Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
anima-vilis

Moja historia

Rekomendowane odpowiedzi

Na wstępie wypadałoby się przywitać, bo to mój pierwszy post na tym forum – a więc, cześć!  

Chciałbym podzielić się z Wami moją historią. Nie wiem czy to dobry dział, być może powinienem napisać w „Nerwicy lękowej”, ale miejmy nadzieję, że mój materiał będzie bardziej pasował do tego miejsca ;) Cały czas zastanawiam się nad moja motywacją wklejania tutaj moich wypocin: może chciałbym z siebie co nieco wyrzucić, może po prostu podyskutować, może szukam wsparcia, a może mam cichą nadzieję, że moje życie/przemyślenia będą dla kogoś jakąś inspiracją? W każdym razie zaczynajmy:

Jestem 25 letnim facetem (jak to poważnie brzmi!) i od zawsze byłem wrażliwym (i bardzo zdolnym) dzieckiem z taką trochę duszą artystyczną, ruszały mnie rzeczy, na które inni nie zwracali uwagi. Do wielu rzeczy podchodziłem również z wielką nostalgią, pamiętam, że nawet w przedszkolu potrafiłem patrzeć przez okno i rozmyślać. Potem zacząłem zauważać, że z taką osobowością to będę miał w życiu ciężko, więc starałem się być bardziej „standardowy” – bardziej arogancki, bardziej twardy – stało to jednak w kontraście z moim prawdziwym Ja (co może doprowadziło w pewien sposób do braku samoakceptacji, albo już tym było). Dość szybko zacząłem korzystać z używek (alkohol od 1 klasy gimnazjum regularnie, marihuana sporadycznie), zaczął imponować mi imprezowy tryb życia. Mimo to, moje hobby zawsze krążyły gdzieś dookoła kreatywnych rzeczy. W zasadzie do czasu studiów nie działo się nic szczególnego (a może to tylko mylne wrażenie?),  napisałem dobrze maturę, wyjechałem studiować do dużego miasta techniczny kierunek. Na studiach zauważyłem, że stresuję i frustruję się dużo bardziej niż inni. Jak myślałem, że muszę się wypowiedzieć na forum lub podejść do tablicy napędzało mi to niezłego stracha. Jak wiedziałem, że mam przed sobą prezentację następnego dnia, to w nocy nie mogłem spać. Do tego pesymizm – zawsze miałem przed oczami najczarniejszy scenariusz, a jak mi się coś udawało to ZAWSZE wiązałem to z przypadkiem, nigdy nie było to moją zasługą (idealnie obrazuje to rozdział w książce Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii A.Mrówczyńskiej). Gdy miałem sytuację, że mogliby mnie ewentualnie nie przepuścić na kolejny semestr to w nocy potrafiłem dostawać jakiegoś takiego ataku paniki/bezradności, który wiązał się z płaczem i kłuciem w sercu, no bo przecież, gdyby mnie wyrzucili z uczelni to byłby koniec świata – rodzice za mnie płacili, a ja nie byłem w stanie (a nawet nie chciałem i nie próbowałem) pogodzić studiów dziennych z pracą.

Po skończeniu studiów, ale przed obroną (ja oczywiście nie zasługiwałem na obronę w pierwszym terminie) dostałem pracę (oczywiście fartem i po znajomości) i musiałem jeździć komunikacją miejską przez sporą część miasta i tu zaczęły się prawdziwe schody. Zacząłem strasznie się pocić, a jak o tym myślałem to problem się pogłębiał. Powodowało to u mnie poczucie odrealnienia, często wychodziłem z autobusu i czekałem na następny, aby chociaż trochę ochłonąć. Jak już mi się jechało dobrze to wystarczyło, że ktoś się do mnie odezwał lub popatrzył i atak gorąca znów występował. Dało mi to trochę do myślenia, więc po jakimś czasie zgłosiłem się do lekarza. Lekarz stwierdził u mnie nadciśnienie tętnicze i wysłał na parę badań, które oczywiście wyszły dobrze. Dodatkowo stwierdził, że być może tak po prostu mam i trzeba z tym żyć. Miałem podejrzenia, że to może być nerwica, ale skoro lekarz nie wziął tego pod uwagę to nie będę sobie wkręcał choroby. W międzyczasie wszystko leczyłem weekendowo alkoholem, wtedy znów czułem się wspaniale – tylko, że kace były coraz gorsze. Potrafiłem je odczuwać przez kilka dni – strach było wyjść z domu, telepanie rąk (to występowało nawet bez kaca), jakieś stany depresyjne. No, ale w perspektywie był kolejny weekend ;) W międzyczasie przeprowadziłem się blisko pracy, żeby nie musieć pocić się w komunikacji. Zacząłem zauważać, że mam straszne wahania nastrojów, jednego dnia chciałem rzucić robotę, następnego mówiłem, że to najlepsza robota na świecie (kace to bardzo pogłębiały). Niektórzy z pracy po jakimś czasie mi mówili, że jak widzą, że mam te „swoje dni” to nawet nie próbują się do mnie odzywać. Koniec końców zawodowo rozwinąłem się całkiem nieźle i na finanse nie mam prawa narzekać - uniezależnienie się od rodziców  przyniosło trochę spokoju, ale lęk przeszedł na inne dziedziny.


Miałem lepsze i gorsze okresy, które trwały dłużej bądź krócej. Generalnie nic mnie nie cieszyło i narzekałem na wszystko dokoła. Nie potrafiłem określić czy siebie lubię czy nienawidzę. Czy jestem w ogóle w czymś dobry czy nie nadaję się do niczego. Okresy „wygrywania” mieszały się z okresami depresji/pustki (ze znaczna przewagą tych negatywnych). Czasem wystarczył jakiś zapalnik – mocniejszy kac lub po prostu było mi za spokojnie - kiedy przypomniałem sobie jaki jestem beznadziejny. Przede wszystkim nigdy nie miałem dziewczyny, nie spałem z żadną kobietą – do jakichś zbliżeń dochodziło tylko po pijaku, na granicy urwanego filmu. Doszedłem do wniosku, że chyba to jest przyczyną moich wszystkich frustracji. Wszyscy na około są w związkach, przecież to jest największy sens życia, reszta nie ma znaczenia! Po co mam korzystać z życia, rozwijać pasję skoro nie mam tego z kim dzielić?!
Zacząłem analizować co było przyczyną moich niepowodzeń w tym temacie: na początku byłem po prostu nieśmiały; potem sobie uświadomiłem, że nikomu się nie podobam (chociaż obiektywnie patrząc wcale tak nie było); potem że mam za duże kompleksy, by się przed kimś rozebrać (nawet rzuciłem piłkę nożną żeby tylko nie wchodzić pod prysznic); potem, że nikt nie chciałby ze mną być i na nikogo nie zasługuję; potem, że jestem już po 20stce i nie mam żadnego doświadczenia, więc nie chcę zostać wyśmiany; dodatkowo kto chciałby być z gościem, który poci się w komunikacji; na trzeźwo pewnie nawet nie umiem się całować itp. itd. Generalnie błędne koło. Nie potrafię popchać żadnej relacji ponad koleżeństwo ze względu na wyżej wymienione czynniki. Teraz mam już 25 lat, więc partnerki wymagają ogiera, a ja pewnie 5sek. i koniec (więc opcja zrobienia tego z kimś, kto mógłby opowiedzieć o tym reszcie znajomych w ogóle odpada). W głowie zajawił się pomysł, aby może pójść do prostytutki, mieć to za sobą, sprawdzić się i tyle – ale chyba potem nigdy bym sobie tego nie wybaczył, więc póki co zrezygnowałem.

W końcu nadszedł pewnego rodzaju punkt zwrotny – zachorowałem! Totalnie rozstroił mi się organizm (wcześniej dostawałem już takie znaki ostrzegawcze, gdy po paru dniach picia potrafiłem nie jeść przez parę dni z powodu bólu żołądka, bądź wymiotów). Pomyślałem, że to przez alkohol i jest to dobry czas na zrobienie sobie przerwy od używki. Latałem od lekarza do lekarza, robili mi badania, wszystko wychodziło dobrze. Mój stan psychiczny natomiast coraz bardziej się zmieniał (zmieniał, bo pogarszał byłoby chyba nietrafione – musiałem to wszystko przemielić w głowie), do tego ze względu na zdrowie musiałem porzucić siłownie, a także wyjścia ze znajomymi. Byłem zdany tylko na siebie – pojawiły się coraz większe wahania nastrojów. W końcu przypomniałem sobie  o rozwoju duchowym i zacząłem czytać oraz oglądać kanały na YT (większość to zdecydowane bzdety). Natrafiłem bodajże na aplikację mindfulness, która wprowadziła mnie w temat medytacji. Od momentu, gdy zacząłem zgłębiać się w siebie zaczęły się dziać dziwne rzeczy i zbiegi okoliczności. Trafiłem książkę o medytacji (Medytacja dzień po dniu C.Andre – nie zwracajcie uwagi na tytuł jeśli macie uprzedzenia do medytacji, ta książka to poradnik jak żyć), która powoli zaczęła mi otwierać oczy na świat i moje prawdziwe Ja – dzięki niej znów zacząłem się cieszyć zwykłymi sytuacjami takimi jak: spacer, czytanie książki na ławce, odczuwanie promieni zachodzącego słońca na twarzy, gorąca herbata na wieczór. Dodatkowo dzięki Uważności zaczynam wyłapywać myśli, które kreują moją negatywną rzeczywistość, lub które powodują u mnie auto-sabotaż (na ten temat też chyba mógłbym skleić dłuższą wypowiedź). Stan chorobowy ustawił mnie w bardzo pokornej pozycji, bez czego być może to wszystko nie byłoby to możliwe.
Zacząłem sobie przypominać kim naprawdę jestem i co daje mi prawdziwą radość i satysfakcję, że wcale nie muszą to być rzeczy, które dają radość innym. Zdałem sobie sprawę, że nie muszę przejmować się ludźmi, którzy dla mnie (a ja dla nich) nic nie znaczą. Bardzo powoli zaczął następować proces samoakceptacji oraz wychodzenia z tego bagna.  
Żeby nie było kolorowo, w trakcie tego okresu działy się dziwne rzeczy, nie tylko pozytywne. Moja relacja z koleżanką wprowadziła mnie chyba w najgorszy stan psychiczny z jakim miałem do czynienia. Bardzo się przy niej otworzyłem i przywiązałem do niej, jednak ona chcąc nie chcąc (również zaburzenia), traktowała mnie nie najlepiej. Mimo to, dzięki tym przeżyciom uświadomiłem sobie swoją nerwicę oraz jej wpływ na moje zdrowie. Tak jakby wszystko stało się dokładnie tak, jak powinno się stać.  Dostałem jakiegoś objawienia, a wszystkie kropki zaczęły się łączyć w jedną całość (moje choroby to po prostu zaburzenia psychosomatyczne), co było w sumie wspaniałym odkryciem, bo dotarło do mnie, że to wcale nie jest normalne i można z tego wyjść. Poszedłem do psychologa, chociaż tę jedną (póki co), wizytę uważam za nic nieznaczącą, bo nie dała mi nic o czym bym już nie wiedział i nad czym bym nie zaczął już pracować.

Kolejną książką, która zaczęła wpływać na mój światopogląd jest Przebudzenie A. de Mello. Nie zgadzam się ze wszystkim co jest tam napisane, ale jest tam parę bardzo ważnych rzeczy:
- nie uzależniać swojego szczęścia od innych: jak ktoś mnie pochowali to jestem wesoły, jak zdarzy się niemiła sytuacja to smutny; jak ona/on do mnie napisze to super, jak nie to tragedia.
- nie uzależniać swojego szczęścia od warunków: jak będę miał partnera/partnerkę to dopiero będę szczęśliwy; jak będę zarabiał więcej to będę mógł być szczęśliwy
- uświadomiłem sobie, że jestem egoistą: próbuję dopasować innych do siebie, jestem strasznie sfrustrowany, gdy inni popełniają błędy lub zachowują się w sposób, który dla mnie jest nieakceptowalny, co w zasadzie jest tylko i wyłącznie ich sprawą
- uświadomiłem sobie, że wcale nie chciałem być szczęśliwy. Podobało mi się bycie ofiarą i moim naturalnym stanem, było szukanie problemów
 

Problemy zdrowotne w końcu po trzech miesiącach ustępują, a ja coraz lepiej czuję się również na gruncie psychicznym. Na ten moment nie mam też żadnej potrzeby powrotu do alkoholu.
Teraz wiem, że świat, w swojej zmienności, przemijaniu jest piękny – trzeba tylko otworzyć się na tą zmienność. Potrafię cieszyć się z deszczowej pogody, ze spaceru, z obserwacji natury, z ciekawych konwersacji, z filmów/książek, z fotografii. Wiem, że nie mogę porzucać więcej swoich pasji, które dają mi mnóstwo satysfakcji. Dodatkowo, czytając to forum, zobaczyłem, że ludzie mają podobne problemy i w końcu zacząłem odczuwać szczere współczucie i jakąś taką miłość do innych. Niektóre wpisy, szczególnie kobiet napawają mnie niezwykłym optymizmem, że są ludzie, których nie pasjonuje latanie po klubach, sensacje czy doprawianie rogów.

Dlaczego zastanawiałem się czy to dobry dział dla mojego tekstu? Gdyż zdaje sobie sprawę, że to wszystko może wrócić, a teraz być może piszę po prostu w okresie krótkiej remisji, ale nigdy nie byłem w takiej świadomości jak teraz i daje mi to duże nadzieję na przyszłość. Oczywiście to nie jest tak, że teraz jestem cały czas w euforii – jest po prostu normalnie ;) Dalej się stresuję, dalej przychodzą mi głupie myśli do głowy, ale potrafię je wyłapywać i coraz obiektywniej do nich podchodzić, a przede mną jeszcze sporo pracy!
To wszystko co napisałem jest i tak bardzo powierzchowne, a pewnych odczuć nie da się opisać słowami. Jeśli ktoś dotarł do końca to jestem pełen podziwu i jest mi za razem bardzo miło, bo to oznacza, że być może moje wypracowanie da się czytać i może nawet ma jakiś sens :)

Trzymajcie kciuki, tak jak ja trzymam za Was!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Przeczytałam, i naprawę się cieszę że jakoś powoli choć krętymi drogami dotarłeś w miejsce które już nawet nieźle kontrolujesz. Sama zamierzam użyć medytacji, aby siebie poznać lepiej. Ja tym się różnie że zastyglam w tym życiu, dopiero się odpauzowałam lekko w poprzednim roku i to przyspiesza. Nic nie osiągnęłam, mam brudna i czysta kartę jednocześnie. Brudna z powodu napietnowania (depresji, odizolowania, a czysta bo w sumie nic a nic nie przezylam dobrego prawie że, mało doświadczyłam). Dobrze ze sobie radzisz, piszesz z sensem. Aczkolwiek jedno mnie zdezorientowało w Twoim tekście, "kontakt plciowy z losową kobietą ft. Kontakt płciowy z prostytką" dla mnie nie różnią się od siebie te stany. Kobieta puszczająca się jest poniekąd prostytutka, nie znasz jej, nic nie czujesz prócz pożądania do wyładowania, pplys może mieć choroby, możesz zaplodnic i będzie Cię potem ciągać po sądach. Także tylko to, choć oczywiście ubranie tych czynów w otoczke "nie to że prostytutka to tylko przypadkowa osoba" brzmi lepiej. Tzn, to tylko moje przemyślenia. Nie czepiam się, rozumiem fakt i akt, czemu akurat tak, więc w porządku i bez obrazy.  

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hej, dzięki za komentarz! Co do Twojej dezorientacji to może trochę źle przedstawiłem ten temat - moje kontakty z tymi losowymi dziewczynami to były tylko pocałunki, zainicjowane z ich strony, natomiast ja z powodu kompleksów związanych z brakiem relacji damski-męskich i z racji upojenia alkoholowego zwyczajnie nie protestowałem. Jeśli chodzi o stosunek z prostytutka to myślałem, że po prostu takie doswiadczenie pozwoliłoby mi na pokonanie kompleksu prawictwa i w pewnym sensie zadziałało jako terapia szokowa. Teraz z perspektywy czasu wiem, że taka akcja nie zmieniłaby w moim życiu nic, a tylko splamiłaby moje ideały. Wiem też, że skoro ewentualnej partnerce nie pasowałoby moje doświadczenie to być może nie była by to dla mnie odpowiednia osoba. 

 

Co do Ciebie to pamiętaj, że każdy dzień to nowa szansa na rozpoczęcie nowego życia. Wszystko jeszcze przed Tobą, będzie dobrze :) Jak masz ochotę, mogę Ci podać parę kanałów na YT 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Niestety ucielo mi post i nie zdążyłem edytować 😕 ciąg dalszy: 

 

Jak masz ochotę, mogę Ci podać na priv (nie chciałbym zostać posądzony o reklamę) parę kanałów na YT, które mogą Ci w jakiś sposób pomóc lub zainspirowanać. 

 

Zauważyłem u mnie jeszcze ciekawą rzecz, nad którą muszę popracować, mianowicie jeśli przestaje mieć realne problemy to przekształcam sobie rzeczywistość w ten sposób, aby problem się stworzył (przynajmniej w mojej głowie) - tak jakby mózg nie był przyzwyczajony do bezproblemego życia. Może to prowadzić do sabotażu relacji/działania, więc trzeba sobie z tym poradzić koniecznie :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×