u was wygląda?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Terapeuta czasem odgrywa pewne role. Zależnie od problemu z jakim klient się zmaga, terapeutycznym jest stawianie go w specyficznej relacji.

 

Kasia000, w pełni popieram zdanie Twojej terapeutki.

Nie rozumiem, jak można leczyć nerwicę farmakologią. Rozumiem pomocniczo, ale jako baza?!

 

Jestem zdumiony ogólną wiarą w psychotropy na tym forum.

Nerwica, depresja (poza wyjątkami) to problemy psychologiczne a nie somatyczne.

Neuroleptyki są lekami ciężkiego kalibru, stosuje się je w psychozach, schizofrenii a i tak w ramach mniejszego zła. Powodują spustoszenie w organizmie. Choćby defekt polekowy...

 

Jeszcze nie wynaleziono magicznej pigułki szczęścia, po której bez własnego wysiłku wszystko przejdzie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

jasen ,że nie wynaleźniono ale po cos te leki są..i jakby ich nie było pewnie nie jeden by juz zszedł z tego swiata..

a co ja się leczyłam lekami to juz mogę sie pochlastać i życie sobie odebrać?

 

[Dodane po edycji:]

 

nauroleptyki? jakie?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Ten temat został zamknięty. Brak możliwości dodania odpowiedzi.

×