Skocz do zawartości
Nerwica.com

Co na dzisiaj? - czyli dziennik psychoterapii


Dryagan

Rekomendowane odpowiedzi

6 minut temu, bei napisał(a):

Powiedziałam dzisiaj na terapi coś czego sie wstydziłam i o czym myślałam praktycznie od jej początku. Przez dłuższą chwilę milczałam i trochę się popłakałam. 

I lepiej gdy się to powie, czy gorzej, czy bez znaczenia?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jak dla mnie to nie wiem czy lepiej, ale na pewno nie gorzej, wiec w sumie można powiedzieć, że lepiej. Tak to za każdym razem jak o tym myślałam to miałam takie coś "a po co będę mówić, może nie trzeba, co sobie o mnie pomyśli itd." Powiedziałam,  bo czułam, że chce i że mogę, nie zrobiłam tego na siłę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

5 minut temu, bei napisał(a):

co sobie o mnie pomyśli itd.

Ta niepewność to w towarzyskiej sferze ma racje bytu. Lekarze naprawdę już dużo widzieli i słyszeli i ciężko ich zaskoczyć. A jeśli uważałaś, że może to być istotne i gdzieś Cię to gryzło to myślę, że dobra robota 🫡

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

46 minut temu, shadow_no napisał(a):

Ta niepewność to w towarzyskiej sferze ma racje bytu. Lekarze naprawdę już dużo widzieli i słyszeli i ciężko ich zaskoczyć. A jeśli uważałaś, że może to być istotne i gdzieś Cię to gryzło to myślę, że dobra robota 🫡

Myślę, że chciałam żeby mnie lubił, a to nie było nic czym warto się chwalić. Nie chodziło o to,  że to było coś tak strasznego, że nie ma gorszego człowieka odemnie, a raczej o sam fakt przyznania się.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

2 minuty temu, bei napisał(a):

Myślę, że chciałam żeby mnie lubił

On/ona ma Ci przede wszystkim pomóc a nie lubić:) myślę, że dużo łatwiej się żyje gdy nie analizujemy czy ktoś nas lubi czy nie lubi czy coś wypada czy nie wypada. Nie znaczy to żeby celowo ranic innych albo być wredną suką dla wszystkich.

 

Ale choćbyś była najlepszą osobą na tym świecie to zawsze się znajdą osoby którym czymś podpadniesz. Nawet rzeczami na które nie masz wpływu. Bo za ładna, bo za brzydka, bo za cicha, bo za głośna itd. itp. yoloooo

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

8 godzin temu, shadow_no napisał(a):

Ale choćbyś była najlepszą osobą na tym świecie to zawsze się znajdą osoby którym czymś podpadniesz.

O to prawda, z doświadczenia mówię ;)

 

Ja nie wiem czy moi terapeuci mnie lubili. Nie powiedzieli mi tego, a ja nie pytałem. Oni nie byli od tego, żeby mnie lubić. Tak samo nie wiem czy np. moja dentystka mnie lubi i mało mnie to obchodzi. I też jej o to nie pytałem :D 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

7 godzin temu, Doktor Indor napisał(a):

Ja nie wiem czy moi terapeuci mnie lubili. Nie powiedzieli mi tego, a ja nie pytałem.

Ja też nie pytam. W sumie nie zależy mi na dowiedzeniu sie tego. Po prostu nie lubię mówić o sobie źle i mierzyć sie z tym, że ktoś się tego dowiedział. Powoduje to u mnie duży dyskomfort. Wole myśleć, że ktoś inny myśli o mnie w pozytywny sposób, ale dość często myślę (a tym bardziej myslalam), że tak nie jest.

Edytowane przez bei

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

14 godzin temu, Doktor Indor napisał(a):

Ja nie wiem czy moi terapeuci mnie lubili

Myślę, że nie :D

Bo i Ty nie lubisz terapeutów.

 

Ja ostatnio wracałem tramwajem z moją terapeutą od grupowej, całkiem spoko się gadało. Trochę dziwnie byko, ale w sumie całkiem zgrabna kobieta xd 

No i jakiś dialog był, coś dopytywała itp. Może czuła się w obowiązku, nie wiem. 

No albo się zakochała, jak wszystkie, co zrobić. 

Edytowane przez MicMic

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

35 minut temu, MicMic napisał(a):

Myślę, że nie :D

Bo i Ty nie lubisz terapeutów.

To nie tak.

 

Teraz już nie lubię, ale jak jeszcze chodziłem na terapię, to robiłem długie rozeznanie, zanim kogoś wybrałem. I to mi ta ostatnia terapeutka powiedziała – że przez kilka pierwszych sesji czuła się strasznie obserwowana, poddawana ocenie, tak jakbym w każdej chwili był gotów wstać i wyjść. Bo byłem.

 

Przejrzałem wszystkich terapeutów tego nurtu w moim mieście i wybrałem właśnie ją. Wcześniej przeczytałem wszystko, co można było znaleźć o niej w necie. A i tak koniec końców się zawiodłem.

 

Gdybym nie czuł „vibe'u” z terapeutą, to terapia nie miałaby sensu. Nie otworzyłbym się. Nawet bym nie chciał.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

2 minuty temu, MicMic napisał(a):

A czym Cię zawiodła? 

– Panie Indyczku, rozmawiałam z moim supervisorem i niestety nie mogę kontynuować z panem terapii.

– Ale… yyy… czemu tak nagle, co się stało, co… (?)

– Niestety nie mogę podać panu powodu.

 

I won z buta po 8 latach cotygodniowych spotkań. Do dziś nie wiem co było powodem.

 

I taki był koniec mojej przygody z tą dziedziną magii.

Edytowane przez Doktor Indor

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

21 minut temu, Doktor Indor napisał(a):

– Panie Indyczku, rozmawiałam z moim supervisorem i niestety nie mogę kontynuować z panem terapii.

– Ale… yyy… czemu tak nagle, co się stało, co… (?)

– Niestety nie mogę podać panu powodu.

 

I won z buta po 8 latach cotygodniowych spotkań. Do dziś nie wiem co było powodem.

 

I taki był koniec mojej przygody z tą dziedziną magii.

A pisałeś coś kiedyś. No, chujowo. Kurde, ale 8 lat to długo, nie mów, że wszystko to psu ja budę tylko przez to jak to się skończyło? 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

9 godzin temu, MicMic napisał(a):

8 lat i nic ci nie dała?? Nie wierzę. To po co aż 8 lat chodziłeś? 

Z nadzieją, że da. Kombinowaliśmy, EMDR, mindfulness, w międzyczasie zrobiłem dwa 8-tygodniowe kursy MBSR. Zero rezultatów.

 

Chodziłem bo miło się rozmawiało o wszystkim. Takie wyrzyganie emocjonalne, mniej więcej to samo co mogę zrobić jakbym sobie np. założył tutaj temat „indyczy blog”. Za darmo. No i cały czas miałem nadzieję, że jednak będą postępy.

 

Poprzedni terapeuta (supervisor jeszcze poprzedniej terapeutki, do którego mnie odesłała, gdy jej się pomysły skończyły, i do którego chodziłem parę lat) przynajmniej miał jaja, żeby powiedzieć (i pamiętam to słowo w słowo do dziś): „Panie Indyczku, sam pan widzi, że nic z tych rzeczy, których próbujemy, nie działa. Życzę panu, żeby znalazł pan kogoś, kto będzie potrafił panu pomóc”.

 

W moim przypadku postępy są bardzo realnie mierzalne, bo mam bardzo realne objawy. I tych postępów nie było. Po zakończeniu w sumie 18-letniej przygody z terapią, na którą poszedłem z konkretnym celem rozwiązania tego konkretnego problemu, było dokładnie tak samo jak było na początku, ani lepiej ani gorzej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

1 godzinę temu, Doktor Indor napisał(a):

Z nadzieją, że da. Kombinowaliśmy, EMDR, mindfulness, w międzyczasie zrobiłem dwa 8-tygodniowe kursy MBSR. Zero rezultatów.

 

Chodziłem bo miło się rozmawiało o wszystkim. Takie wyrzyganie emocjonalne, mniej więcej to samo co mogę zrobić jakbym sobie np. założył tutaj temat „indyczy blog”. Za darmo. No i cały czas miałem nadzieję, że jednak będą postępy.

 

Poprzedni terapeuta (supervisor jeszcze poprzedniej terapeutki, do którego mnie odesłała, gdy jej się pomysły skończyły, i do którego chodziłem parę lat) przynajmniej miał jaja, żeby powiedzieć (i pamiętam to słowo w słowo do dziś): „Panie Indyczku, sam pan widzi, że nic z tych rzeczy, których próbujemy, nie działa. Życzę panu, żeby znalazł pan kogoś, kto będzie potrafił panu pomóc”.

 

W moim przypadku postępy są bardzo realnie mierzalne, bo mam bardzo realne objawy. I tych postępów nie było. Po zakończeniu w sumie 18-letniej przygody z terapią, na którą poszedłem z konkretnym celem rozwiązania tego konkretnego problemu, było dokładnie tak samo jak było na początku, ani lepiej ani gorzej.

Bo wiecie nerwica generalnie nie jest wyleczalna, do zaleczenia jest, ale nigdy nie wiesz czy wróci jeśli już sobie poszła. Zwykle wraca  

Żeby uzyskać wyciszenie objawów to najlepiej zlikwidować trigger. A jakieś pogadanki to no tutaj raczej nie pomogą bo niby jak

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

2 godziny temu, Doktor Indor napisał(a):

Z nadzieją, że da. Kombinowaliśmy, EMDR, mindfulness, w międzyczasie zrobiłem dwa 8-tygodniowe kursy MBSR. Zero rezultatów.

 

Chodziłem bo miło się rozmawiało o wszystkim. Takie wyrzyganie emocjonalne, mniej więcej to samo co mogę zrobić jakbym sobie np. założył tutaj temat „indyczy blog”. Za darmo. No i cały czas miałem nadzieję, że jednak będą postępy.

 

Poprzedni terapeuta (supervisor jeszcze poprzedniej terapeutki, do którego mnie odesłała, gdy jej się pomysły skończyły, i do którego chodziłem parę lat) przynajmniej miał jaja, żeby powiedzieć (i pamiętam to słowo w słowo do dziś): „Panie Indyczku, sam pan widzi, że nic z tych rzeczy, których próbujemy, nie działa. Życzę panu, żeby znalazł pan kogoś, kto będzie potrafił panu pomóc”.

 

W moim przypadku postępy są bardzo realnie mierzalne, bo mam bardzo realne objawy. I tych postępów nie było. Po zakończeniu w sumie 18-letniej przygody z terapią, na którą poszedłem z konkretnym celem rozwiązania tego konkretnego problemu, było dokładnie tak samo jak było na początku, ani lepiej ani gorzej.

Jakby mieli jaja to by oddali hajs za całość. Tak jak idziesz do mechanika, jak nie potrafi poprawić, to dostaje tylko jakiś procent hajsu 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

48 minut temu, Dalila_ napisał(a):

Bo wiecie nerwica generalnie nie jest wyleczalna, do zaleczenia jest, ale nigdy nie wiesz czy wróci jeśli już sobie poszła. Zwykle wraca  

Pewnie tak. Jak się ma nerwicę. Ja nie mam nerwicy (choć długo myślałem, że mam, bo patałachy przez lata nawet zdiagnozować mnie nie potrafili).

 

48 minut temu, Dalila_ napisał(a):

Żeby uzyskać wyciszenie objawów to najlepiej zlikwidować trigger.

I to jest jedyne, co pomaga. Pogodzenie się z tym, że po prostu pewnych rzeczy nie mogę robić i nigdy nie będę mógł. Gorzej, że czasem muszę je robić. I wtedy jest koszmar.

 

4 minuty temu, MicMic napisał(a):

Jakby mieli jaja to by oddali hajs za całość. Tak jak idziesz do mechanika, jak nie potrafi poprawić, to dostaje tylko jakiś procent hajsu 

Wiesz jak to jest – to jest totalnie rozwodnione. Miałbym ich pozywać, liczyć się z tym, że wszystkie intymne szczegóły mojej terapii zostaną wywleczone i słuchać udowadniania, że to ja nie współpracowałem?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Godzinę temu, Doktor Indor napisał(a):

I to jest jedyne, co pomaga. Pogodzenie się z tym, że po prostu pewnych rzeczy nie mogę robić i nigdy nie będę mógł. Gorzej, że czasem muszę je robić. I wtedy jest koszmar.

A w "mojej nerwicy" takie pogodzenie się z tym, że pewnych rzeczy nie mogę robić, odbiłoby się bardzo negatywne na poczuciu własnej wartości. Ja zdaję sobie sprawę ze swoich ograniczeń ale nigdy nie przestanę podejmować kolejnych prób mimo, że wiele z nich kończy się porażką (czy bardziej - nowym doświadczeniem :D).

U mnie trigerrem jest po prostu... wyjście z bezpiecznego miejsca (dom, samochód, mieszkanie itp.). Więc duuuuuzo rzeczy, które są do załatwienia czy to towarzysko czy zawodowo powoduje nerwicową masakrę. Ale przestać próbować chociażby eksperymentować z lekami to byłoby jak wywieszenie białej flagi.

 

Rzuć wenlę 🍓

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

38 minut temu, shadow_no napisał(a):

A w "mojej nerwicy" takie pogodzenie się z tym, że pewnych rzeczy nie mogę robić, odbiłoby się bardzo negatywne na poczuciu własnej wartości.

I u mnie bardzo mocno się odbiło. Ale chyba mam to już za sobą. Teraz podchodzę do siebie bardziej z troską, niż z wymaganiami. Nie na zasadzie „zrób to i ani k…wa mruknij” tylko opieki nad tą częścią mnie, która wtedy cierpi.

 

39 minut temu, shadow_no napisał(a):

U mnie trigerrem jest po prostu... wyjście z bezpiecznego miejsca (dom, samochód, mieszkanie itp.). Więc duuuuuzo rzeczy, które są do załatwienia czy to towarzysko czy zawodowo powoduje nerwicową masakrę. Ale przestać próbować chociażby eksperymentować z lekami to byłoby jak wywieszenie białej flagi.

U mnie gamechangerem był bus. Dzięki temu moje bezpieczne miejsce jest zawsze ze mną. Choć bez wenli samo wyjście z domu było problemem, a pojechanie gdzieś dalej to już w ogóle. Jak odstawiłem wenlę to doszło do tego, że przed każdym wyjściem z domu musiałem łykać xanax (ale wtedy jeszcze nie miałem busa), więc stwierdziłem że to nie ma sensu – syf milion razy gorszy i prosta droga do uzależnienia. A teraz… po prostu funkcjonuję. Są sytuacje triggerujące, szczególnie czekanie na kogoś, spotkania z ludźmi, bycie zamkniętym (szczególnie jak nie mam czasu żeby panikować, bo np. jestem gdzieś umówiony albo jadę z kotem do weta – chcę minimalizować jego czas bycia w transporterze), ale jest ich o rzędy wielkości mniej, niż było, zanim dostosowałem pod swoje problemy życie. No więc rzeczy tylko do paczkomatu, jeśli już kurier to ma zostawiać rzeczy pod drzwiami, itd.

 

Zastanawiałem się, na przykład, czy nie zrobić sobie uprawnień gazowniczych, żeby samemu podbijać sobie przegląd gazowy. Bo czekanie na ziomka, który raz do roku przytknie urządzonko do zaworu i podbije przegląd (a to zawsze jest panika, poczucie ogromnego zagrożenia, choć racjonalnie wiem, że absolutnie nie ma do tego powodu – coś się przestawia w pustym indyczym łbie i tyle), versus zapłacenie paru stów i zrobienie uprawnień online… No kusi. Elektryczne zdałbym z palcem w dupie, tylko musiałbym sobie normy przypomnieć, ale ich nie potrzebuję, bo przeglądy są co 5 lat, a ja nie pracuję w zawodzie. Żeby te uprawnienia były bezterminowe to bym zrobił, ale tak to trzeba odnawiać co parę lat, z tego co wiem jest co parę lat egzamin (co zawsze w jakiś sposób stresuje), itd. Inna sprawa, że taki detektor gazów swoje kosztuje, nie wiem czy nie trzeba go co jakiś czas kalibrować, więc dla jednego dnia w roku to by się mogło zupełnie nie opłacić.

 

Mam książki do gazownictwa, czekają na przeczytanie. Może przeczytam i wtedy zdecyduję. Byłby jeden stresor w roku mniej.

 

No i kiedyś jeszcze wiązałem spore nadzieje z terapią. Bardzo długo się męczyłem, czekając na jakieś rezultaty. A rezultatów nie ma, nie było i nie będzie. Chyba po prostu łatwiej jest doić klienta z kasy niż uczciwie powiedzieć mu wprost: moim zdaniem pana przypadek jest beznadziejny i nieuleczalny, nie widzę możliwości poprawy.

 

Bo taka jest prawda. Nie wszystko da się zmienić. Pewne rzeczy są w nas zapisane na zawsze i będą już do śmierci, i możemy albo z nimi walczyć (i przegrać), albo próbować się do nich dostosować i żyć pomimo nich. Smutne? Owszem. Sprawiedliwe? Ani trochę. Prawdziwe? Niestety.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Doktor Indor jeśli stresuje Cię wizyta gościa z gazowni do tego stopnia, że wolisz samemu zrobić uprawnienia, by nie musiał przychodzić, to wg mnie leki, które bierzesz nie działają tak jak powinny.

 

Co jakiś czas żartuje sobie z tej wenli. Ale Ty nie widzisz, że coś z jej skutecznością w Twoim przypadku jest nie tak jak powinno? Tak się przyzwyczaiłeś, że działa chociaż trochę, że nie dostrzegasz, że są pigułki, które robią cyk i gościa z gazowni powitasz chlebem i solą

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

33 minuty temu, shadow_no napisał(a):

Ale Ty nie widzisz, że coś z jej skutecznością w Twoim przypadku jest nie tak jak powinno?

Nie, nie widzę, bo wiem jak było bez, i wiem jak było na innych lekach, w tym na przeklętej paroksetynie.

 

Nie ma magicznej pigułki. Wenla ze wszystkich niemagicznych pigułek działa w moim przypadku możliwie najlepiej i ma najmniej efektów ubocznych.

 

Są rzeczy, które działają lepiej. Xanax wzięty poprzedniego dnia daje mi rano taki łagodny, odcięty nastrój, co pomaga. Porządne napierdolenie się wódką też w pewnym momencie sprawia, że panika ustępuje, tak jakby ta lękowa część poszła spać. Żadna z tych rzeczy nie jest tą, którą chciałbym na dłuższą metę stosować.

 

Ty widzisz panikę, bo przyjdzie gość z przeglądem. Ja widzę sukces, bo paniki nie ma w milionach innych przypadków, w których kiedyś by była. Ja widzę sukces, bo mimo tej paniki jestem mimo wszystko w stanie na tego gościa zaczekać.

 

To, co ty i inni widzicie we mnie, to jest wierzchołek góry lodowej. To, co prezentuję światu i samemu sobie, to jest wierzchołek góry lodowej. Tam pod spodem jest taki skurwysyński syf, do którego nawet ja nie mam dostępu, ale wiem, że tam jest i wpływa na mnie. Wiem i czuję, że nie mogę mieć do niego dostępu, bo bym go nie udźwignął. Może „jeszcze” nie mogę, może nie będę mógł nigdy.

 

Nie wiem, co dokładnie działo się w moim dzieciństwie, bo mam jedną wielką białą plamę, gdy próbuję sobie cokolwiek przypomnieć (pamiętam tylko fragmenty), a nikt mi nic nie powie, ale wiem, że było koszmarem. Awantury, przemoc, bicie w zasadzie od urodzenia, włączając w to ciskanie mną o ścianę przez kochanego tatusia, gdy byłem noworodkiem i nie chciałem przestać płakać (to wiem od matki), albo (to wiem od siostry matki) celowe zadawanie bólu przez matkę, żeby wymusić na mnie konkretne zachowania przeciwko ojcu. Nie wiem czy jeszcze seksualnie czegoś nie było, bo choć nic takiego nie pamiętam, to w zasadzie jak sobie przypomnę siebie z wieku 8-9 lat to wszystkie objawy pasują do molestowanego dziecka.

 

To, że ja tak dobrze funkcjonuję POMIMO tego, że panikuję TYLKO w tych konkretnych przypadkach, że jestem w stanie pracować, utrzymać siebie i rodzinę (bez małżeństwa i dzieci to też jest rodzina), to że psychika mi się jeszcze nie rozsypała na amen, to jest tak naprawdę ogromny pozytywny skutek wenli i moich mechanizmów wypierania, które ta wenla wspiera.

 

To dlatego jestem zwykle odcięty od emocji i bezuczuciowy. Gdybym pozwolił sobie na odczuwanie, mógłbym stracić kontrolę. Panika jest niestety ceną, jaką za to płacę. Ceną akceptowalną, biorąc pod uwagę alternatywę.

 

Ludzie z takimi przejściami jak ja w dorosłości popadają w alkoholizm, narkotyki, lądują na ulicy albo gorzej, Tomek.

 

Ty chcesz, żebym ja eksperymentował. Wydaje ci się, że wiesz lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre, a – przepraszam, że to powiem – no cóż… nie wiesz. Możesz mieć jedynie odniesienie do siebie i swoich doświadczeń.

 

Całe życie ktoś twierdzi, że wie lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre. Że moja percepcja mojej własnej rzeczywistości jest błędna. A prawda jest taka, że kiedy mówię, że nie mam przestrzeni na eksperymenty, to znaczy, że jej nie mam. To nie jest zaproszenie do dyskusji, do podważania mojej oceny swojego stanu psychicznego. To jest stwierdzenie faktu.

 

Dlatego przepraszam, że to powiem, bo wiem, że to wynika z dobrego serca i szczerych intencji, ale bardzo cię proszę, żebyś skończył już temat mojej farmakoterapii, nawet w żartach, OK?

Edytowane przez Doktor Indor

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×