Moja historia: Kącik rewolucji - "Już. Jestem sobą."

Czysty optymizm, czytając to forum nie poznasz kolejnych objawów nerwicy czy depresji, wręcz przeciwnie. Przeczytasz jak ludzie walczą z zaburzeniami!

Moja historia: Kącik rewolucji - "Już. Jestem sobą."

Avatar użytkownika
przez Marcepanek3 13 wrz 2013, 00:06
Wprowadzenie. Cześć, 9 września ( po upływie 8mc od pierwszego ataku nerwicy - cały czas trzymam w szafce Coaxil, ponieważ powiedziałem mu, że sam pójdę załatwić swoje sprawy, czyli stanę do walki wyzywając najniebezpieczniejszego wroga na świecie - samego siebie ( wiadomo, że nikt nie naszych najskrytszych słabych puntów. W porównania do przysłowiowej "pięty Achillesa" my moglibyśmy nazwać się "ciało Achillesa" a przynajmniej ja mógłbym. To przeciwnik, który nie mierzy nam w głowę choćby ułamek sekundy jak najlepszy marines, to przeciwnik, który zdąży przeszyć nasze ciało milionem ostrzy, wyssać naszą krew zanim serce uderzy kolejny raz, wyrwać nam kręgosłup lub po prostu dopiec nam na mieście biegunką, aby udowodnić nam, że wciąż nasze "Dobre Ja" (mam namyśli to dowartościowane i wierzące w swoje miejsce na Ziemi) jest słabe i nie potrafimy uwierzyć w to, że ma ogromną moc ).

Ja podejmuję tą walkę i ciągle myślę jak wygrać z chorobą na swoich miliardów wyrafinowanych "rozkmin". Wierzę w to, że mi się uda. To zabawne, opowiem was coś osobistego.. Zawsze w sercu czułem, że im cięższa droga tym lepszy sukces, że na to wszystko co się marzy i widzi idealne w telewizji trzeba zapracować i rzeczywiście można to mieć. Trzeba tylko zrozumieć odpowiednią ilość rzeczy, przeżyć wiele spraw i wydalić z siebie w stresie miliony kilogramów naszej szarej strony i można założyć firmę, uczyć ludzi, być liderem.

W was także wierzę i liczę, że kolejny mój krok - totalne otworzenie się przed ludźmi i przyznanie się wbrew swoim ideałom, że jestem słaby moją drogą do rewolucji.

(Cześć druga)

(...) I wiecie co.. (mam laptopa przy łóżku) zbliżyłem komputer do siebie i zacząłem prostymi słowami budować zdania, które widać poniżej. Czułem się coraz lepiej zatapiając się w pisaniu i zapominając o ataku. A teraz, po 20 minutach czuje się świetnie i mam nadzieję, że nie będę musiał tu wracać z kolejnym opowiadaniem, aby was nie usypiać za wcześnie.. ale naprawdę polecam formę pisania - lub jakąkolwiek inną, która nas pochłania ( najlepiej zając się hobby lub tym co się lubi, a ja lubię pisać ), a efekt jest piorunujący. Pierwszy raz udało mi się tak szybko uspokoić, ale mam w sobie wiarę na pokonanie choroby i ciągle myślę o tym jak z nią walczyć i jak wygrać. W was wierzę także.

(Część pierwsza)

A jednak, presja tego czy jutro nie złapie mnie coś dziwnego na zarobku wśród ludzi i kawałek od domu sprawił, że dłonie mi zmarzły, od głowy przez ciało pulsowały na przemian: niepewność w postaci chłodu, gorących fal panika i otumaniającego lęku. I właśnie tutaj pojawia się pierwsza faza, kiedy mogę przenieść się do epoki kamienia łupanego i na własnej skórze odczuć najbardziej pierwotny z instynktów - strach! Moje IQ z rozwiniętej formy planującej z nieskończonością umysłu cofa się do matki, dźwigni rozwoju i ewolucji stworzeń. Najgorsze wtedy dopiero się zaczyna.. już po kilku takich mocnych uderzeniach lęku, moje bariery padają i wróg wbija się bliżej centrum mojego spokojnego JA. Druga , którą można nazwać "Kamienie na Szaniec", ponieważ jest to już zwykła kupa własnych resztek wiary w to, że jestem silny i dam radę - w fizycznej formie są to moje uda( 3# Przeważnie #3 ), przegrywam z tym atakiem od razu. To w nich, udach, skupiła mi się nerwica, atakują mnie najpierw drgawki, potem kilka delikatnych skurczy mięśnia, a w końcowej fali trzęsą się tak jakbym miał 50 stopni gorączki, nogi same mi się zginają i prostują. Nadomiar złego atak tej pseudo padaczki roznosi się na całe ciało, więc po chwili zginają mi się i prostują ręce, ehh no nie zabawne, ale w tańcu disco miałbym złoty medal. Wtedy od razu robię wszystko aby dostać się do łóżka, ponieważ jest mi niewyobrażalnie zimno. W przypadku, kiedy jestem w otoczeniu i zdarza mi się atak odpowiadam prostymi dźwiękami, które nie mają sensu. Unikam patrzenia w oczy i mantruję tylko, że wszystko jest ok. No i tak pomaga trochę, trochę.... a z chwile boom! kolejna fala negatywnej energii, która coraz bardziej niszczy mój mur wiary i pewności. Interesuję się psychologią, ewolucją, mimiką ciała itp itd dodatkowo czytuję książki o tym jak zbudowany jest mózg i wg jakich praw pracuje, ciekawa wiedza, ale w takiej chwili.... zdaję sobie sprawę z tego co znaczy "wielkiej mocy towarzyszy wielka odpowiedzialność. Czuje się wtedy jak ktoś, kto dostał klucz do jakiegoś skarbu świata a priori np. Wiedzy do tego jak powstał człowiek i kim jest w formie filozoficznej, ale zamienia się ona w jego rękach w puszkę pandory. Tak, dokładnie.. cała wiedza zaczyna mnie otaczać, wszelkie informacje jakie zebrałem, można to porównać do zdolności Michaela Scottfielda z serialu Prison Break, lecz dodać do jego charakteru schizofrenię. Miliony myśli bombarduje tak moją głowę, że nie potrafię nawet do połowy zobaczyć sensu ani historii pierwszego sensu, nawet nie zdąży dojść do mojej świadomości informacji z tej myśli, a już pojawia się następna i kolejna i tak nieskończoność uderzeń na raz. Wszystko zaczyna mnie przytłaczać i wydaje się wrogie. Znowu tutaj odzywa się prostota mózgu - zawsze iść na skróty, bronić przetrwania - kołdra, koc, łóżko, muzyka lub film i kolejna szansa dla mojej twórczości: czyli mantrowanie i uspokajanie. Tak to wygląda: pojawia się gorąca fala przechodząca przez ciało od głowy do stóp, a więc rozmyślam.. o czym akurat myślałem, gdzie byłem, skąd przyszedłem, o czym myślałem przed tym - czyli o myślach które są pierwszorzędnie przydatne w walce z samym sobą, do takich "innych", gdzie przetwarzam w głowie obrazy przeszłości tego jak pierwsze stworzenia się rozwijały, jak zakodował się mózg, skąd ta emocja i dlaczego tak działa myśląc o tym pod kątem pracy mózgu, składu chemicznego itp. To naprawdę ciekawe, ale kur** czasem nie pomaga. :) Zawsze się pocieszam, że gdybym potrafił panować nad myślami i miał spokój w duszy to byłbym jakiś cudotwórcą, umiałbym zapewnić sobie i swojej rodzinie życie z bajki, tak naprawdę z bajki.. umiejąc rozkminić każdy biznes, wiedzieć kto z kim i dlaczego, miał mistrzowskie pojęcie o wszystkim.. ahh i tutaj znowu pojawia się perfekcjonizm mój wrodzony, często potęguje to splątanie. Kończę, bo mnie kark boli i dobrze się czuje.
Im trudniejsza droga, tym większy skarb czeka na jej końcu. Nie martw się tym, co spotka Cię na tej drodze.. ktokolwiek w Ciebie zwątpi, ja będę w Ciebie wierzył.

Już! Jestem sobą.

( moja strona o odczuciach, przeżyciach i wytworach pseudoartystycznych w nerwicy )
https://www.facebook.com/zyciostrada
oraz
https://www.facebook.com/opanowalem
Avatar użytkownika
Offline
Posty
37
Dołączył(a)
10 wrz 2013, 00:39
Lokalizacja
Łódź

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 8 gości

Przeskocz do