Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Rekomendowane odpowiedzi

Moje problemy z nerwicą pojawiły się kilka lat temu i nałożyło się na to kilka spraw, m.in. rozstanie z dziewczyną, która była dla mnie jak ta idealna kobieta Adasia Miauczyńskiego w filmie "Dzień Świra"...

 

Był okres kiedy wyleczyłem się z nerwicy niemalże całkowicie, zmieniłem tryb życia i ... przeszło ... po roku wróciło ...

 

Od tej pory nie próbowałem nawet zagadywać dziewczyn a nawet szukać swojej drugiej połówki bo szkoda mi jest psuć życie jakiejkolwiek kobiecie... Największy problem mam z podróżami, wystarczy nawet 20-30 km oraz nadmiernymi emocjami, które u mnie w niektóre dni kończą się arytmią (na szczęście niegroźną, jak się okazało 3 miesiące temu). Co to za życie? Przecież nie wyjadę z kobietą na wakacje, nie skoczę na bungee, nie zrobię niczego szalonego! Zamknę się z nią w domu i bęcie cierpiała tak jak ja... a ja tego nie chcę...

 

Marzę... marzę o kobiecie, rodzinie, o własnym mieszkaniu, dzieciach, wspólnych wyjazdach na wakacje... ale ... czarno to widzę. Ostatnio poznałem w internecie dziewczynę i oczywiście zdając sobie sprawę z tego, że NIC nie zastąpi spokania na żywo (już przerabiałem chyba wszystkie możliwe sytuacje) zacząłem się zastanawiać właśnie nad tą przyszłością, która rysuje się w szarch barwach... Zaprosiła mnie do swojego miasta oddalonego od Wrocławia o prawie 300km ale od razu powiedziałem z czym mam problemy bo nie chcę kogoś oszukiwać że jest wszystko dobrze. Powiedziała że nie ma problemu - przyjedzie do mnie i jeśli spotkanie będzie udane to zajmiemy się moimi problemami...

 

ALE... pewnie wielu z was jest / było w związku, jakie macie doświadczenia? Czy druga połowa faktycznie jest w stanie zrozumieć te problemy?

 

U mnie w rodzinie tylko ojciec i siostra mnie rozumieją bo ojciec przez to kiedyś przechodził kiedy był poważnie chory a siostra też nie jest oazą spokoju i dopadają ją lęki ale w zupełnie innych sytuacjach niż mnie. Matka krzyczy tylko, że ja to sobie ubzdurałem i wystarczy... nie myśleć! (o jaka cudowna recepta) No ale... jak to jest być z osobą która nie ma problemów z nerwicą?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

ad2008, nie można podejmować za nikogo decyzji to raz a drugie to fakt, że ta bliska osoba może pomóc Ci w walce z chorobą i tutaj znowu raz - to jej decyzja, która nie będzie miała nic wspólnego z litością - to miłość.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie można ale z drugiej strony wydaje mi sie że miość(w związku) powinna się opierać na zasadach partnerskich, obustronnej pomocy, zrozumieniu, wspólnym rozwiązywaniu kłopotów. Dziwi mnie postawa tych , którzy uważają się za kompletnych nieudaczników i licza na prawdziwą miłość drugiego człowieka, tym bardziej nie opierającą się nalitości. Przecież to czysty absurd. Jak normalny, zdrowy, pogodny i w miarę atrakcyjny człowiek może pokochać kogoś z depresją i ten ktoś pokazuje wszem i wobec że jest chory i niedowartościowany? Niedorzeczne.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
ad2008, nie można podejmować za nikogo decyzji to raz a drugie to fakt, że ta bliska osoba może pomóc Ci w walce z chorobą i tutaj znowu raz - to jej decyzja, która nie będzie miała nic wspólnego z litością - to miłość.

 

Trzeba zatem będzie próbować... Czytałem, że szansę na wyjście z tego "bagna" może dać zmiana życia, znalezienie "drugiej połówki", która również daje motywację to tego, żeby walczyć z tą nerwicą... Takie problemy mają wśród wielu wad jedną zaletę - pozwalają inaczej spojrzeć na świat i cieszyć się drobnymi rzeczami. Pozostaje mieć tylko nadzieję na to, że znajdzie się taka kobieca dusza, która przygarnie mnie wraz z moimi problemami :)

 

Pozdrawiam i dziękuję za odpowiedzi w tym temacie, podejrzewałem właśnie, że takie problemy można wspólnie rozwiązywać i nie koniecznie traktować to jako obciążanie balastem drugiej osoby...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Matka krzyczy tylko, że ja to sobie ubzdurałem i wystarczy... nie myśleć!

 

 

Moja mama ma tak samo:(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Ano pewnie, że by chciała - za przeproszeniem człowiek nerwica ale dla niej tak jest wygodniej... a Ty moje Słońce już naprawdę nie masz gdzie szukać autorytetów ;) To Ty powinieneś być wzorem dla matki...

 

wydaje mi sie że miość(w związku) powinna się opierać na zasadach partnerskich, obustronnej pomocy, zrozumieniu, wspólnym rozwiązywaniu kłopotów. Dziwi mnie postawa tych , którzy uważają się za kompletnych nieudaczników i licza na prawdziwą miłość drugiego człowieka, tym bardziej nie opierającą się nalitości. Przecież to czysty absurd. Jak normalny, zdrowy, pogodny i w miarę atrakcyjny człowiek może pokochać kogoś z depresją i ten ktoś pokazuje wszem i wobec że jest chory i niedowartościowany? Niedorzeczne.

 

Nom to jest niedorzeczne - ludzie są tego nieświadomi ale świadczy to o ich niedojrzałości [niestety niektórym to 'nie grozi' w ogóle]. To o czym piszesz to egoizm i niewiele ma wspólnego z miłością. Miłość daje skrzydeł nawet Nerwuskom - i tutaj tkwi problem - jeśli poprawa naszego stanu jest naszym priorytetem dla tej drugiej połowy to efekty nie będą za dobre - ukochany/a owszem motywują, ale tak naprawdę dopóki nie zaczniemy leczyć się dla Nas samych to nie ma za bardzo sensu i leczenie i związek... leczenie nawet dla kogoś, ale bez 'własnej woli i chęci' nie ma sensu - w końcu wszyscy mamy niską samoocenę a od tego zależy zmiana naszego nastawienia do wielu kwestii... to prowadzi z czasem do niepowodzeń jednego po drugim, zaczynają się jazdy: nie zasługuję na partnera [odrzucanie] lub bez niego nie da rady [szantaż] itp zależności... takie związki raczej nie przetrwają...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja mam niską samoocenę, ale w związku czuję się szczęśliwa, mój chłopak chyba też. Czasami jest mu przykro, kiedy widzi, że myślę o czymś przykrym (zawsze to poznaje, chociaż nie wiem jak, wydawało mi się że umiem to urkywać) i prosi o szczerą rozmowę. Denerwuje go, kiedy uciekam od tematu, mam parę takich zachowań np. jestem smutna lub zdenerwowana a za chwilę, gdy to staje się zbyt mocne mówię, że idę do kuchni gotować, albo zmywać naczynia, albo posprzątać, cokolwiek... Wtedy chyba się na mnie złości, a nie o moje napady lęków. Teraz jest nam trudno, mamy problemy z moją rodziną, ale mam nadzieję, że kiedy się to uspokoi będzie lepiej. Z takich gorszych stanów, które mogą go jeszcze przerażać to to, że dysocjuję. Kiedy tracę kontakt z rzeczywistością on nie wie co robić, ostatnio staram się zmienić nastawienie do tych stanów, bo wstyd się przyznać, ale ja na nie czekałam, w sumie od 16 roku życia, kiedy czułam się psychicznie źle broniłam się wpadając w dysocjację. Jak nie mogłam w nią wpaść to czekałam na ten stan z niecierpliwością.

Wydaje mi się, że nerwicowcy mają takie samo prawo do szczęścia jak osoby zdrowe. Warunkiem jednak jest to, żeby nad sobą pracować, rozumieć też partnera, nie zapatrywać się tylko na swoje emocje. Mój chłopak cały czas doczytuje o nerwicy, dysocjacji, stara się wiedzieć jak najwięcej - to daje efekt, wytrąca mnie z tych stanów i jest w miarę normalnie. Potrzebne jest zaangażowanie obu stron.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

nie bardzo rozumiem , na czym polega u Ciebie ta dysocjacja i dlaczego chciałaś w nią ponownie wpaść ? To raczej nic miłego ...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja się po prostu zawieszam... Nie za bardzo kontaktuję kiedy jestem w silnym stresie.

Wiem że to złe, ale ja kiedyś wolałam nic nie czuć...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Troche mnie przeraziło to co tu wypisujecie ... przecież nerwica nie jest naszą jedyną "cechą" ... mamy masę innych pozytywnych cech, wartości, umiejętności ...

... jakby nie było mamy siłę i nietypowe doświadczenia .... i to być może MY powinniśmy pomagać innym :!: .... a nie inni nam ;) ...

Mamy dużo do zaoferowania swojemu partnerowi/partnerce ... a to, że nie mamy szczęscia w miłości może wynikać zupełnie z czegos innego .... byc może z naszego innego, bardziej krytycznego spojżenia na świat

... np.: ja mam po prostu za duże wymagania ... bo chce żeby było idealnie ... wiem, że brzmi dziwnie ... ale ja tak mam ... i nie umiem tego przezwyciężyć ... nigdy nie myślę o sobie jako o ofierze losu ... tylko raczej jak o człowieku bardziej doświadczonym od innych ...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Bee84, chyba właśnie w tym tkwi problem, że może uważasz się za kogoś kim nie jesteś?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

... w jakim sensie uważam się za kogoś kim nie jestem??? ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ja jestem w zwiazku od 4 lat. od poczatku wiedzialco sie ze mna dzieje... bardzo mi pomagal, wyciagal z domu, motywowal, tlumaczyl, krzyczal (wbrew pozorom to tez jest pomocne i wcale nie takie zle). chcialam byc zdrowa dla niego, ale nie tylko, glownie dla siebie aby moc przezyc to wszystko o czym marze... wiele razy rozmawialismy, wiem, ze gdzies wewnetrznie on sie boi tego co bylo kiedys... wiem, ze dla niego to tez bylo ciezkie, bo wtedy myslalam tylko o sobie i moj jedyny temat to bylo jak sie czuje...

mimo tego, co ze mna przezyl, chce byc ze mna i chce mnie nadal wspierac... a ja jego

tez mam niska samoocene, ciagle czuje sie brzydrza i gorsza od innych... tez myslalam, ze nikogo nie spotkam, on jest moim pierwszym chlopakiem tak na prawde (nie lo\iczac jakis krotkich znajomosci bez przyszlosci) i znalazlam go wtedy kiedy najmniej sie tego spoedziewalam :smile:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Inez, mamy bardzo podobnie. Ja jeszcze czasami jestem w takim stanie, że mam wrażenie że wszystko się burzy. Momentami jest naprawdę źle, czasami jak patrzę, że zadaję cierpienie mam ochotę nieistnieć. Czuję się jakbym była toxyczna, że myślę tylko o sobie. W ataku drętwieje mi całe ciało, nie mogę się ruszyć, a mam ochotę coś mówić, pocieszyć go.

Przedwczoraj miałam taki atak. W niedzielę poszłam do szkoły i cały czas miałam obrazy w głowie, wyrzuty sumienia po sobocie. Dzwoniłam do mojego chłopaka, bo wydawało mi się, że zaraz stanie się coś złego.

Od kiedy nasza rodzina nas się czepiła, nie jest tak jak dawniej. Mniej się śmiejemy, mniej chyba rozmawiamy, albo ja mam tylko takie wrażenie. Częściej jest nerwowo i smutno. Czasami nie wiem jak to zmienić, co zrobić, wydaje mi się że to sytuacja bez wyjścia. Ale skoro się kochamy i chcemy być ze sobą, znaczy to że wytrwamy. Tak mi się wydaje.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×