Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
bezniczego

Wieloletnia depresja, brak sensu

Rekomendowane odpowiedzi

Napisano (edytowane)

Mam 27 lat. Zaburzenia lękowo-depresyjne i zaburzenia osobowości zdiagnozowane kilka lat temu. Kilka lat leczenia psychotropami i kilka psychoterapii. Obecnie bez leków. Leki nie pomogły mi wcale, mam po nich jedynie pssd (zero przyjemności z seksu). Mężatka od kilku miesięcy. Lęki przed pracą. Pracowałam kilka razy w życiu - dorywczo albo na czarno. Wykształcenie średnie, przerwane kilkukrotnie studia. Każda praca to dla mnie męka. Nie znoszę przebywać z ludźmi. Moje dni wyglądają tak: śpię do 10-11 (sen to dla mnie ucieczka od życia), zakupy, czasem obiad, sprzątanie. Do każdej z tych czynności się zmuszam. Kłótnie z mężem o to, że jestem leniem. Nie chce mi się o siebie dbać. Palę papierosy, bo to mnie odstresowuje. Próbowałam rzucić, ale nie potrafię. Zaburzenia odżywania, trądzik neuropatyczny (robię sobie masakrę z twarzy co kilka dni).  Zero planów, marzeń. Nie chcę mieć dziecka, bo nie chcę żeby się tak męczyło jak ja, nie nauczę go niczego dobrego. Nie chcę żyć, ale nie mam odwagi się zabić. Nie widzę sensu w niczym. Żaden psychoterapeuta mi nie pomógł. W czym mam znaleźć sens? 

Edytowane przez bezniczego

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hej, jaki stosunek do Twojej choroby ma Twój mąż, poza tym, że się z nim kłócisz? Podejrzewam, że gdyby bardziej Cię wspierał i motywował do działania byłoby lepiej. Mój narzeczony mnie wspiera i motywuje to pozytywnego myślenia i działania, chociaż czasami mnie to denerwuje, ale wiem, że chce dla mnie dobrze... Ale wyobrażam sobie, że byłoby mi ciężko gdybym nie miała jego wsparcia. Niektórzy wypierają ze świadomości chorobę psychiczną bliskich, mają dobre intencje i myślą (albo chcą myśleć), że wszystko jest ok, przecież masz dwie nogi i ręce, ale to nie sprawia, że choroba znika.

Pozdrawiam

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@bezniczego witaj na Forum 🙂

W dniu 13.04.2019 o 14:24, bezniczego napisał:

Nie chcę żyć, ale nie mam odwagi się zabić. Nie widzę sensu w niczym.

To brzmi bardzo niepokojąco. Czy jesteś teraz pod opieką psychiatry?

Piszesz też, że masz za sobą kilka psychoterapii- czy aktualnie też w jakiejś uczestniczysz? Jeśli tak- może warto byłoby poprosić terapeutę o rozmowę z mężem i wspólne wyjaśnienie mu, że to choroba, a nie Twoje widzimisię?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cześć, dziękuję za odpowiedzi. Nie biorę teraz żadnych leków, brałam przez kilka lat i nic to nie dało. Chodziłam na psychoterapię, też nic to nie dało i już więcej nie zamierzam. Mąż wspiera mnie, nawet ostatnio już dał mi spokój, ale jakie to ma znaczenie jak mi się samej nie chce żyć i zmuszam się do wszystkiego i ciągle mam jakieś zjazdy. W sumie nie oczekuję już żadnej odpowiedzi od nikogo z forum, po prostu dzięki za zainteresowanie tematem te półtora miesiąca temu. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 3.06.2019 o 16:48, bezniczego napisał:

Nie biorę teraz żadnych leków, brałam przez kilka lat i nic to nie dało. Chodziłam na psychoterapię, też nic to nie dało i już więcej nie zamierzam.

Wiesz, trochę czasu zajmuje zanim znajdzie się odpowiednie leki, nurt terapeutyczny i samego terapeutę. Może warto spróbować raz jeszcze- po co musieć się męczyć całe życie? Skąd ta rezygnacja?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowane)

Ostatni psychiatra, na jakiego trafiłam zalecił mi całkowite zejście z leków i terapię. Rezygnacja wynika stąd, że nie wierzę w efekty terapii przy leczeniu zaburzeń osobowości. Mogę sobie chodzić i rozmawiać, starać się zmienić sposób myślenia, a i tak pojawi się coś (sytuacja, człowiek), który wszystko doprowadzi do stanu wyjściowego. Jestem bardzo nieodporna na czynniki zewnętrzne. Nie chce się męczyć, dlatego mam myśli samobójcze (których pewnie nie zrealizuję). Uważam, że życie (Bóg) jest niesprawiedliwe: ludzie, którzy chcą żyć odchodzą, a Ci co chcą umrzeć - cierpią musząc żyć. 

Edytowane przez bezniczego

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No kochana pocieszenie w tym, ze nie jestes sama. Ja mam 39 lat i ciagle sie mecze. Zero radosci  z zycia i ciagly bezsens. W niczym nie widze sensu. Nic mnie nie cieszy. A najmniejsze porazki przytlaczaja mnie i wrzucaja na dno. Akurat teraz jestem w zlym stanie. Ostatnio nie bylo tak zle ale pewna sutuacja znowu mnie wbila na dno. Oprocz tego, ze zmuszam sie do robienia czegokolwiek to poprostu nie widze w tych czynnosciach nie widze sensu. Nowy dzien i znowu to samo. I tak wkolko. Inni ludzie nie szukaja sensu w sprzataniu czy gotowaniu czy robieniu zakupow. Ale w depresji juz tak jest, ze nawet takie czynnosci widzimy czarno. Ty spisz do 11 a ja spie do 16 jak mam wolne. Wole siedziec w nocy i ogladac seriale czy filmy. Ale jak juz mam dola na maksa to i seriale i filmy sa bez sensu i nie mam ochoty ogladac nic. Najchetniej bym przespala dzien i noc bo wtedy nie boli ta pustka. Niestety organizm sie wyspi i juz spac wiecej nie chce. U mnie chyba tylko praca trzyma mnie przy zyciu. Lubie swoja prace i jestem miedzy ludzmi i sie nie narobie :) ale niestety przegralam w sądzie drugiej instancji i bede musiala wrocic do poprzedniej  pracy. Ktora tez bardzo lubie i sie nie narobie ale towarzystwo jest masakra. Szefowe 2 i ich dupolizy. Ja ich nienawidze a oni mnie. I stad ten moj gleboki dol. Normalnie tez mam ciagle dola ale nie az takiego jak teraz. I tak kazde nieprzyjemne sytuacje w zyciu zealaja mnie z nog. Tez juz nie biore lekow. Mialam 20 pare lat jak sie to wszystko zaczelo i leki pomagaly tak na rok. Do tego uzaleznilam sie od benzodiazepin. 2 lata schodzilam z tego gowna i jakos mi sie udalo. Niestety znowu zaczelam brac bo mialam atak paniki plus te ostatnie zajscia i ja nie radze sobie z emocjami wiec wale benzo. Nie wiem. Chcesz to sie odezwij. Ja ciagle rozkminiam calu sens zycia i jakos go nie znajduje. Po co tu zyc jak i tak umieramy itd. Wszyscy bliscy nasi odejda, my odejdziemy i nasze dzieci tez. Wiec po cholere my w ogole zyjemy. Ale zdrowy czlowiek tak nie mysli. Tylko zyje bo to jest mu dane i tyle. Bedzie co bedzie. Mysli o swoich planach na zycie i problemach i zajeciach itd a nie rozkminianiem sensu we wszystkim. Ja mam w sumie malo.przyjaciol wiec tez jest ciezko nie nudzic sie. Ale jak jestem w dole to i tak mi sie nie chce z nikim spotykac.  W takim stanie jestesmy odpychajacy dla ludzi. A udawanie nic nie daje. Ciezko mi opisac wszystko co przezylam i co teraz czuje w jednym poscie. Powiem tyle jest lipa na maksa. Ale jakas tam nadzieja we mnie jest chociaz malo jej. Jak ciagle cos sie wali na leb to ciezko utrzymac pozytywne myslenie zdrowemu czlowiekowi a co dopiero nam. Inni mi mowia dziewczyno o co ci chodzi czego ci brakuje. Masz fajnego faceta, fajna chate, fajny samochod, prace fajna, jak chcesz dziecko to mozesz miec. Chyba  nie rozumieja, ze to nie ma nic do rzeczy co kto ma. Jakbym byla bogata to czulabym sie tak samo.  A artysci czy slawni ludzie ci co se w leb strzelili albo sie zacpali na smierc to  czego im brakowalo? Faceta mam dobrego i niby rozumie ale nie rozumie. I tez mnie czasem od leni wyzywa albo afery o to ze spie calymi dniami. A ja bym tak chciala wstac rano i czuc sie normalnie i wykonywac normalne codzienne sprawy. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dzięki za taką długą wypowiedź. Trochę lżej mi się zrobiło, że nie jestem sama z takim podejściem do życia. Spróbowałam jakoś mimo wszystko zawalczyć. Zaczęłam kolejną terapię, rzuciłam papierosy. Próbuję się zdrowiej odżywiać. Ale to ogólnie by było na tyle. Codziennie budzę się z rozrywającym na kawałki smutkiem. Nastawiam sobie budzik wcześniej, ale na maksa przeciągam moment wstania z łóżka, bo wiem, że to kolejny dzień męki. Każdy dzień taki jest. W dodatku nie radzę sobie zupełnie z emocjami. Wkurwiam się o byle co. Potrafię wydrzeć się na męża na środku ulicy. Często szykując się do wyjścia z domu zaczynam płakać. Największym problemem jest u mnie ten pierdolony lęk przed pracą. Może gdybym pracowała, nie czułabym się tak beznadziejnie. Współczuję Tobie, że będziesz musiała odejść z pracy, którą lubisz.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 1.08.2019 o 23:59, bezniczego napisał:

Dzięki za taką długą wypowiedź. Trochę lżej mi się zrobiło, że nie jestem sama z takim podejściem do życia. Spróbowałam jakoś mimo wszystko zawalczyć. Zaczęłam kolejną terapię, rzuciłam papierosy. Próbuję się zdrowiej odżywiać. Ale to ogólnie by było na tyle. Codziennie budzę się z rozrywającym na kawałki smutkiem. Nastawiam sobie budzik wcześniej, ale na maksa przeciągam moment wstania z łóżka, bo wiem, że to kolejny dzień męki. Każdy dzień taki jest. W dodatku nie radzę sobie zupełnie z emocjami. Wkurwiam się o byle co. Potrafię wydrzeć się na męża na środku ulicy. Często szykując się do wyjścia z domu zaczynam płakać. Największym problemem jest u mnie ten pierdolony lęk przed pracą. Może gdybym pracowała, nie czułabym się tak beznadziejnie. Współczuję Tobie, że będziesz musiała odejść z pracy, którą lubisz.

Moze znajdz sobie prace. Chcesz czy nie to jak rano wstaniesz to nie masz czasu za duzo na myslenie o sensie tego wszystkiego bo trzbea sie szykowac i wychodzic. W robocie jestes ze wpolpracownikami kazdy cos tam gada, zawsze jest cos do obgadana no i robota do wykonania. Nie ma czasu na myslenie o sensie. Tylko jak deprecha uderzy mocno tak jak mnie na 2 dni to czulam sie jak w innym swiecie. Ja sama a reszta ludzi w innym wymiarze. Wtedy nie sie sie gadac ano pracowac ani nic. I smutek az boli. Ale tak czy siak to lepiej byc w pracy w tym czasie a nie w domu. Na serio.

Czemu nie chcesz idc do.pracy?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 1.08.2019 o 23:59, bezniczego napisał:

Dzięki za taką długą wypowiedź. Trochę lżej mi się zrobiło, że nie jestem sama z takim podejściem do życia. Spróbowałam jakoś mimo wszystko zawalczyć. Zaczęłam kolejną terapię, rzuciłam papierosy. Próbuję się zdrowiej odżywiać. Ale to ogólnie by było na tyle. Codziennie budzę się z rozrywającym na kawałki smutkiem. Nastawiam sobie budzik wcześniej, ale na maksa przeciągam moment wstania z łóżka, bo wiem, że to kolejny dzień męki. Każdy dzień taki jest. W dodatku nie radzę sobie zupełnie z emocjami. Wkurwiam się o byle co. Potrafię wydrzeć się na męża na środku ulicy. Często szykując się do wyjścia z domu zaczynam płakać. Największym problemem jest u mnie ten pierdolony lęk przed pracą. Może gdybym pracowała, nie czułabym się tak beznadziejnie. Współczuję Tobie, że będziesz musiała odejść z pracy, którą lubisz.

Wszedzie sa rozni ludzie. Ale jakos w tej pracy w wiekszosci spedzam czas ok. Z jednymi sie bardzej przyjaznie z innymi mniej. To jest normalne. Ale juz np w tamtej gdzie mam wrocic to jest masakra. Szefowe to klamczuchy i wykorzystywaczki a tego nie lubie i sie sprzeciwiam. Wiec mam z nimi na pienku i sie nienawidzimy. Wiedza, ze ze mna nie moga sobie pozwolic i za to mnie nie nawidza.  Reszta to dupolizy ktore sa zawsze po ich stronie. Wiec bede tam sama przeciw wszystkim. Udalo mi sie wyrwac do lepszej pracy i lepszymi ludzmi a tu dupa. Musze isc spowrote. No ale chociaz odpoczelam 1.5 roku od nich. Zobaczymy co bedzie dalej.

Idz do pracy. :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×