Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
cicha woda

Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

Rekomendowane odpowiedzi

Właśnie, a może po prostu jest tu ktoś kto również zszedł z leków i pomoże mi pomyśleć, że to minie??? Że jemu minęło, czy ktoś w ogóle żyje bez leków i ma nerwicę, stany depresyjne i wszystko co w około tego i zszedł całkowicie z leków ? Potrzebuje dobrej duszy, która ze mną pogada serio;(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Choruje od listopada. Fakt nie jest to długo, ale strasznie męczące i czasem też nie mam już siły. Czasem przegrywam walkę... Byłam u psychiatry, miałam przepisany lek, ale po wzięciu czułam się tragicznie, więc boję się brać leki. Boje się skutków ubocznych. Mam przepisane benzo doraźnie, ale też nie wzięłam ani jednej tabletki. Miałam już sporo ataków podczas których jeździłam na SOR, a ostatni w zeszłym tygodniu zwalil mnie z nóg i skończyło się pobytem w szpitalu. Straszne kolatania, bole w klatce, uczucie duszenia jakby mi gardło puchlo. Mam częstoskurcz nadkomorowy, więc łapie gdzie chce i kiedy chce, nawet czasem betabloker nie daje rady.

Jestem na zwolnieniu, boję się iść sama do sklepu, zostać sama w domu. Gdy tylko mnie coś zaboli czuje przechodzący niepokój po całym ciele... Zamknęłam się w sobie, oddalilam od znajomych, nic mi się nie chce. Byłam pełna życia, a teraz wrak człowieka. Próbuje walczyć, ale nie wiem nawet jak tą małpe uciszyć...żeby dała trochę odpocząć. Pozdrawiam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Poradziłbym spróbować jednak z lekami, ale na początku trzeba dużo samozaparcia, żeby przeboleć pierwsze trzy tygodnie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 14.01.2019 o 14:24, BlackAngel napisał:

Choruje od listopada. Fakt nie jest to długo, ale strasznie męczące i czasem też nie mam już siły. Czasem przegrywam walkę... Byłam u psychiatry, miałam przepisany lek, ale po wzięciu czułam się tragicznie, więc boję się brać leki. Boje się skutków ubocznych. Mam przepisane benzo doraźnie, ale też nie wzięłam ani jednej tabletki. Miałam już sporo ataków podczas których jeździłam na SOR, a ostatni w zeszłym tygodniu zwalil mnie z nóg i skończyło się pobytem w szpitalu. Straszne kolatania, bole w klatce, uczucie duszenia jakby mi gardło puchlo. Mam częstoskurcz nadkomorowy, więc łapie gdzie chce i kiedy chce, nawet czasem betabloker nie daje rady.

Jestem na zwolnieniu, boję się iść sama do sklepu, zostać sama w domu. Gdy tylko mnie coś zaboli czuje przechodzący niepokój po całym ciele... Zamknęłam się w sobie, oddalilam od znajomych, nic mi się nie chce. Byłam pełna życia, a teraz wrak człowieka. Próbuje walczyć, ale nie wiem nawet jak tą małpe uciszyć...żeby dała trochę odpocząć. Pozdrawiam.

Witaj, mam doświadczenie w temacie wiec napisze pare zdań. Nie poddawaj się bo z nerwica można wygrać i żyć normalnie. Może to zabrzmi paradoksalnie ale trzeba nauczyć się z nią żyć i trzeba przestać uciekać. Ucieczka i strach to najgorsza rzecz jaka można zrobić. I tak - ja tez byłam kiedyś więźniem we własnym domu , nerwica zabrała mi wiele miesięcy życia a jakby dodać wszystkie moje epizody to pewnie mogłabym liczyć w latach. 

Nerwica żywi się naszymi lekami, strachem i myślami.. uwieńczeniem takich stanów najczęściej są ataki paniki po których pętla strachu zatacza koło i tak cały czas.. 

Nie będę się wymądrzać ze dawałam sobie zawsze radę sama bo ostatecznie tylko raz poradziłam sobie bez leków ale to była moja największa satysfakcja i szczęście - własna praca oraz udana terapia ze świetna terapeutka udało mi się stanąć na nogi . Wcześniej udawało się dzięki paroksetynie ( Parogen ) oraz doraźnie Afobam. Lek ten bardzo mi podpasowal - choć pierwsze 3-4 tygodnie są czasem bardzo ciężkie - myśle ze warto się przemęczyć bo potem jest tylko lepiej . Uważam  ze po leki powinny sięgnąć osoby które są naprawdę wyczerpane walka z nerwica i nie maja sił żeby ta walkę wygrać. Warto wtedy sięgnąć po leki żeby poczuć się lepiej i opracować strategie życia z nerwica już później bez leków.

Nerwuski takie jak my zawsze będą gdzieś tam bardziej narażone na negatywne emocje w związku z trudnymi wydarzeniami czy problemami życiowymi - kluczem jest nauczenie się odpowiedniej w stosunku do nerwicy postawy.

u mnie kluczem do wyzdrowienia okazały się książki - obie napisane przez osoby które wygrały walkę z nerwica - czy raczej zrozumiały jak powinny żyć. Jeśli ktoś byłby zainteresowany proszę o wiadomość - podeśle tytuły . Z tym ze jedna z nich jest tylko w j angielskim .

pozdrawiam serdecznie

V.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Są dni, kiedy czuje się tragicznie. Kiedy mnie łapie odechciewa się wszystkiego i świat wydaje się być jeszcze bardziej ponury niż jest. Ale chce próbować bez leków, na tyle ile starczy mi sił, ale nie chce też żeby nerwica wykończyła mnie do końca, bo i tak dużo mi już zabrała. Pozdrawiam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witajcie

Na forum jestem od bardzo niedawna i też chciałabym się podzielić moimi atakami. Nerwica to taka paskudna choroba, że czasem udaje się nad nią zapanować i wtedy jest lepiej nawet przez długi czas, by potem zaatakować znienacka, podstawić nogę, wskoczyć na plecy, powalić na łopatki i wywrócić świat do góry nogami.

Ataki które przeszłam, mogłyby zapełnić książkę. Bóle głowy, uderzenia gorąca w ciało i głowę, kołatanie serca, ucisk w klatce piersiowej, ucisk w plecach, wrażenie odpływania, tracenia kontaktu z rzeczywistością, wrażenie jakby za chwilę miało mi się coś stać, ze za moment umrę, bóle brzucha, biegunki, nie mogę jeść bo zaciska mi się gardło i jedzenie rośnie w ustach, jest mi niedobrze, drętwienie i mrowienie różnych części ciała, w szczególności, karku, głowy i twarzy. Na niczym nie mogę się skupić, myśli natrętnie wracają do myślenia o tych lękach, powodach tych lęków itd. W nocy wybudzenia z lękiem że coś mi się stanie, że np. zaraz wyłączą mi się płuca, albo mózg, że serce przestanie bić. I ciągłe uczucie lęku.

Przyznać muszę, że od dłuższego czasu było dobrze. Tylko w nocy potrafiłam się wybudzać z uczuciem że umieram, siadałam wtedy gwałtownie na łóżku i potrafiłam nawet na głos powiedzieć "umieram". Ale to też nie każdej nocy, więc uważałam, że wszystko jest w porządku.

I tydzień temu jak mnie nie powali na łopatki. Wieczorem uczucie lęku ale nie o mnie, tylko o moją mamę, że umrze, że zostanę całkiem sama, że za moment coś się jej stanie. Boje się wybiegać myślami w przyszłość nawet w tak błahych sprawach jak planowanie zakupów na następny dzień, gorącem, waleniem serca i strachem, reaguję na większe wybieganie w przyszłość.

Dzisiejsza noc była po prostu koszmarna. Wczoraj wieczorem się nakręciłam i tylko położyłam się do łóżka, gorąco w głowie, gorąco w całym ciele, drętwienie i mrowienie karku i twarzy, a do tego paniczny lęk przed tą mamy śmiercią. Miałam wrażenie, że za moment dostanę zawału z tego strachu. Czułam paniczny lęk, tak jakby miała umrzeć w nocy, albo dzisiaj, a już na pewno w ciągu najbliższych dni. Mimo 40 lat na karku, marzyłam tylko o tym, żeby pójść do mamy, położyć się koło niej w łóżku i przytulić jak wtedy gdy byłam małym dzieckiem. I chociaż z jednej strony wiem, że ten lęk jest irracjonalny, to z drugiej strony panicznie boje się, że może mam jakieś przeczucia, że to prorocze myśli są i mam rację... I boje się, że w ten sposób kraczę i wywołuję wilka z lasu.

Teraz czuje się rozbita, zmęczona, nadal niespokojna, czuję strach, ucisk w piersi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
3 godziny temu, Reszka.1978 napisał:

Wczoraj wieczorem się nakręciłam i tylko położyłam się do łóżka, gorąco w głowie, gorąco w całym ciele, drętwienie i mrowienie karku i twarzy, a do tego paniczny lęk przed tą mamy śmiercią.

Mnie na szczęście udało się uwolnić od rodziny, pamiętam jak dowiedziałem się, że moja mama ma raka, byłem przerażony, to co opisałaś dobrze to oddaje, fatalnie się czułem psychicznie, lęk o matkę się ciągle utrzymywał, jeszcze było to połączone z lekką depresją, smutkiem, że za pare miesięcy jej już może nie być. Faktycznie po 8 miesiącach od dowiedzenia się o jej chorobie, mama zmarła. Byłem strasznie przybity, trwało to 2 lata. Teraz mam to gdzieś. Nawet się cieszę, że nie  zyje, bo nie zrobiła wystarczająco dużo, bym nie zachorował na nerwicę, właściwie to ona razem nim (tzw. ojcem) przyczyniła się do mojej choroby, więc i została powiedzmy ukarana. Myślę, że teraz łatwiej mi przyjdzie zaakceptowac śmierć kolejnych członków rodziny. Przede wszystkim sam to wypracowałem, bo udało mi się od nich zdystansować, nie odzywam się do nich, chyba że muszę. Dzięki temu może nie będę tak bardzo płakał po nich. Oby.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No właśnie my z mamą mamy w sumie doskonały kontakt i jesteśmy ze sobą bardzo zżyte, dlatego myśl o jej śmierci jest dla mnie przerażająca, ale to co czuję obecnie wykracza daleko poza racjonalność i zdrowy rozsądek.

Moja mama też zachorowała na raka, osiem lat temu miała diagnozę i operację. Panicznie się bałam, że właśnie umrze, ale jakoś to przepracowałam sama ze sobą i dość szybko mi przeszło i nie potrzebowałam nawet żadnych leków. Teraz na logikę nie mam żadnych podstaw by panikować. Mamie na dobrą sprawę nic nie jest, nic jej nie dolega. Owszem ma swoje lata (68lat) i wiem, że nie będzie żyła wiecznie, że kiedyś ten dzień nadejdzie. Ale pochodzi z długowiecznej rodziny (85-92 lata kiedy odchodzili), więc jeszcze długo mogę się cieszyć jej obecnością w moim życiu.

Więc naprawdę nie wiem ani skąd mi się to wzięło, ani czemu tak mnie trzyma.

 

Pozdrawiam

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witam wszystkich 😊

Chciałam i Ja z Wami podzielić sie swoim problemem. Ok 2 m-ce temu zdalam sobie sprawę z tego co to znaczy nerwica lękowa. Podczas pracy nagle zakręcilo mi sie w głowie.....no i te zawroty mam do dzisiaj,oprocz tego zaburzenia widzenia,permanentny stan niepokoju oraz plytki oddech i wrażenie ze zaraz zemdleje.Bylam juz u laryngologa,Neurologa,robilam badania na krew TSH,błednik i oczywiscie nic mi nie jest. Wiem juz ze nikt kto tego nie przeżył nie jest wstanie zrozumieć osoby z tym problemem. Lekow nie biorę.Próbuje zrozumiec te stany i sie nimi nie przejmować.Jak mam plytki oddech,staram sie go wstrzymywac i oddychac przeponą.Zawroty glowy staram sie ignorować. Caly czas powtarzam sobie ze nic sie nie dzieje a te stany to tylko zludzenie....i o dziwo jakos mija. Jak balam sie wyjść do pracy,przelamywalam sie i na sile wychodziłam. Mysle ze to najlepsza terapia....przelamywanie sie.Jest ciezko bo to ciągla nieustanna walka,najprostsze czynnosci sa wyzwaniem.Boje sie wyjazdów i tego ze cos mi sie stanie,ze strace pracę itp. To jakas okropnosc......Najgorsze są te fizyczne objawy.Czy kiedys znowu bede zdrowa?😢

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
2 godziny temu, Reszka.1978 napisał:

No właśnie my z mamą mamy w sumie doskonały kontakt i jesteśmy ze sobą bardzo zżyte, dlatego myśl o jej śmierci jest dla mnie przerażająca, ale to co czuję obecnie wykracza daleko poza racjonalność i zdrowy rozsądek.

Moja mama też zachorowała na raka, osiem lat temu miała diagnozę i operację. Panicznie się bałam, że właśnie umrze, ale jakoś to przepracowałam sama ze sobą i dość szybko mi przeszło i nie potrzebowałam nawet żadnych leków. Teraz na logikę nie mam żadnych podstaw by panikować. Mamie na dobrą sprawę nic nie jest, nic jej nie dolega. Owszem ma swoje lata (68lat) i wiem, że nie będzie żyła wiecznie, że kiedyś ten dzień nadejdzie. Ale pochodzi z długowiecznej rodziny (85-92 lata kiedy odchodzili), więc jeszcze długo mogę się cieszyć jej obecnością w moim życiu.

Więc naprawdę nie wiem ani skąd mi się to wzięło, ani czemu tak mnie trzyma.

 

Pozdrawiam

Jesli mogę  cos poradzić. Jak napadaja Cie takie myśli,zajmij szybko glowe czyms innym.Spróbuj medytacji,włącz muzyke ,zacznij cos czytać. Rób cokolwiek byleby odwrocic uwage od tych leķow. A jesli to nie pomaga,zadaj sobie pytanie.Na ile prawdziwe i uzasadnione jest to co chodzi mi po glowie?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
2 minuty temu, nieszczęśliwa1526936311 napisał:

Jesli mogę  cos poradzić. Jak napadaja Cie takie myśli,zajmij szybko glowe czyms innym.Spróbuj medytacji,włącz muzyke ,zacznij cos czytać. Rób cokolwiek byleby odwrocic uwage od tych leķow. A jesli to nie pomaga,zadaj sobie pytanie.Na ile prawdziwe i uzasadnione jest to co chodzi mi po glowie? 

Próbuję, ale to nie pomaga. Owszem nie myślę, ale uczucie niepokoju, strachu i np. ból żołądka czy pleców nie mijają i dlatego jest to takie męczące i nie dające wytchnienia nawet na chwilę.

I właśnie o to chodzi Nieszczęśliwa. Nie mam właściwie żadnych uzasadnionych i prawdziwych powodów by to czuć. Owszem mama dawno nie była na kontroli, ale nic w gruncie rzeczy jej nie dolega. Jeśli już to mogę się tak czuć z powodu jej wieku. Ma 68 lat. Wiadomo że nikt nie żyje wiecznie, więc co tu kryć, może to któregoś pięknego dnia nastąpić. Jednakże to też nie jest do końca racjonalne, bo w rodzinie mamy wszyscy żyli długo. Odchodzili w wieku 85-92 lat. Moja babcia ze strony mamy, odeszła mając lat 75, ale tylko dlatego, że miała raka wątroby. Tak by pewnie jeszcze z 10 lat i więcej pożyła, jak jej siostry i prababcia. Więc naprawdę nie mam ku temu żadnych racjonalnych przesłanek, poza właśnie tym co czuje od tygodnia. I to przeraża jeszcze bardziej. Bo gdyby mama była ciężko chora, bałabym się na pewno panicznie (tak jak się bałam, gdy usłyszałyśmy z mamą diagnozę i nie wiedziałyśmy jak się sprawy potoczą), ale jakoś może uczyłabym się godzić z losem, byłoby jakoś inaczej, bo miałabym świadomość choroby i może nawet w pewnym sensie bym chciała by mama przestała cierpieć. No wiadomo jak to jest jak już choroba jest w stanie maksymalnie zaawansowanym i koniec jest bez mała kwestią tygodni czy dni.

A w tej chwili to jest na logikę jedynie mój paniczny lęk, nie poparty żadnymi dowodami. I mam takie uczucie jakbym wieszczyła mamie los, jakbym przyciągała jakoś nieszczęście, czy właśnie że jest to przeczucie, szósty zmysł. Nawet kilka czy kilkanaście minut przez sekundę pojawiła się we mnie taka myśl, że może dobrze by było gdyby już to się stało. Przynajmniej byłoby po wszystkim i te lęki by się skończyły, chociaż niewątpliwie bym rozpaczała. I się rozpłakałam i zaczęłam się przeklinać, że to przecież tak jakbym życzyła mamie śmierci! A tak nie jest absolutnie! Wręcz przeciwnie, chcę by żyła jak najdłużej w pełnym zdrowiu i jak najlepszej sprawności. Bo nic nie stoi na przeszkodzie! I zaczęłam szeptem błagać mamę, boga i wszystkich o wybaczenie, bo wcale tak nie chciałam i nawet nie wiem dlaczego tak pomyślałam. To jest straszne.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
56 minut temu, nieszczęśliwa1526936311 napisał:

Witam wszystkich 😊

Chciałam i Ja z Wami podzielić sie swoim problemem. Ok 2 m-ce temu zdalam sobie sprawę z tego co to znaczy nerwica lękowa. Podczas pracy nagle zakręcilo mi sie w głowie.....no i te zawroty mam do dzisiaj,oprocz tego zaburzenia widzenia,permanentny stan niepokoju oraz plytki oddech i wrażenie ze zaraz zemdleje.Bylam juz u laryngologa,Neurologa,robilam badania na krew TSH,błednik i oczywiscie nic mi nie jest. Wiem juz ze nikt kto tego nie przeżył nie jest wstanie zrozumieć osoby z tym problemem. Lekow nie biorę.Próbuje zrozumiec te stany i sie nimi nie przejmować.Jak mam plytki oddech,staram sie go wstrzymywac i oddychac przeponą.Zawroty glowy staram sie ignorować. Caly czas powtarzam sobie ze nic sie nie dzieje a te stany to tylko zludzenie....i o dziwo jakos mija. Jak balam sie wyjść do pracy,przelamywalam sie i na sile wychodziłam. Mysle ze to najlepsza terapia....przelamywanie sie.Jest ciezko bo to ciągla nieustanna walka,najprostsze czynnosci sa wyzwaniem.Boje sie wyjazdów i tego ze cos mi sie stanie,ze strace pracę itp. To jakas okropnosc......Najgorsze są te fizyczne objawy.Czy kiedys znowu bede zdrowa?😢

Zazdroszczę, że na takim etapie potrafisz chociaż trochę opanować strach przed objawami nerwicy. Ja codziennie staram się zrozumieć to co się ze mną dzieje, ale nie zawsze mi się to udaje. Bywa, że coś mnie zakluje, a ja łapę się na tym, że momentalnie zalewa mnie fala gorąca ze strachu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
8 minut temu, Reszka.1978 napisał:

Próbuję, ale to nie pomaga. Owszem nie myślę, ale uczucie niepokoju, strachu i np. ból żołądka czy pleców nie mijają i dlatego jest to takie męczące i nie dające wytchnienia nawet na chwilę.

I właśnie o to chodzi Nieszczęśliwa. Nie mam właściwie żadnych uzasadnionych i prawdziwych powodów by to czuć. Owszem mama dawno nie była na kontroli, ale nic w gruncie rzeczy jej nie dolega. Jeśli już to mogę się tak czuć z powodu jej wieku. Ma 68 lat. Wiadomo że nikt nie żyje wiecznie, więc co tu kryć, może to któregoś pięknego dnia nastąpić. Jednakże to też nie jest do końca racjonalne, bo w rodzinie mamy wszyscy żyli długo. Odchodzili w wieku 85-92 lat. Moja babcia ze strony mamy, odeszła mając lat 75, ale tylko dlatego, że miała raka wątroby. Tak by pewnie jeszcze z 10 lat i więcej pożyła, jak jej siostry i prababcia. Więc naprawdę nie mam ku temu żadnych racjonalnych przesłanek, poza właśnie tym co czuje od tygodnia. I to przeraża jeszcze bardziej. Bo gdyby mama była ciężko chora, bałabym się na pewno panicznie (tak jak się bałam, gdy usłyszałyśmy z mamą diagnozę i nie wiedziałyśmy jak się sprawy potoczą), ale jakoś może uczyłabym się godzić z losem, byłoby jakoś inaczej, bo miałabym świadomość choroby i może nawet w pewnym sensie bym chciała by mama przestała cierpieć. No wiadomo jak to jest jak już choroba jest w stanie maksymalnie zaawansowanym i koniec jest bez mała kwestią tygodni czy dni.

A w tej chwili to jest na logikę jedynie mój paniczny lęk, nie poparty żadnymi dowodami. I mam takie uczucie jakbym wieszczyła mamie los, jakbym przyciągała jakoś nieszczęście, czy właśnie że jest to przeczucie, szósty zmysł. Nawet kilka czy kilkanaście minut przez sekundę pojawiła się we mnie taka myśl, że może dobrze by było gdyby już to się stało. Przynajmniej byłoby po wszystkim i te lęki by się skończyły, chociaż niewątpliwie bym rozpaczała. I się rozpłakałam i zaczęłam się przeklinać, że to przecież tak jakbym życzyła mamie śmierci! A tak nie jest absolutnie! Wręcz przeciwnie, chcę by żyła jak najdłużej w pełnym zdrowiu i jak najlepszej sprawności. Bo nic nie stoi na przeszkodzie! I zaczęłam szeptem błagać mamę, boga i wszystkich o wybaczenie, bo wcale tak nie chciałam i nawet nie wiem dlaczego tak pomyślałam. To jest straszne.

Myślę, ze akurat  śmierć spotka Nas wszytkich.Kiedy? tego nie wie nikt. W całym tym tekście zawarta jest odpowiedź na twoj irracjonalny lek. "Kobiety w twojej rodzinie żyją dlugo,mama jest  zdrowa "Moze warto powtarzac to gdy masz napady? Ja tez mam takie nieuzasadnione lęki. Np boje sie ze przez nerwicę stracę pracę, mieszkanie,ze będę  bezdomna....No cała historie juz mam ulożona.Wszyscy mamy ten sam problem "demonizujemy" i nie potrafimy myslec pozytywnie. Chodzilas na terapię? Czytalas jakies ksiazki o nerwicy? To pomaga,naprawde.Samo czytanie ksiazek o nerwicy i sposobów radzenia sobie znia jest doskonalą terapia. Wazne jest aby zdac sobie sprawe z tego co Ci dolega i praca praca praca nad soba.Ja próbuję....z różnym skutkiem.Czasem przegrywam,cofam się ale naprzeciw swojemu lękowu próbuje robic wszystko zeby nie stracic pracy i nie zostac tym bezdomnym. 😂Spedzaj z mama czas odwiedzaj ja i ciesz sie każdą chwilą a śmierć spotka Na wszystkich...i to ona wybiera nie my. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
2 minuty temu, BlackAngel napisał:

Zazdroszczę, że na takim etapie potrafisz chociaż trochę opanować strach przed objawami nerwicy. Ja codziennie staram się zrozumieć to co się ze mną dzieje, ale nie zawsze mi się to udaje. Bywa, że coś mnie zakluje, a ja łapę się na tym, że momentalnie zalewa mnie fala gorąca ze strachu.

Masz juz pewnie tzw. Lęk przed lękiem..te wszystkie objawy co masz to reakcja organizmu na stres.Niestety zle dzialaja nam neurony i organizm dostaje fałszywą informacje o zagrożeniu. Pompuje krew do glowy,stad objawy dretwienia kończyn,pocenie,szybsze bicie serca.To zastrzyk adrenaliny. Kłucie w klatce piersiowej bierze sie z tego ze bezwiednie napinasz klatkę piersiową. Jak czujesz ze sie....zbliża pomysl o tym co Ci napisalam.Dzieki temu bedziesz wiedział ze nie dzieje sie nic zlego i Ci przejdzie a jesli nie to sie nie pogorszy. Slyszales o treningu jacobsona lub schulza? Polecam 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
42 minuty temu, nieszczęśliwa1526936311 napisał:

Myślę, ze akurat  śmierć spotka Nas wszytkich.Kiedy? tego nie wie nikt. W całym tym tekście zawarta jest odpowiedź na twoj irracjonalny lek. "Kobiety w twojej rodzinie żyją dlugo,mama jest  zdrowa "Moze warto powtarzac to gdy masz napady? Ja tez mam takie nieuzasadnione lęki. Np boje sie ze przez nerwicę stracę pracę, mieszkanie,ze będę  bezdomna....No cała historie juz mam ulożona.Wszyscy mamy ten sam problem "demonizujemy" i nie potrafimy myslec pozytywnie. Chodzilas na terapię? Czytalas jakies ksiazki o nerwicy? To pomaga,naprawde.Samo czytanie ksiazek o nerwicy i sposobów radzenia sobie znia jest doskonalą terapia. Wazne jest aby zdac sobie sprawe z tego co Ci dolega i praca praca praca nad soba.Ja próbuję....z różnym skutkiem.Czasem przegrywam,cofam się ale naprzeciw swojemu lękowu próbuje robic wszystko zeby nie stracic pracy i nie zostac tym bezdomnym. 😂Spedzaj z mama czas odwiedzaj ja i ciesz sie każdą chwilą a śmierć spotka Na wszystkich...i to ona wybiera nie my. 

Nieszczęśliwa, bardzo Ci dziękuję za Twoje słowa. Niewątpliwie pomagają. Z mamą mieszkam więc akurat jestem z nią niemalże non stop. I cieszę się każdą chwilą. I powiem szczerze, że pod pewnymi względami i myślami jesteśmy do siebie podobne, bo ja właśnie w tej chwili nie pracuję tak naprawdę. Pracę straciłam, teraz pracuję tak bardzo dorywczo, że wiem, że jakby mamy zabrakło w tej chwili, to będę tą bezdomną, stracę mieszkanie itd. I podejrzewam, że w tym też tkwi powód moich lęków. Że bez mamy na dzień dzisiejszy sobie nie poradzę tak naprawdę. A fakt, że mieszkamy razem i jesteśmy ze sobą niesamowicie zżyte, bo mamy tylko siebie, też robi swoje. Nie oszukujmy się.

Dziękuję raz jeszcze.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
1 godzinę temu, Reszka.1978 napisał:

A w tej chwili to jest na logikę jedynie mój paniczny lęk, nie poparty żadnymi dowodami.

Może trochę pomoże Ci ten komentarz:

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Człowiek_z_księżyca bardzo Ci dziękuję, już zabieram się do lektury 🙂

W tym tekście co podałeś, jest dużo, dużo prawdy, dzisiejsza rozmowa z Wami, Wasze pomocne i dobre słowa, a także chwila w której próbowałam ubrać w słowa moje myśli, które chciałam napisać do znajomej z neta (w końcu i tak tego nie wysłałam), to jakoś zaczęłam jakby logicznie myśleć, przyszła ta racjonalność i nawet się odrobinę wyciszyłam. Nie całkowicie i nie mam pojęcia na jak długo, ale przynajmniej nie telepie się jak w febrze. Bo kurde co ja tu odwalam w ogóle? Jakieś dzikie jazdy mi się robią, chociaż nie mam ku temu powodu. Nie zmienię przeznaczenia choćbym nie wiem jak zaklinała rzeczywistość, mogę się tylko modlić, by mama była w moim życiu jak najdłużej, by dane mi było cieszyć się nią jak najdłużej się da. Szczerze, to trochę w tym złapaniu logiki pomogła mi myśl w sumie smutna. Ile osób nie miało tej szansy co ja. Ilu osobom bliscy i najbliższe osoby umarły z powodu tej strasznej choroby jaką jest rak i to w ciągu kilku tygodni czy miesięcy. Moja mama jest zdrowa! Choroba była tylko epizodem. A ta moja znajoma w sumie dodaje otuchy, chociaż sama całkiem niedawno pochowała męża. To było troszkę jak policzek, ale odrobinę pomogło. Nadal jestem niespokojna, nadal jest źle, ale chociaż na chwilę odzyskuje moje myśli. To ja schizuje, z irracjonalnych tak naprawdę powodów, a ona by pewnie chętnie się ze mną zamieniła chociaż na chwilkę, żeby mieć tylko takie problemy. I wiem, że jest mnóstwo takich osób, choćby żona i córki świętej pamięci pana Adamowicza. Wiem, że jest droga przede mną, że się nie uzdrowię w kilka minut i za chwilę paniki mają ogromne szanse wrócić. Jako nerwicowiec wiem, że jak już tąpnie, to tak łatwo nie odpuści i wiele takich ataków przede mną, a czuję, że tym razem sama sobie nie poradzę. Więc nie zapeszam.

 

Pozdrawiam i spokojnej nocy nam wszystkim życzę

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
22 godziny temu, Reszka.1978 napisał:

Nieszczęśliwa, bardzo Ci dziękuję za Twoje słowa. Niewątpliwie pomagają. Z mamą mieszkam więc akurat jestem z nią niemalże non stop. I cieszę się każdą chwilą. I powiem szczerze, że pod pewnymi względami i myślami jesteśmy do siebie podobne, bo ja właśnie w tej chwili nie pracuję tak naprawdę. Pracę straciłam, teraz pracuję tak bardzo dorywczo, że wiem, że jakby mamy zabrakło w tej chwili, to będę tą bezdomną, stracę mieszkanie itd. I podejrzewam, że w tym też tkwi powód moich lęków. Że bez mamy na dzień dzisiejszy sobie nie poradzę tak naprawdę. A fakt, że mieszkamy razem i jesteśmy ze sobą niesamowicie zżyte, bo mamy tylko siebie, też robi swoje. Nie oszukujmy się.

Dziękuję raz jeszcze.

Nie ma za co dziękować 😊W tym paskudztwie jak w kazdej chorobie trzeba miec punkt zaczepienia,kogos dla kogo sie trzeba trzymać. Ja tez sie boję ,utraty pracy,ze narzeczony mnie zostawi.....oj mnostwi tego jest. Dzisiaj mialam okropny dzień. Siedzialam w pracy i przez 2 godziny mialam wrazenie ze zaraz zasłabne. Staralam sie to g....ignorować, potem trzeba bylo wrocic do domu....kolejna trauma. Jestem tak wypompowana,ze szkoda gadac. Czas w koncu na terapię. Samo chyba nie przejdzie. Dzis ja nie wierze ze  ta cholera sie o demnie odwali. Sorka za okropne słownictwo, ale nie umialam tego inaczej opisac😪😭😫

Pozdrawiam cieplutko

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A ja jestem z siebie dzisiaj trochę dumna, ale też zdolowana faktem, że ta małpa łapie kiedy i gdzie chce... Byłam u fryzjera  tylko obciąć włosy, a godzinna wizyta zmieniła się w koszmar. Bolało mnie w klatce, czułam, że nie mogę złapać oddechu, zaczęło mi się kręcić w glowie, dretwiec nogi, boleć wnętrzności. Powtarzałam sobie, że to nic i to tylko moja psychika...jakoś przeszło. I z tego jestem trochę dumna, że było ciężko, ale jakoś sobie to prztlumaczylam, bo szczerze mówiąc to już miałam chęć uciec z mokrymi włosami. No i moja wizyta u kardiologa zakończyła się również pozytywnie, bo okazało sie, że z moim sercem wszystko ok, a to tylko nerwica powoduje moje czestoskurcze i kolatania serca.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

BlackAngel, jestem także dumna z Ciebie że udało Ci się te lęki przezwyciężyć. Najgorzej jak gadzina się dorwie w miejscu publicznym i człowiek ma ochotę uciekać, wyjść z siebie i stanąć obok, a w ogóle krzyczeć, płakać i nie wiadomo co jeszcze. I jeszcze lepsza wiadomość, że serducho w porządku. Jeden nerw odszedł - tak wiem, że to nie tak łatwo, ale zawsze coś 🙂 Przechodziłam to samo, zanim zostałam zdiagnozowana, że wszystkie "choroby" i dolegliwości jakie miałam to tylko i AŻ nerwica.

Nieszczęśliwa owszem jest, bo wspaniale jest mieć ludzi, którzy nie pogonią w diabły i nie wyśmieją tego co się mówi, a co dla nas jest przecież ważne i poważne.

Przykro mi, że dopadło Cię to cholerstwo i nie chciało odpuścić. Takie wykończenie psychicznie i fizyczne jednocześnie, jest gorsze niż jakby człowiek przekopał ogródek, albo przerzucił kilka worków z węglem czy ziemią. Za słownictwo nie masz co przepraszać, chyba że regulamin jest bardzo surowy. Czasem człowiek ma po prostu ochotę i potrzebę bluzgać i to dużo gorszymi epitetami niż nazwa choroby.

 

Mnie rano dzisiaj znowu po obudzeniu dopadło to paskudztwo, a wieczór jak było widać, był nawet w miarę spokojny. Natomiast rano znowu z atrakcjami, drętwieniem twarzy, sztywnością pleców i karku, kołataniem serca, bólem brzucha i myśli czarne nachodziły wbrew woli, że będę musiała przeprowadzić się do ojca i ciotki jak mama umrze - tak jakby za chwilę miała to zrobić. A za moment znajoma już, a jednocześnie kompletnie myśl, że może to i dobrze jakby już odeszła, bo by mi nerwy przeszły. I ledwo powstrzymywany płacz, bo to nie moje myśli, przecież ja tego absolutnie nie chcę. I te gorąco, paniczny strach itd. A jeszcze dzisiaj miałam wizytę u dentysty, więc jechałam jak na jakieś tortury, ścięcie i w ogóle w autobusie myślałam, że mnie coś trafi za chwilę. Patrzyłam na ludzi i tak sobie myślałam, że o normalne życie wokół się toczy, a mnie się coś takiego przytrafiło i tak potwornie mi źle. U dentysty było jakoś całkiem spokojnie, myślałam, że będzie dużo gorzej, ale dałam radę. Idąc do autobusu przechodziłam koło kościoła i jakoś taka modlitwa mnie naszła do Matki Boskiej o długie życie dla mamy itd. I powiem szczerze, że jakoś tak po powrocie do domu jeszcze mnie potelepało, ale wzięłam Valused i trochę się wyciszyłam. Tylko właśnie miała poczucie jakby mnie coś przejechało, taka przeżuta i wypluta. Zimno mi też strasznie było. Teraz mnie tylko taka myśl czarna nachodzi na noc: a co jeśli ten spokój to wymodlony, a Matka Boska mi mamę zabierze za chwilę, dziś, jutro za tydzień? I niby nie panikuję, ale myśl ta mnie nie opuszcza. Kiedyś byłam religijna na swój sposób i bardzo często się modliłam, ale jak moja mama zachorowała na raka, a ja modliłam się by była zdrowa, to przestałam to robić, bo się bałam, że moje modlitwy przynoszą odwrotny skutek. I teraz czuje niepokój z powodu tej czarnej myśli, boje się co jeśli ta myśl/modlitwa pod kościołem przyniesie pecha, a jednocześnie nie mam żadnych fizycznych objawów, zero kołatania serca, mrowień, drętwień i innych dolegliwości. Nie potrafię tego dokładnie opisać i nie wiem czy ktoś tak miał.I trochę się nakręcam tą myślą, a jednocześnie właśnie czuje się jakaś pusta w środku, jakaś wypompowana. O, to chyba mniej więcej dobre określenie tego jak się czuję. I wstyd mi to pisać, bo wiem jak głupio to brzmi, ale mam wrażenie dziwaczne, że ta pustka, wypompowanie, fizyczny spokój (brak tych wszystkich fizycznych manifestacji organizmu) to tak jakby mi jakoś jak zsyłana - wiem jak to brzmi, ale nie potrafię opisać tego co w tej chwili czuję... I jeszcze moja psica jakaś taka niespokojna jest, a zwierzaki podobno wyczuwają... więc myśli mi się kłębią nieprzyjemne i jest niefajnie.

 

Pozdrawiam Was wszystkich i spokojnej nocy życzę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cześć, 

jak wielu tutaj, też jestem nowym użytkownikiem. Założyłem konto, by się podzielić "anonimowo" swoimi problemami.

Nie wiem kiedy się zaczęło, kojarzę mniej więcej pierwsze lęki z dzieciństwa, natomiast nie towarzyszyły mi one codziennie, w ostatnim czasie wszystko się bardzo nasiliło.

Prawdopodobnie rodzaj wykonywanej pracy zrobił swoje - kilka lat obsługi klienta i sprzedaży przez telefon, zrobiły swoje.

Kto nigdy nie próbował swoich sił w tym fachu, nie będzie wiedział z jakim stresem się to wiąże - wyrabianie celu, jak największa sprzedaż kosztem jakości, celowe wprowadzanie klienta w błąd, obawy o utratę stanowiska, wręcz "mielenie" pracowników, czyli praca u jednego z operatorów komórkowych od wewnątrz...

Podejmując tę pracę miałem świadomość tego, że jest to naprawdę dobrze płatna robota i tak w istocie było, jednak z czasem straciłem przyjemność ze spędzania czasu wolnego, czasu poza pracą. 

Ograniczyłem kontakty ze znajomymi do minimum, głownie przez wieczne zmęczenie lub stresy związane z myśleniem o pracy po pracy. 

Wszelkie przyjemności typu kino, spacer, aktywność fizyczna skończyły się. Zaczęło mi się sypać także w związku - czułość do partnerki z mojej strony i ochota na stosunek, także stopniowo malały.

Dziewczyna na szczęście jakoś ze mną wytrzymała i nie zostawiła mnie w biedzie, choć widzę, że jest jej ciężko.

Ale do brzegu, parę miesięcy temu straciłem tą pracę, powinęła mi się w końcu noga i z dobrych wyników miesięcznych, spadłem na średnie, a w tej branży nie ma zmiłuj.

Pierwsze miesiące po zwolnieniu pozwoliły mi spokojnie odetchnąć, bo w końcu od blisko 3 lat nie miałem wakacji, także wreszcie mogłem odpocząć i stopniowo poczuć się, jak dawny "ja".

Pojawił się oczywiście żal wobec kierowników i pracodawcy za to jak potraktowali pracownika z dłuższym stażem, jak i żal do samego siebie, że mogłem zrobić coś lepiej, ale zawsze tłumaczyłem sobie, że tak po prostu miało być.

Skoro odpocząłem to w czym widzę problem? 

Problem zaczął się w momencie, gdy miałem już dość leniuchowania na bezrobociu i postanowiłem wrócić do branży contact center, ale w innych firmach.

Trzykrotnie byłem na rozmowach kwalifikacyjnych w 2 różnych firmach, trzykrotnie mi odmówili. 

Każda odmowa była ciosem, który burzył mój mur pewności, a proszę mi wierzyć, że po prostu byłem w szoku za każdym razem, gdy słyszałem "dziękuję" ze strony potencjalnego pracodawcy, może wypalenia zawodowo widać w moich oczach.

Coraz bardziej tkwię w przekonaniu, że po prostu pracy nie znajdę i przyjdzie mi pracować przy składaniu maszynek za głodową pensję (nie ujmując takiej formy pracy, ale jako dotychczasowy pracownik umysłowy nie byłbym przyzwyczajony). 

W głowie czarne myśli dominują nad tymi dobrymi, często jak się nakręcę na dany temat, miewam silne bóle głowy oraz bóle brzucha. Przeczytałem już od groma różnych książek o pozytywnym myśleniu, sile umysłu etc., aby jakoś odepchnąć od siebie te stany, to paskudne czarnowidztwo mojego mózgu, natomiast nie mogę przestać o tym myśleć. 

Nie poruszam tej kwestii w rodzinie, bo każdy ma swoje własne problemy, więc chciałem zapytać Was forumowiczów, jak Wy sobie radzicie, gdy najdą Was te cholerne stany lękowe?

 

 

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dzień dobry

Bengazi, nie wiem co Ci odpowiedzieć. Każdy chyba radzi sobie inaczej, jedni czytają, inni oglądają jakieś filmy, jeszcze inni wychodzą na dwór, ćwiczą itd. Jeszcze inni korzystają z pomocy specjalistów, leków, niektórzy księży. Ile osób tyle metod. Chyba nie ma uniwersalnej metody. Ja ze swoimi lękami i panikami sobie ostatnimi czasy w ogóle nie radzę. Tłumię je tylko ziołowymi lekami, a zastanawiam się nad wizytą u psychiatry, bo czuje, że w końcu się wykończę psychicznie i fizycznie.

Też boje się pracy. Obecnie pracuję bardzo dorywczo, w zasadzie mogę o sobie powiedzieć, że jestem bezrobotna, bo częściej jestem w domu niż pracuję. I też boje się iść do pracy, ale z nieco innych powodów. Mianowicie ja boje się, czy też nie bardzo chcę iść do takiej stałej pracy 8 czy 12 godzin, bo nie będę mieć wtedy czasu dla siebie, swoich zainteresowań... no taki trochę Niebieski Ptak ze mnie. I z jednej strony strasznie bym chciała mieć normalną, stałą pracę, bardziej dokładać się do życia niż te grosze które zarabiam i przynoszę, a z drugiej strony właśnie o... No i dochodzi to, czy sobie poradzę w tej pracy, jest lęk właśnie, że nie dam rady, że się nie nauczę, że nie sprostam wymaganiom. Jestem dokładna, ale dość wolna i boje się, że nie dam rady w żadnej robocie w której wymagana by była szybkość. Pamiętam jak zatrudniłam się w MarcPolu i pracowałam na wędlinach i nabiale i autentycznie nie wyrabiałam, bo trzeba było szybko, a ja jeszcze nie znałam kodów i wolno mi bardzo szło. Wiem, że pewnie byłoby potem lepiej, ale niestety mnie zwolnili jako nową (zamykał się jeden z ich sklepów i przeszli ludzie więc nie byłam potrzebna). Jakiś czas później w ogóle przeczytałam, że firma upadła. Więc np. bardzo boje się pracy np. na kasie w sklepie. Nie dość, że odpowiedzialność finansowa, to jeszcze robota niejako na akord. A prawdę mówiąc nie mam pojęcia czy nadaje się do innej roboty. W swoim wyuczonym zawodzie nigdy nie pracowałam, poza kilkoma zleceniami wykonanymi dla znajomych i po niemal 20 latach, nie mam tak naprawdę czego szukać na rynku w swoim zawodzie. W sumie moim marzeniem byłaby praca w bibliotece, ale do tego potrzeba odpowiedniego wykształcenia, którego nie posiadam.

 

Ja od rana znowu walczę ze swoimi panikami. Dzisiaj rano dopadła mnie myśl taka, że nie będę mogła włożyć mamie do trumny drobiazgów które by pewnie chciała mieć i które ja chciałam jej włożyć, bo mama chce być skremowana. Tak więc kolejny dzień myśli o śmierci mojej rodzicielki, kolejne złe myśli, kolejne schizy, myśli czy to co czuje to tylko nerwica, czy złe przeczucia. Podobno są osoby które przeczuwają śmierć - nawet dzisiaj poczytałam o tym trochę na necie, no i oczywiście się nakręciłam... Cały czas myślę o tym, że zwierzęta wyczuwają śmierć, chorobę, wypadki, a moja psica teraz jest spokojna, śpi koło mnie, a jak mama jest w domu, to jest właśnie taka nieswoja, popiskuje, kręci się. Daje łapę mamie żeby jej dawała smakołyki, ale w sumie u mnie tak nie żebrze. Wiem, że może odczuwać moje uczucia i moje niepokoje, ale lęk jest, że psica też coś wyczuwa i się nakręcam. No i właśnie boli mnie brzuch, mrowieje twarz, kark, chce mi się płakać, nawet te ziołowe leki nie pomagają, jestem cała roztrzęsiona...

Jednocześnie teraz wyszło słońce i te moje lęki wydają mi się takie głupie i nieprawdziwe, ale trzymają się mnie bardzo mocno, wczepiły się we mnie pazurami i wydaje mi się, że jest coraz gorzej...

Pozdrawiam

Edytowane przez Reszka.1978

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witam wszystkich !!!

Nerwicę mam od urodzenia :) Jestem w wieku 26 lat.  Ciężkie dzieciństwo to u mnie mało powiedziane. Umierałem duży razy i dalej żyję.
Psychoterapii odbyłem połowę i zrezygnowałem ponieważ czułem się wykorzystywany finansowo przez moją terapeutkę, nie będę pisał tu historii życia tylko przejdę do sedna .
Moje objawy to głownie serce , pierwsze dokuczliwe objawy poczułem w wieku ok 14 lat były to (przeskoki potknięcia uczucie zatrzymania serce) zwał jak chciał. Były one sporadyczne około raz na miesiąc najczęściej występowały po masturbacji , bardzo zawsze się kryłem z tym żeby mnie nikt nie nakrył i to powodowało stres . Nauczyłem się z tym żyć , ale po 4 latach gdy poznałem moją obecną Żonę uczucie kołatania serca i niebezpieczeństwa wróciły na krótką chwilę , ale wróciły .
Żona zaszła w ciąże a ja wyemigrowałem za pracą na 3 miesiące byłem bardzo szczęśliwy że zostanę Ojcem gdy wróciłem na narodziny mojej córki dopadła mnie lekka depresja , brak szczęścia niewiadomy smutek lekarz przepisał leki , ale ich nie brałem .
Nasz związek zaczął umierać po około roku czasu postanowiliśmy się rozstać , ja wtedy ponownie wyemigrowałem za granicę . bardzo tęskniłem za córką i zacząłem  tam pić codziennie alkohol , upijałem się oraz paliłem trawkę a czasem brałem też kokainę tylko tam potrafiłem sobie radzić z tęsknotą . 
Po pewnym czasie nawiązaliśmy z Żoną ze sobą kontakt postanowiliśmy , abym wrócił do kraju by zamieszkać z powrotem razem byłem przeszczęśliwy , ale moje szczęście nie trwało długo . Pewnego weekendu udałem się do kolegi , aby się z nim pożegnać wiadomo wódka dużo wódki kokaina amfetamina i nie wiadomo co jeszcze , spotkanie trwało 2 dni kiedy złapał mnie już kac myślałem że to koniec umieram itd ale to był tylko wierzchołek góry lodowej . Złapała mnie silna nerwica , serce które wcześniej przestraszyło mnie może 3 razy w życiu straszyło mi 3 razy ale na godzinę myślałem że nie wrócę żywy do kraju , cały czas miałem ogromne wyrzuty sumienia że piłem i brałem narkotyki , bałem się że nie zobaczę już córki .W środku czułem że to nerwica , w przeszłości dużo o niej czytałem , ale nie wiedziałem że może być taka silna .Wróciłem do rodziny i byłem wrakiem wszystkiego się bałem . Zanim trafiłem do terapeuty odwiedziłem chyba 4 kardiologów . Zawsze wyniki były ok.
Dopiero po około roku czasu pierwszy czas poczułem się normalnie raz było lepiej a raz gorzej .NERWICĘ POKONAŁEM W 100 % i WY TEŻ MOŻECIE JĄ POKONAĆ . Co prawda czuję jeszcze czasami kołatania serca , ale bardzo rzadko i już nie robią na mnie takiego wrażenia .Oczywiście podczas nasilenia tej NERWICY (ja jej nie nazywam chorobą bo moim zdaniem to nie jest choroba ) miałem wszystkie objawy opisywane przez innych forumowiczów tj:  DUSZNOŚCI , ZAWROTY GŁOWY , BÓLE SERCA , MIĘŚNI , WIROWANIA itp.
Jedno jest pewne WIARA czyni cuda . Chciałbym komuś chociaż odrobinę pomóc ponieważ wiem co przechodzicie.
 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@kamil3214nerwica tak łatwo nie wypuści Cię ze swoich szponów. Przyjdzie cięższy okres - remisja się skończy. Tak to niestety jest. Oby się nie spełniło to, co napisałam, ale uważaj na siebie. Trzymam za Ciebie kciuki ;) 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Lilith Witam , dlaczego uważasz że łatwo ? Męczyłem się z nią od dzieciństwa a w latach 2014-2017 nie nadawałem się do życia , nie czułem żadnych innych emocji poza strachem , strachem przed wszystkim przed każdym przed samym sobą . Moja terapeutka powtarzła mi cały czas że nerwica to nie choroba natomiast wszyscy inni lekarze uważają inaczej . Mówiła też że nerwica jest nie uleczalna i że będzie wracała w ciężkich chwilach , postanowiłem obalić to stwierdzenie i cały czas wierzyłem w cud w cud , którego zaznałem przyszedł od Boga w którego moja terapeutka też nie wierzyła i przypuszczam że Ty też nie wierzysz . 

Nie będę przedstawiał dowodów na to że to nie chwilowa remisja a uzdrowienie . 

Mój dziadek kiedyś dostał raka lekarze poddali się nie dali mu żadnej szansy . Od tamtej pory minęło 15 lat dziadek jest w znakomitej formie ma 73 lata nie bierze żadnych leków i żyje aktywnie .

Medycyna kłamie z każdej strony jak tylko może , myślę że nie umyślnie ale kłamie ponieważ każdy człowiek jest inny .

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×