Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
braksił22

Toksyczna relacja - zakończenie związku.

Rekomendowane odpowiedzi

Witam.

Po latach wracam na forum z bardzo trudną dla mnie sprawą, ale po kolei.

 

Od ponad 3 lat jestem (albo byłem) w związku z kobietą, która poznałem podczas psychoterapii grupowej. Uwiodła mnie, pomimo że stawialem opór i miałem wielkie wątpliwości. Stało się. Praktycznie od razu zamieszkaliśmy ze sobą, a ja jako jeszcze "dziecko" po technikum bez pracy, bez stabilizacji musiałem nagle wyjść z mojego "bezpiecznego" życia i zacząć żyć jak facet. W tamtym okresie borykałem się z różnymi fobiami społecznymi, agorafobią, nerwica lękowa, atakami paniki, więc sama perspektywa tego z czym mam się zmierzyć po prostu mnie paraliżowała. Nie poddałem się. Praktycznie od razu zdecydowałem się iść do pracy żeby pomóc prowadzić nasze wynajmowane mieszkanie. Od tamtego czasu miałem kilka prac, ale jakiegoś większego przestoju, mimo przeciwności, nie miałem.

 

Moja partnerką również nie miała lekko w życiu. Ojciec zmarł na zawał, matka popełniła samobójstwo, a brat psychopata terroryzował rodzinę po śmierci ojca. Z opowiadań wynika, że ojciec trzymał rodzinę w ryzach. Zapewniał spokój, budził szacunek bez okazywania jakiejkolwiek agresji, oddawał się w całości pracy i rodzinie. Większość chciałaby być takim jakim on był. Właśnie. Moja partnerką chyba tego ode mnie oczekuję, pomimo że robię duzo, a raczej tyle ile daje radę, to ciągłe jest za mało, za wolno. Moja dziewczyna dostała w spadku duża ilość pieniędzy, które przeznaczyła na budowę domu. Nie podjęliśmy tej decyzji wspólnie. Zostałem "wrzucony" na gołe ściany bez dachu. Nie posiadałem żadnego doświadczenia w budownictwie, a mimo to zacząłem działać. Bardzo dużo w tym domu zrobiłem własnymi rękami, ucząc się z filmików i czytając poradniki. Dużo jeszcze zostało, a ostatni okres skurecznie sprawił, że kompletnie nie byłem w stanie nic zrobić.

 

Od lat choruje na Leśniowskiego-Crohna. Choroba paskudna a najgorsze co mogę w tej chorobie robić to stresować się. Robię to niestety nieustannie. Od czasu jak otworze oczy rano, do czasu gdy zasnę towarzyszy mi okropny lęk, niepokój. Wszystko nasiliło się jak pewnego dnia w pracy postanowiłem sprawdzić konto bankowe. Loguje się, a tam saldo ujemne -25.000 zł zrobione przez komornika. W pierwszej chwili myślałem że to jakaś pomyłka, przecież ja nie mam długów i nienawidzę ich. Okazało się że moja matka nie płaciła czynszu od bardzo dawna i komornik zasądził dług solidarny. Po tym wszystko zaczęło się sypać. Zacząłem dużo pracować, po pracy jechałem na "fuchy" bo potrzebowałem teraz więcej pieniędzy. Do domu przyjezdzalem tylko żeby spać. W końcu coś pękło i poczułem się jak dno totalne. Pojawiły się myśli samobójcze, szukałem sposobu żeby się zabić. Niestety nawet się zabić nie umiem. Jestem tchórzem. Zdecydowałem, że skoro nie umiem się zabić, poszukam pomocy. Trafiłem znowu na psychoterapię, jednak po jakimś miesiącu znowu poszło nie tak jak miało. Trafiłem do szpitala po tym jak przez kilka dni wymiotowałem krwią i bardzo schudłem. Czułem jak powoli umieram. W szpitalu spędziłem ponad dwa tygodnie. Okazało się że znowu pojawiły się owrzodzenia dwunastnicy i jelita grubego, znowu to wszystko krwawiło. Trochę mnie podleczyli i wypuścili na święta do domu.

Święta były równie stresujące. Moja dziewczyna nie lubi nikogo z mojej rodziny, przyjaciół, więc zdecydowaliśmy że pojedziemy w jej strony. Trochę wyciszulismy się podczas Wigilii i pasterki. Po nowym roku nadążyła się okazja, żeby wyjechać do pracy za granicę. Nie zastanawiałem się długo i podjąłem decyzję o wyjezdzie, żeby trochę podreperować budżet. Miała to być szybka robota max dwa tygodnie. Okazało się, że siedzieliśmy tam ponad miesiąc i ledwo na jedzenie nam starczało. Szef ciągle tłumaczył się że nie dostał przelewu i odciągał w czasie wypłatę. Sprawiało to że z dnia na dzień coraz bardziej się stresowałem, martwiłem, miałem wyrzuty sumienia. Do tej pory sprawa się ciągnie. Dostałem tylko 3tys złotych, a reszty jak nie było, tak nie ma.

Ogół tego wszystkiego skutkuje tym, że non stop żyje w strachu, leku, a jeszcze zaraz zostanę z tym wszystkim sam. Moja partnerka robi mi wyrzuty przez tego komornika, że nic z tym nie zrobilem. Byłem i u radcy prawnego i u komornika i u wierzyciela, pisałem pisma z prośbami i nikt nie jest w stanie mi w tym pomoc. Ona jest innego zdania, twierdzi, że da się to rozwiązać, ma wiedzę na ten temat ale... jakoś

nie próbuje mi w tym pomóc. Nie dość, że czuje się w tym wszystkim sam, to jeszcze obarczam siebie cała

winą za obecną sytuację. Dzisiaj spakowałem swoje rzeczy, jutro przyjaciel pomoże mi je przewieź. Jednak tak cholernie pęka mi serce i nie chce tego to muszę. Im szybciej tym lepiej. Bardzo się boję samotności. Kocham ją, jestem uzależniony emocjonalnie od niej i wiem, że rozsypie się na kawałki po tym jak wyjdę z tego domu, w którym zostawiłem kawał serca i wysolku, i już nie wrócę. Boję się że sobie nie poradzę, mimo że w perspektywie mam wyjazd do pracy do Szwecji na pół roku.

 

Proszę, błagam o wskazówki co mogę zrobić, a czego nie powinienem.

.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

braksił22, w kwestiach prawnych. Komornicy, to niestety takie byty, które działają na granicy prawa. Czy można z nimi wygrać? Można, ale droga jest trudna i męcząca. Próbowałeś zasięgnąć języka na prawniczych forach? Może to wydaje się banalne i głupie, ale ludzie, którzy tam zaglądają często chcą pomóc lub znaleźli się kiedyś w podobnej sytuacji i wiedzą, jak sobie z nią poradzić. Może coś podpowiedzą? Ponadto, na takie fora zaglądają również specjaliści i może kogoś zainteresuje Twoja historia i pomoże? Dodatkowo, jest jeszcze jedna opcja - Minister Sprawiedliwości. Nasz Rząd pod tym względem reaguje bardzo mocno. Problemy zwykłych ludzi są istotnie. Ponadto mają obowiązek odpowiedzieć na każdy list. Uderzyć warto wszędzie. Może opisz swoją sytuację i poproś o pomoc? Zainteresuj tym tematem kogoś, kto jest w stanie pomóc. Nie znam całej sytuacji, ale na chłopski rozum komornik działał na granicy prawa lub całkowicie bezprawnie. Może i takie rozwiązanie wyda się dziwne, ale myślę, że wszędzie warto spróbować. Miałam kiedyś w rodzinie sytuację, która pozornie wydawała się nie do rozwiązania i coś takiego zostało uruchomione. Pomogło, bo istotnie sytuacja była niezgodna z prawem.

 

Co do związku, to zacytuję jeden fragment:

Uwiodła mnie, pomimo że stawialem opór i miałem wielkie wątpliwości.
To ma bardzo negatywny wydźwięk. Zupełnie tak, jakbyś Ty nie chciał tego związku, był ofiarą. A przecież związek, to dwie osoby. Mylę się? W Twoim poście szalenie się rzuca właśnie ten brak Ciebie. Opisujesz, że godzisz się na wszystko, robisz to, co chce partnerka. Zastanawiam się, dlaczego? Zmieniasz siebie i dostosowujesz do drugiej osoby? Dlaczego? Żeby Jej nie stracić? Chcesz spełnić cudze oczekiwania lub to, co wydaje Ci się oczekiwaniami partnerki? A gdzie w tym wszystkim Ty? Ale prawdziwy Ty. Owszem, można dostosować się w niektórych kwestiach do partnera, ale niektórych rzeczy, wręcz nie można zmieniać, bo stajesz się kimś innym i w konsekwencji - rozpadasz się i Ty i relacja. Powstają rany, a Ty obwiniasz o wszystko drugą stronę. Pamiętaj jednak, że się na to godzisz. Twoja dziewczyna związała się z Tobą, a nie z własnymi oczekiwaniami. Może psuje się właśnie dlatego, że nie jesteś sobą? Rozmawiałeś z Nią na ten temat? Mówiłeś, jak się czujesz? To nie są oczywiście konkretne wytyczne, a jedynie moja obserwacja jako osoby stojącej z boku. Co powinieneś, a czego nie powinieneś robić? Nie wiem. Nikt Ci tego nie powie...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziękuję za odpowiedź.

Próbowałem znaleźć jakąś pomoc na forach prawnych, u radcy prawnego, u samego komornika, jednak wszyscy zgodnie twierdzą, że niewiele można z tym zrobić.

 

Co do partnerki. Mówiłem jej jak się czuję, jednak zawsze reagowała na to zdenerwowaniem lub wściekłością, podczas gdy ona mówiła mi o złym samopoczuciu, to ja zawsze starałem się ją pocieszyć, porozmawiać, nakłonić do odpoczynku, odreagowania.

Czy ja nie chciałem związku? Bałem się go. Bałem się, że ktoś mnie skrzywdzi lub ja skrzywdzę kogoś. Dlatego tak się przed tym opierałem. Rzeczywiście brak w tym wszystkim mnie. Nigdy nie byłem sam dla siebie ważny, więc chciałem być ważny dla kogoś. Okropnie bałem się że ją stracę i właśnie to się stało.

Czy partnerka związała się ze mną, czy może z moim wyobrażeniem? Teraz uważam, że z tym drugim. Gdy wchodziliśmy w związek wiedziała, że palę papierosy i lubię w wolnej chwili pograć w coś na laptopie. Dochodziło do tego, że jak wieczorem po całym dniu usiadłem do laptopa to wpadała w szał i zabierała laptopa i zanosiła go do sąsiadów. Nie wiem co chciała tym pokazać. Według niej jestem uzależniony od gier. Niespecjalnie wpływało na mnie takie jej zachowanie. Bardziej martwiło mnie to, co sąsiedzi o niej w tym momencie pomyślą. Wyglądało to tak, jakby dawała karę dziecku za to że dostał jedynkę w szkole.

Każdy ma jakieś pasje i zainteresowania, dzięki którym może się zrelaksować. Ja lubię pograć wieczorem ze znajomymi. Przecież nie wtargne do sypialni i nie wyrwę jej z dłoni książki, bo kocha czytać. Albo nie wyrzucę jej telefonu, bo nocami często gęsto na nim siedzi. Budzę się o godzinie 3:00, patrzę, a ona dalej wlepiona w telefon i zawsze tłumaczenie "a bo nie mogę zasnąć". Mówiłem jej, że mi się to nie podoba i najlepiej będzie jak nie będzie zabierała telefonu do sypialni. Jaki był efekt? Chyba możecie się domyślić. Tylko mi nigdy nie wpadło na myśl, żeby siłą jej ten telefon wyrwać i zanieść do sąsiadów.

A ja nie jestem dzieckiem.

Kiedyś robiła ze mnie alkoholika jak od czasu do czasu wypiłem piwo. Przestałem całkowicie sięgać po piwo, bo zwyczajnie przestało mi smakować. U niej w rodzinie było dużo uzależnień i nie wiem czy specjalnie próbowała ze mnie zrobić uzależnionego, bo wydawało jej się to "naturalne".

 

Nie jesteśmy ze sobą od 3 dni. Czuję się fatalnie, ale wiem, że to chyba najlepsze rozwiązanie. Pisała do mnie i nawet w takiej chwili potrafimy się jedynie sprzeczać i wbijać sobie szpile. Poprosiłem ja, żeby do mnie nie pisała to zaczęła rzucać teksty "to mnie zablokuj, usuń numer, usuń z Facebooka, odetnie się od czarownicy, która nie słucha Twoich próśb i potrzeb".

Póki co nie odpisuje jej, ale jak nigdy pragnę się z nią skontaktować.

 

Nie umiem bez niej żyć,

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dodam jeszcze, że cała winę za to biorę na siebie. Nie mam prawa obarczać jej wina za to co się stało. Nie umiem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Próbowałem znaleźć jakąś pomoc na forach prawnych, u radcy prawnego, u samego komornika, jednak wszyscy zgodnie twierdzą, że niewiele można z tym zrobić.

 

Lilith ma rację. Powinieneś poszukać pomocy "na górze", bo nawet jeśli przepisy dopuszczają coś takiego, to nie powinno to odbijać się na Twoim zdrowiu. W cywilizowanym państwie człowiek jest ważniejszy niż przepisy.

 

Proszę, błagam o wskazówki co mogę zrobić, a czego nie powinienem.

 

Wygląda to trochę tak, jakbyście oboje utknęli w jakimś martwym punkcie. To chyba częsty problem w związkach - kiedy opadną emocje i nie wiecie, co dalej i nic nie zapowiada zmiany. Do tego doszły "twoje-nietwoje" długi i myślę, że frustracja wzięła nad nią górę. Pisałeś, że ona również miała trudne życie. Być może przeraziło ją to, że wszystko wróci i nigdy nie będzie szczęśliwa. Pamiętaj jednak, że związek to dwie osoby i nie możesz zgadać się na roszczeniowość z jej strony, tak, jakbyś to Ty miał obowiązek wszystko dźwigać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Oczywiście, przychodziły różne listy. Teraz o tym wiem. Matka nie przekazywała mi mojej korespondencji i dopiero jak przyszło pismo od komornika na nowy adres to się dowiedziałem. Czemu ukrywała to przed nami? Nie wiem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Co do Twoich uczuć.Nie będę tak potępiający jak użytkownicy powyżej.
Albo nie umiesz, albo nie chcesz czytać ze zrozumieniem. Nikt nikogo nie potępił i nie ocenił. Przedstawił sytuację tak, jak ją widzi i starał się pomóc.
Komornicy działają w granicach prawa.Są jak w każdym zawodzie czarne owce.Lecz to zawód prawniczy jak każdy inny,notariusz,sędzia,adwokat,prokurator.Nie można wyciągać wniosków po obejrzeniu filmu "Komornik".
Może sobie ten film z ciekawości obejrzę. Jeśli uważasz, że wszystko jest tak, jak przewiduje prawo, to chyba żyjesz w innym świecie. Prawo i przepisy, to tylko słowa. Nie wkładam wszystkich do jednego worka, ale w niektórych wypadkach są nadużycia. I na tych nadużyciach się skupiłam, ponieważ sama miałam z nimi w jakiś sposób do czynienia. Jeśli już się wypowiadasz, to może byś przynajmniej spróbował pomóc, bo jak na razie, to tylko podszedłeś do tego z góry. Dobrze by było, gdybyś w autorze wątku zobaczył człowieka, który prosi o pomoc, a nie o suche i dobijające regułki. Nie przyszło Ci do głowy, żeby się chociaż trochę wysilić i spróbować napisać cokolwiek, a nie jedynie skopać leżącego? Oczywiście, że nie. Liczy się tylko racja i nic więcej. Wiesz, dlaczego w takich wypadkach nagłaśnia się sprawy? Żeby zainteresował się nimi ktoś ważny i mimo, że w teorii nie ma szans na załatwienie tej sprawy, to jednak dzięki temu otwierają się jakieś drzwi. Nie mam tu konkretnie nawet na myśli umorzenia długu. Po prostu dzieje się cokolwiek. Nawet pomoc słowami jest istotna. A w tej chwili, to autor rozpaczliwie potrzebuje jakichkolwiek drzwi. Może czasami warto być po prostu człowiekiem...a jeśli nie, to może warto się czasami ugryźć w język.
Dodam jeszcze, że cała winę za to biorę na siebie. Nie mam prawa obarczać jej wina za to co się stało. Nie umiem.
Znam jedynie Twoją perspektywę, ale na spokojnie jeśli się nad tym zastanowić, to każdy medal ma dwie strony i w związku są dwie osoby, a nie jedna. I to dwie osoby są odpowiedzialne za relację...

Nie jestem specjalistką w związkach, więc nie mogę Ci poradzić niczego konkretnego. A myśleliście o wspólnej terapii? Może to by coś dało? Albo jeśli nie, to może Ty spróbuj porozmawiać z psychologiem? Może Ci coś podpowie, pomoże zrozumieć? Zawsze to inna perspektywa. Może coś byś dzięki temu wyciągnął...?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

autorze, a nie myslales o wspolnej terapii dla par?

 

mysle ze to byloby najlepsze rozwiazanie.

 

studiouje psychologie i w twoim tekscie rzucily mi sie w oczy 2 rzecz

 

i ty i dziewczyna macie problemy z samym soba

 

i jej i tobie zalezy na tym zwiazku.

 

ja bym walczyla na terapii

 

i to nie jest tak ze to tylko twoja wina.wina lezy tu po obu stronach.

 

powodzenia!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

men, grzeczność jest zbędna w wypadku, kiedy ktoś postrzega świat przez pryzmat regułek, a nie przejawia empatii w stosunku do drugiego człowieka. Dla ludzi, którzy nie potrafią być po prostu ludzcy dla innych nie mam ochoty być uprzejma. Wygłupiać się? Mam to gdzieś. A wiesz, dlaczego? Bo jeśli da to cokolwiek autorowi wątku, w jakikolwiek sposób Go podbuduje, to warto. Wszystkiego warto spróbować, żeby pomóc. Używasz zwrotów "trzeba", "powinieneś". Jesteś wszechwiedzący? Ty znasz stan faktyczny danej sprawy? Wszystkie szczegóły od a do z? No na to wygląda. Gratuluję i współczuję jednocześnie. Ja nie jestem wszechwiedząca, ale przynajmniej traktuję innych po ludzku. Liczą się przede wszystkim ludzie. Przykre jest to, że nie potrafisz okazać choćby krzty empatii wobec autora i zamiast po prostu wesprzeć, to dobijasz. Jednotorowość jest po prostu porażająca i jednocześnie irytująca, bo skupia się na beznamiętnych regułkach, a nie na istocie ludzkiej. Tu próbujemy wspierać i pomagać. Taka jest specyfika tego Forum. Jeśli ktoś ma z tym problem, to może warto się zastanowić, czy to aby na pewno odpowiednie miejsce dla Niego.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Men: Czytając Twoje wypowiedzi mam wrażenie, że nadawałbyś się do tworzenia nowego dekalogu: tego nie wolno, tamtego nie wolno, a tak trzeba bo Men tak chce i już! Są różne matki na świecie, takie które kochają swoje dzieci i dbają o nie, oraz takie, które są matkami jedynie z biologicznej definicji. Dziecko nie jest zobowiązane do dbania o kogoś przez sam fakt pokrewieństwa. Nie znamy matki bohatera wątku, więc może zastanów się trochę zanim zaczniesz pouczać w tak trudnej kwestii.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

braksił zgadzam się z wcześniejszymi opiniami, że gdzieś mało jest w tym wszystkim Ciebie. Ciężko jest coś doradzić w momencie gdy znamy jedynie fragment historii, ale wydaje się , że po pierwsze: obydwoje macie problemy i może pójście na wspólną konsultację do psychologa to dobry pomysł? Po drugie, to już z mojego własnego doświadczenia: wiążąc się z mężczyzną oczekuję, że to on będzie silniejszy psychicznie. Może Twoja partnerka czeka aż pokażesz jej siebie? Tupniesz porządnie nogą i udowodnisz, że też umiesz stawiać na swoim? To jest Wasza wspólna bajka, a na razie wygląda to tak jakbyś grał rolę statysty.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

I bardzo dobrze, że Ci nie zależy. Mnie tym bardziej. Niemniej jednak również mam prawo do własnego zdania i to, że jestem Adminem nie świadczy, że nie mogę pisać dobitnie, co myślę. "Oceniam obiektywnie"...heh. No tak...są dwie prawdy - moja najmojsza prawda i guzik prawda.

Trzeba było trochę o matce sobie przypomnieć.Nie znam stosunków rodzinnych bezsił i Ty moja- osobo również ale jakie by one nie były "szanuj matkę swoją..."jak oznajmia klasyk czyli Bóg chrześcijan i o jej sytuacji materialnej też pomyśleć.
To jest ocena. Nie znasz sytuacji rodzinnej, a oceniasz autora jako niedbającego o matkę wyrostka, który zasłużył sobie na to, co dostał i powinien przyjąć to z pokorą bez słowa skargi. A ja widzę to inaczej. Szacunek powinien być i z jednej i z drugiej strony. Jeśli matka miała problemy, to wypadałoby poinformować syna, żeby mógł Jej pomóc i miał szansę na rozwiązanie sprawy zanim stanęła na ostrzu noża. Wiedząc, że za Jej długi obciążą syna - nie zrobiła nic. A wystarczyło powiedzieć. Skąd w ogóle ktokolwiek - ja czy Ty - mamy wiedzieć, jak wyglądają stosunki między autorem a Jego matką? Jakim prawem ktokolwiek ma to oceniać? Jakim prawem Ty to oceniasz i z góry przypisujesz olewanie matki autorowi? A może matka ukrywała przed Nim prawdę? Może nie chciała, żeby wiedział? A może miała to po prostu gdzieś? Owszem, matkę trzeba szanować. Matce można wiele wybaczyć, ponieważ matka jest tylko jedna. Ale trzeba pamiętać, że nie tylko dzieci odpowiadają za relacje z rodzicami, ale rodzice z dziećmi również. I nikomu nic do cudzej rodziny. Ani mnie, ani Tobie. To autorowi nie pomoże. A napisał tu po to, żeby uzyskać cokolwiek. Jeśli nie chcesz pomóc - a widać, że nie chcesz i uczepiłeś się jednego - to po prostu naprawdę - podaruj sobie komentarze. I to ostatnie mówię już jako Administrator. Swoje zdanie wyraziłeś i wystarczy. Zaczyna się robić syf w wątku, a na to na pewno nie pozwolę, ponieważ nie będzie z tego nic konstruktywnego dla autora.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

men, nadal nic nie rozumiesz. Masz prawo się ze mną nie zgadzać, ale nie masz prawa nikogo atakować. Nie masz prawa niczego nikomu narzucać. A przypominam, że to Ty zacząłeś "offtopem do Lilith", ponieważ nie spodobał Ci się mój punkt widzenia i stwierdzeniem "Nie będę tak potępiający jak użytkownicy powyżej". Było to potrzebne? Oczywiście, że nie. Zrobiłeś to, ponieważ chciałeś. Miałeś wybór - odnieść się tylko do tego, co napisał autor lub zaatakować mnie i flossy, ponieważ nie spodobały Ci się Nasze wpisy. Wybrałeś to drugie. Podjąłeś decyzję, a każda decyzja ma swoje konsekwencje. Nie ciągnij tematu. Powiedziałeś, co masz do powiedzenia i skończ, bo zablokuję Ci dostęp do działu. Dyskusję z Tobą uważam za zakończoną.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja Ci powiem tylko jedno, partnerzy w związku powinni się wspierać, a nie być dla siebie kulą u nogi. Nie dajmy się zwariować. Ja odeszłam od męża mimo, że mam dwójkę dzieci . A dlaczego? Bo mnie NIE wspierał tylko na każdym kroku gnoił. Wiem, że to boli, ale tak było trzeba. Zobaczysz za chwilę, że to była dobra decyzja. Trzymam kciuki. :yeah:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Loguje się, a tam saldo ujemne -25.000 zł zrobione przez komornika. W pierwszej chwili myślałem że to jakaś pomyłka, przecież ja nie mam długów i nienawidzę ich. Okazało się że moja matka nie płaciła czynszu od bardzo dawna i komornik zasądził dług solidarny. Po tym wszystko zaczęło się sypać. Zacząłem dużo pracować, po pracy jechałem na "fuchy" bo potrzebowałem teraz więcej pieniędzy. Do domu przyjezdzalem tylko żeby spać. W końcu coś pękło i poczułem się jak dno totalne. Pojawiły się myśli samobójcze, szukałem sposobu żeby się zabić. Niestety nawet się zabić nie umiem. Jestem tchórzem.

 

Duże długi każdego rozwalają psychicznie, nawet osobę wcześniej zdrową. Gdyby zsumować długi pacjentów psychiatryków, to pewnie za tę kwotę można by zrobić 5 stacji kosmicznych na Jowiszu. W przypadku długu, ludzie dzielą się z grubsza na 3 kategorie. 1. ludzie którzy mają mieszkanie, komornik je zajmuje i sprzedaje 2. ludzie, którzy próbują spłacać dług 3. ludzie, którzy kładą lachę, pracują odtąd na czarno, oficjalnie brak dochodów.

Kategoria 2 jest rzadka, już samo to, że do niej należysz (próbowałeś), świadczy o tym, że nie jesteś dnem ani tchórzem. Tylko niestety życie nałożyło na Ciebie więcej niż możesz unieść.

 

Nie umiem bez niej żyć

 

Umiesz. To jest łatwiejsze niż życie z nią, sądząc z tego co piszesz.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witam.

 

Nie sądziłem, że mój post wywoła takie napięcie. Przepraszam Was za to.

 

Więc tak. Będzie trochę długo i mam nadzieję, że jako tako przedstawię swoją historię. Kiedyś już ją tutaj opisywałem, ale wątek został już usunięty.

 

Postaram rozbić to na pewne etapy.

 

1. Wstęp

Mam na imię Tomek i mam 26 lat. Pochodzę z rozbitej rodziny gdzie ojciec był alkoholikiem, a matka początkowo alkoholiczka, a następnie stała się nieporadna życiowo kobieta. Jestem po 3 psychoterapiach dynamicznych trwających każda 3 miesiące (codzienne spotkania). Moja rodzina to rodzina wielodzietna, mam 3 siostry. Najstarsza nie mieszkała z nami nigdy.

 

2. Wczesne dzieciństwo.

Mimo że to okres o którym zazwyczaj dorośli nie pamiętają, ja chyba więcej pamiętam z tamtego okresu, niż z późniejszych lat. Jak już napisałem, pochodzę z rozbitej rodziny. Po narodzinach mojej najmłodszej siostry (3 lata młodsza) matka rozstała się z ojcem. Po rozstaniu prowadziliśmy "koczowniczy" tryb życia, przeganiani z miejsca na miejsce przez niepłacenie rachunków. Nie wiem czy ktoś z Was zna lub doświadczył sam takich warunków, w jakich przyszło mi i mojej rodzinie mieszkać. Pamiętam pierwsze, chyba najbardziej bolesne miejsce. Mieszkaliśmy w.. komórce na drewno, bez prądu, wody, toalety, ogrzewania. To było straszne i ponure miejsce, dźwięk kapiącej wody przeciekającej przez dziurawy dach, świst wiatru przez nieszczelne okna i drzwi, wychodzenie w mrozie, żeby załatwić te podstawowe potrzeby fizjologiczne.

Matka nie pracowała. Co noc zostawiała nas samych i szła pod hipermarket, bo wyrzucano tam produkty po terminie i już niezbyt przydatne do spożycia. Tak, jedliśmy ze śmietnika. Zbierała również złom. W tamtym okresie poznała faceta - Edka. Największy koszmar mojego dzieciństwa. Był on alkoholikiem, bił matkę. Nie raz broniłem matki jako 4-5 letnie dziecko. Tyle razy co dostałem pasem lub kablem, to nie zlicze. I nie, nie w dupę... W twarz. Siniaki, rany, blizny, do tej pory widać to na mojej twarzy. Okropnie bałem się wtedy o mamę, bałem się, że on ją zabije, że sama się zabije, że nas zostawi. To był nieustanny lęk o matkę, a o atakach paniki, kiedy budziłem się i mamy w domu nie było to już nie wspomnę.

Pamiętam jak już na kolejnym mieszkaniu pewnej nocy zauważyłem, że matki nie ma w domu. W ataku paniki, w samej piżamie nocą poszedłem jej szukać. Miałem wtedy może 6 lat. Pamiętam doskonale drogę, swój bieg, swoje mysli, nawet taksówkę zatrzymująca się na pasach. Znalazłem ją. Nie wiem skąd wiedziałem gdzie biec, była tam. Oczywiście było multum różnych przykrych doświadczeń z tamtego okresu, ale na opisanie wszystkiego nie starczyłoby tematu.

Ogólnie pamiętam, że od 3 do 8 roku życia przeprowadzaliśmy się 7 razy.

 

3. Babcia - druga matka

Po tym jak matka w końcu dostała mieszkanie komunalne (te na którym jest zadłużenie) zamieszkałem u babci. Nie stało się to odrazu. W tym miejscu była dilerka, narkomani, broń, jakieś powiązania. Widziałem chyba wszystko, od tego jak jeden z "łysych" przykłada broń do skroni sąsiadki, do widoków ćpunów na głodzie podgrzewających herę na łyżeczce i dających sobie w żyłę. Matka, oddając mnie do babci tłumaczyła się tym, że boi się, że ja zacznę coś brać i stanę się taki jak oni.

Życie z babcią wspominam wspaniale. Miałem swój pokój, kochająca, troszczącą się babcie i takie normalne życie nastolatka. Biegałem za piłką całymi dniami, miałem przyjaciół, pojawiły się pierwsze miłości. Niczego mi tam nie brakowało, mimo że też babcia niewiele miała. Za to ja miałem poczucie, że mam wszystko.

Wiadomo, jak to w wieku buntowniczym, sprawialem problemy wychowawcze, ale raczej mieszczące się w jakichś ramach. Zapomniałem wtedy chociaż na chwilę o tym co było kiedyś.

Po kilku latach babcia zaczęła chorować. Tłumacze sobie to tym, że za dużo pracowała (dorabiała do emerytury sprzątając) i że jej nie pomagałem. Po kolejnym wylewie babcia zmarła, s mi do teraz zostało to okropne poczucie winy, że to przeze mnie, poparte głosami całej rodziny. Tak, wszyscy mnie obarczali za śmierć babci. Mnie, 17-sto letniego chłopaka, spokojnego, wycofanego, nieśmiałego. Po śmierci babci musiałem wrócić do mieszkania komunalnego matki.

Nigdy nie miałem problemów ze szkołą, mimo że dużo wagarowalem. Potrafiłem zaliczyć kilka przedmiotów jednego dnia. Ogólnie uczenie się przychodziło mi z łatwością. W 2012 roku skończyłem technikum elektryczne, ale do matury nie podszedłem, bo miesiąc, dwa przed zaczęły się dziać źle rzeczy że mną...

 

4. Zawał? Rak? Nie, to tylko nerwica.

Był piękny dzień, siedziałem w szkole i nagle... Poczułem to najgorsze uczucie. Życie stanęło w miejscu, a ja zacząłem przyspieszać. Duszności, okropne kołatania serca, oblanie potem, poczucie nierealności, ogromny lęk, że to już koniec życia. To był pierwszy atak paniki.

Po tym zacząłem swoją tułaczkę po lekarzach, a sam zacząłem też unikać świata zaszywając się w domu. Kolejne wyniki, kolejne ok. Co się dzieje? Czuję się coraz gorzej, a wyniki w porządku (oprócz żołądka ale o tym później). Miałem każda chorobę świata... Naprawdę miałem. Czułem wszystkie możliwe objawy. Przestałem wychodzić z domu, w obawie przed kolejnymi atakami, co doprowadziło mnie do głębokiej agorafobii. Było już tak źle, że bałem się wyjść nawet na klatkę schodową. Brak zrozumienia, wsparcia, ciągłe pretensje, że nic nie robię. Czułem się jakbym już nie istniał. Wtedy już pewnie przychodziły pierwsze wezwania do zapłaty zaległego czynszu na moje nazwisko. Nie wiem czemu matka mi tego nie przekazywała. W "trosce" o mnie?

Mój stan "agonalny" trwał przez blisko 3 lata. Aż w końcu sam zdecydowałem się pójść na terapię.

Pierwsza nie przyniosła praktycznie efektów. Leków nie można było mi dobrac, bo żadne nie poprawiały mojego samopoczucia. Zdecydowano, że będę miał druga terapię bezpośrednio po pierwszej. Wtedy zacząłem lekko stawać na nogi. Pozbyłem się agorafobii i poznałem "ją".

 

5. Choroba Leśniowskiego-Crohna

Od dziecka dokuczały mi różne dolegliwości żołądkowe. Oczywiście bagatelizowane przez wszystkich i tłumaczone "nerwami". Nawet lekarz nie wierzył mi w moje dolegliwości odsyłając za każdym razem z diagnoza "zespół jelita drażliwego". Z resztą mu się nie dziwię, po tych wszystkich wizytach i moich "chorobach". Objawy się zaostrzały, ciągłe wymioty, biegunki, utrata wagi i ten ból nie do opanowania. Bolało dzień i noc. Spałem może po 2-3 godziny na dobę. Praktycznie nic nie jadłem. W końcu dostałem skierowanie na gastroskopię. Gastroenterolog, który przeprowadzał badanie stwierdził, że trafiłem tu w ostatnim momencie, bo wrzód najzwyczajniej zaczął pękać.

Szybka antybiotykoterapia, dieta i po wszystkim...ale czy na pewno? Problem wracał, kolejne leki, kolejne antybiotyki. Nic nie pomagało. Po kilku gastroskopiach, kolonoskopiach, po latach chodzenia od lekarza do lekarza i kilku pobytach w szpitalach w końcu postawiono diagnozę. Lesniowski-Crohn.

 

6. Ona.

Tak jak pisałem wcześniej, na terapii poznałem kobietę, o 10 lat starsza kobietę. Związaliśmy się i szybko ze sobą zamieszkaliśmy. Nie będę się zbytnio rozpisywał w tym punkcie, bo nie chce wywoływać jakichś wspomnień... Nie teraz. To co się obecnie z nami dzieje to już napisałem.

 

Oczywiście jest to możliwie najkrótszym opis mojego życia. Było tego wszystkiego znacznie więcej i nie chce Was zanudzić.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

I jeszcze nawiązując do terapii dla par. Dwa razy to proponowałem jak się schodziliśmy. Zawsze przyrzekała że pójdziemy na terapię dla par i jak już wracaliśmy do siebie to stwierdzała "przecież wiemy co mamy robić, żeby było nam dobrze". Na siłę nikogo ciągnąć nie będę. Nawet alkoholik sam musi podjąć decyzję o leczeniu. W zgodzie z tym co właśnie myśli.

Ona jest ode mnie o 10 lat starsza i to często jest jej bronią podczas sprzeczek. Zarzuca mi, że gówno wiem i nic jeszcze w życiu nie przeżyłem, mimo że zna moją historię jak nikt inny. Często umniejsza mnie, nawet publicznie. Czuję się jak właśnie to gówno.

Gdy natomiast mam rację podczas sprzeczek i popieram to konkretnymi argumentami potrafi obrócić to tak sprytnie, że nie dość, że się z tego wyplącze, to jeszcze obróci na moją niekorzyść. Z góry wiem, że zawsze stoję na straconej pozycji.

Nie wiem czego się boi w terapii dla par. Tego, że ktoś trzeci na to spojrzy i powie "Proszę Pani, Tomasz rzeczywiście ma rację"?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jest mi bardzo przykro po przeczytaniu Twojej historii. Miałeś niezwykle trudne dzieciństwo, w którym dorośli zawiedli na całej linii. Nie dziwię się, że masz różne objawy psychosomatyczne, pewnie w ten sposób odreagowujesz całe zło, które Cię spotkało. Pomimo tego dzielnie walczysz o normalne życie. Szacunek :) A co do związku: po tym co teraz napisałeś chciałabym Ci powiedzieć: uciekaj. Po co marnować sobie życie z kobietą, która Cię nie szanuje? Nie wyobrażam sobie jak można urządzać komuś konkurs na to kto więcej przeszedł i kto bardziej zna się na życiu. Ty już pokazałeś, że potrafisz wyjść z trudnych sytuacji, teraz zasługujesz na kobietę, która będzie umiała to docenić

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziękuję za odpowiedź i ciepłe słowa. Próbowaliśmy dojść do porozumienia, ale nawet w takim momencie potrafimy tylko się kłócić. Ona ode mnie czegoś wymaga, a ja nie mogę wymagać od niej. Tak więc, to już koniec. Muszę zająć się sobą, odbudować stare znajomości, bo przez ten związek wszystkie zatraciłem. Muszę stanąć na nogi i żyć.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Dziękuję za odpowiedź i ciepłe słowa. Próbowaliśmy dojść do porozumienia, ale nawet w takim momencie potrafimy tylko się kłócić. Ona ode mnie czegoś wymaga, a ja nie mogę wymagać od niej. Tak więc, to już koniec. Muszę zająć się sobą, odbudować stare znajomości, bo przez ten związek wszystkie zatraciłem. Muszę stanąć na nogi i żyć.

Tak tak tak, mądry Facet ;) głowa do góry!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Nie sądziłem, że mój post wywoła takie napięcie. Przepraszam Was za to.
Nie masz za co przepraszać. Nic nie zrobiłeś.

braksił22, przydałoby się trochę więcej wiary w siebie. Mam wrażenie, że dosłownie przepraszasz za to, że żyjesz. Może spróbuj popracować nad tym, by myśleć więcej o sobie i bronić siebie oraz własnego zdania? Przeszedłeś przez całą masę wyniszczających rzeczy. Tak naprawdę budujesz wszystko od podstaw. Zadbaj więc o to, żeby podstawy były solidne i nie zawaliły się przy większym obciążeniu. Tego Ci z całego serducha życzę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
I jeszcze nawiązując do terapii dla par. Dwa razy to proponowałem jak się schodziliśmy. Zawsze przyrzekała że pójdziemy na terapię dla par i jak już wracaliśmy do siebie to stwierdzała "przecież wiemy co mamy robić, żeby było nam dobrze". Na siłę nikogo ciągnąć nie będę. Nawet alkoholik sam musi podjąć decyzję o leczeniu. W zgodzie z tym co właśnie myśli.

Ona jest ode mnie o 10 lat starsza i to często jest jej bronią podczas sprzeczek. Zarzuca mi, że gówno wiem i nic jeszcze w życiu nie przeżyłem, mimo że zna moją historię jak nikt inny. Często umniejsza mnie, nawet publicznie. Czuję się jak właśnie to gówno.

Gdy natomiast mam rację podczas sprzeczek i popieram to konkretnymi argumentami potrafi obrócić to tak sprytnie, że nie dość, że się z tego wyplącze, to jeszcze obróci na moją niekorzyść. Z góry wiem, że zawsze stoję na straconej pozycji.

Nie wiem czego się boi w terapii dla par. Tego, że ktoś trzeci na to spojrzy i powie "Proszę Pani, Tomasz rzeczywiście ma rację"?

 

tak,mysle ze boi sie poznac prawde. ze ona TEZ duzo zawalila w tym zwiazku.ze jest roszczeniowa i apodyktyczna.i wielu innych przykrych rzeczy o sobie

ale masz racje, na sile jej nie zaciagniesz.

moze kiedys sama dojrzeje do tej decyzji,jesli zalezy jej na tobie?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Dziękuję za odpowiedź i ciepłe słowa. Próbowaliśmy dojść do porozumienia, ale nawet w takim momencie potrafimy tylko się kłócić. Ona ode mnie czegoś wymaga, a ja nie mogę wymagać od niej. Tak więc, to już koniec. Muszę zająć się sobą, odbudować stare znajomości, bo przez ten związek wszystkie zatraciłem. Muszę stanąć na nogi i żyć.

 

 

a przepraszam, widze ze juz zdcydowales o rozstaniu.

w takim razie powodzenia! z tego co piszesz, to wydajesz mi sie porzadnym i silnym czlowiekiem ktory niestety nie wierzy w siebie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tak. To już definitywnie koniec, mimo że wypisywała mi, że bardzo jej na nas zależy. Niestety zaraz po tym znowu zaczyna mi łożyć do głowy i wybucha kłótnia. Mam wrażenie, że chciałaby mnie wychować na takiego, jakim by chciała żebym był. Mówi mi, że lepiej będzie jak będziemy osobno, każde z nas się "naprawi" i wrócimy do siebie. I że utrzymywanie kontaktu jest jak najbardziej słuszne i mądre. Nie potrafi uszanować tego, że nie mam zamiaru "przyjaźnić" się z osobą, którą kocham i trwać w czymś czego nie ma. Nie potrzebuje czegoś takiego, bo co jeżeli nigdy się nie zmienię? To wykańczające. Poblokowałem ją wszędzie, usunąłem numer. Nie chcę już tego.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

braksił22, jak sobie radzisz?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×