Skocz do zawartości
Nerwica.com

borderline a osobowość histrioniczna


chiha

Rekomendowane odpowiedzi

w jaki sposob w psychologii klinicznej rozroznia sie te dwa zaburzenia?

 

uczestniczylam w wykladzie dr Drozdowskiego, mówił, że aż 74 % cech HPD to również cechy BPD i że głównym kryterium rozniacym je jest autoagresja i GNIEW.

 

znam paru borderow, ktorzy też "Cierpia" gdy nie znajduja sie w centrum uwagi, tak samo, np autorka ksiazki "uratuj mnie" miala wpisane w karcie z wypisu ze szpitala ;) - teatralne , prowokacyjne zachowania, sklonosci do uwodzenia. a jednak border.

 

 

na terapii grupowej moja kolezanka dostała diagnozę HPD wlasnie, a przez cale trzy miesiace bylam prawie pewna, że to borderline. choc przyznaje, ze lubila byc w centrum, byla bardzo egocentryczna, zachowywala sie, jakby jej problemy były najważniejsze i najbardziej powazne z calej grupy.

 

pytam z czystej ciekawosci, zalezy mi na poznaniu punktu widzenia psychologa oraz uzytkownikow. :)

Edytowane przez Gość

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ja sie w ogóle spotkałam z takim ujęciem, że rozmaite zaburzenia są podawane z tym dodatkowym dopiskiem 'borderline' (czyli nie po przecinku, tylko właśnie jako wymiar innego zaburzenia, czy struktura jak wyżej kite, napisał). nie ogarniam do końca tematu, brakuje mi fachowej literatury.

 

co do rozróznienia między HPD, a BPD to leżą w tej samej wiązce (B) dramatyczno-niekonsekwente (ICD), więc są dość blisko spokrewnione. wg klucza icd jest masa różnic; w BPD występuje zaburzenie tożsamości, autoagresja, zaburzone relacje z ludźmi, itd, obraz kliniczny HPD jest dużo uboższy. opiera sie głównie na teatralności i wywieraniu wpływu na innych, ale skoro mówicie, ze w praktyce tak ciężki te 2 typy rozróżnic to sama nie wiem :?

 

-- 07 maja 2012, 16:16 --

 

chiha,

znam paru borderow, ktorzy też "Cierpia" gdy nie znajduja sie w centrum uwagi, tak samo, np autorka ksiazki "uratuj mnie" miala wpisane w karcie z wypisu ze szpitala - teatralne , prowokacyjne zachowania, sklonosci do uwodzenia. a jednak border.

 

mnie to pachnie takim klimatem, że jeśli jesteś w centrum uwagi to jesteś akceptowana i jest spoko. a jeśli przestajesz w nim być, to tak, jakby ludzie się odwracali, odrzucali Cię i to dość jawnie. może to o ten kierunek myślenia chodzi? co do prowokacji, uwodzenia, to owszem, to jest typowe dla bpd. moze borderowi chodzi o to, żeby wkupić się wczyjeś łaski, zdobyć jego akceptacje choćby i ciałem, seksualnością? mnie tak kiedyś powiedziano. że uwodzę każdego faceta jaki stanie mi na drodze, żeby ubezpieczyć się przed jego odrzuceniem. tak, jakby moja osoba nie wystarczała do tego, żeby mnie polubić, muszę do tego jeszcze kupczyć ciałem jako takim bonusem. :roll:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

co do prowokacji, uwodzenia, to owszem, to jest typowe dla bpd. moze borderowi chodzi o to, żeby wkupić się wczyjeś łaski, zdobyć jego akceptacje choćby i ciałem, seksualnością? mnie tak kiedyś powiedziano. że uwodzę każdego faceta jaki stanie mi na drodze, żeby ubezpieczyć się przed jego odrzuceniem. tak, jakby moja osoba nie wystarczała do tego, żeby mnie polubić, muszę do tego jeszcze kupczyć ciałem jako takim bonusem. :roll:

To, to, to...

Dla mnie cielesność to kolejny "element", który może przyczynić się do mojej chwilowej samoakceptacji poprzez akceptację czy cokolwiek więcej ze strony innych.

Muszę, po prostu muszę zwracać uwagę... :roll:

Nienawidzę poznawać chłopaków koleżanek. Raz, wolę uważać, iż to niepotrzebne - bo i po co?, dwa - nie potrafię oprzeć się pokusie, by spojrzeć na danego jegomościa jakoś tak bardziej podmiotowo, w rodzaju "lub, mnie ej...".

Dobra, chyba majaczę, zmywam się.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dla mnie cielesność to kolejny "element", który może przyczynić się do mojej chwilowej samoakceptacji poprzez akceptację czy cokolwiek więcej ze strony innych.

Muszę, po prostu muszę zwracać uwagę... :roll:

Nienawidzę poznawać chłopaków koleżanek. Raz, wolę uważać, iż to niepotrzebne - bo i po co?, dwa - nie potrafię oprzeć się pokusie, by spojrzeć na danego jegomościa jakoś tak bardziej podmiotowo, w rodzaju "lub, mnie ej...".

indeed, my Dear :D jeśli jegomość jest uwodzony i widzisz, że leci na Ciebie, to raczej niemożliwe, żeby Cię nie lubił neee? to jest właśnie takie zboczenie, przecież wiem, że nie chce spać z którym kolwiek z facetów moich koleżanek, ale mam jakąś absurdalną wewnętrzną potrzebę, żeby mnie lubili, najlepiej bardziej niż własne dziewczyny. więc zabawiam, prowadzę inteligentne rozmowy, rozbawiam, wdzięcze się. przed laty posypała mi sie przez to pewna przyjaźń , aczkolwiek do dziś utrzymuję, że nie jestem niczemu winna :mrgreen:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

indeed, my Dear :D jeśli jegomość jest uwodzony i widzisz, że leci na Ciebie, to raczej niemożliwe, żeby Cię nie lubił neee? to jest właśnie takie zboczenie, przecież wiem, że nie chce spać z którym kolwiek z facetów moich koleżanek, ale mam jakąś absurdalną wewnętrzną potrzebę, żeby mnie lubili, najlepiej bardziej niż własne dziewczyny. więc zabawiam, prowadzę inteligentne rozmowy, rozbawiam, wdzięcze się. przed laty posypała mi sie przez to pewna przyjaźń , aczkolwiek do dziś utrzymuję, że nie jestem niczemu winna :mrgreen:

Dokładnie, przecież (raczej) nigdy z żadnym się nie spotkam, ale nawet, jeśli "to nie mój typ" muszę wypaść dobrze, jak najlepiej, muszę się podobać i widzieć w jego oku jakiś błysk.

Brak poczucia winy? Owszem, bo co Ty (ja, ktokolwiek) zrobiłaś? Ano nic, byłaś "tylko sobą", jak zawsze zresztą, a to on... no i ona, powinna go przecież przypilnować, prawda?

:roll:

Ajs, to nie brzmi zbyt ładnie...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dla mnie cielesność to kolejny "element", który może przyczynić się do mojej chwilowej samoakceptacji poprzez akceptację czy cokolwiek więcej ze strony innych.

Muszę, po prostu muszę zwracać uwagę... :roll:

Nienawidzę poznawać chłopaków koleżanek. Raz, wolę uważać, iż to niepotrzebne - bo i po co?, dwa - nie potrafię oprzeć się pokusie, by spojrzeć na danego jegomościa jakoś tak bardziej podmiotowo, w rodzaju "lub, mnie ej...".

indeed, my Dear :D jeśli jegomość jest uwodzony i widzisz, że leci na Ciebie, to raczej niemożliwe, żeby Cię nie lubił neee? to jest właśnie takie zboczenie, przecież wiem, że nie chce spać z którym kolwiek z facetów moich koleżanek, ale mam jakąś absurdalną wewnętrzną potrzebę, żeby mnie lubili, najlepiej bardziej niż własne dziewczyny. więc zabawiam, prowadzę inteligentne rozmowy, rozbawiam, wdzięcze się. przed laty posypała mi sie przez to pewna przyjaźń , aczkolwiek do dziś utrzymuję, że nie jestem niczemu winna :mrgreen:

Przybijam piątkę ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

i ja! i ja! :D ładnie/nieładnie, oprócz braku poczucia winy pozostaje jeszcze złość, że jak to? TY- mężczyzno, możesz być wpatrzony maślanymi ślepiami w ten swój puch marny stojący obok, choć na codzień niczego sobie, ale teraz właśnie taki, a nie inny, skoro ja tu jestem i błyszczę dramatycznie rozpaczliwą zajebistością?!

 

chyba bedzie lepiej jak se pójde spać...

 

zarzuciłabym afobam do sertraliny, ale boje sie, że znowu sie zbudze o 14.00

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

dzięuję Wam wszystkim za odpowiedzi!! :)

 

ja sama, mimo ze słyszalam parę razy diagnozę borderline, czy osobowość chwiejna emocjonalnie, odnajudję w sobie trochę cech os. histrionczinej. Oczywiscie, mysle ze analizowanie tego nie jest mi jakos bardzo potrzebne do szczescia :) ale po porstu ostatnio sie nad tym zastanawialam..

 

jesli chodzi o "uwodzenie " ,to ja NIGDY, powaznie, nigdy nie uwazalam sie za atrakcyjna dla fectow osobę. dopoki nie "odkryłam " alkoholu. Po 'libacji" czesto slyszalam ze zachowywalam się prowokująco, czy uwodzaco wlasnie, co nie jest szczegolnie dziwne zwelaszcza ze odzyskiwalam niejednokrotnie swiadomosc np w ramionach jakiegos gościa. :/

w kazdymr azie, mam wrazenie, ze u mnie to też było strasznie mocno zwiazane z potrzeba czucia sie akceptowaną bądź z OGROMNĄ (wtedy) potrzebą bliskosci, taka, ktorej nie dalo sie odroczyc. skoro tak jej potrzebowalam, to nie robilo mi roznicy czy akurat sie "szmace" czy ktos do mnie zarywa. Po prostu fajnie bylo poczuc te namiastke bliskosci, kogos przy sobie. a ze fizyczna jest najprostsza to w sumie.. spoko? :roll: czasami też uzywanie swojego ciała w taki sposob pelnilo dla mnie autoagresywną funckję. "nie zaslugujesz na nic innego, nie mozesz byc kochana, jedyne co mozesz osiagnac to bycie dla kogos pociagajaca fizycznie".

 

czym zatem wg Was rozni sie uwodzenie bpd od uwodzenia hpd?

 

zielona mietowa, wydaje mi sie ze Ty bardzo trafnie napisalas, ze jest ogromna roznica w obrazie klinicznym tych dwoch zaburzen. border jest swietnie opisany, powstalo mnostwo prac na jego temat, ksiazek itd itp, a hpd jest strasznie ubogi.

 

moja dobra kolezanka, obecnie leczaca sie na 7f ;) (poznała Cię, kite :D ), ktora ma diagnoze bpd, tez czesto mi powtarzala, np. ze zdarza jej sie celowo "wzmacniac", wyolbrzymiac reakcje emocjonalna, zeby tylko ktos jej pomogl, dostrzegł ją ,potraktował na serio... bardzo cienka granica dzieli wg mnie te dwa zaburzenia. ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

chiha,

ja poznałam dość dobrze jednego histrionika i powierzchownie kilku borderów. Największą różnicą miedzy nimi było dla mnie nieszczerość, ściema, którą na masywna skale uprawiał histrionik. Po prostu ktoś nieprawdziwy, wymyślajacy siebie i własne wersje rzeczywistości, na użytek kolejnych ludzi i nowych sytuacji. A wszystko to jakby nieświadomie, bezwiednie. Bajędy, kłamstwa, na dłuższa metę zaczynały się sypać, co go chyba niezbyt ruszało. Wtedy powstawała nowa historia, tłumacząca wszystkie poprzednie. Borderów odbierałam jako bardziej szczerych w swoim zachowaniu. Ale histrioników jest zdaje sie wiele "podtypów", poza tym to wszystko moje subiektywne wrażenia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

cudak, mój terapeuta podejrzewa u mnie osobowość histrioniczną i niestety muszę się zgodzić z cechami, które opisałaś :oops:

 

Kiedyś też czułam się mało atrakcyjna. W czasie, kiedy koleżanki miały pierwszych chłopaków na koloniach i szkolnych dyskotekach, ja nigdy nie miałam ;) Pewnie dlatego, że wolałam być "kumplem", przeklinałam, chodziłam po drzewach i lubiłam świńskie kawały. Więc z końcem gimnazjum zaczęłam sobie odbijać i "testować", czy potrafię uwodzić, czy na mnie "lecą", bawiłam się tym, jednocześnie rozpaczliwie pragnąc uwagi. Upatrywałam w tym potwierdzenia swojej kobiecości.

ALE - teraz czuję się atrakcyjna, podobam się sobie - a wcale mi nie przeszło :?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Po prostu fajnie bylo poczuc te namiastke bliskosci, kogos przy sobie. a ze fizyczna jest najprostsza to w sumie.. spoko? :roll: czasami też uzywanie swojego ciała w taki sposob pelnilo dla mnie autoagresywną funckję. "nie zaslugujesz na nic innego, nie mozesz byc kochana, jedyne co mozesz osiagnac to bycie dla kogos pociagajaca fizycznie".

Miewałam, miewam ogromną potrzebę fizycznego zbliżenia się "do" często totalnie wbrew mnie samej, byleby sobie dokopać, jak najboleśniej, pokazać (mi, nie delikwentowi), jak dalece jestem ohydna (w swoim postępowaniu?).

W momencie, gdy nienawidzę siebie doszczętnie (o, czyli tak, jak obecnie - np.), jestem gotowa naprawdę na wiele.

I czego oczekuję?

W zasadzie zbawienia. Tego, że nagle zjawi się ktoś, kto powie: "dziewczynko, nie trzeba". "Nie musisz uderzać w siebie".

:cry:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

jesli chodzi o "uwodzenie " ,to ja NIGDY, powaznie, nigdy nie uwazalam sie za atrakcyjna dla fectow osobę. dopoki nie "odkryłam " alkoholu. Po 'libacji" czesto slyszalam ze zachowywalam się prowokująco, czy uwodzaco wlasnie, co nie jest szczegolnie dziwne zwelaszcza ze odzyskiwalam niejednokrotnie swiadomosc np w ramionach jakiegos gościa. :/

w kazdymr azie, mam wrazenie, ze u mnie to też było strasznie mocno zwiazane z potrzeba czucia sie akceptowaną bądź z OGROMNĄ (wtedy) potrzebą bliskosci, taka, ktorej nie dalo sie odroczyc. skoro tak jej potrzebowalam, to nie robilo mi roznicy czy akurat sie "szmace" czy ktos do mnie zarywa. Po prostu fajnie bylo poczuc te namiastke bliskosci, kogos przy sobie. a ze fizyczna jest najprostsza to w sumie.. spoko? czasami też uzywanie swojego ciała w taki sposob pelnilo dla mnie autoagresywną funckję. "nie zaslugujesz na nic innego, nie mozesz byc kochana, jedyne co mozesz osiagnac to bycie dla kogos pociagajaca fizycznie".

 

czym zatem wg Was rozni sie uwodzenie bpd od uwodzenia hpd?

 

zielona mietowa, wydaje mi sie ze Ty bardzo trafnie napisalas, ze jest ogromna roznica w obrazie klinicznym tych dwoch zaburzen. border jest swietnie opisany, powstalo mnostwo prac na jego temat, ksiazek itd itp, a hpd jest strasznie ubogi..

chiha, u mnie ta atrakcyjność jest bardzo zmienna. raz wydaję się sobie super, innym razem żenująca (głównie w zależności od wagi <50 kg git, 51 kg> dno. ale podchodziłam do tego na zasadzie, że chociaż nie jestem atrakcyjna, to w jakiś magiczny sposób znajduję uwagę płci męskiej. ba, mówiąc kolokwialnie, bywa, że chóralnie na mnie lecieli. co im sie we mnie tak podobało? nie wiem i chyba nie chce wiedzieć, bo i tak bym nie uwierzyła.

zastanawia mnie ta funkcja autoagresywna. po pierwsze w trakcie takich sytuacji jakby odcinam swoje emocje, wydaje mi się, że nie czuje kompletnie nic, że jestem taką pustą plastikową, mechaniczną lalką. no i miewam nieprzyjemne refleksje, takie pijackie przebłyski np w trakcie całowania się z pewnym żonato-dzieciatym kolegą o dość lumpiarskim pochodzeniu, myślałam "ja chrzanie, dziewczyno ty wiesz co ty robisz? dla czego z kimś takim? uprzedmiotawiasz się do bólu!!", albo "chryste, ale z tego faceta jest kawał ch. tak perfidnie zdradzać ze mną swoją dziewczynę" i co? i nic, kontynuowałam. :twisted:

czym dokładnie sie różni w hpd od bpd? bo ja wiem? za cienka jestem w te klocki, żeby wiedzieć na pewno, ale na mój gust, border traktuje fizyczność-seksualność instrumentalnie, narzędziowo, chcąc zyskać akceptację własnej osoby, własnych emocji, a u histrionika to bardziej te przerysowane, sztucznie nadmuchane emocje są narzędziem do osiągnięcia seksualności-cielesności, która jest u niego bardziej w centrum, poniekąd priorytetowa? z bordera wnętrze się wylewa, histrionik manifestuje płytkie emocje.

 

Miewałam, miewam ogromną potrzebę fizycznego zbliżenia się "do" często totalnie wbrew mnie samej, byleby sobie dokopać, jak najboleśniej, pokazać (mi, nie delikwentowi), jak dalece jestem ohydna (w swoim postępowaniu?).

W momencie, gdy nienawidzę siebie doszczętnie (o, czyli tak, jak obecnie - np.), jestem gotowa naprawdę na wiele.

I czego oczekuję?

W zasadzie zbawienia. Tego, że nagle zjawi się ktoś, kto powie: "dziewczynko, nie trzeba". "Nie musisz uderzać w siebie".

:cry:

Atalia, to tak jak pisałam wyżej. nie do końca rozumiem po co robię rzeczy, z których nie jestem zadowolona :bezradny: ochoczo posuwam się do czynów, które pokazują mi, jak nisko upadłam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja właśnie na teście MMPI miałam os. histrioniczną a psychiatra zdiagnozował mnie jako dyssocjalną (też ta sama wiązka). Wszystko to, o czym piszecie: uwodzenie, faceci - już nie będę opisywać - bo mogę się podpisać pod tym, co już napisałyście :smile: Sama bym chciała wiedzieć, jaka jest różnica między bpd a hpd i jak tak się bardziej zastanowię, to mówiąc prostym językiem - wydaje mi się, że histrio jest bardziej "pusty" (taka typowa pustaczka - sorki bez obrazy, nie wiem jak to ująć :mrgreen: ) a bpd bardziej bogaty wewnętrznie i odczuwający... Ale nie mam pojęcia. Ja uwodzę "na okrągło" świadomie bądź nie, ogólnie bawi mnie to i jestem z tego zadowolona, lubię być zauważana :smile:

 

Niech pomyślę... U mnie uwodzenie a) ma jakiś cel - np. muszę coś uzyskać albo kogoś udobruchać, żeby coś tam MIEĆ i wtedy uwodzę i mi się to udaje, b) chcę być w centrum uwagi, akurat mam taki nastrój, c)żeby wszyscy widzieli "moją zajebistość" :mrgreen: (w sensie - dokopię innym - hahaha, niech się czują gorsi, odpłacę się, a facet niech poczuje swoją słabość, hahaha :mrgreen: ) Trochę drastycznie to opisuję, ale chcę obrazowo bardziej jakoś to ująć,żeby było łatwiej może z tym histrionikiem. Dodam, że akurat nie ubieram się wyzywająco (co niby w/g histrionicznej os. występuje), ale, że tak powiem, podkreślam to, co mam do podkreślenia, ale: żadne "golizny" nie wyłażą :lol: Ale - był taki czas, kiedy uwodziłam, żeby w jakiś sposób dokopać SOBIE - rzucałam facetów i nie chciałam ich znać z obawy przed krzywdą i odrzuceniem. Teraz zostało tylko to, co opisuję powyżej, jednak jest w tym pewna "rozpacz" i "dramat" bordera, bo nie jestem z kamienia.

 

Aha - dla mnie uwodzenie to też "czarowanie" - jak chcesz to możesz być ok i czarujesz, ale jak nie to jedzieeeeeeesz po bandzie z ludźmi - i ja tak własnie robię :roll:

 

 

Mi się wydaje, że histrionik uwodzi bardziej "na pusto" a border "na dramatycznie i emocjonalnie" a z kolei dyssocjal "na materialnie" , ale czy ja wiem... Nie jestem ekspertem...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

hmm a może jednak trochę uwodzę?

 

tak rozpaczliwie pragnę akceptacji, wsparcia, czucia się dla kogoś ważną, że bywa, że przekraczam granicę kontaktów przyjacielskich. Sama nie wiem. chcę się czuć wyjątkowa i zaopiekowana, stąd też mimo wszystko, ciągnie mnie chyba do osób dominujących, silnych, często traktujących mnie niekoniecznie dobrze. Terapeutka wiąże to z faktem, że mój ojciec był bardzo impulsywny, stosował wobec mnie przemoc i miałam ciągle poczucie, że muszę się BARDZO starać, żeby był ze mnie dumny. :roll:

 

obecnie mam faceta i wiecie, co zauważyłam? że albo nie jestem gotowa na związek, albo przeżywam totalnie nieadekwatnie to, co się dzieje.

 

Po pierwsze : im on chce być bliżej emocjonalnie, im częściej mówi, że mu zależy, że mnie kocha, tym intensywniej mam w głowie dwie myśli: izolacja i ucieczka. nie potrafię tego wytłumaczyć, ale znacznie lepiej funkcjonowałam, gdy on mnie odrzucał, a ja byłam zakochana i cierpiałam. Teraz każdy przejaw stabilizacji mnie...może nie nudzi, ale ogranicza? i zwykle go niszczę albo "ubarwiam" nasze spotkania używkami, tu alkohol, tam jakieś dragi...

 

po drugie: nie radzę sobie z poczuciem zależności. Mam mury zamiast normalnych granic, odczytuję czasem zwykłe zapytanie o to, co robię popołudniu jako naruszanie prywatności i próbę odebrania mi niezależności. To nieadekwatne, ale mam wrażenie, że będąc w związku, stałam się czyjąś wlasnością; to chyba wiąże się ze słabym poczuciem tożsamości, strachem przed "zlaniem się" z drugą osobą, zatraceniem poczucia odrębności. Nie wiem. Ale wzbudza to moją agresję i zniechęca do spotkań.

 

no i tak się zamykam, chcę-nie chcę, jednego dnia czuję to, co opisałam, drugiego już coś innego. Baaardzo męczę tym siebie, bo ciężko mi ujawniać coś, co za parę godzin może nie być już przeze mnie odczuwalne.

 

czy któraś z Was miała podobnie?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

chiha, taa... Znam konieczność łowienia osób silnych, jak sama określasz: "dominujących", nieosiągalnych i trudnych, ale u mnie wynika to bardziej z 'zamiłowania' do sięgania po to, co tak strasznie ciężko jest dosięgnąć... - 'sytuacja' sprawia, iż wrzucam się na wysokie obroty, muszę być niemalże idealna - zabawna, błyskotliwa, śliczna, mądra i inteligentna, nie mogę pozwolić sobie na chociażby chwilę odpoczynku, poluzowania...

 

Co do związku - piszesz, iż boisz się ograniczania. Ja jednak zawsze bardziej niż na ograniczanie cierpiałam na nudę, spokój i stan "dobrze", który aż prosi o to, by go zwichnąć. Obawa, iż ja się znudzę, choć, ostatecznie, to mnie nudzono. Spokój - stan ekstremalnego zawieszenia i oczekiwania na tąpnięcie, którego - gdy brakowało, sama prowokowałam, tyle, iż swoiste trzęsienie ziemi... Ograniczanie - straszna rzecz... Poczucie, iż mogę zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu, jeśli tylko pozwolę się spacyfikować. Naturalnie, nie przeszkadza to temu, bym sama podejmowała próby zaanektowania danej osoby.

 

Ostatnio terapeutka stwierdziła, iż odchodzę, gdy uznam, iż któreś z nas (ja, bądź 2. osoba) nie jest Ubermenschem. Ohydnie celne... Boję się, iż nie jestem w stanie sprostać oczekiwaniom i wizji na mój temat (of course - jestem gorsza niż myślisz), przeraża mnie fakt, iż zaraz się mną rozczaruje, tymczasem, to przeważnie ja jestem ohydnie zniesmaczona i sprowadzona na ziemię, bo dany 'ktoś' nie jest jednak (jak to - nie?!) ideałem...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

dziękuję za odpowiedź :*

 

Znam konieczność łowienia osób silnych, jak sama określasz: "dominujących", nieosiągalnych i trudnych, ale u mnie wynika to bardziej z 'zamiłowania' do sięgania po to, co tak strasznie ciężko jest dosięgnąć... - 'sytuacja' sprawia, iż wrzucam się na wysokie obroty, muszę być niemalże idealna - zabawna, błyskotliwa, śliczna, mądra i inteligentna, nie mogę pozwolić sobie na chociażby chwilę odpoczynku, poluzowania...

 

coś w tym jest także u mnie.

akceptacja ze strony osoby silnej i dominującej daje mi więcej satysfakcji i podnosi samoocenę. Poza tym, mimo wszystko, zachowuję się normalniej, gdy wchodzę w relację doświadczając poczucia akceptacji warunkowej.

 

 

Co do związku - piszesz, iż boisz się ograniczania. Ja jednak zawsze bardziej niż na ograniczanie cierpiałam na nudę, spokój i stan "dobrze", który aż prosi o to, by go zwichnąć. Obawa, iż ja się znudzę, choć, ostatecznie, to mnie nudzono. Spokój - stan ekstremalnego zawieszenia i oczekiwania na tąpnięcie, którego - gdy brakowało, sama prowokowałam, tyle, iż swoiste trzęsienie ziemi... Ograniczanie - straszna rzecz... Poczucie, iż mogę zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu, jeśli tylko pozwolę się spacyfikować. Naturalnie, nie przeszkadza to temu, bym sama podejmowała próby zaanektowania danej osoby.

 

:shock:

 

mam i-den-ty-cznie. Pragnienie akceptacji, spokoju, bezpieczeństwa - ale i niszczenie tego. Kiedy zaczyna być własnie DOBRZE, ja zaczynam się nudzić i bawić się w używki, przyciąganie-odpychanie... dokładnie!wtedy, gdy robi się stabilnie i spokojnie, mnie dopadają wątpliwości - czy na pewno mi na nim zalezy? a może nic nie czuję?

z tego względu np. nie jestem w stanie obecnie napisać mu nawet miłego smsa, kiedy ,powiedzmy,zalewa mnie fala czułości w Jego stronę. Bo przecież za godzinę mogę czuć, że chcę się z nim rozstać, bo jest mi obojętny.

Trzymam dystans, ponieważ czuję, że pęknie mi serce, gdy przestaniemy być razem i go zranię, więc robię wszystko, żeby nie pozwolić mu się angażować.

 

gdy powiedział, że mu zależy i mnie KOCHA (to słowo mnie kure.wsko przeraziło), zaczęłam uciekać. Unikać spotkań, izolować się..

 

jest źle, gdy czuję się samotna, wtedy 'pustka' uderza we mnie ze zdwojoną siłą, ale gdy jestem z kimś, jest gorzej. Jeśli chodzi o objawy, to przeżywam mega tragedię. Chudnięcie, używki, kłamstwa, manipulacje. codziennie jestem na jakichś prochach. :(

 

 

Ostatnio terapeutka stwierdziła, iż odchodzę, gdy uznam, iż któreś z nas (ja, bądź 2. osoba) nie jest Ubermenschem. Ohydnie celne... Boję się, iż nie jestem w stanie sprostać oczekiwaniom i wizji na mój temat (of course - jestem gorsza niż myślisz),

 

klasyka.

 

przeraża mnie fakt, iż zaraz się mną rozczaruje, tymczasem, to przeważnie ja jestem ohydnie zniesmaczona i sprowadzona na ziemię, bo dany 'ktoś' nie jest jednak (jak to - nie?!) ideałem...

 

jak Ty przeżywasz fakt, że kogoś porzucasz? że się rozstajecie? że ten ktoś może cierpieć?

 

osobiście NAPRAWDĘ nie mogę tego znieść, nie chcę fundować komuś tego, co ja czułam przez lata. to nie tak, że się kreuję na jakąś niewyobrażalnie empatyczną osobę, piszę poważnie. :(

ale gdy słyszę, że zmieniam Jego życie, jestem dla niego ogromnie ważna, to wpadam w panikę.

 

w strachu przed tym, że mogę go zranić, ranię siebie. i właśnie sobie uświadomiłam, jak bardzo. niedługo się uzależnię od ćpania;

co jest najlepsze na zmęczenie ? prochy

na nudę ? prochy

na chęć, żeby się nażreć ? prochy

na wątpliwości w związku ? prochy

na to, że jestem w złym nastroju a mamy się spotkać i nie chcę się na nim wyładować ? prochy.

 

zniknęłam z terapii, bo wiem, że w kontrakcie miałam napisane, że zero używek. Schudłam z 10 kg, zaczynam wyglądać kiepsko i mi wstyd. Błędne koło. Boję się zadzwonić do terapeutki. :(

 

wiem, że te wszystkie negatywne emocje są potęgowane przez sesję. Miałam pięć egzaminów w tygodniu, spałam po 3 h, jestem zmęczona i przeciążona. Czekam na ostatni egzamin, może wtedy się emocjonalnie ogarnę i zacznę zachowywać normalnie ?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

mam i-den-ty-cznie. Pragnienie akceptacji, spokoju, bezpieczeństwa - ale i niszczenie tego. Kiedy zaczyna być własnie DOBRZE, ja zaczynam się nudzić i bawić się w używki, przyciąganie-odpychanie... dokładnie!wtedy, gdy robi się stabilnie i spokojnie, mnie dopadają wątpliwości - czy na pewno mi na nim zalezy? a może nic nie czuję?

z tego względu np. nie jestem w stanie obecnie napisać mu nawet miłego smsa, kiedy ,powiedzmy,zalewa mnie fala czułości w Jego stronę. Bo przecież za godzinę mogę czuć, że chcę się z nim rozstać, bo jest mi obojętny.

Trzymam dystans, ponieważ czuję, że pęknie mi serce, gdy przestaniemy być razem i go zranię, więc robię wszystko, żeby nie pozwolić mu się angażować.

Tak, tak, tak...

Co do fragmentu podkreślonego - u mnie inaczej. Najpierw alkoholowe wyznania "kocham cię" i "wielbię", po czym, kilka godzin później, już na trzeźwo - nie chcę Cię, przerażasz mnie swoją doskonałością i... akcje gwałtownie spadają, już nie jesteś idealny, mam powód ku temu, by rzec "żegnam"...

Dystans... Zawsze, racjonalizując staram się go wypracowywać, ale często projekty kreowania odległości biorą w łeb...

gdy powiedział, że mu zależy i mnie KOCHA (to słowo mnie kure.wsko przeraziło), zaczęłam uciekać. Unikać spotkań, izolować się..

Rozumiem. Co prawda, mnie "kocham cię" nie rusza, nadwerężono w stosunku do mnie to pojęcie i dziś jest ono bardzo wyświechtaną szmatą, nie znaczy nic; ale faktycznie, samo wyznanie niesie ze sobą ładunek pt."chcę być bliżej" etc., i, naturalnie, pora wiać...

jest źle, gdy czuję się samotna, wtedy 'pustka' uderza we mnie ze zdwojoną siłą, ale gdy jestem z kimś, jest gorzej. Jeśli chodzi o objawy, to przeżywam mega tragedię. Chudnięcie, używki, kłamstwa, manipulacje. codziennie jestem na jakichś prochach. :(

Idealne ujęcie.

Nie potrafię być sama, bo boli, ale w bliskiej relacji boli jeszcze bardziej. Włączają mi się paranoje, cały czas się martwię, boję, tęsknię lub czuję się przygnieciona....

Ty - prochy, ja, aktualnie - alko...

jak Ty przeżywasz fakt, że kogoś porzucasz? że się rozstajecie? że ten ktoś może cierpieć?

Zazwyczaj, gdy odchodzę, nienawidzę jednostki tak dalece, że nie interesuje mnie fakt, jak to ją boli, bo, przecież, mnie na pewno boli bardziej.... :roll:

Często też włącza mi się myśl: "będzie ci lepiej beze mnie, w końcu rozczarowałbyś się, w końcu zwichnęłabym cię, tak jest lepiej dla ciebie, mnie łatwo zastąpić, każdy będzie lepszy na moje miejsce..."...

w strachu przed tym, że mogę go zranić, ranię siebie.

Naturalnie... :roll:

Albo kopiesz w ludzi, albo kopiesz w siebie.

Nie chcesz ranić ludzi, więc dręczysz siebie samą.

Dokopywanie sobie to coś, co znam na pamięć i wiem, iż wiele wytrzymam, po co więc niszczyć innych, skoro można własną osobę?

zniknęłam z terapii, bo wiem, że w kontrakcie miałam napisane, że zero używek. Schudłam z 10 kg, zaczynam wyglądać kiepsko i mi wstyd. Błędne koło. Boję się zadzwonić do terapeutki. :(

Myślę, że powinnaś zadzwonić. Spróbować. Wiem, że lepiej podwinąć ogon i uciec, ale - lepiej byłoby się skontaktować, pogadać... Może jeszcze nie wszystko stracone...?

Czekam na ostatni egzamin, może wtedy się emocjonalnie ogarnę i zacznę zachowywać normalnie ?

yyych... życzę Ci tego, ale - wierzysz w to? :-|

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Albo kopiesz w ludzi, albo kopiesz w siebie.

Nie chcesz ranić ludzi, więc dręczysz siebie samą.

Dokopywanie sobie to coś, co znam na pamięć i wiem, iż wiele wytrzymam, po co więc niszczyć innych, skoro można własną osobę?

 

o boże. nie wyobrażasz sobe do jakiego stopnia mnie to uderzyło.

wczoraj pomyślałam praktycznie dokładnie to samo. te same słowa, to samo zdanie.

 

i przy okazji - MUSI być intensywnie, muszę kochać do szaleństwa, cierpieć przez tą głupią miłość albo nienawidzić. jak jest środek , to nie ma nic. nic nie czuję... ?

 

no i to cierpienie. dlaczego nie potrafię budować i realizować się w relacji, której fundamentami są POZYTYWNE emocje?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

i przy okazji - MUSI być intensywnie, muszę kochać do szaleństwa, cierpieć przez tą głupią miłość albo nienawidzić. jak jest środek , to nie ma nic. nic nie czuję... ?

!!!! Cokolwiek, byleby intensywnie!

Czując mam wrażenie, iż istnieję. Jestem. Emocje w pewnym sensie konstytuują mnie...

Apatia to czyste zło. Przeżywając żądam nicnieczucia, ale, najczęściej po eksplozji emocjonalnej, gdy ogarnia mnie owa apatia - nie ma niczego gorszego... :roll:

no i to cierpienie. dlaczego nie potrafię budować i realizować się w relacji, której fundamentami są POZYTYWNE emocje?

Potrafię odpowiedzieć za siebie.

Bo nie wierzę, że może być dobrze.

Bo w napięciu oczekuję, aż coś się spieprzy. Musi się spieprzyć. W końcu musi, bo to takie naturalne...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×