Skocz do zawartości
Nerwica.com

Fobia społeczna, nudności, xanax - nerwica poza kontrolą.


haley23

Rekomendowane odpowiedzi

Moja historia zaczęła się w 6 klasie podstawówki, gdy miałam 12 lat, teraz mam 20 lat i dalej się to za mną ciągnie. Zaczęło się od czasu dorastania, pierwsza miesiączka, itp. W szkole zawsze uczyłam się dobrze na 4 i 5, mama wywierała na mnie pewną presją pod względem nauki, jak dostałam 3, to od razu krzyczała na mnie, a po wywiadówkach zawsze przychodziła niezadowolona i kilka razy dostałam lanie za stopnie, chociaż jak pisałam uczyłam się powyżej przeciętnej. Tak było do końca gimnazjum, w LO już się nie przejmowałam nauką, a mama odpuściła. Ale od małego zawsze kłóciłam się z moim młodszym o rok bratem. On ma naturę zaczepnisia, strasznie mnie denerwuje, od kiedy pamiętam zawsze pomagałam mu w odrabianiu lekcji, a praktycznie robiłam to za niego, prawie z każdego przedmiotu, bo rodzice mnie o to prosili, bo ja byłam "zdolniejsza", i tak jest do tej pory, ja jak mam problem to rozwiązuje go metoda prób i błędów, a on jest za wygodny, tak się nauczył, nawet druku na pocztę nie umie wypisać, ani maila wysłać, to ja mu pracy szukałam, a w zamian dostaję obelgi na mój temat, ostatnio usłyszałam że lubi mnie denerwować i zawsze będzie to robić, nieraz używał siły wobec mnie, ale rodzice często stawali po jego stronie bo młodszy. Spytacie dlatego mu pomagałam? Że jestem głupia bo to robiłam? Pewnie tak, wiem to nawet, ale mam bardzo słabą naturę, wielkie sumienie i jeżeli komuś nie pomogę to będzie mnie potem dręczyło i będę płakać (bez powodu). Moja choroba zaczęła się tym, że dostałam bezdechu, nie mogłam zaczerpnąć powietrza, jakbym miała kulę w gardle, później coraz trudniej mi się oddychało, zrobiłam się sina na twarzy, przyjechała karetka, za drugim razem zawieźli mnie do szpitala, pamiętam jak mama płakała... Ale z badań nic nie wyszło, wszystko w normie, zdrowa dziewczyna. W szpitalu byłam 2 dni, wyszłam z niego i już na drugi dzień znów mnie dopadło, duszności okropne, znów karetka, znów szpital, dostałam hydroksyzyne dożylnie, w szpitalu przespałam przez to 2 dni, dzięki lekom nic mi nie było, według lekarzy byłam zdrowa, wmawiali mojej mamie że na siłę szuka u mnie chorób. Po powrocie do domu duszności wracały i tak było kilka razy. W końcu ktoś powiedział hasło: nerwica. W domu brałam Hydroksyzynę w płynie, uzależniłam się, czułam że bez tego nie przeżyję, nie usnę, potrafiłam w nocy wstawać i pić z butelki jak alkoholik, ale z pomocą mamy udało mi się to odstawić. Postanowiłam nigdy nie brac już leków uzależniających. Ale dalej pozostało to hasło nerwica. Ja nawet nie chciałam o tym słyszeć, mama też, ale po pewnym czasie, gdy byłam u każdego lekarza jaki tylko istnieje i każdy stwierdzał że wszystko jest ok ze mną, a ja wciąż się źle czułam, miałam te same objawy, a z czasem dochodziły też nowe, mama powoli zaczęła mnie namawiać na wizytę u psychologa. Nie chciałam, bałam się że jak dopuszczę do siebie słowo "nerwica". to od razu stanę się potępiona, chora, psychiczna, będę miała zrujnowane życie, bo z wariatką nikt nie będzie chciał się zadawać. Ale w końcu poszłam, nadal do mnie nie docierało że mam problemy z nerwami, u lekarzy byłam cicha, nic nie mówiłam, każdy stwierdzał jedno: depresja. W ostatniej klasie gimnazjum pojawiły się nudności, lęk przed zwymiotowaniem na ulicy, w klasie, w kościele. Ale był tylko w sytuacjach stresowych. W LO nudności nie dawały mi normalnie funkcjonować w klasie więc zgodziłam się na pójście do psychiatry tylko po to żeby dostać nauczanie indywidualne i jakieś leki, by skończyć szkołę średnią. Dostawałam masę leków antydepresantów, psychotropów, ale jakoś po każdym źle się czułam, ale gdy dostałam Moklar i Xanax, wiedziałam że to jest to, pigułki szczęścia. Na początku brałam dużo, ale byłam ciągle ospała i otępiała, naćpana po prostu, sama sobie zmniejszałam i zwiększałam dawkę. Pani doktor psychiatra zapewniała że mi nie zaszkodzą, że się nie uzależnię, później po recepty chodziłam do doktor rodzinnej. Nie było najmniejszych problemów z receptami. Później dopiero wyczytałam w internecie i na ulotce, że xanax należy do benzodiazepin i jest najbardziej uzależniającym psychotropem na rynku, a przynajmniej był w czołówce i nie powinno się go brać dłużej niż 3 tygodnie. Ja go brałam ponad 3 lata, jak nie dłużej, razem z Moklarem, pomagały mi w życiu. Postanowiłam odstawić, odstawiałam dwa razy i wciąż wracałam bo nie mogłam poradzić sobie bez nich, Maturę zdałam z lekkim trudem ale dobrze mi poszło. Poszłam na studia, po pewnym czasie znów się zaczęło, nudności ze zdwojoną siłą, 3 raz odstawiłam xanax i nie biorę do dzisiaj choć mam chwilę słabości kiedy bym chciała wziąć. Poznałam chłopaka z którym jestem już prawie 1,5 roku i jest mi z nim bardzo dobrze, opowiedziałam mu wszystko, choć bardzo się wstydziłam że pomyśli o mnie głupia, psychiczna i że mnie zostawi. Ale on mi bardzo pomaga, w sumie gdyby nie on to już dawno znów bym zaczęła brać... No i mój problem dzisiaj polega na tym że nie potrafię normalnie bez tego żyć, jestem już 5 miesiąc na detoksie, nic nie biorę, sama odstawiam, nie konsultowałam niczego z lekarzem, działam na własną rękę. Są momenty lepsze jak dzisiaj, że prawie w ogóle nie czułam nudności, jednakże są to zaledwie 3-4 dni w miesiącu kiedy tak się czuję. Nie studiuję, przerwałam z braku pieniędzy. Pracowałam rok, byłam na stażu, aktualnie szukam pracy, ale nie wiem czy uda mi się w niej normalnie funkcjonować. Ja się boję wychodzić z domu, jak idę z kimś to jeszcze jakoś jest, ale jak mam gdzieś wyjść sama, to mam takie zawroty głowy jakbym miała za chwilę zemdleć, nudności mnie wykańczają... Ja wiem że to siedzi w mojej głowie, że to jest głupie, bo co się stanie jak zwymiotuję? Nic, wiem, ale to ten lęk mnie przerasta i boję się tego że mogę po prostu zwymiotować, że ludzie to zobaczą, spalę się ze wstydu. Pomóżcie, ma ktoś podobny problem? Radzi sobie z tym? Bo ja już nie. Często boli mnie żołądek. No i ostatnio jeszcze jestem znerwicowana bratem, po prostu jak wiadomo denerwuje mnie bardzo, a gdy on mnie denerwuje to mam ochotę wyżyć się nie na nim, tylko na sobie, ostatnio chciałam się zabić, chciałam wziąć xanax + inne + alkohol i zasnąć na wieczność. Ale nie zrobiłam tego, boję się że w końcu sobie coś zrobię. Nie mogę zostawać sama w domu bo mnie łapią te myśli. Często trzęśą mi się ręce, denerwuję się błahostkami, no i te ciągłe "niedobrze mi", duszności, nie mogę spać w nocy bo mam nudności. Proszę dajcie jakieś rady. Mam zamiar wybrać się na psychoterapię, tylko nie wiem czy jest jeszcze ktoś kto mógłby mi pomóc, nie chcę psychiatry ani żadnych pieprzonych leków, chcę tylko czuć się normalnie, bez mdłości wiecznych, bez duszności, chcę znów odzyskać swoje życie! Życie jakie miałam do 12 roku życia. Pomóż ktoś ;(

 

Wiem że się rozgadałam, ale opisałam tylko główne wątki mojego życia, tak naprawdę jest tego wiele wiele więcej. Dziękuję tym którzy przeczytali całość.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hej!idź na tą psychoterapię..jakieś leki by się przydały,..jednak.Fobia społeczna to paskudztwo..ale terapia powinna pomóc.

 

-- 20 paź 2011, 11:13 --

 

Aby młdłości duszności ustąpiły potrzebne sa leki aby organizm się trochę uspokoił.Chociaz na jakiś czas.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hmm... Przeczytałam Twoją historię i mam oczy jak 5 złotych, bo poczułam się jakbym czytała własny życiorys. Jakbyś chciała kiedyś pogadać (widzę, że nasze nerwice są bardzo podobne, a i doświadczenia z odstawianiem leków takie same) to pisz na bbuunnyyyyy@wp.pl. Poużalamy się, pogadamy o lekach, a może wspólnie coś się uda na to wymyślic :) Mimo wszystko, czasami nadchodzą takie dni, kiedy światełko nadziei na prawdziwe ŻYCIE nie dogasa. Ehh, chciałabym w końcu zacząć żyć. Już zapomniałam jakie to uczucie... U mnie wszystko zaczęło się jak miałam 10 lat. Teraz mam 23, a leki biorę (tzn. ciągle próbuje dopasowac) od 5 lat z mizernym skutkiem. Wcześniej męczyłam się sama, próbowałam walczyć na własną rękę, a i ataki były słabsze. Teraz, po długiej walce udało mi się odstawić Faxolet (wenlafaksyna). Po 2 tygodniach koszmarnych syndromów odstawiennych stwierdziłam, że były to najgorsze 2 tygodnie w ciągu całej tej choroby :D. W tym czasie zdążyłam już się uzależnic od Tranxene (cudo, tabletka szczęścia!! ) i poczuć kolejne skutki odstawiania, dlatego też tu jestem (szukałam w necie sposobów na uspokojenie się w czasie ataków lęku). Może ktoś wie, gdzie jest ten magiczny pstryczek w głowie, który wyłącza telepanie całym ciałem, poty, mdłości i paniczny lęk, a uruchamia radość życia, otwarcie na ludzi i chęc do działania? Oddam duszę i ciało ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×