Skocz do zawartości
Nerwica.com

Byłem z kimś okropnym - opowieść ku przestrodze


Rekomendowane odpowiedzi

1 godzinę temu, Cień latającej wiewiórki napisał(a):

Kto? 🙂 Futility, ja, Dryagan?

Autor wątku zacytowal. Pytanie też do niego, w sumie to je cofam bo jest stresujące i i tak nie wyjdzie on. nie ma tu opcji żeby usuwać swoje odp;/ 

Dryagan wiem gdzie. A Ty nie wiem, ale latające wiewiórki mieszkają chyba na wysokich drzewach jakichś, A tak poza tym one nie latają tylko szybują.

Ps. Ładna metafora o ogniu. Rzuciłam okiem tylko

Edytowane przez Dalja

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

49 minut temu, Cień latającej wiewiórki napisał(a):

Z moim lękiem wysokości to mógłbym poszybować na to drzewo i już na nim zostać, strażacy by mnie ściągali jak kota :D

Latająca ma 8 liter, szybująca ma 9 liter, ledwo się ta wiewiórka zmieściła. Dziupla chyba za mała :D Pierwotnie miała być „latająca wiewiórka syberyjska”, ale wyszło tylko „syberyj”, to zmieniłem 🙂

Hahaha pod pache by wzięli i by ściągnęli kota. Syberyjskie tez szybuja, chociaż to Rosja to nie wiem. Ale nie wolno w off topy :D :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Dryagan W tym samym miejscu? Naprawdę w tym samym, co ja? "Objawy" się zgadzają, diagnoza choroby afektywnej dwubiegunowej również, ale jeśli mimo wszystko zdołałeś odpuścić, to obawiam się, że mogę nie czuć tego samego, co Ty. To nie jest tylko nieudana i skrajnie toksyczna relacja, której nie mogę "puścić", tylko wycinane coraz głębiej rany na wszystkich płaszczyznach mojego istnienia, a zwłaszcza tam, gdzie mogą boleć najbardziej. Dla mnie to jest w zasadzie tak samo, jakby najpierw pocięła mnie płytko, ot draśnięcie, a potem każda z ran, ta sama, dostawała kolejne cięcie, w tym samym miejscu. Bez szansy zagojenia. Obecnie jest już na etapie żłobienia w gołej kości. Gratuluję Ci, że nie czujesz nic jak ją widzisz, i to nie ironia tylko naprawdę Ci gratuluję, bo ja na sam widok, wzmiankę, cokolwiek, dostaję prawie gorączki, nadciśnienia i zaskakująco poważnych trudności z oddychaniem, już nie mówiąc o manii i panice, kiedy to się dzieje. Bywa, że się dosłownie duszę. Te emocje nacechowane są tak wielką krzywdą, że w odpowiedzi na nie pojawiają się objawy czysto fizyczne. I, żeby nie było, ja też się cieszę, że mój związek się rozpadł - to jedyny plus, który zauważam.  A prawo do życia to może i mam, do szczęścia niby też, ale czuję się, jakby i tak zostały mi odebrane. A co do tego, że mam nie dać jej zwyciężyć... ona już zwyciężyła. Nie ma o co walczyć i czego odbudowywać, zburzyła, spaliła, zaorała i posypała solą. Nic tu nie wyrośnie. A jej jedynym narzędziem nie są moje wspomnienia... gdyby chodziło o nie, byłoby prościej.

@Cień latającej wiewiórki Nie toczyć wojny? Czyli właśnie się poddać. Jak Cię ktoś napadnie, to nie możesz sobie po prostu stwierdzić, że nie toczysz tej wojny, odwrócić się na pięcie i udać, że nic się nie stało. Albo walka, albo biała flaga. Po latach wreszcie wybrałem to drugie. Dość mi już tych prób, niech zabiera co chce, i tak się nie obronię i nie wygram. Pozwalałem siebie tak traktować, bo mną koszmarnie manipulowała i szantażowała, poniżała, nie miała żadnych zahamowań i wmawiała mi, że to i tak jest moja wina i to ja musiałem zawsze się kundlić i przepraszać.A jak się odciąłem i mieliśmy przerwę kilka miesięcy... dopieprzała mi jeszcze gorzej. W taki sposób, żebym wrócił z różą w zębach i padał na kolana, bo to był jedyny sposób, żeby przyhamowała. Ale tamten okres był śmiesznie łagodny w porównaniu do ogólnie pojętego "dziś". "Głos" pochodzi od niej, przypomnę raz jeszcze, nie jest de facto głosem, a raczej cichą sugestią z tyłu głowy (żeby mnie tu nie ganić jeszcze za schizofrenię, dość mi chorób chyba). Zrównoważenie go nie wydaje się być możliwe, musiałoby być coś o podobnej wadze, a to raczej niemożliwe. Co do definicji ofiary, właśnie dlatego się za nią uważam, i to patrząc w obiektywny sposób. Przeciwko niej JESTEM bezbronny, JESTEM bezsilny, NIC nie mogę z tym zrobić. Przez tyle lat szukałem tylu rozwiązań, forum, terapeuci, psychiatrzy, telefon zaufania, pomoc prawna, ogromnie długi czas grzebania po internecie i szukania czegoś, co mogłoby zadziałać. Nic to nie dało. Zero. A termin ważności mojego "życia" uminął. Nic w jego dalszym przebiegu mnie nie interesuje, niczego nie chcę zrobić, dokonać, zobaczyć ani kupić, już nie mówiąc o poznawaniu ludzi. Nie po to się odizolowałem od świata najsilniej w całej mojej historii, żeby wyłazić spod kamienia i kogokolwiek do siebie wpuszczać, pozwalać komukolwiek na mnie spojrzeć i absolutnie nie po to, żeby komukolwiek coś o sobie powiedzieć. Dzięki niej nauczyłem się, że im mniej o mnie wiedzą, tym słabiej mogą mnie skrzywdzić. Teoretycznie kłóci się to z moim wylewaniem się tutaj na forum, ale praktycznie rzecz ujmując, robię to anonimowo, ukryty pod pseudonimem, którego nigdy nigdzie nie używałem. Tu jestem bezpieczny, a przynajmniej dopóki ktoś spoza tej dyskusji ją znajdzie i zauważy pewne podobieństwa. A czy mam szansę odpuścić.. paskudnie to zabrzmi, ale prędzej mnie rodzice pochowają, niż choćby zacznę to rozważać.

 

@Dalja Ja? Gdzie? Jakiego Pawlaka? Nie wiem, może przypadek, może nie pamiętam, ale nie rozumiem do końca o czym mówisz. A gdzie mieszkam... wydaje mi się, że najlepiej będzie i to utrzymać w sekrecie. Na żarciki natomiast, wybaczcie, nie odpowiem. Nie wiem, czy w ogóle powinienem tłumaczyć dlaczego.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie obrażaj się za żarciki, wszak uśmiech to zdrowie:) zapomniałam że chyba Cię pytałam już o to. Rozumiem

Chodziło mi o cytat z filmu ,,Sami swoje" ,,Sądy sądami ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie" 😜 mam nadzieję że choc teraz się usmiechniesz

W sensie sparafrazowany cytat, i tobie chodziło o coś innego, Ale i tak mi się cytat przypomniał bo jest kultowy taki

Twój gniew też jest w pewnym sensie siła, być może on jeszcze Cię tu trzyma, nie wiem. Tak mi się kojarzy że miłość i nienawiść to bardzo silne uczucia

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wątpię by gorzej ktoś się zakochał niż ja, ale co tu porównywać. 

Z pierwszą miłością rozstałam się przez zazdrosnego typa, którego potem pokochałam, skłócił nas podstępem, ale zanim Go pokochałam, zakochałam się jeszcze bardziej w mężczyźnie o wiele starszym ode mnie jak teraz myślę, związki z za dużą różnicą wieku są zbyt trudne. Kiedyś myślałam inaczej, teraz nie. Może gdyby był taki jak mój ukochany mentor, który jest od Niego starszy to było by ok, ale mój mentor jest tylko dla mnie ideałem mężczyzny, moją niespełnioną miłością na wieki, choć jesteśmy do siebie bardzo podobni, myślimy tak samo, interesuje nas to samo. Zakochałam się bardziej w tym, który myślałam, że jest również podobny a jest toksycznym psychopatą. Narobił magii w okół siebie bez sensu, nic z tej magii nie ma sensu. Pozostają tylko piękne wspomnienia, które i tak nie były odzwierciedleniem prawdy. Teraz nawet wydaje mi się, że to te czary sprawiły, że tak się zakochałam, bo gdy mi świadomość wróciła, zastanawiam się za co ja go tak kocham. Musiałabym Go zamknąć w więzieniu żeby się uwolnić, ponieważ nie daje mi się w nikim zakochać, a jest ku*wą zdradliwą, posłuszny był oprawcy, który robił mi krzywdę, mimo tego iż jest starszy, miał podobne umiejętności, mógł coś zrobić, gówno robił. Widzi, że to wszystko gówno i każe mi w gównie tkwić. Może po rozprawie coś się zmieni, o tym powiem. Policji mówiłam się wybronił, mnie przeprosił, ale to już w Nim zakorzenione jest i ja nie wierzę w żadną przemianę, wiem że nie będę szczerze szczęśliwa, chyba że będę tak w ogłupieniu żyć, tylko co to da? Bez Miłości moje życie nie ma sensu, jestem typem romantyczki, muszę być zakochana żeby być szczęśliwa. Nie ma takiego zainteresowania, które by mi to zastąpiło. Już lepiej słuchać Muzyki, podziwiać Naturę i żyć moją niespełnioną miłością, prawdziwą i czystą, wolną od tego gówna, załamania i czerpać z Niej pozytywną energię do życia. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dobrze, że Go zamknęli choć mnie uzależnił od swojego głosu, ale co z tego. Miłość dla orgazmów, chwał, szmat chorych. Nie szanował nikogo, nawet tych z którymi działał ich poniżał, przymuszał, rozkazywał. Kult widział w zabijaniu zwierząt. Nie ważne czy bym w ciąży była z Nim czy z ukochanym by się zesrał dla śmieci chodzących. Największy zbir, bandyta go podniecał. Kanapki w spokoju nie mogłam zjeść, całe wnętrzności by mi wyrdał by dojść mu do orgazmu dla ścierwa ludzkiego. Niech będzie przeklęty na wieki. Mój ukochany też nigdy nie będzie święty, gdzieś to mam wszystko, dowiem się o dziecku znikam do Turcji, nikt mi nie będzie krzywdził mnie i mojego dziecka. Ich nienawidzę tak bardzo jak ich kochałam nienawidzę. Nie mogę spać przez Niego w Nocy, w dzień też wszystko wraca, jak można być tak chorym. Dzień w dzień jedno i to samo. Zatruwanie mnie ku*wiskiem które mi niszczyło dzieciństwo, ile by się ludzi nie nasłuchał, że tak było i tak struwanie jakbym za mało struta była. Bym jej obrzydłe odruchy musiała w sobie odczuwać. Lepiej trzymać się z dala od magii, jest równie piękna jak i niszcząca. Najlepiej w zwykłym świecie żyć w zwykłych prostych rzeczach, magię odczuwać. Może normalność taka prawdziwa  największą magią jest. 

Edytowane przez You know nothing, Jon Snow

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

"You know my lawyers told me 'be cool, Billy don't get upset, don't get angry. Well that's been going down now for years.. And I've been playing it cool and I've been good and now I'm damn tired of being good"

Opowieść ku przestrodze zdaje się, wraz ze mną, zbliżać do swojego naturalnego końca. Na łamach tych kilku stron, choć głównie w pierwszym poście, podzieliłem się z Wami latami psychicznego terroru ze strony zwyrodniałej, sadystycznej, bestii, potwora, kogoś, kto nie jest człowiekiem i proszę nie próbować mi wyperswadować, że jest inaczej. Większość ludzi jest zła z natury, niektórzy mniej, niektórzy bardziej, mnóstwo osób mnie skrzywdziło, pięścią i słowem, ale ona... ona to wcielone zło. To jest idealny, idealny i książkowy przykład psychopaty. Zero jakichkolwiek skrupułów ani wyrzutów sumienia, zero współczucia, a tylko czysta manipulacja innymi dla własnych korzyści. Miałem dość wiele czasu, by ją pod tym kątem przeanalizować i pojąć jakie nieszczęście mnie spotkało, zbyt wiele... Skrajne formy tortur psychicznych, syndrom sztokholmski i świadomość, że po rozstaniu zrobi z piekiełka piekło nie pozwalały odejść, musiałem trwać. Ale to, jak głęboko wniknęła... To jest niewyobrażalne. Wlazła w najgłębsze nisze i zrobiła tam demolkę. Pamiętam, że zawsze czułem jej but nad sobą, zawsze... bo zawsze, gdy byłem z czegoś dumny, ona musiała wjechać buldożerem i udowodnić mi wszem i wobec, że jest ode mnie lepsza. W tym, tamtym, owym. We wszystkim. I bezczelnie przyznawać, że... nie rywalizujemy. Kręciło ją to. Po pewnym czasie się od niej izolowałem na swój sposób, nie mówiąc nic o "osiągnięciach", bo nie chciałem, żeby i je zdeptała. To pozostało ze mną do dziś, do końca. Całkowicie odebrała mi sprawczość i wiarę w siebie. Studia skończyłem na odpiernicz, byle jak, od tamtej pory nie zajmując się niczym. Dosłownie niczym. Niczego nie stworzyłem, nigdzie nie pracowałem, niczego się nie uczyłem, niczego nie zrobiłem. Cały czas był ten bat i terror w głowie, zwątpienie "po co to robisz, skoro i tak nie masz z nią szans?". "Po co to robisz, skoro ona i tak zrobi to lepiej?". Więc nie robiłem nic... żeby chronić siebie. Jak nic nie masz, nic Ci nie ukradną... dlatego wyzbyłem się też marzeń, planów i ambicji. Z dzikiego, chorobliwego, głębokiego strachu przed nią. "Nie rywalizujemy", skoro nie staję do walki albo innego wyścigu. Walkower.

To zło zagnieździło się tak, że pozbycie się go ze świadomości i podświadomości nie jest możliwe. Przez tyle lat wciąż mam nawracające koszmary i wszystkie łączy jedno - ona. Ogrom wersji, scenariuszy i lęków tak głębokich, że dopóki mi sie nie przyśniły, nie myślałem w ogóle, że one tam w środku gluta w mojej głowie istnieją. Przez nią poznałem całkowicie nową i nieznaną mi dotychczas formę strachu, która była czymś więcej niż pierwotny strach czy paraliżujący terror. To było coś spoza mojego ówczesnego rozumienia. Ale i na jawie mnie nie opuszczała. Jeśli pojawił się minimalny bodziec do działania, z tyłu świadomości docierały do mnie, nie dosłownie rzecz jasna, "głosy" w tylu "spróbuj znowu, i tak ci się nie uda", albo "nie masz szans". Ciągle mi się zdawało, że widzę jej wykrzywiony w szyderczym grymasie suczy ryj, który się ze mnie nabija. Drwi. "I tak jestem większa od ciebie. Lepsza od ciebie." Kryzys, płacz, jak pogrzeby trojga dziadków nie pozwalały się skupiać na żałobie, była tylko ona, tam z tyłu, uradowana po pachy. Nie została w głowie ani jedna myśl, której by nie zatruła. Skala nieodwracalnych zniszczeń i niewyobrażalnego bólu, do których doprowadziła nie jest w żaden sposób mierzalna. Kochałem dziadków, oczywiście że kochałem, miałem stały kontakt od dziecka, ale ich śmierć... przepraszam, ale to mrzonka, jeśli mam porównywać. Nigdy nie myślałem, że można czuć coś tak skrajnego. Gdyby był to ból fizyczny, moje struny głosowe by po prostu pękły od naprężeń i wrzasków, których nie potrafiły wytrzymać.

To jednak rozstanie zamieniło wszystko w najprawdziwszy horror. Najpierw głównie przy jej udziale, włączając w to odcięcie mnie od wspólnych znajomych, rozpuszczanie plotek i szeroko pojęte zniesławienie i pomówienia, rozgadywanie sekretów, czy skrajnie bezczelne odwrócenie ról. Zrobiła z siebie ofiarę, ze mnie oprawcę. Nikt nawet nie pytał o moją wersję wydarzeń, nikt... wszyscy uwierzyli jej na słowo. I nie tylko na słowo, bo te kilka lat temu na Snapchacie zobaczyłem, że zachowały się fragmenty kłótni... z zapisanymi WYŁĄCZNIE moimi wypowiedziami. Każde z jej okrucieństw i walenia po czułych punktach zniknęły. Ślad został tylko w głowie. Odebrała mi wszystko, co miałem i wszystko zniszczyła... a te resztki, które się ostały pozwoliła mi wytłuc samodzielnie, jakby zwieńczając swoje "dzieło". Tak dramatycznie  zmasakrowany na wszelkich możliwych frontach mózg przestał działać tak, jak powinien, stał się zatruty, czarny, zgniły, pusty, wyłączony. Z ambitnego gościa z marzeniami został wrak, niemal niepełnosprawny życiowo i umysłowo. Człowiek został zdegradowany do miana zwierzęcia, w dodatku rannego i dzikiego.

To wszystko było jednak do pewnego momentu "akceptowalne", jeśli mogę to tak ująć. Nauczyłem się już, że karma nie wraca, że nie działa tu żadna siła, która zawsze da zło za zło i dobro za dobro tym, którym się one należą. Ta bestia była i jest bezkarna, do tego pełna pychy i dumy, całkowicie pozbawiona wyrzutów sumienia za ogrom wyrządzonych mi okropieństw. Wiedzie obecnie życie sto razy lepsze niż ja. Ma wszystko, dobrą pracę, znajomych, studia, związek, niczego jej nie brakuje. Ale nie czuję zazdrości, to nie jest zazdrość. Ludzie, którzy mnie gnębili w gimnazjum, a przynajmniej ta "elyta" która to robiła też wyszła lepiej niż ja, a w zamian za doprowadzenie mnie do szpitala psychiatrycznego rzeczami jak stałe nabiajnie się, wyzywanie,  plucie kulkami, podstawianie nóg, rysowanie członków w zeszytach albo wrzucanie mojego plecaka do pisuaru lub śmietnika otrzymali od losu fajne, finansowo dobrze ułożone posadki. Zdarza się, o czym tu dyskutować? Olałem to. Serio olałem, nie mówię dla "kozaczenia", jaki to jestem twardy i jak mnie to nie rusza, tylko po prostu nie jest to dla mnie istotne i nad tym nie rozmyślam. Ale JEJ praca, jej ścieżka zawodowa... Nie wiem co ona sobie rekompensuje, ale to jest coś, co przełamuje wszystkie możliwe granice, co jest posrane, pomylone, najzwyczajniej na świecie CHORE i NIGDY nie powinno się wydarzyć!!! Siedzicie?...

To zło, ta bestia, ten psychopatyczny potwór... jest teraz logopedą i pedagogiem. Pracuje z dziećmi. W dodatku chorymi dziećmi w z przedszkolu. Mieści Wam się to w głowie?! Ciul już z wykształceniem, nie o nie chodzi. Rozumiecie to?! Czysto zwyrodniałe bydlę, które traktuje innych jak rzeczy, lubi poczucie władzy i wyższości oraz manipuluje innymi dla swoich korzyści teraz odpieprza "charity washing"... i są ludzie, którzy pozwalają KOMUŚ TAKIEMU OPIEKOWAĆ SIĘ DZIEĆMI! To jak dać narkomanowi pracę w aptece, jak dać małpie granat z poluzowaną zawleczką, jak zatrudnić terrorystę do pilotowania samolotu, jak wziąć wolontariusza do schroniska, który był sądzony za znęcanie się nad zwierzętami, albo zatrudnić nekrofila do pracy w zakładzie pogrzebowym!!! To, co się stało jest dla mnie najbardziej PORONIONĄ rzeczą jaką w życiu widziałem. A co gorsza... wszyscy dookoła się spuszczają nad tym, jaka jest "dobra", "kochana" i "opiekuńcza". A to wszystko to FAŁSZ, MASKA.

Wiem, znowu będą zwątpienia... dlatego MUSZĘ podać kilka przykładów. To nie jest żadne pranie brudów, to jedyny sposób, byście mogli na dowodach zrozumieć, że to faktycznie jest gardzący innymi PSYCHOPATA, który nigdy ale to NIGDY nie powinien być dopuszczony do JAKIEJKOLWIEK PRACY Z INNYMI LUDŹMI, ZWŁASZCZA CHORYMI, I TO DZIEĆMI!!! Kiedyś szukała butów, zrobiła syf, żadnego nie odniosła jak znalazła parę, kazała mi nie odkładać na półki bo "to jest ich praca". Zrobiła śmietnik na stole w knajpie, to samo. Mieliśmy wspólnego i dobrego kolegę, który jako jedyny nie dał się jej oszukać i powiedział mi, co ona robi i jak na mnie szczuje. Kolegi już nie ma, popełnił samobójstwo. Nawet nie przyszła na pogrzeb, olała to. Już nie był jej potrzebny. Zmanipulowała też moją przyjaciółkę z pierwszego szpitala. Traktowaliśmy się jak rodzeństwo, podobne diagnozy i taka nić porozumienia... I gówno, skłóciła nas na amen. Dodatkowo notorycznie wymuszała płacz dla osiągnięcia "celów" w naszym związku, żebym zmiękł i zrobił, co chce albo czego ode mnie potrzebuje. Przy moich rodzicach też, ale jak mój tata ją odwoził... płacz, łzy i lamenty się nagle urywały, jak ucięte nożem. Nie musiała dłużej udawać, skoro po raz enty doprowadziła do skłocenia mnie z rodzicami i dostała co chciała... jak i po dziś dzień skłóciła mnie w podobny sposób z kuzynostwem.

Nie pisałbym tego, gdyby mnie los nie podkusił do zajrzenia na jej social media, zwłaszcza zawodowe. Gdy zobaczyłem to, co sprowokowało mnie do napisania tego niewykluczone że ostatniego lub jednego z ostatnich postów tutaj, błyskawicznie pojawiły się u mnie objawy czysto fizyczne. Gorączka, dreszcze, zimne dłonie, nagła fala potu, drgawki, mdłości, wzmożone bicie serca i trudności ze złapaniem oddechu. Jakbym dostał młotem w łeb. W komorze gazowej. Co gorsza, te objawy nie ustępują. Koszulka jest tak mokra, jakbym przebiegł maraton, gorące czoło i zimne łapy ze sobą "świetnie" kontrastują, a ciśnienie na łbie takie, jakby mnie ktoś poddusił. I nie piszę tego od razu i na świeżo, to kolejny dzień takiej katorgi. Pozwoliło mi to zrozumieć, że tej bestii już powstrzymać się nie da, a sprawy zaszły stanowczo za daleko. Przy takim „zapleczu” i jej nieskalanej opinii FAKTEM jest to, że moja historia kończy się właśnie tutaj, ponieważ nie znajdzie się już ani jedna osoba, nawet i jej cień, która byłaby mi w stanie uwierzyć. Charity washing zrobił robotę i nikt nigdy więcej nawet nie spróbuje podważyć jej opinii ani wersji wydarzeń.

Bądź co bądź na przestrzeni lat próbowałem coś zdziałać, ratować się w każdy możliwy sposób. Na przykład terapie… z których KAŻDA została zakończona przez terapeutów właśnie, bo wszyscy, jak jeden mąż, przepraszali i twierdzili, że zwyczajnie nie są mi w stanie pomóc. Oczywiście konsultowałem się z prawnikiem, ale przy tak spreparowanych dowodach i w konfrontacji z gronem jej „przyjaciół”, którzy poprą jej każdą wersję jasne było, że w sądzie nie wygram, mimo że, k***a, POWINIENEM!!! Błagałem Boga, modliłem się, prosiłem, płaszczyłem się, powierzałem mu los i nic to nie dało. Szukałem JAKIEGOKOLWIEK ratunku i w „inny” sposób, jakby i nawet pragnąc rzucić na tą bestię klątwę za ogrom wyrządzonego zła, nie mówiąc o próbach „dimensional jumpingu” w nocy przed lustrem ze świeczkami po wielokroć, robiąc wszystko, by jakakolwiek istota lub inny byt byłyby zdolne WYRWAĆ mnie z tego niekończącego się koszmaru. Szukałem każdej, każdej, KAŻDEJ możliwości na ratunek i pomoc, ale nic nie zadziałało. Nietrudno też wpaść na to, że w takim, pełnym desperacji przypadku, religia jako taka wydawała się wybawieniem, przy czym najważniejsze było dla mnie to, czego nigdy, jak możecie łatwo zrozumieć, nie otrzymałem. Sprawiedliwość. Ta boska sprawiedliwość rzekomo nieomylnego sędziego. To popchnęło mnie do rozmyślań jeszcze głębszych…

Nie zapowiada się, by sprawiedliwość na Ziemi faktycznie mogłaby kiedykolwiek stanąć po mojej stronie, dlatego, jak to mówi moja mama, powinienem „zawierzyć ją Bogu”. To bullshit. Gówno prawda, dla anglojęzycznych analfabetów. Bóg przecież może mieć pełną „kartotekę” i, kiedy wreszcie to wcielone zło umrze, brodaty stwórca uzna, że „okej, wykorzystała jego i całą jego rodzinę dla własnych korzyści, karmiła się tym, znęcała się nad nim psychicznie, zamieniła jego życie w najgorsze piekło z możliwych ale niby pracowała z dziećmi i w ogóle jej to tak fajnie szło, że bilans jest jasny, pani taka fajna logopedka, zapraszamy do nieba”. I ja, gdybym Boga mógł spotkać u bram niebios, naplułbym mu w twarz i z własnej woli poszedł do piekła. Przebywanie w raju ze świadomością, że ten kat i oprawca również się tam znajduje byłoby czymś, czego ponoć dobrotliwy Bóg NIGDY nie powinien zrobić, więc wolałbym się smażyć i piec w smole, bo stanowiłoby to dla mnie znacznie mniejsze cierpienie, a przynajmniej, a może zwłaszcza,, że jej by tu chociaż nie było. Tylko… K***a, czy to JA powinienem być w piekle?

Wracamy na ziemię. Nie ma żadnej ucieczki od tego koszmaru, który nie tylko tak sobie trwa, a po prostu został dopełniony cysterną benzyny na mój łeb. Nie ma ucieczki ani na jawie, ani we śnie, ani nawet w potencjalnym życiu po śmierci. W każdym wypadku to zło króluje, triumfuje. Nie jest w stanie uratować mnie nawet śmierć, choć byłem jej… blisko. Wczoraj miałem swoje leki na stole, przy sobie, garść w garść, zżeramy i kończymy ten chory spektakl… ale nie potrafiłem. Nie wiem czemu. Znaczy wiem. Szkoda mi rodziców… Ale to i tak kwestia czasu. A jak stchórzyłem, wiecie co było z tyłu głowy? Jej śmiech i rozgłos, „ciota”. Na „życie”, hahaha, ŻYCIE, się targnąć nie zamierzam, ale wykończenie tego popsutego ciała powiązane ze skrajną potrzebą ucieczki i zabicia świadomości już teraz skłoniły mnie do powrotu do podlewania piwa czystym spirytusem, bo wódka przy tej goryczy okazała się być zbyt słodka. Fajki może mi do kompletu załatwią tak pożądane raczysko, a jakbym po coś mocniejszego sięgnął to nawet lepiej, nawet krócej.

Proszę administrację, pomimo wysokiej kontrowersji wylewającej się z tego wyznania, o pozostawienie go w oryginalnej formie… tak jak głosi tytuł wątku, ku przestrodze.

Wygrała.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dlaczego twierdzisz że jej spreparowane dowody są silniejsze? Jeśli masz oryginały rozmów itp to chyba prosto wykazać że coś jest spreparowane. Nie znam się na tym ale jest na tym forum osoba co wygrała sądową batalię to czemu nie... drugie pytanie mam inne jak tak chciałeś się zemścić to nie przyszło ci na myśl zaoszczędzić pieniążków i przeznaczyć je na ekhm usługę?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

36 minut temu, Dalila_ napisał(a):

Nie znam się na tym ale jest na tym forum osoba co wygrała sądową batalię to czemu nie...

Tak, ja. Ale moja sytuacja była zupełnie inna.

 

To, co opisuje Futility, to jest inny kaliber, i powiem szczerze – na jego miejscu, przy tym, jak jego psychika reaguje nawet na jej socjale, do tego mając do czynienia z takim człowiekiem, jakim jest ta kobieta, którą on opisuje, nie zdecydowałbym się na konfrontację w sądzie, gdybym nie był do tego absolutnie zmuszony (np. nie musiałbym się w ten sposób ratować).

 

Przede wszystkim w tych sprawach, o których ja być może tu pisałem (bo już nie pamiętam, co gdzie pisałem), nie miałem żadnej relacji emocjonalnej z drugą stroną (mimo że w jednym przypadku pozwaną była moja siostra), więc wszystko było prostsze. Mimo tego obrzydliwe pomówienia, fałszywe zeznania świadków (za które przynajmniej jeden z nich dostał zarzuty, bo nagrałem go, jak mówił co innego)… no nie mogę powiedzieć, że mnie to jakoś bardzo mocno ruszyło, bo nie spodziewałem się po tych ludziach niczego więcej, ale nie jest miłe, jak słuchasz o sobie po prostu bezczelnych łgarstw.

 

Nie wyobrażam sobie batalii sądowej w takiej sytuacji, w jakiej jest Futility. On tego nie udźwignie, i nie jest to z mojej strony wyraz braku wiary w jego siły, a po prostu w miarę obiektywny osąd całej sytuacji.

 

Poza tym takie sprawy ciągną się latami. Ta wspomniana wyżej ciągnęła się ponad 8 lat. Głupia stłuczka, gdzie facet we mnie wjechał i twierdził, że to ja zajechałem mu drogę, ciągnęła się 3 lata. Wyrok nakazowy, odwołanie, wyrok, apelacja, biegły, rozbijanie gówna na atomy. Głupia stłuczka drogowa, prosta sprawa, z której zresztą miałem film, na którym wszystko było widać. Samo skierowane wniosku o ukaranie na podstawie tego filmu zajęło policji rok.

 

To nie jest takie proste, że idziesz sobie do sądu, trwa to chwilę, i wychodzisz ze sprawiedliwością.

 

Co do przeznaczenia pieniążków na „usługę” – życie, gdy ma się na sumieniu taką „usługę”, musi być straszne, bo nigdy nie wiesz, kiedy jednak dojdą, kto za tę usługę zapłacił. Każdy dzwonek do drzwi musi być katorgą. Każdy samochód policyjny musi wywoływać panikę, że przyjechali po ciebie. I żyj tak potem przez dziesięciolecia. Warto?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

8 minut temu, MicMic napisał(a):

Z tego co czytam, to póki co stan psychiczny autora i tak jest bliski samobójstwa... 

No właśnie.

 

Kolega raz się wk… na innego kierowcę i urwał mu lusterko. Przywalił z pięści, lusterko odpadło, pokazał środkowy paluszek i pojechał dalej. Potem przez miesiąc siedział w napięciu, czy do niego nie wpadną. A to przecież drobiazg w porównaniu do tego, o czym tu mówimy, czyli zlecenia zabójstwa.

Edytowane przez Doktor Indor

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

15 minut temu, 123she napisał(a):

A gdzie tu było coś o zleceniu zabójstwa???

Nie wprost, ale tak zrozumiałem to:

 

Cytat

drugie pytanie mam inne jak tak chciałeś się zemścić to nie przyszło ci na myśl zaoszczędzić pieniążków i przeznaczyć je na ekhm usługę?

 

Może źle zrozumiałem. Może nie chodziło o zabójstwo, a o zlecenie czegoś innego nie do końca legalnego (pobicie, zgwałcenie, skrzywdzenie). A może o coś zupełnie innego, tylko mój zryty indyczy łeb podpowiedział mi takie scenariusze.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

14 minut temu, Doktor Indor napisał(a):

Nie wprost, ale tak zrozumiałem to:

 

 

Może źle zrozumiałem. Może nie chodziło o zabójstwo, a o zlecenie czegoś innego nie do końca legalnego (pobicie, zgwałcenie, skrzywdzenie). A może o coś zupełnie innego, tylko mój zryty indyczy łeb podpowiedział mi takie scenariusze.

Zryte łebki widza różne scenariusze zrytych lebkow xd 

 

Macie rację, walki w sądzie autor nie uniesie, do tego świadkowie po jej stronie. No ale jak mówi o spreparpwanych SMS czy czatcie, no to prosto udowodnić oszustwo gdyby się zdecydował 🤔 ?? I pytanie czy nie może tego wykorzystać, choćby nawet w swoim kręgu znajomych czy jej. By ja skompromitowac

2 godziny temu, MicMic napisał(a):

Z tego co czytam, to póki co stan psychiczny autora i tak jest bliski samobójstwa... 

Też właśnie.... więc co pozostaje?

2 godziny temu, MicMic napisał(a):

Z tego co czytam, to póki co stan psychiczny autora i tak jest bliski samobójstwa... 

Też właśnie.... więc co pozostaje?

2 godziny temu, MicMic napisał(a):

Z tego co czytam, to póki co stan psychiczny autora i tak jest bliski samobójstwa... 

Też właśnie.... więc co pozostaje?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

16 godzin temu, Dalila_ napisał(a):

Zryte łebki widza różne scenariusze zrytych lebkow xd 

No właśnie, a życie to nie film…

 

16 godzin temu, Dalila_ napisał(a):

I pytanie czy nie może tego wykorzystać, choćby nawet w swoim kręgu znajomych czy jej. By ja skompromitowac

Ona i tak odwróci sytuację w ten sposób, że to on będzie winny. Na jego miejscu odpuściłbym tych znajomych. Kto uwierzył, ten uwierzył, trudno. Dużo jest innych ludzi na świecie.

 

16 godzin temu, Dalila_ napisał(a):

Też właśnie.... więc co pozostaje?

Całkowicie i zupełnie odciąć się od wszystkiego, co jest z nią związane. Byli jacyś wspólni znajomi? Trudno, trzeba ich poświęcić. Wspólne miejsca? Znaleźć nowe.


Tylko wtedy może zacząć się powolny proces zdrowienia. Nie da się zagoić rany, jeśli non stop posypuje się ją solą. Będzie bolała, będzie się paprała, ale wiecznie otwierana nigdy się nie zagoi.

 

A że wygrała? Można tak do tego podejść, a można podejść do tego odwrotnie – przegrała, bo nie dała rady go zniszczyć, odciął się, zdrowieje (jeśli tak zrobi). Choć dopóki żyjemy, walka nie dobiegła końca. Kto wie, co będzie za 20 lat. Może wtedy będzie czas wyrównania krzywd. Na razie jest na takie decyzje za wcześnie. Nie w takim stanie emocjonalnym. A może właśnie wtedy będzie czas, gdy pogodzi się z tym, co zaszło, i spojrzy na życie do przodu a nie do tyłu.

 

Są na tym świecie ludzie do szpiku źli i kontakty z nimi zmieniają nas na zawsze, ale to od nas zależy, czy będziemy dalej się zamęczać, oglądać ich socjale i tak naprawdę dalej dawać im nad sobą władzę, czy spróbujemy się z ich szponów wyrwać. To nie jest proste, gdy taka osoba wczepi się w nasze najgłębsze potrzeby i uzależni nas od siebie (czy raczej my byliśmy na tyle niedoświadczeni, że pozwoliliśmy jej nas od siebie uzależnić), i zapewne wyjdziemy z tego mocno zmienieni, ale wg mnie nie ma innego sposobu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie pisałem tego, żeby szukać pomocy ani rad, na to jest zwyczajnie za późno. To nie ten etap. Sprawa jest przegrana i wyjście z piekła, do którego mnie strąciła nie jest już możliwe. Nie ma i nie będzie żadnego "zdrowienia", walki o swoje czy innego, szeroko pojętego wychodzenia. Nie wierzę w to. Tych zniszczeń nic nie odwróci. Nic nie pozwoli mi się uwolnić od tej bestii. Rozprawa sądowa też nic by nie dała. Przy jej sztucznemu "dobru" nie miałbym szans. Pisząc swój post po prostu nadmieniłem, że właśnie składam broń i rezygnuję. To tylko kartka z kalendarza albo ryciny na nagrobku, nic więcej. Wątek będzie zwykłą przestrogą i świadkiem kilkuletniej podróży z nie tak jeszcze wielkiego załamania do całkowitego zniszczenia życia i psychiki. Nie pojawią się więcej próby, starania, wizyty u setnego z rzędu terapeuty i jakiekolwiek kroki z mojej strony. Nie będzie też czasu na wyrównanie krzywd, a za 20 lat to będzie się co najwyżej zbliżał termin zapłaty za kwaterę na cmentarzu. Moją, gwoli ścisłości, żeby nikt mi tu nie czytał między wierszami i czegokolwiek zarzucał. 

Przy okazji... od początku stycznia śledziłem wiadomości, robiąc ponad 11-miesięczny, myślowy eksperyment. Nie było dnia, żeby komuś nie działa się krzywda. Ludzie ginęli w różnych wypadkach, w katastrofach, byli mordowani, potrącani przez pijanych kierowców, przegrywali z chorobami, tracili swoje dobytki, mieszkania, majątek. Niewinni ludzie cierpieli, dzieci, dorośli, starcy, zarówno wymienione z nazwisk "sławy" jak i szare i nikogo szerzej nieobchodzące "statystyki" w stylu "zginęło X osób", a to, co podawały media to i tak tylko mała część codziennych tragedii, które zdarzają się gdzie okiem nie sięgnąć. Krew niewinnych leje i lała się strugami, a każdy dzień obserwacji i przemyśleń tylko wzmagał moją wewnętrzną złość. Dlaczego cierpią NIEWINNI, a taka sadystyczna i potworna bestia ma się lepiej niż najlepiej?! Jakie pieprzone bóstwo na to pozwala?! Jak to się w ogóle, k***a, dzieje, że do czegoś takiego dochodzi i takie obrzydliwe, manipulujące innymi psychopatyczne kreatury z wrodzonym genem sadysty żyją jak pączek w maśle i nie dociera do nich przynajmniej MINIMUM konsekwencji za wyrządzone zło?! MINIMUM! Słyszałem dużo walenia w bambus o "karmie" i gówno, nie ma jej wcale, nie zauważyłem jej nawet najmniejszego śladu. To zło ma się dobrze w dużym stopniu dlatego, że nic tak nie napędza zwyrodnialców i przestępców tak, jak bezkarność, a że od lat jest całkowicie bezkarna... to może robić co chce i nieważne jakbym zareagował, to DO MNIE się wszyscy przyczepią. Dla mnie to jest po prostu game over, niczego nie wywalczę, choćbym nie wiem jak bardzo chciał, a z perfidią jej charity washingu nigdy nie wygram

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

1 godzinę temu, Futility napisał(a):

Sprawa jest przegrana i wyjście z piekła, do którego mnie strąciła nie jest już możliwe. Nie ma i nie będzie żadnego "zdrowienia", walki o swoje czy innego, szeroko pojętego wychodzenia

Nikt cię do niczego nie zmusi, ale pamiętaj, że to jest tylko i wyłącznie twoja decyzja.

 

Zresztą może to po prostu nie jest jeszcze ten czas. Takie rany goją się latami, ale w końcu się goją.

 

1 godzinę temu, Futility napisał(a):

Dlaczego cierpią NIEWINNI, a taka sadystyczna i potworna bestia ma się lepiej niż najlepiej?!

Spokojnie, poczekaj trochę. Zdechnie w samotności. Tacy ludzie nie potrafią tworzyć trwałych relacji. Prędzej czy później zdechnie w samotności.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

16 minut temu, MicMic napisał(a):

Co to znaczy to sformułowanie? Jak to rozumiesz? Kojarzy mi się to z formułkami  psychologów, gdy nie wiedzą co powiedzieć. Albo paplaniną pseudocoachy na insta czy innym tiktoku. 

Spróbujemy rozbić ową "twoja decyzje" na czynniki pierwsze? Co tak naprawdę ma ono przekazać? 

To znaczy, że to tylko od niego zależy, co zrobi w danej sytuacji.

 

Można sobie tkwić w roli bezwolnej ofiary, skrzywdzonej przez niewątpliwie złego człowieka, albo odzyskać kontrolę nad swoim losem. W tym konkretnym przypadku – nie wchodzić na jej socjale, znaleźć nowych znajomych, być może spróbować przerobić na terapii to, skąd takie przywiązanie do tej osoby po tak długim czasie.

 

Oczywiście nie ma wpływu na swoje emocje związane z tą osobą i z tą sytuacją (a niektórzy ludzie mają na nas z różnych powodów potężny wpływ), ale ma wpływ na to, co zrobi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Godzinę temu, MicMic napisał(a):

No ok, gdzie się znajduje ten ośrodek wpływu? To mityczne 'ja', gdzie podejmowane są decyzje?

W mózgu.

 

Godzinę temu, MicMic napisał(a):

Rozumiem, że to jakiś mechanizm, który przeczy prawom fizyki?

Którym konkretnie prawom fizyki miałby przeczyć?

 

Godzinę temu, MicMic napisał(a):

Innymi słowy to jakiś niedeterministyczny element rzeczywistości? Dusza?

Nie chodzi o duszę. Dusza to pojęcie abstrakcyjne, ja staram się takich nie używać. Mam na myśli wolną wolę. Mamy możliwość myślenia i podejmowania decyzji. Każdego dnia podejmujemy jakieś decyzje.

 

Oczywiście można się zastanawiać, czy wolna wola jest iluzją, a te decyzje faktycznie są nasze, ale to już są rozważania filozoficzne i temat na inny wątek.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

22 minuty temu, MicMic napisał(a):

Wskaż dokładniej ten organ. Podaj też źródła, na podstawie postulujesz istnienie owego ośrodka akurat tam. Równie dobrze możnaby powiedzieć, że w dupie 🙂

Zasadniczo świat zaczyna się i kończy się na dupie, więc możesz mieć trochę racji.

 

22 minuty temu, MicMic napisał(a):

Ok, może nie przeczy, ale postulujesz istnienie czegoś, co miałoby działać niedeterministycznie na poziomie makro. To wymaga uzasadnienia.

Wiem, co masz na myśli, ale nie chce mi się dyskutować na filozoficzne tematy tym bardziej, że mózg nie jest jeszcze do końca zbadany. Nie wiadomo, czy niedeterministyczne zjawiska kwantowe aby na pewno nie mają wpływu na procesy myślowe. Zakładam, że raczej nie, ale nie można tego wykluczyć.

 

Świat, w którym założymy, że wszystko jest z góry określone, a my nie mamy żadnej sprawczości, musi być strasznie smutny.

 

Ja tę sprawczość odczuwam. Czy jest jedynie iluzją, sztuczką mojego mózgu, który ma mnie jedynie przekonać do tego, że mam tę sprawczość, to nie ma znaczenia, bo mówimy o tym, co odczuwamy. Może świat w ogóle nie istnieje? Może jesteś tylko mózgiem w słoiku, a twoja rzeczywistość, w tym ja, jesteśmy jedynie wykreowani? Może wolna wola nie istnieje? W kontekście tego, co robimy, czyli w tym przypadku dążenia do unikania cierpienia, nie ma to znaczenia.

 

Można o tym dyskutować długo i zupełnie nic z tego nie będzie wynikało. Natomiast z decyzji, którą ta osoba podejmie (bo wszyscy jakieś decyzje podejmujemy, niezależnie od tego, czy tylko nam się tak wydaje, czy nie), wynikają konkretne konsekwencje dla niej.

 

26 minut temu, MicMic napisał(a):

Nawiasem mówiąc są już eksperymenty, które są mocnym potwierdzeniem tego, że nie podejmujemy świadomie decyzji - przynajmniej tych prostych. Innymi słowy, świadomość podjęcia decyzji jest późniejsza w czasie niż ich fizykalny korelat. 

Wiem, czytałem o tym.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×