Skocz do zawartości
Nerwica.com

Skierowanie do sanatorium z ZUS i jeszcze większe lęki


janusz_80

Rekomendowane odpowiedzi

Witam!

 

Od lat borykam się z nerwicą natręctw dotyczącą bardzo wielu aspektów życia. Przez większość tego czasu w jakiś lepszy, lub gorszy sposób dawałem sobie radę. Niemal od roku jestem pod stałą opieką psychoterapeuty i psychiatry.

Generalnie na ile to możliwe, w swoim otoczeniu staram się zachowywać maksymalnie "normalnie".

Po zaostrzeniu prawie rok temu poszedłem na zwolnienie, a później na świadczenie rehabilitacyjne. Ostatnio dostałem z ZUS skierowanie do sanatorium. Problem w tym, że już sama myśl o tym powoduje, że lęki narastają i budzą się stare natręctwa. Nie wiem ile osób z was ma tak, że jeden stras może obudzić wiele starych natręctw, jak i stworzyć nowe.

Nie wyobrażam sobie wyjazdu na 3 tygodnie z "bezpiecznego" i higienicznego środowiska, a do tego jeszcze bez mojej Żony (ośrodek, gdzie zostałem skierowany, nie przyjmuje pacjentów komercyjnych), która jest dla mnie większym wsparciem niż farmakoterapia i psychoterapia.

 

Czy macie jakiś pomysł co mogę zrobić?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

silence_sadness, myślałem o tym, ale.... problem w tym, że już teraz mam lekkie ataki paniki i masę lepkich myśli.... Bardzo się boję, że jeśli będzie tak dalej, to znowu będzie ze mną źle.

Przypuszczam, że większość z Was zna temat na tyle, że zdaje sobie sprawę jak to z nami jest i, że "normalni" ludzie nie są w stanie tego zrozumieć....

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ogólnie jest tak, że przeżywany stres nasila natręctwa. Tak więc nic dziwnego, że dzieją się z tobą takie rzeczy. Czy w tym miejscu będziesz miał prowadzoną jakąś terapię? Ogólnie dobra wieść jest taka - że wystawianie się na niepokojące sytuacje i wytrzymanie tego niepokoju jest najbardziej skuteczną metodą walki z natręctwami. Z doświadczenia wiem, że rzucenie się na głęboką wodę, bardzo mi pomogło.

Niepokój nie może trwać wiecznie - jest to fizjologicznie niemożliwe - po pewnym czasie mija. Jeśli się to przetrzyma, to organizm uczy się, że nie jest to niebezpieczna sytuacja...

Więc myślę, że wyjazd mógłby ci dobrze zrobić. Tylko musiałbyś sobie wyrobić do tego odpowiednie podejście.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Moja psychoterapeutka radziła mi spróbować jechać z Żoną.... ale się nie da....

Przypuszczam, że będzie tam głównie terapia, choć kto wie....

 

Natomiast co do tego, że niepokój nie może trwać wiecznie.... Rok temu trafiłem na zwolnienie lekarskie. Właśnie po ponad pół roku pływania w głębokiej wodzie.... i uwierz mi, że mało brakowało do tego, że silny "chroniczny" stres by mnie zabił (pracowałem umysłowo, ze sporym zakresem odpowiedzialności. Chyba nie muszę w tym miejscu tłumaczyć, co to znaczy dla ludzi takich jak my?). Pod koniec byłem już tak wykończony, że pewnie gdyby mucha puściła obok mnie bąka, złapał bym przeziębienie ;)

A najgorsze jest to, że gdyby szef sam nie wysłał mnie na przymusowy urlop, to pewnie nie trafił bym do psychiatry i kto wie jak by się to skończyło....

 

Chodzi mi o to, że "głos z tyłu głowy" prosi mnie o stworzenie bezpiecznej przestrzeni i odpoczynku, a nie o kolejne stresy. Nie czuję się jeszcze na siłach, by skakać na głęboką wodę.... Niby rok to długo, ale chyba u każdego z nas rekonwalescencja przebiega trochę inaczej....

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Źle się zrozumieliśmy. Co innego stres, co innego lęk wywołany konkretnymi sytuacjami nazwijmy to "natręctwotwórczymi". Stres może trwać dłuuugo i pogłębiać chorobę to fakt. Ale lęk związany z konkretną sytuacją przechodzi. To znaczy, teraz tkwisz w stresie, bo cała wizja takiego wyjazdu jest przerażająca, bo wiele nieprzewidywalnych sytuacji może się zdarzyć. Jeśli chciałbyś podejść do tego terapeutycznie, to musiałbyś się celowo nastawiać na szukanie takiego niepokoju - to znaczy, pojechać z nastawieniem, że będziesz konfrontował się z sytuacjami których zwykle unikasz. Nie wiem, czego konkretnie dotyczą twoje natręctwa, więc piszę ogólnikami. Jak chcesz to napisz do mnie na pw lub gadu to może wspólnie obmyślimy dobrą strategię:)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie wiem, czego konkretnie dotyczą twoje natręctwa, więc piszę ogólnikami.

 

Łatwiej chyba wymienić, czego nie dotyczą, choć w tej chwili nic nie przychodzi mi do głowy ;)

A bardziej poważnie, zdaję sobie sprawę, że jeśli pojadę, to będę musiał konfrontować się z tym, czego unikam, ale z tym szukaniem jest pewien problem. Chodzi o to, że moje najgorsze natręctwa, czyli te, które bardzo długo nie dają mi spokoju są zwykle nieweryfikowalne. Zacznę od końca....

Wspomniałem wcześniej o prowadzeniu samochodu. Jeśli już muszę jechać sam, to mam kilka sprawdzonych "technik":

Sytuacja 1, jeździłem poza miastem w obrębie kilku kilometrów: nie pamiętam żebym zrobił komuś krzywdę, nie mam wgnieceń na samochodzie, nie słyszałem karetki/radiowozu/itd. Jeśli pojawi się natręctwo, to dość szybko minie (szczególnie ostatnio, może to wpływ parogenu?) Gorzej, gdy za kilka minut usłyszę "łaje". Wtedy przez kolejne dni wertuję lokalne wiadomości, czy nie było wypadków, potrąceń z nieustalonym sprawcą.

 

Sytuacja 2, jeździłem po mieście lub dalej niż w obrębie kilku kilometrów: przez kolejne dni wertuję wiadomości lokalne. Ostatecznie po kilku(nastu) dniach daję sobie spokój.

Mój rekord samodzielnej jazdy to odległość ok 40km w jedną stronę w dzień. Wieczorem, czy w nocy nigdy się nie odważyłem.

 

Gorzej z tym, czego zweryfikować się nie da.... Pierwszy z brzegu przykład. Kilka razy byłem na szkoleniach, i jak mogę być pewien, że np nie zdradziłem Żony i nie wyparłem tego z pamięci? Wiem, że to abstrakcyjne, zdaję sobie sprawę, że mało realne, ale potrafi mnie zabijać miesiącami. Raz trwało chyba z rok. Długo analizowałem co wieczór, co robiłem w robocie, tyle, że czasem podczas pracy mam odlot (bakcyla, gdy jestem zaabsorbowany pracą non stop przez kilka godzin). Przez jakiś czas chodziłem z włączonym dyktafonem w telefonie. Jeśli jakaś dziewczyna złamała "przestrzeń socjalną/osobistą" (czyli np choć raz stanęła zbyt blisko), to tak skutecznie później uprzykrzałem jej życie, że pewnie nienawidzi mnie do tej pory. A to tylko jedno z wielu stałych natręctw.

 

W codziennym życiu staram się uchodzić za "normalną" osobę. Uśmiecham się, dużo gadam i nawet dobrzy znajomi nie zdają sobie sprawy, że "coś ze mną nie tak". Unikam rytuałów, staram się pamiętać zamykanie domu/samochodu, zwracać uwagę na coś, co pozwoli mi przypomnieć sobie, że przekręciłem kluczyk i szarpałem za klamkę, ale tak, by nie wyglądało to dziwnie.

W domu "spłukuję" ręce dziesiątki razy w ciągu dnia, ale między ludźmi "zmuszę się" do zjedzenia kebaba "brudnymi" rękoma. Jeśli minie mnie radiowóz na sygnale, to nie zawrócę, albo nie będę dzwonił na policję i pytał o wypadki (raz, że gdyby zdarzył się wypadek i sprawca by zbiegł, to nikt normalny nie zrozumiał by, że to nie ja). Ogromnym kosztem staram się sprawiać pozory "normalności"....

 

-- 05 sty 2013, 12:06 --

 

Ludziska, czekam na jakieś słowo, najlepiej dobre ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×