Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Green Giel

Prośba o kilka dobrych słów:)

Rekomendowane odpowiedzi

Witam!

 

Zarejestrowałem się na tym forum i piszę ten post z prostej przyczyny - pewnie tak, jak wszyscy użytkownicy tutaj, chciałbym się nieco podzielić swoim problemem i otrzymać nieco słowa wsparcia od osób, które przemogły w sobie wszelkie lęki i obawy.

 

Po kolei więc, moja sytuacja wygląda następująco. W trzeciej klasie liceum, czyli już teraz trzy lata temu, w pewnej chwili, chciałoby się powiedzieć, że z nikąd, dopadł mnie strach. Strach, stres, jakkolwiek to nazwać. Pewnej nocy po prostu nie mogłem zasnąć i doprowadziło mnie to niemalże do granic wytrzymałości (kolejnego dnia miałem od samego rana wyznaczone zajęcia i bałem się, że po nieprzespanej nocy mogę nawalić). I od tego czasu objawy mojego stresu, strachu, zaczęły dopadać mnie hurtowo - bóle i swędzenie głowy, przyspieszone bicie serca, mdłości, zimne kończyny, nadmierne oddawanie moczu. Starałem się to wszystko wyciszyć i przychodziło mi to z niejaką skutecznością, jednak było to tylko powierzchowne radzenie sobie z objawami a nie zaglądaniem wewnątrz problemu.

 

Tak czy inaczej po kilku miesiącach objawy ustały, albo może trafniej... wyciszyły się. Wróciły bowiem, i to ze wzmożoną siłą, w momencie pierwszej sesji zimowej. Tym razem były jednak o wiele, wiele mocniejsze - zawroty głowy po prostu nie dawały mi normalnie funkcjonować. Ze strachem patrzyłem też w przyszłość, chociażby na zbliżającą się sesję i zastanawiałem się, jak z takim samopoczuciem dam sobie radę.

Jednak wtedy, jak mi się wydawało, doszedłem do sedna mojego problemu i przełamując swój strach zacząłem powoli go rozwiązywać. Wydawało mi się bowiem, że problem tkwił w tym, że jestem gejem, wtedy zresztą nieujawnionym. Powoli więc, niewielkimi krokami, zacząłem dążyć do tego, by się otworzyć przed sobą, by powiedzieć sobie w końcu prawdę o sobie i by zacząć żyć tak, jak miałem na to ochotę.

 

Oczywiście, udało mi się to osiągnąć. Nie wgłębiając się w szczegóły, jak do tego doszło, dzisiaj mam już od roku chłopaka, wiedzą o nas wszyscy moi znajomi, a ostatnio dowiedzieli się też rodzice i brat. Miałem nadzieję, że to okaże się końcem moich problemów. Tu się jednak okazało, że wcale tak nie jest. Mój problem musiał, i musi nadal, leżeć zdecydowanie w innej płaszczyźnie, bowiem objawy, które również na chwilę zdawały się ustąpić, w końcu wróciły. I, niestety, w tym momencie jestem w sytuacji, która mi bardzo, ale to bardzo nie pasuje. Strach, który we mnie wciąż drzemał, zaczął paraliżować mnie i blokować w najróżniejszych płaszczyznach życia codziennego, życia z drugą osobą - złe samopoczucie i strach zablokowały mnie w sferze seksualnej, tak, że od bodajże trzech tygodni kochanie się przychodzi mi z przeogromnym trudem, czasem jest wręcz niemożliwe. Ponad to zaczęła atakowac mnie moja inna przypadłość, którą zawsze w sobie widziałem - zacząłem przejmować się głupotami, i to tak wielkimi, że można je aż nazwać bzdurami. Już tłumaczę, na czym to polega. Zawsze miałem tendencję do wmawiania sobie pewnych rzeczy, niestety rzeczy, które męczyły mnie i sprawiały mi ogromną przykrość, ogromny strach. Dla przykładu, potrafiłem sobie wmawiać chorobę, której w ogóle nie miałem - przez bardzo długi czas dopatrywałem się w samym sobie raka;) Dzisiaj natomiast przerodziło się to we wmawianie sobie rzeczy, które są destrukcyjne dla mnie, jak i dla mojego związku. Jedną z nich jest myśl, że tak naprawdę nie kocham swojego chłopaka i nigdy go nie kochałem, a związek z nim jest tylko dla mnie wygodna przystanią, która dawała mi bezpieczeństwo. I najgorsze jest to, że wiem... iż absolutnie nie jest to prawdą! Doskonale wiem, że kocham mojego chłopaka, wiem, ile byłbym w stanie dla niego zrobić i co dla niego poświęcić. Pamiętam, co czułem do niego w momencie, gdy moje objawy wydawały się ustąpic, pamiętam to czyste i dające szczęście uczucie, jakie wtedy czułem i wiem, że jeśli teraz nie mogę w pełni go doświadczyć jest to spowodowane objawami, a nie na odwrót. A mimo to jest to myśl, której nie mogę przegnać ze swojej głowy i która sprawia, że w towarzystwie mojego chłopaka czuję lęk i jestem spięty, napadają mnie lekkie mdłości... To wszystko nie jest na tyle silne, by obezwłasnowolniało moje działanie i funkcjonowanie w świecie, jednak jest dla mnie męczące. Tym bardziej, że zdaję sobie sprawę, że w momencie, gdy przetłumaczę sobie tą kwestię, od razu pojawi się kolejna, którą zacznę się przejmować...

 

Jednak, co myślę, że muszę w tym poście zaznaczyć, uważam, że wszystko to nie jest powodem, by siedzieć bezczynnie i czekać na cud. Wiem, że tylko działaniem i konkretna pracą nad samym sobą można przezwyciężyć swoje lęki i obawy. Dlatego też od dwóch, trzech tygodni staram się ścisnąć mój strach za jaja, mówiąc, przepraszam, kolokwialnie, i zrobić wszystko, by w końcu go pokonać. Prowadzę więc swoje własne zapiski, coś na zasadzie dzienniczka czy może pamiętnika, gdzie zapisuję swoje zachowania, myśli i emocje, analizuję je i staram się znaleźć ich przyczynę (i powiem z dumą, że udało mi się już odkryć w sobie sporo rzeczy, które blokują mnie w różnych kwestiach i które należy zmienić), zacząłem chodzić do psychologa (teraz jeszcze odbywam ciąg spotkań konsultacyjnych z psychologiem, natomiast od czerwca wezmę udział w terapii grupowej) oraz ogółem staram się uporządkować swoje życie i moje otoczenie. Na zasadzie "kto ma porządek wokół siebie, tan ma porządek w głowie" staram się zarówno zorganizować przestrzeń wokół mnie, jak też każdego dnia wyznaczać sobie pewne cele do zrealizowania, pewne zadania, które odkładane zbyt długo w końcu poszłyby w zapomnienie.

 

Jednak (i tu jest bolączka, która niestety sprawia mi niemały problem i która jest przyczyną moich upadków i zboczeń z wyznaczonej sobie drogi) moje objawy wciąż próbują mnie dopaść. Są co prawda chwile, gdy mam nad nimi kontrolę, jednak zdarzają się też momenty, kiedy dopada mnie strach i lęk, co samego mnie doprowadza do bardzo złego samopoczucia. Poza tym wiem, że chcę być z moim chłopakiem i związek z nim jest dla mnie niesamowicie ważny, a moje przypadłości, niestety, są wielką przeszkodą w tworzeniu silnej i stabilnej więzi.

 

Dlatego też prosiłbym o słowo wsparcia od osób, którym udało się pokonać własne zahamowania. Powiedzcie mi, czy cała droga pracy nad sobą jest do pokonania i do przejścia i czy osiągnięty poprzez nią spokój przynosi naprawdę potrzebną człowiekowi do szczęścia ulgę?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wtaj Green Giel, kiedy dorastamy i nasza tożsamość staje się powoli w pełni ukształtowana ( np. Twoja orientacja seksualna) przed nami własnie wtedy rozpoczyna sie droga naznaczona walką z własnymi słabosciami i zahamowaniami. Mamy swiadomosc co jest dobre, a co mniej:) i wybieramy. Czasem przychodzi nam to z trudem, mamy problemy, trudności, ale też mamy świadomość, że mozemy z nimi walczyć. Wydaje mi się, że jeśli będziesz systematycznie i w sposób ciągły uczestniczył w terapii, to odniesiesz sukces, a Twoje przypadłości ( chyba są objawem nerwicy natręctw- myśli natrętne?) z czasem osłabną i nie będą zakłócały stworzenia więzi interpersonalnych. Bądź cierpliwy, życzę Ci powodzenia.

 

[Dodane po edycji:]

 

Wtaj Green Giel, kiedy dorastamy i nasza tożsamość staje się powoli w pełni ukształtowana ( np. Twoja orientacja seksualna) przed nami własnie wtedy rozpoczyna sie droga naznaczona walką z własnymi słabosciami i zahamowaniami. Mamy swiadomosc co jest dobre, a co mniej:) i wybieramy. Czasem przychodzi nam to z trudem, mamy problemy, trudności, ale też mamy świadomość, że mozemy z nimi walczyć. Wydaje mi się, że jeśli będziesz systematycznie i w sposób ciągły uczestniczył w terapii, to odniesiesz sukces, a Twoje przypadłości ( chyba są objawem nerwicy natręctw- myśli natrętne?) z czasem osłabną i nie będą zakłócały stworzenia więzi interpersonalnych. Bądź cierpliwy, życzę Ci powodzenia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dzięki bardzo za odpowiedź:) Ja również wierzę, że mój stan się ustabilizuje, że nie będę zmuszony do ciągłej walki z sobą i ciągłego usilnego utrzymywania spokoju. Jednak mimo to... Co mam lub co powinienem zrobić właśnie w momencie, gdy jestem w związku z druga osobą? Jak dać jej poczucie bezpieczeństwa, jeśli sam nie jestem jeszcze sobie w stanie tego całkowicie zapewnić? Powiem szczerze, że jest to dla mnie kwestia ogromnej wagi - po prostu nie chcę, by moje stany zepsuły mój związek. A, niestety, tak się stać może. Z jednej strony mam wrażenie, że sytuacja, w której się znalazłem zbliża nas, pozwala się lepiej poznać, natomiast gdy przychodzi nasilenie... cóż, czasem nie jest za dobrze. Mój chłopak ma niesamowicie dobre serce i wiem, że uchyli mi nieba, ale... cóż, sam jest tylko człowiekiem. Nie mogę go winić, że i jemu jest ciężko w tej sytuacji, a doskonale wiem, że jedyne, o czym marzy to spokój i stabilność. Co według Was powinienem zrobić w takiej sytuacji? Co powinienem zrobić, by móc dać mu spokój, na którym tak bardzo mu zależy. Oczywiście... porozmawiam o tym z psychologiem, jednak uważam, że zdanie innych ludzi, patrzących się na problem z boku, jest również bardzo cenne:)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×