Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Rekomendowane odpowiedzi

Razem z Paradoksy postanowiłyśmy założyć wątek dotyczący relacji w związku, koncentrując się na problemach, które odczuwamy, stresach, paranojach, które nas dopadają i nieraz całkowitej złej interpretacji zachowań partnera.

Chodzi o znajdowanie przeszkód, gdzie ich nie ma, jakby szukanie ich na silę po to, by udowodnić sobie, że nie zasługujemy na miłość, że nie umiemy być w związku, jednocześnie panicznie bojąc się porzucenia, zdarza się, że wręcz to prowokujemy. Aby siebie karać, piętnować, nie znosić.

 

Ja cierpię na zaburzenie borderline i aby zapoczątkować dyskusję, wkleję linka z pewnym artykułem...

http://forum.gazeta.pl/forum/w,35861,129626792,132198290,Re_Zwiazek_z_BPD_jako_trening_swiadomosci_.html

 

Tymczasem zapraszam do dyskusji, przy czym bardzo ważny byłby dla nas udział w niej Eksperta/Psychologa.

 

Basiu, czekam na Twoje refleksje i liczę na owocną wymianę doświadczeń. Chcemy nauczyć się kontrolować emocje, które piszą i wkręcają nam czarne scenariusze, wywołują lęk i rozpacz

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Ląduję w bardzo intensywnych związkach, w których doświadczam wielkiej bliskości i wielkiego odrzucenia. Na przemian czuję się bardzo wartościowy i kompletnie do dupy, a najgorsze jest to, że taka huśtawka mi jest patologicznie potrzebna. Banalne to wszystko. Taki schemat mam wpieprzony do łba od pierwszego oddechu, takie życie znam, inaczej nie umiem.

Gdybym prowadziła pamiętnik to właśnie coś takiego bym w nim napisała ...

patologicznie potrzebna huśtawka, do której jestem zdolna sama doprowadzić po to tylko aby była, panicznie się jej bojąc jednocześnie :hide:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jestem z dziewczyna ponad 6lat, od paru lat ma stwierdzone BPD.

Ja mam stwierdzona fobie spoleczna, wiec moze cos w tym jest ,ze osoby z zaburzeniami sie przyciagaja :P

 

Co do naszego zwiazku, pewnie sami wiecie jak to jest. Sa okresy gdzie pare tygodni, nawet miesiecy jest cudownie (nie liczac malutkich sprzeczek), a potem z dnia na dzien wybuch, krzyki, zlosc, placz, agresja slowna. Trzeba przyznac ,ze czasem mam ochote poprostu odejsc, ale jednak przez ten czas zrozumialem ,ze wtedy nad soba za bardzo nie panuje i nadal jest ta cudowna dziewczyna co przed "atakiem". Przez czas ktory z nia jestem zauwazylem ,ze najlepiej jakos ja objac lub przytulic i sprobowac powoli uciszyc, chociaz trzeba przyznac ,ze czasem to wyglada jak podkradanie sie do lwa :P No i z drugiej strony jesli czasem slyszy sie epitety w swoja strone to zlosc odbija sie na mnie i wtedy poprostu nie mam ochoty na nic i najchetniej bym odszedl ,ale to raczej nie jest rozwiazaniem :P

Osoba z zewnatrz moze powiedziec ,ze jestem z nia poniewaz mam fobie spoleczna i potrzebuje bliskosci. Mialem incydent z inna dziewczyna - czego do dzis zaluje, ale ten wlasnie incydent przekonal mnie ,ze nie potrafilbym byc z zadna inna.

Prawda jest taka ,ze jestem z nia, poniewaz jest cudna z charakteru (nie liczac "atakow"), bystra, no i do tego ladna - a to zawsze plus :D Poprostu zadna inna dziewczyna nie bylaby nia.

A co do partnerow ludzi z BPD - musza byc cierpliwi, wyrozumiali, no i musza zrozumiec mniej wiecej mechanizm tego zaburzenia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

A ja nie mam stwierdzonego bpd, mam "jedynie" zab. depresyjno lękowe + ogólne zab. osobowości (F.60)...

 

jutro zbiorę się w sobie i dopiszę więcej szczegółów..

 

-- 11 sty 2012, 23:57 --

 

Ok,

ostatnio była sytuacja gdzie pokłóciliśmy się z M. o totalną głupotę, napisałam potem posta o tym, że M. mnie wkurzył i aż chcę się pociąć. Teraz brzmi to nieco infantylnie.. ale wtedy targały mną emocje

i wypowiedzi z tamtego czasu brzmią tak:

 

[wkurzona]

nie przez niego tylko przez to jaka jestem..co powoli zaczyna go wkurwiać

 

-- 08 sty 2012, 22:55 --

 

może nie dla mnie szczęśliwe życie u czyjegoś boku

 

 

posty "co się stało?"

moje odp:

 

mam już siebie dosyć

 

Thazek odpowiedział:

, Wiesz masz ciężki charakter co widać czasami

lubisz dopierdolić z grubej rury czasami ale to dobrze bo ja też. Ale mamy dobre serce i po prostu... [...]

 

ja:

co to znaczy "ciężki charakter"?

ja pół życia słuchałam od matki, że powinnam się zmienić

jak się mam zmieniać, to znaczy że to jaka jestem nie jest ok

czyli że im nie pasowałam...

nie zamierzam znowu tego słuchać...

 

już jest po wszystkim, porozmawialiśmy z M.

on nie chce żebym się zmieniała.. jakby chciał to bym tego nie wytrzymała.

 

powiedziałam mu też że czasami mam siebie dosyć i chce ze sobą skończyć.

 

 

potem Korba, napisała, że przechodzi chyba to samo.

na co odpisałam, że:

 

nie powiem że jest idealnie.. ale jestem szczęśliwa u boku M., a ciągle wynajduję jakieś gówna, szczególiki, których się trzymam i sobie cierpię... po cichu

potem jestem wkurwiona że on NIE WIE że cierpię... ale nie powiem tego wprost..dopiero po jakimś czasie potrafię to powiedzieć a póki co wolę się umartwiać..wczoraj wszystko mu wyrzygałam... po 3 godzinach milczenia/płaczu...

wczoraj leciutko sie pocięłam na łydce... niby nic, ledwo krew pociekła, ale traktuję to jak przegraną..

chciałabym pójść do szpitala...ale wiem jednocześnie że to byłaby ucieczka...

ostatnimi czasy ciągle odczuwam marazm , nie widzę celu w życiu, nie chcę mieć tego celu... bo nie lubię siebie, znowu. z każdym dniem zaczynam siebie bardziej nienawidzieć i dziwić się, że ktoś może mnie kochać.

no i znowu się popłakałam...

 

 

bardzo chaotyczne chyba to wyżej, ale po krótce tak to się przedstawia...

 

 

dlaczego to robimy? :cry:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dopiero idę do psychiatry, ale jak sami zobaczycie mam poważne problemy w związkach.

 

W związkach jestem calkowitą egoistką i egocentryczką. Do tego stopnia potrzebuję zainteresowania drugiej osoby, że się okaleczałam w poprzednim związku. Miesiąc temu zostawił mnie facet, bo po prostu nie wytrzymywał. Byliśmy prawie dwa lata razem i na początku wytrzymywał wszystko myślał, że po prostu taki mam charakter i trzymał to wszystko w sobie. Nie raz mówił, żebym wybrała się do psychologa, że nawet pójdzie tam ze mną, ale nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że mam aż taki problem. Wszystko zaczęło się tak naprawdę 4 lata temu od pierwszego poważnego związku. Jestem bardzo samotną osobą i jeśli już z kimś się zwiążę to jest on moim całym światem i skupiam się tylko na nim. W gruncie rzeczy ktoś pomyśli fajnie, że takie mam podejście do faceta, ale dopiero później się przekonuje jaka jestem naprawdę. Jestem chorobliwie zazdrosna, doszukuję się wszystkiego w niczym. Co by mi ktoś nie powiedział ja i tak czegoś się doszukam, żeby się obrazić czy wywołać kłótnię. A jeśli już jestem przy kłótni to jest dla mnie chleb powszedni. Uwielbiam się kłócić, paktycznie robię wszystko, żeby się pokłócić. Gdy krzywdzę kogoś w kłótni to jest dla mnie jak taki kop, który mobilizuje mnie do dalszego "pastwienia się" nad tą osobą. Ostatnio mój były powiedział, że ma dość rozmowy ze mną, bo jutro i tak będę inna i znowu zmienię zdanie. Moje zmienne nastroje, zmiany decyzji mnie po prostu dobijają. W związku potrafię kogoś kochać sekundę później nienawidzić. Na dzień potrafię zmienić zdanie z 10 razy, a większość decyzji nie umiem podejmować sama i muszę mieć wsparcie innych, żeby to oni za mnie zrobilil. Wg mnie zawsze mam rację, a nawet jak jej nie mam to się wykłócam, że ją mam. Wszystko musi być tak jak ja chcę, jeśli czegoś nie dostaję kolejna awantura. Muszę postawić na swoim i mieć ostatnie zdanie przy każdej dyskusji. Póki nie jestem w związku wszystko jest ok, ponieważ jestem sama, nie mam przyjaciół, rodzice żyją w innej bajce. Ale gdy już wchodzę w jakiś związek to całą sobą i wtedy dochodzi do konfrontacji. Gdy mi na kimś zależy to cholernie się boję stracę tę osobę i wychdozi na to, że robię wszystko by ją stracić nie wiedząc o tym. Boję się zawierać znajomośći, bo nie ufam ludziom. Boję się, że odstraszę wszystkich tym jaka jestem. Także mam nadzieję, żę psychiatra da mi odpowiedź co mi jest i będę nad tym pracować :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ciśnie mi się tylko jedno na język...

''nieszczęścia lubią chodzić parami'' :P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

hm.

ja mimo 21 lat nie byłam jeszcze w związku, co uważam za lekką patologię. w okresie dojrzewania baardzo się przejechałam,zostałam upokorzona, a potem nastał dla mnie czas anoreksji, a więc totalnej społecznej izolacji. Ta izolacja zakończyła się jakieś dwa lata temu, a od prawie roku przeszła w jakąś chorą drugą skrajnośc. no i okej, nieważne, że się strasznie uzależniam emocjonalnie od ludzi, ważne, że mimo, że się otwarłam, I TAK dalej nie jestem w żadnym w związku, co odczytuję jako przejaw mojej beznadziei i żałosności...

 

od maja weszłam za to w tysiąc relacji jednonocnych, co prawda nie doszło do czystego seksu (czemu mam wrażenie, że to przez strach przed upokorzeniem? :o ), ale było naprawdę niemal wszystko pozostałe, czasem w sytuacjach, w ktorych zostawalam po prostu wykorzystywana...

 

obecnie jestem w totalnie chorej, wyniszczającej relacji. Jestem zakochana w facecie na maxa zakochanym w mojej przyjaciółce. co wiecej, w tej relacji pełnię funkcję osoby, która go pociesza, zawsze jest przy nim, on nie wie, że ja cokolwiek do niego czuję.

 

to jest kompulsywne pragnienie bliskości, lgnę do niej jak ćma do światła. A jednocześnie w tym zwiazku potwierdzaja się wszystkie moje najgorsze przekonania: że nie zasługuję na miłość, że zawsze muszę być na drugim miejscu, że jestem bezwartościowa..

wynikiem tego są napady szału, na których cierpi moja rodzina, agresja, a w stosunku do mojego kolegi, po prostu podręcznikowe przyciąganie - odpychanie. Potrafię być miła, kochana, wręcz czuję, że pogodzona totalnie z sytuacją. Zero zazdrości, akceptacja, wsparcie, zero złości w którąkolwiek ze stron.

A nagle, w jednym momencie, kiedy np. przyjaciółka dostaje przy mnie smsa od niego, potrafię nie dość, że totalnie zdewaluować JEGO, to jeszcze zareagować paranoicznie (pewnie rozmawiali całą noc, nienawidzą mnie, śmieją się ze mnie) i autoagresywnie , destruktywnie lub depresyjnie.

 

dodatkowo, moja przyjaciółka jest nieco histrioniczna ;-) i o ile na początku bardzo odrzucała, nazwijmy go, "T", o tyle po tym jak zobaczyła, że się do siebie zbliżamy, zaczęła coraz bardziej się do niego przekonywać.

 

Rozpoczęłam relację z T od przyjaźni i czystej sympatii. Parę dni temu, po niedużej w sumie ilości alkoholu, doszło między nami do ewidentnie erotycznej sytuacji, która skończyła się moim nagłym opamietaniem się: NIE DOTYKAJ MNIE, KUR.WA!!!! PRZECIEŻ JESTEŚ ZAKOCHANY W KIMŚ INNYM!!!! CO TY KUR.WA ROBISZ?!?!!? - i wielkim żalem i płaczem, że posłuchał :hide: i hate you, please dont leave me. ta noc mnie dobiła i zmiażdżyła emocjonalnie. i jeszcze ta zazdrość, taka wrecz paranoiczna własnie.

 

nie wyobrażam sobie tak funkcjonwoać dalej. idealizacja, oddanie się w 100 %, zapominanie o sobie, swoich potrzebach, nic się nie liczy, obsesja. potem dewaluacja i rozpacz, potem przez chwilę normalnie ,żeby znów codziennie budzić się z ogromnym lękiem i niepokojem , i olewać całe życie, bo "widocznie nie zasługuję na miłość". Kurw.a zbliża się sesja a ja nie funckjonuje .. :why:

 

to jest dokładnie to. Patologiczna huśtawka. I zdaję sobie sprawę, że to ja sama ją prowokuje. Bliska mi osoba powiedziała niedawno, że kiedy czuję, że ludzie mnie lubią i chcą być blisko, ja zaczynam robić wszystko, żeby przestali...

dodatkowo lawirowanie miedzy uleglosci, ktora czasem bywa wrecz służalcza, a dominacja, taka agresywną. ulegam, bo boję się, że ktoś mnie zostawi, po czym wkurw.iam się, że ta osoba mnie wykorzystuje (sama to prowokuję) i że nie mam BEZWARUNKOWEJ akceptacji, co skutkuje mega zlościa, dewaluacja.

 

nie ogarniam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witam!

 

Ja też tego wszystkiego nie ogarniam :D A pisząc ciut poważniej, zawsze powtarzam, prawie jak mantrę, że zdrowy związek dwojga ludzi to taki, kiedy można uczciwie sobie powiedzieć, że sam (sama) bez partnera (partnerki) mógłbym/ mogłabym żyć całkiem normalnie. I to jest baaardzo zdrowe. Takie podejście pozwala szybciej dojść do siebie nie tylko w przypadku rozczarowania partnerem, w przypadku rozstania, rozwodu, ale też w przypadku straty ukochanej osoby, np. wskutek śmierci.

 

Czy przeciwieństwa się przyciągają? I tak, i nie. W psychologii mówi się, że na zasadzie przeciwieństw powstają tzw. związki zależne. Jako komplementarne elementy, podobnie jak puzzle, partnerzy mają szansę zaspokoić swoje potrzeby, aspiracje i oczekiwania. I to jest OK, bo uzupełniamy się wzajemnie. Z drugiej jednak strony, większość par nie zdaje sobie sprawy z nieświadomych dopasowań scalających związek, dopóki nie pojawią się okoliczności, które unaocznią prawdę o wątpliwej jakości partnerstwa i przyczynią się do wyzwolenia z niegdyś wygodnego układu. Ludzie mogą dobierać się w pary na zasadzie przeciwieństw (ekstrawertyk z introwertyczką, dominujący z uległą itp.) ze względu na problemy emocjonalne, chęć uzupełnienia deficytów w jakiejś sferze, ale związek przestaje być wówczas funkcjonalny. Nosi znamiona patologii, bo jego zadaniem jest zabezpieczanie dwojga ludzi przed dyskomfortem i frustracjami. "Nie odejdę od niej, bo ona jest taka, taka i tata. Dzięki niej przecież..." - to się nazywa racjonalizacja. Człowiek zaczyna sam szukać argumentów, żeby przekonać siebie, że robi słusznie. Szuka alibi dla własnych wyborów :)

 

Związki zależne tworzą się często na zasadzie przeciwieństw z tego względu, że partnerzy mają szansę zaspokoić swoje potrzeby lub przetrwać, ale też niestety utrwalić nierozwiązany konflikt z przeszłości czy problem emocjonalny. Dlatego powstają związki opiekuńcze typu rodzic-dziecko (przedłużenie relacji symbiotycznej matka-dziecko), związki wspierające typu lalka-ojciec czy zwiazki wychowawcze typu pan-sługa. Wszystkie te związki mają charakter zależny i wynikają z jakichś nierozwiązanych problemów z przeszłości, błędów rodziców itp. Aby nie popaść w wyuczone schematy zachowań, należy zastanowić się nad relacją i porozmawiać z partnerem o swoich potrzebach i uczuciach. Kluczem do trwałości związku jest bowiem ciągła praca nad nim i skuteczna komunikacja dwojga bliskich sobie osób.

 

Zachęcam do dalszej wymiany zdań :)

 

Pozdrawiam

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

dlaczego będąc w szczęśliwym związku (kochamy się) szukam problemów na siłę? skupiam się na złych stronach wszystkiego

robię karczemną awanturę o to, że nie mogę znaleźć skarpetki do pary, albo płaczę z powodu maltretowanych zwierząt?

nie potrafię już chyba szczerze się śmiać...

odbija się to na moim partnerze :( i tak jest mega wyrozumiały..

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Moje pytanie kieruje do ekspert_abcZdrowie.

 

Czy można prosić o dokładniejszy opis wspomnianych typów związków?

Cyt: "Dlatego powstają związki opiekuńcze typu rodzic-dziecko (przedłużenie relacji symbiotycznej matka-dziecko), związki wspierające typu lalka-ojciec czy zwiazki wychowawcze typu pan-sługa."

 

Czy może zaistnieć sytuacja, że kobieta z os. zależną (symbiotyczną) wejdzie w związek typu rodzic-dziecko jednak paradokslanie to ona w tym związku będzie odgrywać rolę matki dla partnera?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

paradoksy, trudno mi stwierdzić przez Internet, dlaczego robisz partnerowi awantury z błahych powodów i skupiasz się tylko na negatywnych aspektach Waszej relacji. Nie wiem, bo Cię nie znam. Może masz taką naturę, że widzisz wszystko w czarnych barwach, może masz jakieś problemy natury neurotycznej, może nie nauczyli Cię rodzice, co to znaczy prawdziwie kochać, może jesteś zbyt wymagająca dla partnera? Nie wiem... Mogę tylko gdybać. Trzeba by było przyjrzeć się osobno Tobie, partnerowi i wziąć na tapetę Waszą relację.

 

etien, zgodnie z Twoją prośbą opisuję dokładniej wspomniane przeze mnie wcześniej typy związków.

- Związki opiekuńcze (typ rodzic – dziecko) – problem w tych związkach wynika z braku zaufania i niezależności. Jedna osoba jest zaradnym opiekunem, a druga to zależny „malec”, który wymaga troski; osoby wchodzą w role, bo jedna wyuczyła się bezradności, a druga może się zrealizować i dowartościować, nosząc w sobie wzorzec nadodpowiedzialności za partnera.

- Związki wspierające (typ ojciec – lalka) – wiek i różnica wieku nie ma znaczenia w tworzeniu tego typu relacji; podobnie jak w poprzednim rodzaju związku, jedna strona staje się opiekunem, a druga – bezradnym dzieckiem, które symuluje choroby, udaje nieporadność, manipuluje, by zyskać uwagę i wsparcie; często też jedna strona wynosi drugą na piedestał, czyli partnerzy wchodzą w role idola i wielbiciela.

- Związki wyzywające (typ wiedźmy – czarujący mężczyźni) – model funkcjonowania tej relacji opiera się na tym, że mężczyzna udaje bezradnego, gdyż czerpie z tego określone benefity, a kobieta sprawia wrażenie silnej i nieugiętej, co w istocie stanowi jedynie pozór.

- Związki wychowawcze (typ pan – sługa) – problem tego rodzaju związku wynika z nierównowagi w zakresie władzy i kontroli; jedna strona ma przewagę, dominuje, staje się autokratyczna, a druga podporządkowuje się, nie sprzeciwia woli partnera; często są to związki, które po odchowaniu dzieci niejednokrotnie rozpadają się.

Czy może zaistnieć sytuacja, że kobieta z os. zależną (symbiotyczną) wejdzie w związek typu rodzic-dziecko jednak paradoksalnie to ona w tym związku będzie odgrywać rolę matki dla partnera?

Jak najbardziej może być taka sytuacja. Osoba zależna może w związku wchodzić w rolę opiekuna, a nie osoby, która potrzebuje być zaopiekowaną, bo przynajmniej w tej jednej sferze - prywatnej - może zrekompensować sobie swoją zależność. Trochę na zasadzie: "Ciągle potrzebuję Twojego wsparcia, w podejmowaniu decyzji zawodowych, podczas robienia zakupów itp., to przynajmniej tutaj się wykażę. Jestem choć troszkę samodzielna, bo mogę się Tobą zaopiekować, ugotować zupę, podać obiad, uprać skarpetki..." I partnerka czuje się choć trochę dobrze, i partner nie narzeka. Ma uprane, poprasowane... Nie do końca zdrowe, ale scalające związek...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A ja czasem zastanawiam sie, gdzie jest granica tego, co jest "przeciwieństwem", a co "podobieństwem"

 

Niedawno zwróciła mi na to uwagę moja terapeutka... Mam tak naprawdę skrzywione spojrzenie na to, co jest "podobieństwem". Niczym z bajce - noooo, chyba musimy być we wszystkim podobni?

Dlatego na początku związku z moim Narzeczonym wydawało mi się, że nie pasujemy i nie przetrwamy... To ON potrafił mi powiedzieć, że akurat to, czy On ma ambę na punkcie porządku, a ja bałaganię (choć, dla odmiany, ja pilnuję np. regularnej dezynfekcji w kuchni i łazience, o czym On czasem zapomina), to, że ja jestem bardziej rozgadana i rozhuśtania, a On (choć to tylko przykrywka, z tego, co zauważyłam :twisted: ), stonowany itd. itp. nie oznacza, że jesteśmy niedopasowani...

 

jesteśmy za to dopasowani w poglądach na świat, w normach etycznych, wizji naszego domu czy wychowywania dzieci... zabawne jest to, że o TYCH podobieństwach sie często nie myśli...

 

a jeśli czasem zaczynam się złościć, że w naszym dniu nasze "energie" się rozmywają (albo potrzeba towarzyskości) - tak naprawdę to, że mi to przeszkadza, zazwyczaj oznacza, że gdzieś mi dzwoni w głowie jakiś inny problem. i nie chodzi o to, byśmy zawsze reagowali tak samo... ale jeśli zbija mnie z tropu, że akurat ma gorszy humor, a ja lepszy, to dociera do mnie, że nijak się to ma do podobieństw czy różnic - po prostu nie mogę być tak zależna od nastrojów drugiej osoby i nieustająco oczekiwać, że zawsze będzie cudownie i idealnie.... TO jest problem, który aktualnie np. wpędził mnie w wybitne pogorszenie nastroju, bo jak już się zestresowałam, to "tak mi zostało", a do tego najprawdopodobniej dołożyło się złe zareagowanie na lek, co dało sumę pt.: myśli "s" przez bity tydzień...

ale przecież takie coś czeka człowieka w KAŻDYM związku... i juz nawet nie tylko na linii kobieta mężczyzna, ale i w Przyjaźni... tylko, że z przyjaciółka nie mieszka się zwykle pod jednym dachem, więc nie jestem wystawiona na jej humory z sposób ciagły ;)

 

 

ekspert_abcZdrowie, dobrze myślę z tymi podobieństwami czy tylko mydlę sobie oczy???? :oops:;)

 

 

paradoksy, też zawsze szukałam dziury w całym. głowa do góry... dobry terapeuta, z którym widzimy się na żywo (bo przez internet nikt nie odpowie na wszystkie pytania) powinien Ci pomóc dojść, co chodzi...

 

mnie czekają jeszcze... lata terapii (teraz - bardziej terapia nerwicy i depresji, potem chce sie skupić na zmianie osobowości, a to już gruuuubsza sprawa ;) ). ale już zaczynam widzieć pewne rzeczy... mści się na mnie życie w świecie fantazji, który mnie ratował przed czym, z czym sobie nie radziłam... a w tym świecie fantazji - jest rycerz na białym koniu, idealnym w każdym calu... rozumiemy się bez słów (choć w zasadzie na co tu narzekam? częstotliwość sytuacji typu: mówimy to samo zdanie w jednym czasie, jako komentarz rzeczywistości... albo jedno o drugim pomyśli, bierze telefon do ręki... i ten telefon mu w ręce zaczyna dzwonić, bo akurat to drugie tez o nim pomyślało :lol: jest całkiem niezła).... nie, teraz już tak nie fantazjuję... ale tak wyszło...

 

do tego - wzorzec wbijany mi do głowy w domu rodzinnym: uśmiechnij się! nic sie nie dzieje! och, to nieważne i tamto też nie-uśmiechnij się! nie pyskuj! etc. etc. jednym słowem - ja nie rozumiem, że miłość PRAWDZIWA nie musi być idealna... a w dodatku, że ta PRAWDZIWA (a nie złudna, niepełna tak naprawdę) miłość wiąże się RÓWNIEŻ z negatywnymi emocjami... dla mnie gorsze dni, podniesienie głosu = komunikat "On mnie nie koooochaaa :why: to już koniec naszego związku :why: "...... ewentualnie "skończę jak moja Mama, muszę uciekać, muszę uciekać!!!" ..... ewentualnie "rany, jest coraz gorzej.... On mnie zostawi... nie, ja będę pierwsza!".... ewentualnie (...).... ewentualnie (...)... itd. ;) na razie udało się rozpracować zaledwie kilka mechanizmów - tzn. dostrzec je... bo naprawienie, to dłuuuuuuuuuuuuuga drooooooooga

 

aaaa i jeszcze jedna "zabawna" rzecz... jeszcze o tym tak na 100% nie rozmawiałam z terapeutka, ale kiedyś przebąknęłam i, sądząc po jej reakcji, dobrze kombinuję ;)

zawsze bujałam się w facetach, którzy mieli mnie w głębokim poważaniu, a ja, jak ten zbity pies, oczekiwałam choć na łaskawe "cześć" i cieszyłam sie wtedy tym co najmniej, jakby mi już facet chodzenie zaproponował :P

za to ci, którzy się mną interesowali... eeee jacyś niemęscy...

 

kiedy tak zaczęłam się nad wszystkim zastanawiać, dotarło do mnie, że pierwszy mężczyzna mojego życia, czyli mój Tata, był wiecznie poza domem (wyjazdy na kontrakty-łącznie kilkanaście lat za granicą... czasem i rok Go nie widziałam). jak już przyjeżdżał, wylewny nie był, sam ma problemy z uczuciami wyniesione z domu rodzinnego.. a do tego nigdy nie pochwalił ("to oczywiste, że jestem dumny"... ), za to krytykować potrafił, ojj potrafił...

"drugi" mężczyzna w moim życiu-mój brat... wściekły na mnie za wszystko i wszystkich. wyładowujący się-dawniej fizycznie i psychicznie, potem już tylko psychicznie, aż do teraz zresztą (ja mam już prawie 28l., on 31)... zawsze uderzający w czuły punkt... a do mnie dotarło do mnie, że ja i tak zawsze marzę, że będzie kiedyś ze mnie dumny, że mnie "polubi", zaakceptuje itd....

 

jednym słowem - zaczynam rozumieć, że dla mnie "męski" facet, to ten, o którego ja walczę, a nie on o mnie... to taki, o którego uwagę muszę zabiegać stając na uszach... a w ogóle, to nie pojmuję, jak "prawdziwy" mężczyzna może mnie DOCENIAĆ I AKCEPTOWAĆ TAKA, JAKA JESTEM... no to przecież nieeeeeemooooożliiiiiiweeeeee... :twisted: albo jest niemęski... albo to tylko przykrywka i wciąż "za mało" mnie poznał... a jak już pozna, to na pewno zostawi (i tu wracamy do wcześniejszych akapitów, bo w końcu nasze schizy lubią się zazębiać ;) )

 

ogólnie rzecz ujmując, jednym z miliona trudnych zadań mojej terapeutki jest przedefiniowanie mojego pojmowania męskości (nie tylko tak, żebym "myślała", ale i UWIERZYŁA W PEŁNI w tę lepszą i... tak naprawdę bardziej prawdziwą wersję ;) )

 

no nic, lepiej już skończę, bo to zaledwie wierzchołek góry lodowej... ;)

 

 

 

aaaaaha, jeżeli trzeba przy tym pisać, co się ma... psychiatra powiedział, że osobowośc chwiejna emocjonalnie, aczkowleik jemu (i słusznie, jak dla mnie ;) ) nie zalezy na precyzyjnym przypięci "etykietki", że akurat bedzie to odmiana X czy Y

i to sie pokrywa z ocena mojej terapeutki - chwiejnośc emocjonalna... jak to okresliła, mam bardzo duz cech z BPD, acz nie jestem typowym BPD, nie mam tego zaburzenia... ale chcąc mnie opisać, mozna siegnąć do tej działki ;) )

 

mój TZ? jak tak sobie przeczytałam post mad_scientist, który sprowokował mnie do sprawdzenia, co to jest F60.5, to wyszło, że mój TZ pewnie zostałby tak sklasyfikowany, hihihi.... aczkolwiek nie traktuję tego w tych kategoriach... raczej pewne upierdliwe życiowo cechy, nad którymi staramy sie pracować, a ta praca idzie lepiej, odkąd sama chodzę na terapię... of course - zaciągniecie mojego TZ na terapię jest awykonalne :twisted: ale za to siłą rzeczy przesiąka różnymi rzeczami (co tydzień, po każdym spotkaniu z terapeutka, rozmawia ze mną, pyta się, co było itd., choć w granicach, które ja wyznaczam). i widzę, że powoli, powoluuuutkuuuu topnieją w Nim pewne rzeczy i uczy sie troszkę zmieniać, albo dostrzegać, że jakaś cecha jest u Niego wyrażona zbyt mocno i np. choć przydatna w pracy, to tak naprawdę Go wypala....

 

nie wiem, co na to nasz ekspert, ale mam nadzieję, że nie popełniamy wielkiego błędu w takim podejściu... na chwilę obecną sklasyfikowanie jakoś mojego TZ nie wiem czy coś by dało ;) chyba raczej dobiło w stylu "no nie, ja też jestem fiu-fiu? :pirate: "

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
ekspert_abcZdrowie, dobrze myślę z tymi podobieństwami czy tylko mydlę sobie oczy???? :oops:;)

Supełek, bardzo podoba mi się Twoje podejście do związków. Czy warto zastanawiać się nad tym, co nas łączy, a co dzieli? Ja bym bardziej koncentrowała się nad tym pierwszym :) Według różnych badań, związki symetryczne, czyli takie, w których partnerzy mają więcej podobieństw niż cech różnych, mają więcej szans na przetrwanie niż związki, które powstają na zasadzie przeciwieństw. To trochę obalałoby powszechne twierdzenie, że przeciwieństwa się przyciągają. Owszem, przyciągają się i to bezsprzecznie, ale często te scalenia nie są trwałe. Dla chcących poczytać podsyłam link: http://portal.abczdrowie.pl/czy-do-siebie-pasujecie. Czy do siebie pasujemy? - czyż tego pytania nie zadaje sobie każde z nas, które jest w związku?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Co do przeciwieństw i podobieństw....

 

Jeśli chodzi o mnie to uważam, że partnerzy aby móc wspólnie budować swój związek muszą wykazywać podobieństwa w systemie wartości, w światopoglądach dotyczących istotnych kwestii majacy wpływ na ich wspólne życie, wspólne decyzje, cele. Muszą mieć podobne oczekiwania co do istoty związku, podobnie to rozumieć. Wykazywać podobieństwa co do tego jak chcą aby wyglądała ich ta wspólna przyszłość, wychowywanie dzieci itp. Dawać sobie nawzajem prawo do realizowania siebie, swojej indywidualności itp.

 

Jednak z drugiej strony często bywa tak, że ludzie w związku uzupełniają się na zasadzie właśnie przeciwieństw: np. ona jest uporządkowana, zna się na liczbach zatem zajmuje się rachunkami, on nienawidzi pracy wymagajacej skrupulatnosci, irytuje go to zatem tego nie robi. On natomiast świetnie organizuje wakacje i jest szczęśliwy, że może się wykazać, a ona jest szczęśliwa, że nie musi o tym myśleć.

Czyli wydawałoby się, że kazdy robi to co najbardziej lubi, w czym się najlepiej czuje, zaś te sfery, w których czuje się gorzej przekazuje partnerowi ku jego zadowoleniu.

 

Czy takie podejście jest w porządku? Czy jednak właśnie takie wydawałoby się niewinne zachowania już dają ryzyko powstania zależności? Gdzie jest ta granica, kiedy coś jest OK, a kiedy już zaczynamy wpadać w zależność?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

etien, to, o czym napisałaś, nie prowadzi do zależności. Nie wpadajmy w skrajność. Nie każde dopasowanie, bazujące na uzupełnianiu się i przeciwieństwach, prowadzi od razu do uzależnienia od partnera. Kiedy kobieta uwielbia organizować wakacje, świetnie się w tym orientuje i sprawia jej to szczęście, a jej partner raczej nie ma zmysłu organizacji ani umiejętności logistycznych, to fajnie kiedy ona przejmie obowiązki, a on np. wyręczy ją w czymś innym. To nie zależność, to zdrowe podejście do życia, wzajemna pomoc i wsparcie :)

Gdzie jest ta granica, kiedy coś jest OK, a kiedy już zaczynamy wpadać w zależność?
Granica rzeczywiście może wydawać się trudna do uchwycenia. Jeśli to, co robimy w związku i dla związku, przynosi nam radość, nie "uwiera nas", nie szkodzi, czujemy się z tym dobrze i szczęśliwie, wszystko jest OK. Kiedy jednak pojawia się myśl, że jednak te nasze zachowania tylko utwierdzają nas w jakimś niekoniecznie zdrowym układzie, utrwalamy jakiś rodzaj wygodnej, bo bezpiecznej i znajomej, ale patologii, to jest nie OK.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
paradoksy, trudno mi stwierdzić przez Internet, dlaczego robisz partnerowi awantury z błahych powodów i skupiasz się tylko na negatywnych aspektach Waszej relacji. Nie wiem, bo Cię nie znam. Może masz taką naturę, że widzisz wszystko w czarnych barwach, może masz jakieś problemy natury neurotycznej, może nie nauczyli Cię rodzice, co to znaczy prawdziwie kochać, może jesteś zbyt wymagająca dla partnera? Nie wiem... Mogę tylko gdybać. Trzeba by było przyjrzeć się osobno Tobie, partnerowi i wziąć na tapetę Waszą relację.

 

a jak to zrobić?

czy jeśli widzę wszystko w czarnych barwach to coś oznacza?... ale rzeczywiście tak jest i mój M. mi to często powtarza.

 

nie widziałam nigdy żeby rodzice okazywali sobie miłość. wręcz przeciwnie, odkąd pamiętam ciągle się żarli. mój ojciec niczym się nie interesował i miał pretensje do świata o wszystko. wiecznie były awantury.

zdarzyło mi się kilkakrotnie na głos przyrównać mojego partnera do ojca. niby głupia zabawa, klepnął mnie w pośladek, a ja się poryczałam i powiedziałam że nie życzę sobie tego bo już kiedyś ktoś mnie prał. ojciec potrafił mi przypieprzyć w łeb za to, że miałam w domu (cieplym) w zimie podwinięte rękawki...

mam wrażenie, że zaczynam się do niego upodabniać.... a o tym by długo pisać.

:(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja się wszędzie dopatruje czegoś, co jest przeciwko mnie. Czasem wystarczy jego słowo, spojrzenie, gest, cokolwiek i się zapadam... w czarne myśli, piszę czarne scenariusze. Chce mi się płakać i płaczę, tylko staram się, aby tego nie widział.

Martwię się o byle drobnostkę. Jak on się nienajlepiej czuje, od razu przychodzi do mnie myśl, że to przeze mnie, że nie jestem dość dobra, że on na pewno mnie opuści.

Ciągle o coś się boję. Tak jakbym sama bojkotowała własne szczęście. A przecież wiem, że on mnie kocha.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W prawdzie u mnie to już przeszłość, bo obecnie nie jestem w żadnym związku. Jednak zastanawia mnie, czy ja podobnie jak Wy dziewczyny doszukiwałam się ciągle czegoś złego w partnerze, bez podstawnie bo jestem przewrażliwiona, bo obawiam się opuszczenia. Czy wręcz przeciwnie miałam powody by tak się czuć, tylko nie chcialam ich zauważyć, wypierałam prawdę bo wolałam za wszystko obwinaić siebie niż dostrzec to, że mialam racje czując to co czułam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
a jak to zrobić?

czy jeśli widzę wszystko w czarnych barwach to coś oznacza?... ale rzeczywiście tak jest i mój M. mi to często powtarza.

 

nie widziałam nigdy żeby rodzice okazywali sobie miłość. wręcz przeciwnie, odkąd pamiętam ciągle się żarli. mój ojciec niczym się nie interesował i miał pretensje do świata o wszystko. wiecznie były awantury.

zdarzyło mi się kilkakrotnie na głos przyrównać mojego partnera do ojca. niby głupia zabawa, klepnął mnie w pośladek, a ja się poryczałam i powiedziałam że nie życzę sobie tego bo już kiedyś ktoś mnie prał. ojciec potrafił mi przypieprzyć w łeb za to, że miałam w domu (cieplym) w zimie podwinięte rękawki...

mam wrażenie, że zaczynam się do niego upodabniać.... a o tym by długo pisać.

paradoksy, Basiu bardzo prawdopodobne, że powielasz schematy wyniesione z domu. Bardzo często jest tak, że człowiek zaklina się, zarzeka na wszystkie świętości tego świata, że nie będzie powielał tego, co było złe w jego własnym domu rodzinnym, że będzie lepiej wychowywał dzieci, słuchał ich, rozmawiał itd. A później okazuje się, że wdruk jest tak silny, że nie zna się żadnego innego alternatywnego wzorca związku, jak prawzór małżeństwa własnych rodziców, i przy najbliższej nadarzającej się okazji powiela się najbardziej niekonstruktywne schematy wyniesione z domu. Nie chce się awanturować z partnerem, a żre się z nim o wszystko. Nie chce się, żeby były u nas ciche dni, jak u rodziców, a jest dokładnie tak samo - są ciche dni. Nie wiem Basiu, skąd u Ciebie ten pesymizm i dopatrywanie się "na siłę" złych rzeczy w związku. Może Ty po prostu masz naturę czarnowidza? :) A może to jakiś "ukłon" w kierunku nastroju depresyjnego? Nie wiem... Przez Internet pewnie się tego nie dowiem. Potrzebny byłby bezpośredni kontakt - i to zarówno z Tobą, jak i z Twoim M., żeby skonfrontować jego zdanie na temat Waszego związku.

Korba, wyczulenie percepcyjne na wszystko, co potencjalnie może Cię zranić - drobny gest, przypadkowo rzucone słowo, spojrzenie mogą świadczyć o niskim poczuciu własnej wartości. Źle, kiedy nie rozmawiasz o tym ze swoim partnerem. Właśnie, kiedy coś Cię rani, chociaż nawet wydaje Ci się to przesadzone, to warto porozmawiać szczerze na ten temat ze swoją drugą połówką. Komunikacja to podstawa. Podstawowy błąd, jaki robi większość par, to to, że nie rozmawiają o swoich uczuciach. Może to nie domena facetów - rozmowy o emocjach - ale niejeden facet sprowokowany do tego typu dialogu, zapytany przez partnerkę, rozmawia i okazuje się, że całkiem sensownie potrafi ująć swoje uczucia. Co więcej! Potrafi często trafnie zinterpretować i zdefiniować stany emocjonalne swojej partnerki.

Więcej o konfliktach w związku i sposobach porozumiewania się można przeczytać pod poniższym linkiem: http://portal.abczdrowie.pl/konflikty-w-zwiazku.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

pani psycholog, mialam zdiagnozowane zaburzenia lękowo-depresyjne +z.o. właśnie

myślę że teraz mam (od paru miesięcy, a wręcz lat) nastrój depresyjny. nie jest aż tak bardzo źle, ale optymistką to zdecydowanie nie jestem... M. mówi, że nie mogę się wiecznie "wykręcać" zaburzeniami... ale jak to, skoro to jest część mnie? przecież sobie tego nie wymyśliłam...

Zapytam potem M. czy wziąłby udział w takiej dyskusji.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

paradoksy, Basia na pewno zaburzenia, na jakie cierpisz/cierpiałaś mają wpływ na kształt Twojej relacji z M. Co do tego nie ma wątpliwości. Nie warto jednak każdego problemu w związku uzasadniać swoimi "niedomaganiami". Warto zrobić coś, by radzić sobie z kłopotami w relacji z partnerem. Fajnie, jakby się dało usłyszeć głos M. Co on o tym wszystkim sądzi? Jeżeli jest użytkownikiem forum, to możesz go spróbować zachęcić, by poudzielał się trochę w tym wątku :D Jeżeli nie chcecie pisać o swoich związkowych kłopotach tutaj, piszcie na PW. Pozdrawiam ciepło :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ja mam dodatkowo, z rzeczy bardziej "na bieżąco", nerwicę lękowo-depresyjną, jakby co... :lol:;)

 

wiecie co? to jest niesamowite gdy czyta się ten wątek? ileż podobieństw !!!! ale to w sumie budujące :)

 

tak naprawdę wiele osób tu wchodząc ma ten sam problem. niszczy własne szczęście. kiedy zaliczyłam kompletny zjazd kilka miesięcy temu, było źle... zaczęłam prowadzić pamiętniko-dzienniczek terapeutyczny ;)( niezła sprawa. po kilku miesiącach niesamowicie widzi się pewne schematy... doszłam do tego, że przestałam widzieć wszelkie dobre rzeczy, widziałam tylko to, co złe.. nagle z ataku pt.: Może to nie ten? przeszłam do fazy: NIC NIE JEST DOBRZE, W NICZYM NIE PASUJEMY, CZEKA MNIE TRAGICZNY ŻYWOT... już się chciałam wyprowadzać.. TZ w pierwszym odruchu też zastanawiał się, ja szybko mogę się spakować....

 

wszystko pękło po "pamiętnej rozmowie na podłodze" ;) ja w kurtce i w butach, w jednym rogu przedpokoju.. TZN w drugim...

 

stawał potem biedak na głowie, żeby mi pomóc. a ja tonęłam w wyrzutach, typu "On tak się stara, a ja Go nie chce, odpycham, niech mnie zostawi w spokoju"

 

ale miałam w głowie pojedyncze sytuacje, które dawały do myślenia... jak mi jest bardzo źle, staram się sobie ja przypominać...

ot, np.: siedzę u terapeutki (pierwsze spotkanie). gadam spokojnie, ja to ja ;) (już dwóch terapeutów zwróciło uwagę na takie mechanizmy obronne.. potrafię o najgorszych rzeczach opowiadać tak, jakby gadała o mrówce spacerującej po ścianie.. ZERO emocji)

 

no i opowiadam p. Ani, jak ja to wszystko staram się ogarnąć, że może ja się wyprowadzę, odpoczniemy etc... lalalala, wszystko pod kontrolą...bo ja przecież MUSZE MIEĆ WSZYSTKO POD KONTROLĄ... :twisted:

 

 

aż tu nagle pada spokojna wypowiedź, że możemy terapii nie przetrwać, bo wiele par się rozpada w trakcie terapii (a przy tym,ze NIE MOGĘ dalej funkcjonować bez głębokiej terapii)

 

I wiecie, co się stało? nim zdążyłam się zastanowić, co czuję... (zwłaszcza, że ja zasadniczo niewiele wtedy czułam...) wybuchłam płaczem... miałam wrażenie,że ktoś mi wyrywa serce: JAK TO??? ŻE CO??? ŻE MY SIĘ MIELIBYŚMY ROZSTAĆ????

 

i to mnie trzyma... jeśli tracę grunt, włącza się takie coś... ale jak grunt odzyskuje, natychmiast włączają mi się racjonalizacje i analizator... mam ogromne problemy z dopuszczeniem kogoś do pełnej bliskości, bardzo się boję zranienia.... wolę znaleźć milion powodów, dla których powinnam bohatersko odejść pierwsza, zamiast narazić się na zranienie np. za 10 lat...

 

I jestem pewna, że wiele z Was ma to samo...

 

Ale wiecie? Wczoraj mój brat cioteczny został ojcem... jejku, pamiętam te smarkate na wspólnych Świętach, urodzinach... a tu proszę: szast, prast i stary koń prawie 27-letni.... kiedy tak patrzę na to, jak zwariował, myślę sobie... że kiedyś, KIEEEEEEDYŚ też tak zwariuję... i też będę szczęśliwa.... i tego staram się trzymać... (ech, to pewnie ten Lamitrin, to na pewno nie jaaaa :twisted: )

 

 

P.S. żeby nie było, nadal mam bzika w temacie "podobieństw/różnic" partnerów.. i myślę, że zajmie mi lata, zanim uwierzę tak głęboko, BARDZO GŁĘBOKO w swojej psychice, że pewne rzeczy mam nie tylko w teorii.. ale i naprawdę w nie wierzę...

nie mniej, póki co, bardzo często stawiam sobie pytania: czy na pewno do siebie pasujemy

pomimo, że moja terapeutka łapie się już przez to czasem za głowę... :lol:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zaczynam myśleć, że jestem niereformowalna i że zniszczę swój związek.

Czepiam się słówek, tonu głosu, niefortunnie wypowiedziane zdanie wpada mi w głowę jak kula z pistoletu i toczy wokół siebie bolącą ranę. Doprowadza to do rozpaczy, wręcz histerii, kłótni z partnerem i wszystko staje się czarne, a ja się zapadam i myślę o skrzywdzeniu, ukaraniu siebie.

Może to za szybko się potoczyło? Jesteśmy razem dopiero 2 i pół miesiąca, a już mieszkamy razem...

Może ja się nie nadaję do związku...

Te wszystkie myśli sprawiają, że bardzo obniża mi się nastrój i bywam smutna. I do tego mam pretensje, że nasz związek wpada w rutynę.

Czasem trudno mi uwierzyć, że On może kochać coś takiego jak ja. A przecież wciąż powtarza to i że jestem najważniejsza w Jego życiu. A ja co? Dalej drążę w głowie rzecz, która jest przeszłością, jakby miała wpływ na to, co jest teraz.

Miesza mi się w głowie i to mi niszczy uczucie szczęścia, które jest przykryte strachem.

Co robić? Jak się zmienić? Jak uwierzyć? Jak się cieszyć? Jak się nie przejmować każdym drobiazgiem?

Pomocy :cry:

 

-- 23 sty 2012, 09:48 --

 

Korba, wyczulenie percepcyjne na wszystko, co potencjalnie może Cię zranić - drobny gest, przypadkowo rzucone słowo, spojrzenie mogą świadczyć o niskim poczuciu własnej wartości. Źle, kiedy nie rozmawiasz o tym ze swoim partnerem. Właśnie, kiedy coś Cię rani, chociaż nawet wydaje Ci się to przesadzone, to warto porozmawiać szczerze na ten temat ze swoją drugą połówką. Komunikacja to podstawa. Podstawowy błąd, jaki robi większość par, to to, że nie rozmawiają o swoich uczuciach. Może to nie domena facetów - rozmowy o emocjach - ale niejeden facet sprowokowany do tego typu dialogu, zapytany przez partnerkę, rozmawia i okazuje się, że całkiem sensownie potrafi ująć swoje uczucia. Co więcej! Potrafi często trafnie zinterpretować i zdefiniować stany emocjonalne swojej partnerki.

Więcej o konfliktach w związku i sposobach porozumiewania się można przeczytać pod poniższym linkiem: http://portal.abczdrowie.pl/konflikty-w-zwiazku.

 

Rozmawiamy o tym. O każdym nieporozumieniu. On usiłuje mi tłumaczyć, nieraz całkiem sensownie, co miał na myśli i rozumowo podchodząc do tego, rozumiem, że niepotrzebnie się stresuję. Jednak nawet po zamknięciu tematu, w mojej głowie to wszystko nadal żyje, toczy się, drażni, zabija wszystko, co dobre. Czasem nie sypiam w nocy, tylko rozmyślam i się nakręcam sama. Nie mogę się pozbyć pewnych myśli, podejrzeń, niewiary... Chyba tak, moje poczucie własnej wartości spadło poniżej zera.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Korba i wszyscy pozostali użytkownicy, którzy udzielili się w tym wątku, przeżywają pewne rozterki dotyczące swoich związków. Ja jako psycholog również nie jestem wolna od różnych wątpliwości. Sporo racji ma Supełek, pisząc, że wiele osób zadaje sobie pytanie: "Czy do siebie pasujemy?". Ja też to pytanie zadaję, mimo że nie cierpię na żadne choroby ani nie zdiagnozowano u mnie żadnego zaburzenia. Mam problemy, jak każdy inny człowiek na tym świecie :) Też jestem w związku i też przeżywam rozterki. To nie jest domena wyłącznie ludzi, którzy cierpią na nerwicę, depresję, zaburzenia osobowości czy jeszcze coś innego. Jeżeli pojawiają się pytania i próby snucia rozwiązań czy sposobów na "ulepszenie" związku, to powiedziałabym, że to zdrowo. Dlaczego? Bo wątpliwości, przemyślenia, refleksje i stawianie sobie pytań świadczą o tym, że człowiekowi zależy na partnerze, że chce się starać, żeby było fajniej w relacji. To tak, jak napisała Supełek - kiedy sama myślała o tym, czy przypadkiem nie rozstać się z partnerem, było OK, ale kiedy terapeutka unaoczniła prawdę, że terapia dla par może być dla ich związku początkiem końca, to pojawił się wewnętrzny bunt: "Jak to? MY mamy się rozstać? O NIE!". Dlatego myślę, że nie warto panikować, kiedy wkradają się drobne myśli i wątpliwości. One prowokują do zmian, do starania się i zaangażowania w związek. Co innego, kiedy te wątpliwości stają się tak naprawdę osnową relacji, człowiek nie potrafi się z nich uwolnić i bezustannie snuje czarne wizje na przyszłość. Nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć, co przyniesie jutro, co będzie za 5, 10 czy 15 lat, jaka będzie jakość naszego związku, czy w ogóle jeszcze będziemy ze sobą razem. A może jutra dla nas nie będzie? Nikt tego nie wie. Zamiast zastanawiać się nad "niepewną" przyszłością, lepiej skoncentrować się na "teraz", bo teraz można czynić jakieś zmiany i starać się, by każda chwila była fajna, mądra, budująca, zbliżająca nas do siebie, a nie stawiająca bariery i prowadząca do nieporozumień.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×