Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
LittleDiana

Moje opowiadanie - "Laura w Krainie Rzeczywistości"

Rekomendowane odpowiedzi

Oto moje opowiadanie, jest pisane w formie pamiętnika, aczkolwiek fabuła to fikcja. Na razie są trzy rozdziały, potem będę dodawała na bieżąco :)
***
Rozdział pierwszy: "To Skomplikowane"

Chyba najtrudniej zacząć spisywać własne myśli, a szczególnie trudno gdy jest po Świętach w twoim pokoju stoi choinka a ty jesteś zagrypiona z katarem i to jedyna sposobność by nazwać samą siebie pociągającą bez kłamania.
Powinnam chyba się przedstawić.

Jestem Laura, mam jeszcze dwadzieścia pięć lat i mieszkam w małej aczkolwiek nie opustoszałej wsi na wschodzie naszego pięknego kraju, chociaż czuję się bardziej jakbym mieszkała na Ukrainie, ale no cóż do granicy mam tylko dwadzieścia kilometrów, więc klimat się miesza. Co robię w życiu? Mam rentę. Zapytacie pewnie czemu taka młoda dziewczyna ma rentę? Ano chętnie odpowiem. Za bardzo mi się śpieszyło na świat i przy tym przedwczesnym maratonie ku światu doszło do niedotlenienia mózgu przy którym gibnął mój układ nerwowy, dzięki rehabilitacji głównie na turnusach rehabilitacyjnych, w sumie to które wolę nazywać je obozami, bo turnusy kojarzą się ludziom z takimi nad morzem gdzie wylegają się staruszki, a te moje są na drugim końcu kraju, żadnych mórz czy tam plaż tam nie ma, jest za to ciężka robota tzn ćwiczenia od rana do późnego popołudnia, to tam mnie nauczyli chodzić przy kulach a raczej nauczył mnie Paweł który też jest moim dobrym kumplem rehabilitantem jest tak samo introwertykiem, pasjonatem Japonii i nie gani mnie za moje samotnictwo, bo i sam taki jest, czuję się pewnie jego towarzystwie tak samo jak czuję się pewnie w towarzystwie jego dziewczyny – Ady. Robiliśmy dużo fajnych rzeczy, spędziłam u nich nie jeden wieczór na gadaniu i oglądaniu głupich japońskich filmików, na ostatnim grudniowym turnusie nawet pomagałam ubierać ich malutką choinkę, szkoda tylko że w grudniu nie mogłam spędzić z nimi więcej czasu, ale jak na grudzień i warunki pandemiczne to było strasznie dużo osób było i wolnego nie mieli a po zajęciach mieli też swoje obowiązki zawodowe, więc czułam się samotna chociaż wiedziałam, że na logikę nie powinnam się tak czuć, bo nie olali mnie ale po prostu nie mieli czasu, muszę czasami po prostu powstrzymać czasami moją własną nadwrażliwość.

Byłam też po raz pierwszy z opiekunką zamiast mojej mamy i to było straszne, ale na to poświecę oddzielny post. Bardzo tęsknię za Pawłem i Adą, ale niedługo ich znowu zobaczę tzn pod koniec lutego, w sumie to mogłabym i pod koniec stycznia bo fundusze są, ale kierowcy brak, bo młodszy brat będzie dopiero mógł prowadzić w lutym a starszego nie chce narażać bo i on ma ostatnio swoje problemy zdrowotne i nie mogę się już w sumie doczekać lutego gdy znowu poćwiczę i w końcu pojadę z moją mamą a nie z tą babą, nazwijmy ją Nastia z jednej strony mnie strasznie była nadopiekuńcza bo nawet nie mogłam wyjść do Pawła i Ady i jedynie byłam na tych ich ubieraniu choinki i to było to poprzedzone awanturą i telefonem do mamy, po zajęciach mogłam w pokoju tylko leżeć a o godzinie 19:00 to miałam już być w piżamie, paznokci nie mi nie skracała przez całe dwa tygodnie, nie pozwalała jeść mi słodyczy które dostałam i od mamy i od Ady i Pawła, chciała mi dawać parę dni z rzędu te same ubranie czy bieliznę i być może przez właśnie te jej zachowanie moi przyjaciele też nie chcieli mnie zapraszać by nie robić mi zbytnich problemów. Co do mojej rehabilitacji to oprócz tej turnusowej to mam jeszcze u mnie na tej prawie Ukrainie na miejscu.

Od pewnego czasu mam rehabilitację domową na NFZ i to jest porażka. Ćwiczenia jakie daje mi Sławek są to ćwiczenia typowe dla ludzi zdrowych czyli mi po prostu mogą mi zaszkodzić, próbowałam z owym Sławkiem rozmawiać, ale zdania nie zmienił, robi po swojemu, a gdy mówię, że mam za mały zakres ruchu by to zrobić to tłumaczy się tekstem że „oj tam próbuj dalej” tak samo daje mi ćwiczenia na mięśnie np. pięty gdy dobrze wie, że sama nie jestem w stanie ruszyć piętą niezależnie od reszty nogi, normalny rehabilitant widząc że dane ćwiczenie nie działa totalnie ( bo co innego gdy nie działa, a co innego gdy wychodzi z trudnością) powinien je zmienić albo dostosować do możliwości pacjenta. W sumie to całkiem możliwe, że od nowego roku z tej przychodni będą do mnie wysyłać kogoś innego, tak przynajmniej mu sugeruje jego kierownictwo, w sumie na tą rehabilitację z NFZ zdecydowałam się dlatego, że moja dobra internetowa przyjaciółka Natalia taką ma i sobie chwali. Ta jej rehabilitantka z opisów widać że zna się na rzeczy, no może nie jest to level Pawła, ale dziewczyna jest dopiero w moim wieku, więc się uczy. Co do Natalii to jest ona moją jedyną oprócz Pawła i Ady znajomą. Natalia ma to samo schorzenie co ja tyle, że jeździ na wózku, ale ostatnio wzięła się za ćwiczenia z czego jestem ogromnie zadowolona bo widzę w niej potencjał, może akurat z Natalią nie mam tych samych zainteresowań, ale prowadzimy, szczególnie ostatnio podobny styl życia. Nigdy nie widziałyśmy się na żywo, poznałyśmy się na czacie internetowym ( tak , do dzisiaj z czegoś takiego korzystam ) Ona jest z Opola a ja z tej mojej prawie Ukrainy, więc przy tym że nie jesteśmy obie mobilne to szanse na spotkanie są małe, ale w przeciwieństwie do Ady i Pawła z nią mogę mieć kontakt na co dzień co też jest bardzo miłe, czuję się wtedy mniej samotna, chociaż te uczucie samotności się we mnie jednak tli, co dziwne takiego odczucia nie miałam gdy znajomych nie miałam prawie wcale albo gdy szybko mi się ci ludzie nudzili, no ale cóż sama nie odkryłam do końca mojej psychiki i zwracać uwagę na swoje życie zaczęłam zwracać uwagę gdy po poznaniu Pawła zaczęłam chodzić przy kulach i wkręciłam się w cały proces rehabilitacji, był okres gdy tylko Pawła uznawałam, a moją miejscową rehabilitantkę Tośkę miałam za najgorszą, no ale gdy poznałam Sławka to jednak pogląd mi się zmienił bo Tośka przynajmniej zabierała mnie w różne miejsca pobliskiego miasteczka w w teren typu park, deptak czy kawiarnia, miała swoje wizje terapeutyczne, lepsze gorsze, ale się starała. Teraz jest na macierzyńskim, a zajęcia ze mną ma jej mniej doświadczona rok starsza ode mnie współpracownica – Elka. Co prawda mniej doświadczona niż chociażby Tośka ( o Pawle już nie mówiąc) ale nadal jest o niebo lepsza niż Sławek, być może jeśli szczęście mi dopisze to już go nie zobaczę, bo pisałam już o tym że wraz z jego awansem najprawdopodobniej zmienią mu rejon albo zostawią go na przychodni, odmówiłam też wszystkie wizyty do nowego roku bo jestem zagrypiona co zresztą już widział przy ostatniej wizycie przed świętami, więc może da się uniknąć jego nachalnych pytań typu „Czego nic nie mówisz?” i żartów typu że pewnie mam jakiś kał w kawie i dlatego taka nieprzyjemna jestem. Mama co prawda zastanawia się czemu ja do tego chłopaka mam tyle zastrzeżenia w końcu to NFZ, no ale Natalia też ma na NFZ i tam takich zachowań nie ma, więc jeśli nadal będę miała z nim zajęcia to chętnie zgłoszę to do tej przychodni, w sensie chciałabym, ale pewnie moja życiowa bierność i brak pewności siebie da za wygraną, dlatego marzę o tym by Sławek samoistnie usunął się w cień, wtedy nie będę musiała narażać się na przekraczanie mentalnych granic, czego nie lubię i robię tylko wtedy gdy muszę. Dobrze, że we Wtorki i w Czwartki mam chociaż tą Elkę

Co do Świąt to nie były one wyjątkowe, ale opiszę je razem w poście z Sylwestrem, opiszę wtedy też najprawdopodobniej mój wygląd jeśli by was to interesowało, a może nie interesuje? Anyway, na dzisiaj już tyle wystarczy, idę wkleję to na bloga czy też inne miejsca i zobaczymy co się stanie, trudno też mi było pewnie pisać przez grypę, ale chciałam to zacząć bo brakowało mi pisania bardzo.
Trzymajcie się

Rozdział Drugi - "Wsi Spokojna,Wsi Wesoła"

Hej
Mamy już nowy rok, 2021,Wszyscy mają nadzieję, że koronawirus pójdzie sobie w las, w sensie ja też mam taką wielką nadzieję, ale nie jestem na tyle naiwna by wierzyć, że w lutym będzie wszystko okej, nie, niestety nie. Poczekamy sobie na normalność jeszcze długo.

Zaplanowałam sobie, że będę pisać dzisiaj przy niezwykle romantycznej aurze padającego śniegu, jednak los znowu poleciał sobie ze mną w kulki bo śniegu jest tyle co kot napłakał, jakieś małe kupki białego puchu walają się na naszej słabo utwardzonej wiejskiej drodze, nie przypomina to ataku zimy w innych częściach kraju, a przecież u nas na wschodzie powinno być go najwięcej, w końcu do Ukrainy mamy rzut beretem.

Co do mojej grypy to już jest lepiej w pewnym momencie było tak źle, że myślałam, że już mi po prostu nigdy mi nie przejdzie, ale antybiotyk przepisany zdalnie przez lekarkę z ośrodka zdrowia z sąsiedniej wsi i inhalację od bratowej pomogły, chociaż boję się, że niedługo mogę mieć nawrót bo delikatny kaszel znów zagościł w moim gardle, ale piję dużo mleka z miodem, biorę okazjonalnie aspirynę oraz chyba po prostu będę brała antybiotyk do końca i jakoś to po prostu przejdzie, a przynajmniej mam taką głęboką nadzieję.
No i mam stres bo boję się, że tak jak kiedyś napiszę wam tylko pół strony tekstu w LibreOffice, bardzo się cieszę, że są takie darmowe programy do pisania bo za mojego dzieciństwa na Windowsie XP to miałam do dyspozycji tylko notatnik i jakiś inny program którego nazwy nie pamiętam, ale wiem że nie poprawiał błędów, a już wtedy miałam zadatki na to by pisać.

W tym roku skończę dwadzieścia sześć lat, co prawda dopiero pod koniec sierpnia,ale pewnie szybko zleci, dwa trzy turnusy i ciach urodzinki! Trochę się źle z tym czuję bo do trzydziestki coraz bliżej niż dalej, a ja nadal mam mentalność oraz emocjonalność nastolatki, jednak i nawet we mnie kiełkuje myśl by robić w życiu by robić coś innego niż rehabilitacja, oczywiście najlepszy byłby scenariusz gdyby to co będę robiła nie kłóciło się z turnusami i rehabilitacją miejscową, ale w sumie nawet nie jestem pewna co bym chciała robić, to się zobaczy.

Dobra, teraz poopowiadam wam o mojej wsi, moim domu i mojej rodzinie.
No tak czyli jak już wiecie mieszkam na wsi dwadzieścia kilometrów od granicy z Ukrainą, czuć tu bardzo wschodni klimat, do czasu pandemii można było w tej zaludnionej części wsi usłyszeć na przemian ludzi rozmawiających po ukraińsku, rosyjsku no i oczywiście po polsku, wszystkie tabliczki czy reklamy są dwujęzyczne, ba nawet w sklepie w którym pracuje moja mama nazwy produktów są co prawda po polsku, ale w razie czego każda sprzedawczyni zna podstawy albo rosyjskiego albo ukraińskiego, oczywiście od marca tamtego roku ta umiejętność przydaje się coraz mniej, ale przed pandemią warto było owe podstawy znać, szczególnie że miejscowi rodacy wolą raczej albo kupować w „Stokrotce” która znajduje się w sąsiedniej, większej wsi, ewentualnie szturmują różne markety i supermarkety w pobliskim miasteczku. W tej zaludnionej części wsi znajduje się wyżej wspominany sklep spożywczy, mały drewniany kościółek oraz pusty budynek po mojej dawnej wiejskiej podstawówce, szkołę zamknęli dobre parę lat temu, bo była nieopłacalna. W całej szkole było może z trzydziestu uczniów, nawet nie znałam zbytnio mojej klasy bo miałam lekcje indywidualne na terenie szkoły, w praktyce oznaczało to że siedziałam w miniaturowej świetlicy i miałam lekcje tylko z danym nauczycielem, nie wspominam tego okresu jednak jednoznacznie źle. Do gimnazjum i liceum chodziłam już do pobliskiego miasteczka, w gimnazjum byłam w klasie integracyjnej, a dzięki upartości mojej mamy i innych rodziców niepełnosprawnych z mojej klasy i w liceum otworzyli dla nas taki oddział, efektem było że wzięto mnie na profil matematyczno-logistyczny tylko dlatego że robili tam klasę integracyjną z nauczycielem wspomagającym który i tak zmieniał się co roku, a ja nie uczyłam się tam zbyt dobrze, bo trudno uznać za matematycznego geniusza kogoś kto oblał maturę z tego przedmiotu trzy razy z rzędu, przy tym to, że chodziłam do klasy z trzema osobami z mojej klasy z gimnazjum to był pikuś, oczywiście oprócz nas było tam trochę nowych, zdrowych uczniów, była też dziewczyna z mojej klasy z podstawówki, parę razy była u mnie na przysłowiowej kawie, ale pomimo obietnicy utrzymania kontaktu nie odzywa się do teraz, no ale o przyjaźniach będzie w następnej notce. Teraz wracam do tematu mojej wsi.

Mieszkam w tej mniej zaludnionej części wsi . Po środku ziemi wylana jest utwardzona droga, do autostrady temu daleko, albo nawet do dobrze utwardzonej drogi, nie zliczę ile razy trzeba było naprawiać przez to auta czy to mamy czy to starszego brata. Wracając jednak do krajobrazu, po prawej stronie można zauważyć pola, w sumie to latem rosną tam zboża a trochę dalej kukurydza, koniec końców nie wiem do kogo należą te ziemie, na pewno nie do mnie ani do moich nielicznych, najbliższych sąsiadów. Co do sąsiadów to po lewej stronie utwardzonej drogi możecie zauważyć trzy identyczne,parterowe szare bryły gotowe do zamieszkania, tak to są domy. Ten środkowy to jest nasz, po lewej należy do typowej rodzinki pięćset plus czyli Seba Karyna i ich liczne potomstwo, na szczęście większej patologii tam nie ma. Po prawej żyje starsza schorowana, ale dość nieprzyjemna pani, obecnie jej nie ma, bo każdej zimy jej syn bierze ją do siebie, ale na wiosnę staruszka zapewne wróci. Każdy dom ma swoje podwórko odrodzone przeróżnymi płotami i siatkami od posesji sąsiedzkich, nasza siatka jest zielona, chociaż nie wiem kogo tak naprawdę to interesuje.

Domki są tak zbudowane by żyły w nich po dwie rodziny, jednak jedynie nasz dom pełni tą funkcję. Gdybyście otworzyli drzwi wejściowe do naszego domu to byście zauważyli krótki korytarz z drewnianą podłogą oraz boazerią pokrywającą ściany, wszystko to oczywiście w dwóch odcieniach brązu. Zarówno po lewej i po prawej stronie znajdują się pojedyncze drzwi. Po lewej stronie stronie znajdują się drzwi do mieszkania w którym mieszkam ja z moją mamą i młodszym bratem, a te drzwi po prawej prowadzą do mieszkania mojego starszego brata i jego rodziny.

Tak jak mówiłam, mieszkam z mamą która jak już wspominałam jest sprzedawczynią w sklepie spożywczym, Moje relacje z nią nie są ani skrajnie pozytywne ani skrajnie negatywne, jest nadopiekuńcza i mało o mnie wie, no i często jest ze mnie niezadowolona z powodu tego, że nie chodzę tak dobrze jak ona by chciała, nie jestem tak społeczna jak ona by chciała, ale jak ma dobry humor to się z nią dobrze żyje. Mój młodszy brat, Norbert jest młodszy ode mnie o siedem lat i jest uczniem technikum mechanicznego. Nasze relacje też nie są z gruntu złe czy dobre , czasami jest spoko, żartujemy, kupi mi kebsa czy inne żarcie sam z siebie a innego dnia mówi jaki to ja mam okropny charakter i jak ma mnie dosyć, wiem też że z naszym starszym bratem, Ignacym gada o mnie i narzekają na to jaka jestem zła, że pewnie moja małomówność wynika z tego jaka to jestem wredna, że powinnam być wdzięczna za pomoc, że tylko męczę mamę, że gdybym się starała to już pewnie dawno bym sama chodziła, a jak nie to powinnam jeździć na wózku, że oni to się nie będą mną zajmować, że już powinnam mieć męża i dziecko. Bracia są ze sobą strasznie blisko pomimo tej dużej różnicy wieku.

Co do Ignacego to jest on ode mnie starszy o osiem lat ( jest w tym samym wieku co Paweł) nie odzywa się do mnie zbytnio bo nie lubi mnie z wyżej wymienionych powodów, raz dziesięć lat temu gdy zrobił mi pogadankę o tym, że prawie nie ćwiczę ( bo faktycznie wtedy to jeszcze nie lubiłam ćwiczyć i nie widziałam w tym sensu) i wykorzystuję mamę żeby mnie nosiła (co nie było i nie jest prawdą) to się popłakałam i od tamtej pory jest tym faktem zniesmaczony i oświadczył że nie będzie ze mną o niczym gadać bo nie ma z kim gadać, tak przynajmniej powiedział Norbertowi. Ja parę razy próbowałam zagadać do Ignacego, ale po roku odmów z jego strony po prostu przestałam. Jednak trzeba mu oddać to, że od kiedy skończył osiemnastkę to woził mnie na moje obozy, niedługo tą „fuchę” przejmie Norbert.

Co do żony Ignacego, Renaty to poznał ją jakoś z pięć lat temu. Warto dodać że Ignacy prowadzi w pobliskim miasteczku swój warsztat samochodowy, tam się właśnie poznali, była jego klientką a potem jakoś poszło. Renata jest dwa lata starsza ode mnie jest bardzo miła, ale to jedyna cecha którą się wyróżnia, nigdy nie byłyśmy blisko, jedną jedyną rozmowę miałyśmy w lipcu, to było w samochodzie, Renata pierwszy i jedyny raz zawiozła mnie na rehabilitację do Tośki bo mama miała zepsuty samochód. Rozmowa według mnie była udana, ale być może Renacie się nie podobało, bo już nigdy się nie powtórzyła. Bratowa z zawodu jest przedszkolanką i pracuje w przedszkolu w sąsiedniej wsi, oczywiście wtedy kiedy owe obiekty nie są zamknięte

Ignacy i Renata mają córkę. Lena skończy w tym roku już cztery latka i uczęszcza do przedszkola, ale innego niż tego w którym pracuje moja bratowa Przedszkole bratanicy znajduje się w pobliskim miasteczku. Kiedy Lenka miała rok brat i bratowa wzięli skromny ślub cywilny zakończony obiadem w ich części domu. Moja mama ciągle nie może tego przeboleć i wciąż namawia ich na kościelny, ale widać, że od początku totalnie im się nie śpieszy, a od czasu pandemii to już w ogóle.

Zapytacie pewnie gdzie jest mój tata? Jest na cmentarzu, w sensie, że nie żyje. Zmarł gdy miałam jedenaście lat, był typowym budowlańcem a wódka mogła śmiało robić za jego drugie imię, ale o dziwo umarł nie po pijaku tylko na trzeźwo w wypadku samochodowym. Mama powiedziała, że od tamtej pory to ma dość facetów i do tej pory nie związała się z nikim innym, chociaż miała adoratora takiego typowego pijaczka, pana Zbysława, starego kawalera, nawet z kwiatami przychodził ale był zawsze przeganiany przez moją rodzicielkę za pomocą kija od szczotki, po czterech takich akcjach odpuścił.

Pewnie zapytacie jak Święta i Sylwester? Ano, Święta u nas się nie różniły niczym szczególnym niż zazwyczaj. O ile wiem w wielu rodzinach do różnych babć zjeżdżają się całe rodziny, u nas zawsze to wyglądało, że każdy spędza ten czas z tą najbliższą rodziną, więc nic w tym dziwnego, że mama i moje ciotki spędzają ten czas tylko ze swoimi dziećmi, teściami, zięciami, synowymi czy w przypadku moich cioć – mężami. Na jedyną babcie którą mi została (mama mojej mamy) nie mogę liczyć pod tym względem , bo dziesięć lat temu stała się przykładnym Świadkiem Jehowy. Dziadka od strony mamy nigdy nie poznałam, bo umarł parę lat przed moimi narodzinami a dziadkowie od strony ojca zmarli w krótkim odstępie czasu gdy zaczynałam liceum. To dziadkowie zamieszkiwali część domu w której teraz rezydują Ignacy, Renata i Lenka.

Co to ostatnich Świąt to spędziliśmy je tak jak zawsze w naszej kuchni przy rozkładanym stole. Były potrawy i kupcze i zrobione przez moją mamę (np. Ryba po meksykańsku, Karp ), ale większość była kupiona co nikogo jest nie dziwi ani nie oburza, bo nikomu się nie chciałoby stać przy garach. Nie był to wyjątkowy czas bo przecież i tak się widujemy niemal codziennie, więc podzieliliśmy się opłatkiem, zamieniliśmy parę drętwych zdań, to znaczy oni zamienili a ja zgodnie milczałam jak zawsze, poza tym czułam się zgrzana w mojej świątecznej, swetrowej sukience. Trochę zjedliśmy ale mało, bo poszliśmy do mojego pokoju, bo tam była ( i nadal jest) choinka więc były i prezenty. Ja od mamy dostałam dwie koszulki z Myszką Miki oraz skarbonkę a od Ignacego i jego rodziny świąteczny koc. Oczywiście najwięcej prezentów dostała Lenka która szalała wprost z radości.

Mojego Sylwka to miałam spędzić z czatem oraz ze smętnym ruskim rockiem, ale gdy moja mama zaczęła narzekać jak to rodziny jej sióstr są zgrane i spędzają ten dzień razem a my nie, to żeby mieć czyste sumienie to około dwie godziny przed północą poszłam do dużego pokoju i na kanapie pod kocem słuchałam „Sylwestra z Dwójką” towarzyszyły mi cola i czekolada, to chyba był najgorszy sylwek w moim życiu, ale też po raz pierwszy zrobiłam coś wbrew sobie dla kogoś. Może to ten słynny rozwój duchowy? Norbert spędzał tą imprezę u Ignacego.
Miałam opisać mój wygląd, ale ta notka i tak ma już cztery strony. W następnej to zrobię.

Sławek nadal przyjeżdża, na szczęście już około jedenastej, ale czasami w ostatniej chwili zmienia godzinę i oświadcza że będzie o dziesiątej gdy do tej dziesiątej zostało piętnaście minut! Jednak wzięłam się na sposób i po prostu ubieram się wcześniej i przed jego przybyciem ćwiczę sama, nie chcę mieć poczucia że nic nie robię. Poza tym jeszcze nie podpisał tej umowy o prace, więc trzymam się ostatniej nadziei, że zmiana jeszcze nadejdzie, inaczej będę musiała się z nim użerać aż do kwietnia.

Dodam tylko, że od jakiegoś czasu pisze do mnie na fejsie jakiś chłopak, zza wschodniej granicy, przedstawia się jako Kostia. Jakimś cudem znalazł moje stare opowiadanie, które opublikowałam pod moim imieniem i nazwiskiem a teraz chłopak do mnie wypisuje bym dokończyła.

Irytujące.

Dobra, na tym skończę, trzymajcie się!




Rozdział Trzeci : Nastoletnie Życie - Część Pierwsza

Hej! Jednak doczekałam się śniegu i to z pięknym, głębokim, mrozem, aż jest co podziwiać! Czasami aż całymi dniami siedzę przed oknem balkonowym które znajduje się w moim pokoju i patrzę na zaśnieżony własny taras, własne podwórko, publiczne drogi oraz pola które również nie są moje oczywiście. Pewna magia w tym jest, ale prawdziwa przygoda zaczyna się po zmroku gdy włącza się lampki choinkowe którymi jest przyozdobiony cały dom. Czuję wtedy, że otacza mnie dziwna melancholia, poczucie szarości tego świata które ludzie starają się sztucznie rozświetlić plastikiem. Oszukują tym samym siebie, że po prostu świat nie jest taki do tyłka. Jednak ja lubię tą melancholię, tą szarość, ma w sobie taki smutny urok codziennego życia i tylko wyjątkowi ludzie potrafią dotrzeć ten klimat na przykład w post sowieckich blokach, opustoszałych, zasypanych śniegiem placach zabaw, jest w tym coś co mnie przyciąga.

Postanowiłam zacząć pisać dzisiaj czyli w sobotę by jutro mieć tylko czas na sprawdzanie czy wszystko mi pasuje. Nie wiem jak to określić , ale boję się tego że znowu napiszę na odwal się jedynie pół strony, ewentualnie jedną i pół i uznam to za wystarczające. Im więcej piszę tym bardziej mi zależy a im bardziej zależy to tym się bardziej stresuję, no cóż takie życie neurotyczki. Mam dzisiaj, przynajmniej świetne warunki bo mama z racji tego że dziś nie pracuje to pojechała na zakupy a Ignacy wpadł na pomysł by urządzić kulig na terenie pól babci (tej która jest Świadkiem Jehowy) Więc chłopaki pojechali i wzięli ze sobą moje dwie kuzynki, córki cioci Irenki. Sylwię i Weronikę. Sylwia jest ode mnie starsza o cztery lata a Weronika o pięć lat, w kuligu wezmą udział synkowie dziewczyn Marcel ma dziesięć lat i jest synem Weroniki. Tomek ma roczek i jest potomstwem Sylwii. Weronika jest teraz w drugiej ciąży, więc według mnie nie powinna brać udziału w takich zabawach, ale jej sprawa. Kiedyś miałyśmy bliższy kontakt, jednak teraz ogranicza się do tego, że lajkuje mi niektóre posty na fejsie, więc nie jestem osobą która powinna zwracać jej uwagę.

Wczoraj Ignacy był u nas ze swoją rodzinką. W sumie to kiedyś bywali u nas codziennie, teraz są sporo rzadziej. Oczywiście wszyscy mi weszli do pokoju, bo mała lubi się tu bawić, a kto mnie by tam o zdanie pytał no nie? Rozumiem czemu bratanica lubi tutaj być. Pokój jest utrzymany w mojej ulubionej dość dziewczęcej stylistyce. Dwie ściany są szare, pozostałe dwie są różowe, meble mają kolor biały, są drewniane,również utrzymują się w wyżej wymienionej stylistyce. Do tego do jednej z różowych ścian mam przyczepione drabinki gimnastyczne, na podłodze leży mata do ćwiczeń, posiadam też różne wałki, klocki i piłki również przeznaczone do rehabilitacji, wysokie i szerokie białe łóżko więc dla dzieciaka to raj.
Zostałam zaproszona na kulig, jednak bardziej przez Norberta niż Ignacego. Starszy brat i bratowa nie odzywali się w tej sprawie, więc domyśliłam się, że nawet nie pomyśleli o tym by mnie zaprosić, jasne pewnie by mnie nie wygonili, ale też raczej nie planowali mnie tam zapraszać. Odpowiedziałam więc beznamiętnie:
-Życzę powodzenia. Mnie nie będzie.
Decyzja nie została skomentowana, więc opcje są dwie: Pierwsza to to, że odetchnęli z ulgą, a druga to że się obrazili. Teraz jak nad tym myślę to mogłabym być milsza w oznajmianiu mojej decyzji. Norbert jeszcze zwracał mi uwagę, że siedzę przed komputerem zamiast gadać z rodziną. Nie no, nikt nie pytał czy ja chcę ich w moim pokoju! Zawsze wchodzą sobie jak chcą i kiedy chcą. Szkoda, że do pokoju młodego tak nie wchodzą, bo drzwi do komnaty młodszego brata znajdują się w moim pokoju, już to, że chłopaczyna musi przejść przez mój pokój żeby dostać się do swojego już zabiera prywatność, a co dopiero zgraja ludzi w moim małym królestwie. Na szczęście uwaga została szybko skierowana na inną sytuację. Renata się rozpłakała ponieważ Lenka nie chciała słuchać jej upomnień dwa razy z rzędu na co młoda matka się popłakała i uciekła do kuchni, a potem do ich mieszkania . Ignacy wiernie pobiegł za nią. Po małą wrócili dopiero godzinę później gdy wszyscy już się uspokoili.

Dobra to teraz będę dzielić tekst specjalnymi podtytułami, aby nie wypaść z tematu i nie gadać o pięciu rzeczach w jednym zdaniu, może wtedy powstrzymam mój słowotok. Zacznijmy odwyglądu.

Wygląd:
No to na początek podstawy podstaw czyli wzrost i waga. Jestem dość niska co nie jest zaskoczeniem przy tym, że moja rodzina z obu stron raczej nie obfitowała w dwumetrowców, więc nie ma w tym nic dziwnego że mam metr czterdzieści osiem centymetrów, wbrew pozorom jednak nie jestem najniższa, bo na przykład taka Weronika jest ode mnie pięć centymetrów niższa. Niestety moja waga to już inny faktor, ważę tak plus minus sześćdziesiąt kilo. Chudnę głównie na turnusach oraz latem gdy wychodzę dużo w teren czy to z Tośką czy z Elką. Łatwiej tyję zimą gdy tego ruchu jest mniej, co prawda nigdy nie przekroczyłam „magicznej” sześćdziesiątki na wadze, ale i bez przekraczania widać po mnie że mam lekką nadwagę, odstający brzuch, duże uda oraz co najgorsze – masywne ramiona z których Norbert robi sobie żarty a które są moim największym przekleństwem, gdy tylko mogę to chowam je pod szerokimi rękawami bluz czy swetrów. Według niektórych moje ramiona to dowód że tak dużo chodzę przy kulach czy kiedyś przy balkoniku. Kiedy byłam w drugiej klasie liceum i szłam przez korytarz szkolny przy wyżej wspomnianym balkoniku to nauczycielka wspomagająca która nie odstępowała mnie na krok chwaliła moje mięśnie, że jaka to ja silna jestem, nieco miętoląc je w dłoniach, a że był to gdzieś początek czerwca to było co miętolić bo miałam na sobie bluzkę z krótkim rękawkiem. „Komplement” jednak nie sprawił mi radości, szczególnie, że przechodził obok mnie kto dla mnie wyjątkowy.
Co do reszty wyglądu to mam dość bladą cerę, ale podatną na słońce ku memu nieszczęściu, bo bladość kojarzy mi się z delikatnością, a opalenizna natomiast z dziewczynami typu „plastik-fantastik” i ludźmi bez własnego ideału piękna. Wwieku dojrzewania miałam potworny trądzik który trzeba było już traktować lekami , teraz czasami wraca gdy zjem za dużo słodkich rzeczy bądź też przed miesiączką.
Co do twarzy to dopiero jest tragedia!
Zacznijmy jednak od pozytywów. Jedyną rzeczą którą ludzie komplementują w moim wyglądzie oprócz tych nieszczęsnych ramion są moje włosy, co prawda mają kolor nijakiego ciemnego blondu, ale są za to bardzo gęste, końcówki delikatnie się kręcą, przynajmniej to dodaje mi słodyczy i dziewczęcości. W swoim życiu miały różne długości, krótkie za ucho, półdługie za ramiona, do komunii miałam długie za tyłek, swego czasu miałam też grzywkę która zakrywała moje masywne czoło, ale za to była trudna w utrzymaniu, bo ciągle trzeba było ją przycinać, teraz nie mam grzywki, włosy sięgają mi do łopatek, najczęściej mam je związany w jeden kucyk, ale moje ulubione fryzury to dwa warkocze oraz dwa nisko zawiązane kucyki, jednak moja mama nie chce mi ich zbytnio robić tych dwóch fryzur bo według niej uwydatniają moją dziecięcą urodę, a ona ostatnio chciałaby by mój wygląd był bardziej dojrzały.
Co do twarzy to owszem, chyba poza internetem nie było nigdy osoby która nie byłaby zdziwiona ile mam naprawdę lat, kiedy ludzie słyszą to z którego rocznika jestem to zawsze przepraszają bo myśleli że jestem szesnastolatką, a czasami nawet czternastolatką. W sumie to bardzo miłe. Jedna sprzątaczka z turnusów aż mnie pokazywała swoim koleżankom z pracy podczas przerw bo nie mogła uwierzyć, że jestem starsza od niej.
Przydałoby się tą moją twarz jakoś opisać, no nie? Moje czoło jest tak wysokie, że śmiało mogłoby robić za lotnisko dla samolotów z Radomia, jedynie grzywka sprawiała, że jako tako je lubiłam, ale czuję się z nim ogólnie jak jakiś przerośnięty potwór. Oczy są nawet nie takie małe, ale też nie duże, w kształcie migdałów w kolorze głównie ciemnozielonym z brązowymi przebłyskami, jednak dominuje butelkowa zieleń. Brwi dość gęste, ale jeszcze nie rzucają się w oczy. Usta wąskie w bladoróżowym odcieniu Moje policzki śmiało mogą robić za obiekt zazdrości u chomików ponieważ są właśnie takie chomikowate, pełne, mój nos jest co prawda mały, jednak za to dość masywny, Norbert nazywa go często kartoflanym. Jeśli chodzi o twarz to czasami jeszcze muszę często usuwać z niej nadmierne owłosienie czego się bardzo wstydzę, bo czuję się wtedy babochłopem. Za makijażem nie przepadam, nie lubię uczucia pudru na buzi czy tuszu na rzęsach Sami widzicie, że nie jestem zbyt piękna
Mój styl ubierania się jest za to dość dziewczęcy, ale jednocześnie luźny, uwielbiam wszystkie dresy i luźne tshirty, szczególnie te w pastelowych kolorach, z różnymi nadrukami czy fajnymi napisami, jednak gdy jestem na turnusie czy u Tośki na zajęciach to staram się ubierać bardziej w szarości, aczkolwiek nadal są to dość luźne ubrania, jak widzicie mój styl nie jest zbyt wyjątkowy.
Moja stopa ma rozmiar trzydzieści cztery. Zazwyczaj mam ogólnie dwie pary butów ortopedycznych : letnie sandałki na rzepy w tonacji szaro-różowej oraz zimowe trzewiki, również na rzepy, w tych samych kolorach co sandałki. Buty tego typu średnio kupuje co roku bo się po prostu zużywają, czasami wybieram je kolorze granatu i szarości, ale ostatnio takich nie było w sklepie medycznym. Co do innych butów, to teoretycznie mogę je nosić, jednak muszą mieć mocno usztywnioną piętę, o co czasami trudno, gdy pięta w butach nie jest wystarczająco sztywna to po prostu stopa się niezdrowo krzywi do zewnątrz, o klapkach mogę zapomnieć bo spadają mi ze stóp w trakcie chodzenia, więc stawiam na bezpieczne buty ortopedyczne.
To że jestem brzydka to wcale nie jest mój wymysł, bo od paru lat co jakiś czas mam fazę na wstawianie moich zdjęć na portale typu zapytaj.onet.pl czy reddit z zapytaniem : „Brzydka jestem? Na ile lat wyglądam?” Nigdy nikt nie skomentował tego, że jestem ładna, trochę pocieszenia znalazłam w tym, że według nich wyglądam bardzo młodo, gdy pojawiały się sporadyczne komentarze, że wyglądam staro to potrafię przepłakać przez to nie jedną,nie dwie noce. Wiem, że takie wstawianie zdjęć niezbyt dobrze robi mi na samoocenę, ale też nie wiem czemu nie mogę przestać.

Dobrze, to przejdźmy teraz do relacji do moich relacji międzyludzkich i szkolnego życia.

Życie przed szkołą
Karyna, Seba i ich potomstwo nie zawsze nie zawsze robili za moich sąsiadów. Kiedy byłam dzieckiem na ich miejscu mieszkał pan Edward, zawodowy drwal, jego żona Danuta – Kura domowa uwielbiające hiszpańskie telenowele oraz ich dwie córki, bliźniaczki : Ala i Ewa. Dziewczyny są dwa lata młodsze ode mnie, ale wtedy nie było innych dzieci w okolicy, mi też to nie przeszkadzało, być może z powodu ich wieku miałam do tych dziewczynek nastawienie takie jakie miałam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, ale ta cała „przyjaźń” była wyproszona przez moją mamę. To ona miała parę rozmów z sąsiadami w których prosiła by małe przychodziły do mnie, jak się również później dowiedziałam to mama płaciła bliźniaczkom cukierkami. Te płatności tłumaczyłyby to, że gdy moja moja rodzicielka zostawiała nas na chwile same na podwórku by na przykład doglądać obiadu to dziewczynki uciekały, ale w sumie to się nie dziwię patrząc na to jakie było moje zachowanie względem nich. Ogólnie one zaczęły przychodzić do mnie gdy miałam pięć lat. Latem bawiłyśmy się na którymś z podwórek – rozścielano nam jakieś stare kołdry. Oba domostwa też miały piaskownice. Zimą widywałyśmy się mniej, głównie u mnie w domu. Ignacy miał mi wtedy za złe, że się zamiast ćwiczyć to spędzam czas z koleżankami, wiele razy kończyło się to moim płaczem.
A co do traktowania do dziewczynek to byłam okropna, chociaż trudno nazwać to celowym działaniem, myślałam, że tak musiało być i to normalne. Do rzeczy: To ja wymyślałam każdą zabawę, pomysły bliźniaczek nawet nie były brane pod uwagę, ba nawet mówiłam im to co mają mówić w trakcie zabaw. Pod koniec przyjaźni gdy miałam z dwanaście lat w trakcie zabawy (tak, w wieku dwunastu lat bawiłam się jeszcze lalkami) zwróciły mi uwagę, że tak nie wolno. Mi było głupio, już nigdy nie powtórzyłam mojego zachowania a parę miesięcy później wyprowadziły się do bardziej zaludnionej części wsi, bo odziedziczyli większy dom po jakiś wujku czy innym stryju, teraz widuję dziewczyny tylko na ulicy, gdy jestem w ich stronach. Mówmy sobie „cześć” i tyle. Parę miesięcy po ich wyprowadzce usłyszałam przypadkowo rozmowę mamy i cioci Irenki na temat jakie to te dziewczynki od Maliniaków są bez serca bo nie utrzymują ze mną kontaktów, a ona przecież zaczęła tą znajomość rozmową z rodzicami bliźniaczek, a potem płaciła dziewczynkom cukierkami.
I to nie tak, że dziewczynki nie lubiły mnie za kalectwo. Jak byłam mała to też jeździłam na turnusy, tylko do innej miejscowości niż obecnie. Większość dzieci też mnie omijała szerokim ruchem, te odważniejsze wprost odmawiały zabawy, a przecież też są niepełnosprawne, więc kalectwo nie mogło być powodem odmowy.

Podstawówka
Tutaj było trudniej, bo moja wiejska szkoła na początku twardo odmawiała przyjęcia mnie do swojej placówki, tłumacząc decyzje brakiem doświadczenia, pomimo że jak się później, w zerówce okazało do mojej klasy chodził chłopak z tym samym schorzeniem co moje , tyle że on chodził sam, z trudnością, kuśtykał, ale miał lekcje razem z klasą, a mnie chodzącą wtedy przy balkoniku chcieli wysłać do szkoły specjalnej, w której były dzieci niepełnosprawne głównie umysłowo, nie wiem czy dyrekcja nie słyszała o klasach integracyjnych, czy po prostu wtedy w pobliskim miasteczku po prostu jeszcze ich nie było, ale nie dali nam innych opcji. Mama jednak się uparła żebym uczyła się w mojej wiejskiej szkole, wśród zdrowych rówieśników bym miała dobre wzorce do naśladowania, poza tym nie miała wtedy jeszcze prawa jazdy, ojciec też nie bo już wtedy interesowała go tylko wódka. Mama tak się uparła, że w końcu przyjęli mnie. Do zerówki poszłam z innymi dziećmi, w tym czasie mama zrobiła prawko, bo dowożenie mnie na bagażniku roweru sprawdzało się tylko ciepłą wiosną, a nie zawsze znalazł się ktoś kto mnie i mamę mógł zimą podrzucić samochodem do szkoły, więc pod koniec zerówki moja mama została kierowcą małego czerwonego malucha. Do pierwszej klasy już mnie dowoziła, wtedy też przeszłam na nauczanie indywidualne, siedziałam całe dnie w szarej nieciekawej świetlicy w której mieściły się tylko dwie ławki szkolne z krzesłami, biurko z windowsem 95 oraz duża ale wąska szaga z różnymi starymi rupieciami. Od czwartej klasy postanowiono,że przedmioty typu religia, muzyka, plastyka czy technika będę mieć z klasą a na resztę zajęć wracałam do tej szarej klatki. Nauczyciele na przerwach czasami wysyłali dziewczyny z mojej klasy by ze mną pogadały, ale rozmowa się nie kleiła. Zdecydowanie lepiej dogadywałam się z młodszymi dziewczynkami z którymi dyskutowałam o tym czy lepsze jest „W.I.T.C.H” czy” Winx Club”. Oczywiście całym sercem byłam za tą pierwszą kreskówką, jednakże tylko dlatego, że tej drugiej nie znałam, jasne było że nie przyznawałam się do tego, bo nie miałam kablówki, a pomimo że komputer posiadałam od czwartej klasy podstawówki to internet podłączono mi dopiero na początku pierwszej klasy gimnazjum. Relacje z tymi młodszymi koleżankami jednak nie były silne. Za to jak wtedy myślałam zaprzyjaźniłam się z dziewczyną z mojej klasy, jedyną która przychodziła z własnej woli do mojej klitki a potem nawet do domu. Najbiedniejsza i najbrzydsza dziewczyna z całej szkoły. Ma na imię Julia. Co prawda kręciła u mnie nosem nosem na tak „wykwintne” danie jak schabowe i dlatego u mnie zawsze prosiła o chleb z cebulą, wyzywała mnie od idiotek, a potem mówiła, że żartowała, gdy Ewa i Alka były wtedy ze mną i z Julką to rówieśniczka kazała mi albo im dokuczać albo ignorować, sytuacja była tak poważna, że ojciec bliźniaczek interweniował poprzez rozmowę z moim ojcem. Potem Julka przestała przychodzić. Pod koniec szóstej klasy pomiędzy lekcją techniki a plastyki nie opłacało się mi wracać do mojej klitki na dziesięć minut, więc zostałam z klasą, wtedy dzieciaki wyśmiewały się z wyglądu i biedy Julki, ja się trochę śmiałam, lecz nie byłam autorką żadnej z ripost. Julka od tej pory na każdej przerwie pomiędzy wyżej wymienionymi lekcjami życzyła mi śmierci i rysowała na tablicą moją podobiznę wiszącą za kark na sznurze. Wszyscy się śmieli. Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy gdy powiedziałam o tym mojej przemiłej wychowawczyni. Następnego dnia Julka przyszła do mojej klitki z przeprosinami i paczką „Delicji”. Widać było, że czegoś lub kogoś się bała. Potem nigdy się do mnie nie odezwała.
Większość nauczycielek i nauczycieli była dla mnie miła, pomimo że zachowywałam się czasami nieprzyjemnie, zadawałam pytania niezwiązane z tematem lekcji, albo czytałam tekst z podręcznika różnorako modulując głos. Nie robiłam tego jednak celowo, dopiero gdy poszłam do gimnazjum, do klasy integracyjnej to zrozumiałam, że po prostu nikt tak nie robi i że to było złe z mojej strony.
Pani plastyczka z podstawówki jednak wyjątkowo mnie nie lubiła. Lubowała się natomiast w ciągłych uwagach typu:
-Zbyt wolno malujesz bu uczyć się ze zdrowymi dziećmi.
Albo:
-Jesteś upośledzona nie tylko fizycznie, ale też umysłowo skoro nie umiesz narysować bratka.
Oczywiście klasa nie zareagowała, ale ja też nie, oile potrafiłam zgłosić sprawę z Julką to nie mogłam się przełamać by naskarżyć na nauczycielkę i to taką z doświadczeniem tuż przed emeryturą. Byłam też jedyną osobą która pozytywnie zareagowała gdy w piątej klasie wprowadzono mundurki, bo przecież w Japonii też nosi się mundurki, a nasze też nie były takie złe, bo to były w zwykłe dżinsowe kamizelki z kołnierzykiem tylnym przypominające te kołnierzyki z japońskich mundurków.

Gimnazjum
Na początku mama chciała mnie zapisać do gimbazy w sąsiedniej wsi, ale dyrekcja mogła mi tylko zaproponować nauczanie indywidualne, jednak tylko popołudniami po tym jak inni uczniowie pójdą już do domów. Moja mama już nie chciała bym znowu miała lekcje tylko z nauczycielami w dodatku już totalnie bez kontaktu z innymi rówieśnikami. Kiedy moja rodzicielka postawiła opór i wtedy dyrekcja tamtejszego gimnazjum zaproponowała by mnie zapisać do gimnazjum w pobliskim miasteczku, bo tam mają klasy integracyjne. Zostałam zapisana. Musiałam jednak iść do Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, bo potrzebowałam papierka który uprawniał mnie między innymi do rehabilitacji na terenie szkoły, wydłużonego czasu na egzaminach czy potrzeby nauczyciela wspomagającego w funkcjonowaniu w życiu szkolnym. Był test IQ, test matematyczny, test wiedzy ogólnej i test z języka polskiego. O ile test z polaka i wiedzy ogólnej wyszedł mi nawet okej to z matematyką było tragicznie a moje IQ jest raczej przeciętne, dlatego mam w papierach wpisane „rozwój nieharmonijny”. Te badania były najgorsze w moim życiu, a powtórzyły się jeszcze potem przed pójściem do liceum z podobnymi wynikami.
Gimnazjum to był mój pierwszy, głębszy kontakt z rówieśnikami, nie cieszyłam się sympatią, w sumie nie wiem dlaczego, chociaż czasami się wymądrzałam na lekcjach gdy temat mnie ciekawił, albo celowo unikałam interakcji bo uważałam, że skoro nie znają się na Japonii to jestem od nich lepsza i bardziej świadoma życia.
Oprócz mnie w klasie była trójka niepełnosprawnych. Miłosz był rok starszy od nas wszystkich, miał autyzm i to dość głęboki, jedyne co potrafił powiedzieć to wyuczone zdania, chociaż tych zdań było całkiem sporo. Przed każdym sprawdzianem dostawał pytania wraz z odpowiedziami i po prostu uczył się pytań z odpowiedziami na pamięć. Eryk był bardzo niziutki oraz wykrzywiony przez chorobę genetyczną, chodził najgorzej z nas wszystkich chyba ta te schorzenie było postępujące bo zmarł rok po zakończeniu liceum. Chłopak nie był jednak aniołkiem, zawsze znalazł sposobność by dowalić każdemu komu się da, a gdy trafił na innego niepełnosprawnego to dowalał podwójnie, myślę, że w ten sposób walczył ze swoimi własnymi kompleksami, ale podobno nie wypada źle mówić o zmarłych. Mi nigdy niczego nie powiedział, jednak może dlatego, że celowo go unikałam i nie szukałam zaczepki, a atakował tylko którzy go „zaczepiali”. Dla niego zaczepką mogło być zwykłe „hej”,więc wolałam się nie narażać na jego soczyste hejty, ale trzeba było mu przyznać, że wymiatał jeśli chodzi o Historię.
Mariola ma te samo schorzenie co ja, jednak jest w lepszym stanie bo podobnie jak kolega z podstawówki chodzi sama, chwiejnie i kaczkowato, ale sama. Prawdopodobnie chodziłaby jeszcze lepiej, ale uznała, że fizjoterapeuci to debile i nie są warci jej uwagi, ćwiczyła i to dużo, ale nikt nawet ja nie chciał uwierzyć w jej historie typu zrywanie się ze snu po nocach by ćwiczyć czy też korespondencję z fizjoterapeutami którzy prosili ją o rady, wymyślała też rzeczy tego typu że jej właśni kuzyni się w nią podkochują. W liceum chwaliła się, że swój pierwszy pocałunek, wyproszony zresztą przeżyła z kolegą odmiennej orientacji Dodajmy do tego, że podobnie jak ja czuła się lepsza od innych, ale z innego powodu. Była fanką metalu i rocka, gdy usłyszała, że ktoś na przykład słucha folku czy nawet disco polo albo czegokolwiek innego to od razu mówiła rozmówcy prosto w oczy że jest najgorszym śmieciem, a gdy rozmówca się oburzał to pochlipywała, że mają gdzieś ją i jej dobre rady dotyczące najlepszej muzyki. Gdy ktoś włączył w klasie podczas przerwy muzykę która nie była rockiem czy metalem to potrafiła się drzeć żeby to wyłączyć. Na zarzuty o bycia niekulturalną chamką to znowu chlipała, że zdrowi jej nie rozumieją, bo przecież wrodzone kalectwo sprzyja trudnemu charakterowi. Według mnie, owszem wpływa bo widzę po sobie, ale ona po prostu szukała wymówki na bycie chamską. Próbowałam zarówno przez gimnazjum i liceum złapać z nią kontakt, bo wiek i schorzenie te same, no nasze mamy się przyjaźnią, więc trwałam przy niej wysłuchując peanów na jej własny temat, zmyślonych historyjek oraz uwag w moją stronę typu „dobrze, że nie jestem w tak tragicznym stanie jak ty” Musiałam być bardzo wygłodniała przyjaźni skoro to tolerowałam. Dopiero po liceum zrozumiałam, że nigdy mnie nie lubiła, szkoda, że dopiero wtedy.
W tym czasie bardzo też zacieśniłam więź z moimi wyżej wymienionymi kuzynkami – Weroniką i Sylwią. Głównie z Sylwią, bo Weronika była zajęta randkowaniem ze swoim jak się później okazało przyszłym mężem, są razem od drugiej gimnazjum,byli razem w jednej klasie, szkolna miłość kończąca się ślubem, normalnie jak w „Jeżycjadzie” Musierowicz. Chcąc by Sylwia zwróciła na mnie uwagę bardziej i zaopiekowała się mną to na którymś z kolei nocowania gdy byłam w drugiej klasie gimbazy to skłamałam że trójka chłopaków z mojej klasy mi dokucza. Trochę to była prawda bo Błażej ,Mikołaj i Artur mieli swój własny hiphopowy zespół i byli zafascynowani tym typem muzyki, regularnie wstawiali swoje piosenki na youtube co nie było wtedy tak popularne jak dzisiaj, niektóre teksty były o tym jak śmiesznie chodzę przy balkoniku. Chłopacy z Marioli cisnęli bekę bardziej, no bo i ona mocniej przejmowała się własną obecnością w ich tekstach, a widząc jej reakcje domorośli raperzy dowalali jej poza tekstami swych „dzieł” Sprawa wylądowała nawet u dyrektorki. Oczywiście Mariola też prosto w twarz mówiła im co myśli o ich muzyce. Ja natomiast pożaliłam się kuzynce a ona napisała na „naszą klasę” do lidera tej grupki żeby się ode mnie odwalił. Przez następne dwa dni atmosfera w klasie była ciężka. Zraniony Błażej opowiedział wszystkim o wiadomościach Sylwii do niego a do mnie się nie odzywał. Klasa nie pozostawiła na mnie suchej nitki.
Padały teksty typu:
-Ale dziecinada!
Albo:
-Ja przynajmniej bym poprosiła brata, a nie kuzynkę!
Dopiero parę miesięcy potem dość spontanicznie jak na mnie podeszłam do nich na przerwie za pomocą mojego balkonika i nie wiem do dzisiaj czemu, ale podpowiedziałam im pasujący rym do piosenki o paleniu trawki. Ja nigdy nie paliłam, oni też,co wyszło sporo później bo przez całą gimbazę twierdzili że są jaraczami, oraz regularnie biorą amfę. Sprawa się wyjaśniła w trzeciej klasie gdy po prostu ktoś z klasy (do dzisiaj nie wiadomo kto) doniósł na nich i wzięto ich na testy narkotyczne i do psychologa. Z testów wyszło, że nie biorą do czego sami się przyznali przed psychologiem, wyznaniom tym podobno towarzyszyły łzy, jednak to nie jest pewne. Moje relacje z chłopakami były już trochę lepsze, przyjaźń wielka z tego nie wyszła, ale już mi nie dokuczali, czasami pomogłam też tworzyć im teksty do ich rapsów póki je robili, bo po tych testach zespół przestał istnieć a kanał na youtube został skasowany. Po gimnazjum nie miałam z nikim kontaktu.

W klasie mieliśmy taką typową parkę która całowała się po kątach w klasie – Kamila i Filip. Kamila była zazdrosna nawet gdy jakakolwiek dziewczyna chociażby zamieniła dwa zdania z jej słodkim misiaczkiem. Nasza przemiła wychowawczyni przez całe trzy lata każdego pierwszego czerwca brała nas na swoją osobistą działkę, było dużo ławek i koców do siedzenia, oraz lody i grill. W trzeciej klasie podczas ostatniej tego typu „imprezy” usiadłam po raz pierwszy na jednym z koców, w poprzednich latach zawsze wybierałam ławki bo łatwiej wstać gdy się trzyma balkonika, ale podczas raz ostatniego wypadu na działkę skusiła mnie perspektywa siedzenia na kocyku. Usiadłam z łatwością, ale potem wstać było trudniej, Filip po prostu podał mi swoje ręce, bo zawsze łatwiej było się oprzeć o kogoś niż o coś. Potem do końca roku szkolnego Kamila rzucała we mnie na przerwach długopisami, nikt nie stanął w mojej obronie, ani chłopaki ani Mariola. Ja sama postanowiłam to wziąć na przeczekanie bo tylko parę tygodni zostało do końca szkoły. Z tego co wiem to nasza słodka parka rozstała się na wakacjach pomiędzy końcem gimnazjum a początkiem liceum.
Gimnazjum też jako jedyna moja szkoła oferowała mi rehabilitację, co prawda sala była mniejsza niż świetlica w podstawówce. Terapeutka nie była rehabilitantką tylko Panią od gimnastyki korekcyjnej. Ja i Mariola chodziłyśmy do niej dwa razy w tygodniu w czasie gdy nasza klasa miała W-F. Nie wiem czemu Eryk nam nie towarzyszył. Terapeutka na szczęście miała w tej klitce dwie pary drabinek. Ustawiała mnie i koleżankę przy nich, puszczała lokalne radio i powiedziała, że możemy robić co chcemy. Dobrze, że miałam w tym czasie rehabilitację poza szkołą, bo inaczej byłoby ze mną krucho. Musiałam oczywiście też słuchać narcystycznych tekstów Mariolki.
I tak minęło mi całe gimnazjum.

Dobra na dzisiaj tyle, bo ta notka i tak była pisana przez cały dzień i osiągnęła rozmiar dziewięciu stron. Pisałam prawie cały dzień a w międzyczasie rozebrałam choinkę.
Mama mówi, że w następnym tygodniu będziemy mieć gościa, ale nie chce powiedzieć o co chodzi.
W następnym rozdziale opisze życie licealne, krótki epizod w szkole przysposabiającej do pracy oraz życie po zakończeniu edukacji oraz bytowanie w internetach, jeśli chcecie o tym poczytać to musicie poczekać. Dodam też że w liceum przeżyłam moje pierwsze i jak do tej pory jedyne zauroczenie.

Trzymajcie się!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×