Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Helvetti

All My Fucked Up Life.

Rekomendowane odpowiedzi

Poczułam dziwną potrzebę podzielenia się tym co piszę. Niezrozumiałe, cóż. Jednak publikuję.

 

 

26 września.

W ten pseudo piękny dzień odkryłam, że tak naprawdę mimo wszystko nie mogę żyć bez pisania.

 

Jestem chora. Jestem głupia. Jestem sprzeczna. Jestem choragłupiasprzeczna. Jestem sprzecznością.

Chyba tylko ja potrafię czuć się dobrze, jednocześnie dostając kilkunastominutowych ataków paniki kilka razy dziennie, i mieć nastrój lękowy all day. Cudnie, kurwa.

Jestem niesamowicie psychosomatyczna, bowiem bolą mnie dziś chyba wszystkie organy wewnętrzne. Wyłączyłabym mózg, powątpiewam ostatnimi czasy w jego istnienie, jednak w mojej głowie rodzi się ból.

19 lipca napisałam: Sens życia umiera gdzieś około 6.30 nad ranem każdego dnia, gdy samoistnie budzę się.

Niszczy mnie poranny budzik o 7.54, bo budzi mnie z sennych marzeń. I choćby jak złe by one nie były, są przecież nierzeczywiste, a gdy budzi mnie dźwięk bloodroom koszmar senny staje się prawdą.

Planowałam przetłumaczyć na angielski trzy przepisy z kuchni greckiej aby, jak to tata mówi, złapać łatwą ocenę. Jednak świadomość, że odrabianie lekcji jest niezwykle ludzkie, natłok myśli, psychosomatyka nie pozwoliły mi zrobić więcej, niż ledwie jeden. Smażona cukinia.

Niesamowite jest, że nawet jeśli czuje się dobrze, to czuje że jest to tylko pewnym objawem chorobowym, przerywnikiem, czymś nienaturalnym jak na mnie. Że nie jest to zwykłą radością/szczęściem/chujwieczym. Tylko kolejnym elementem zagłębiania się w objawach, tonięcia w nich. Nie mam poczucia realności i normalności. W ogóle.

Psychosomatyka sprowadza na ziemię. Polecam.

Wcale nie fajnym uczuciem mieć swój ideał. Wcale nie fajnym uczuciem jest świadomość, że nigdy się nie będzie jak ten ktoś.

Monika Julia, Willy White. Zwał jak zwał. Wiadomo o co chodzi. Wystarczy otworzyć pierwsze lepsze zdjęcie (z wyjątkiem jednego, którego nie lubię) i od razu wiadomo. Że to cel niedościgniony.

A Konrad mówi, że nie. Że przecież Ania ładniejsza. Kochanie, gdzie masz oczy? Kochanie. Ja? Ona jest idealna. Ma cudowne oczy, do malowania, piękną skórę, cerę. Twarz. Wszystko. A ja? pryszcze, wystający brzuch i beztalencie na dodatek.

Dość użalania się. Przecież ludzie mają gorzej.

Zdałam sobie dziś sprawę, że dopiero na święta bożego narodzenia pojadę do domu. Czy tęsknię? Pytał Konrad. Nie wiem. Dziś jestem ambiwalentna, bardzo. Może tęsknię. Na razie wiem tyle, że nie zobaczę morza, kota, brata.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Całkiem lekko się to czytało. Zwykle przy dłuższych postach mięknę po 2-3 niezbornych zdaniach, i omijam je szerokim łukiem, a tu bezproblemowo dobrnąłem do końca. :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Małe kopią w kostki

Duże w serce i mózg

Są niczym pasożyty, ja niczym żywiciel.

Są tutaj, tuż obok serca

I tu, pod sklepieniem czaszki

Przez lata kradły mi radość

Dawały tylko strach.

Czasem próbowałam się ich pozbyć

Waląc głową w mur

A one tylko biegając między myślami

Śmiały się szyderczo

I mnożyły się.

Kiedy chcę biec, związują mi sznurówki

Kiedy się cofam, pchają w ochłań.

Płaciłam przez nie wysoką cenę

Kiedy przez krwawe błędy trafiałam do emocjonalnego prosektorium.

 

A gdy na skraju samobójstwa szeptem krzyczałam

POMOCY

One darły mi się prosto o ucha

Ty chcesz pomocy?

Ty?

Przecież to wszystko Twoja wina!...

 

-- 26 paź 2011, 23:54 --

 

Stworzone dziś, na lekcji polskiego.

 

-- 19 lut 2012, 23:23 --

 

-Śnieg.

Więzień dopalający papierosa nie podłapał rozmowy. Śnieg zaczął padać dopiero kiedy jestem tu. To już 10 dni za kratkami. Jest 15 stycznia, siedzę tu od 5 stycznia, przywieziona wieczorem, przed świętem trzech króli.

Zadzwiającym faktem jest, że nawet tu nie czuję się bezpieczna. Są szpilki, pinezki. Tą ostatnią wykorzystałam w złym celu. Podrapałam delikatnną skórę na żyłach. Nie było krwi, było poczucie niebezpieczeństwa i złość, z powodu braku krwi.

Dzień lub dwa po tym wykorzystałam do złych celów samą siebie. Własne paznokcie. Podrapane kreseczki do krwi, była krew. Nie lała się po ręce, tak jakbym chciała, ale była. Liczy się. Liczy?… nie wiem.

I zewnętrzne części rąk, te pokryte bliznami. Prawa i lewa. Zdarta skóra, mocno. W błagającym geście wyciagam ręce do pielęgniarki, pomocy. Odkrywa rękawy. Rany brudne od czarnego swetra.

-Boję się. Nie czuję się bezpiecznie.

Powtarzam wciąż, a i tak to niczego nie daje. Każą tylko spryskać czymś odkażającym. Robię to sama, w zabiegowym podczas gdy pielęgniarki rozkładają leki. Szczypie, bardzo przyciskam rany do ubrania by szczypało mniej. Nie zawiążą bandażem. A szkoda, tak to lubię. Znak psychola.

Chcę żeby ktoś przybył, i mi zabronił. Wziął za mnie odpowiedzialność, obronił mnie przedemną samą. Boję się wciąż. Bo tu można wszystko.

Niech przyjdzie ktoś kto powie „NIE”, kto w końcu po mi pomoże. Co mi jest? Chyba cierpię na długotrwałą, dozgonną autodestrukcję. Umieram z każdym dniem, świadomie, i z własnej winy.

Co z tego, że przyjdę do dyżurki, powiem że nie czuje się bezpiecznie. To nic nie da. Nie chcę iść do izolatki, nie chcę być wiązana pasami. To upokożenie, nawet dla wariata. Nie wiem sama czego oczekuję.

Boję się. Tak teraz, samej siebie. Czuję że jestem w stanie zrobić sobie krzywdę, pójdę i powiem. Ale po co? Bo chuj. Po nic.

Nawet jeśli nie mam srebrzystych przyjacielo-wrogów to i tak się boję. Narzędziem zagłady jestem sama ja.

Chcę iść, i płakać. Chcę potrafić płakać przy ludziach. Chcę przestać wierzyć, że mi nie wolno. Wolno, kurwa. Idź, rycz. Nie, nie potrafię.

Chcę by widzieli w jakim stanie jestem, że zrobię coś złego. Nie wypuszczajcie mnie stąd, umrę.

Mam opisać co czułam stojąc na ulicy, czekając aż jakiś samochód wjedzie prosto we mnie? Tego się nie da oddać. Trzeba stanąć na ulicy, na kładce, z przekonaniem śmierci która ma nastąpić. Skakać w dół, lub czekać aż wjedzie prosto w Ciebie, roztrzaskując mózg na małe nic nie znaczące kawałeczki. I serce, które kiedyś biło.

Nie opiszę też uczucia które towarzyszyło mi gdy K. trzymał mnie gdy chciałam skoczyć pod samochód. Nikt z was nie pozna tego, póki sam nie zazna strachu. A raczej jego braku.

Chcę się powiesić tutaj. Może na prześecieradle się uda? Tylko gdzie? Może na palarni lub w łazience. A jeśli się nie uda to chcę skoczyć z kładki wprost pod koła samochodu. Jeszcze nie wiem z której. Może z tej koło promenady, lub reala. Tak, z jednej z tych dwóch. Zmasakrowane zwłoki, tym chcę być.

Idę zapalić samotnego papierosa, który samotny będzie tylko w mym wnętrzu. Dookoła ludzie.

 

Krew. Płacz. Lekarzy dyżurny.

Opowiadam o lęku przed sobą. A lekarz tylko „tak, tak, diphergan”. Czyli hydroxyzyna.

Lek podano.

Potem tylko krew i płacz.

Zdrapywanie strupów, leci piękna krew. Cudowne, czerwone krople. Siedzę na korytażu, wchodzę później zawołana do dyżurki. Drapię cały czas. Grożą mi pasami i izolatką. Nie chcę, to upokorzenie. Ale de facto robię wszystko, żeby tam trafić. Drapię, zdrapuję. Te głupie strupy. Pod nimi kryje się ocean krwi. Wydostaję go, lignina cała od krwi. Rozpacz, bo co. Znów to samo. Po 4 miesiącach krew. I boję się, bo co dalej. Boję się, że tak będzie do usranej śmierci.

Nie opisany lęk. Ogarnia całą mnie.

Upokorzenie, płacz. Zdrapuję nadal. Płaczę. To nie jestem ja. To Ania. To nie Ania. Sama niewiem. Płaczę. Znów widzę krew po 4 miesiącach. Nie opisany strach.

Mamo, tato, Konrad. Uratujcie mnie. Ty K, mnie uratuj. Potrzebuję nie wiem czego.

Czuję się tak daleka od wyleczenia jak bieguny od siebie. One się nigdy nie spotkają.

Czy kiedykolwiek przestanę czuć potrzebę bólu? Wpadam w czarną rozpacz. Jutro porozmawiam z lekarką, boję się tej rozmowy. Mateusz mówi, że tym co robię przedłużam sobie pobyt. Wiem o tym. Ale nie chcę tego. Chcę umrzeć. Potrzebuję skoczyć z kładki. Myślę o tym nazbyt intensywnie.

Widzę siebie, gdy lecę, ręce rozłożone, i akurat, zupełnie przypadkiem, gdy już leżę na betonie, przejeżdża po mnie tir. Umieram. Mnie nie ma. Mnie nigdy nie było.

Napiszę kolejny raz, że nigdy tak nie bałam się samobójstwa jak teraz. NAPRAWDĘ. Bo to takie realne, te plany. Nie chcę żeby jakiś kierowca przezemnie cierpiał. Może nawet umarł. Nie, nie chcę.

Podetnę sobe żyły, naćpana. Załatwię sobie coś, naćpam się i podetnę żyły.

Albo skoczę z kładki.

Marzeniem było by skoczenie z któregoś z tych błyszczących biurowców.

Marzenia. Tylko takie mam w tej chwili.

 

Konradzie, Konradku.

Chodź tutaj, i mnie uratuj. Nie pozwól mi, nie pozwalaj. Otocz wszystkim co możesz mi dać. Tchnij we mnie życie. Oddaj całego siebie. Kochaj zbyt mocno. Przytulaj, gdy będę wskakiwała pod samochody. Trzymaj za rękę na kładce.

 

"Przemycam moje myśli przez granicę depresji. Chodź, przytul mnie i powiedź że to mi się tylko śni, że obudzę się gdzie indziej, na innej planecie, w innym świecie, gdzie nie ma pieniędzy i żyje się powietrzem. Inaczej, znów nadejdzie okrótna bezsenność, i fale rozpaczy, że jestem tylko jeszcze jednym szarym przedmiotem, przy barze i że nic nie znaczę i nie mam imienia, i tak jak Ty obok mnie, w pustych szklankach poszukuję zapomnienia, że kocham Cię."

 

Kończę to, spróbuję zasnąć. Po takiej ilości leków jaką mi podano powinnam paść pół żywa na poduszkę. A jednak nie czuję zmęczenia aż tak bardzo. Próba spania, dobranoc, Pati Yang i wszyscy inni szaleńcy.

 

18.01

Myśli destrukcyjne chodzą za mną niczym głodny pies za swoim panem.

Drapię strupy, opowiadam o lęku przed sobą.

Czuję niebezpieczeństwo. Żeby nie myśleć gram w simsy.

 

24.01

Czuję niebezpieczeństwo, bo ono istnieje we mnie. Jestem rosnącą autodestrukcją.

Rozmawiałam z psychologiem, potraktował mnie właściwie. Jak nikogo. Bo ja jestem nikim.

Próbuję wyprzeć uczucia, które silnie odczuwałam po rozmowie z nim. Bardzo płakałam. ale nie, nie chcę. Tego czuć.

Jestem kolejnym niepotrzebnym zniszczonym istnienieniem.

Dwie noce pod rząd w pasach. Jestem psychiczna, to już prawie oficjalne.

Brak mi sił. Tchnij je we mnie, błagam. Bo inaczej autodestrukcja zabierze mnie do piekła.

Chcę walić głową i pięściami w ścianę. Chcę czuć ten pierdolony ból. Nie ma już szpilek i pinezek. Przezemnie zmieniły się w taśmę klejącą. Rewolucja oddziału, dzięki mnie. Nie wiem co czuję w związku z tym. Z jednej strony czuję ulgę. Z drugiej mój ból będzie miał utrudnioną drogę do ujścia do świata realnego.

Czy chcę kolejną noc w pasach? Nie, bo to upokorzenie. Tak, muszę to przyznać, tak. By powstrzymać autodestrukcję na którą pozwalają mi się rozwijać nawet tu, w psychiatryku.

Trzask głową o ścianę. Nikt nie widział? Mam nadzieję.

A, zapomniałabym. Jutro do mojego świata wedrze się w uchylone drzwi miłości mama. Cieszę się, tak, naprawdę się cieszę. Chcę żeby ktoś mnie kochał.

TAK SIĘ BOJĘ. TAK SIĘ CHOLERNIE BOJĘ.

Czekam aż ktoś otworzy moją duszę i ją naprawi. Chcę.

 

"Gdyby tylko moje życie mogło być bardziej jak w filmach...

Chciałabym, żeby anioł do mnie przyleciał,

Jak to robi dla Jimmy'ego Stewarta w "lt`s a Wonderful Life",

I żeby mnie odwiódł od samobójstwa.

Zawsze czekałam na tę jedną chwilę prawdy,

Aby mnie wyzwoliła i zmieniła moje życie na zawsze.

Ale ona nie przyjdzie...

To się tak nie dzieje.

Wszystkie leki, cała terapia...

Kłótnie, złość, poczucie winy…

Myśli samobójcze,

wszystko to było częścią powolnego procesu wyzdrowienia.

Tą samą drogą, która upadłam, wspięłam się z powrotem.

Stopniowo,

A potem nagle."

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Helvette rozumiem , pięknie piszesz, buziak

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Muszę przyznać, że mnie ruszyło. To takie czyste, sposób w jaki to opisujesz, doskonale widać co jest białe, a co czarne.

Wyobrażam sobie Ciebie pociętą, ze stróżkami krwi cieknącymi po nadgarstkach. Wyobrażam sobie Ciebie jak byłaś w pasach.

Widziałem już kilku. Byłem też w izolatce, ale z nielegalną wizytą, z ciekawości, przez niedomknięte drzwi(ale mają tam luksus!)

Cierpisz. Ale żyjesz, ciągle rozważasz s. ono dominuje Twoją codzienność. Piszesz, że wyzdrowiałaś. Powiedziałbym ,, chwała Bogu''- ale jego nie ma.

Czy wyciągnął Cię ktoś z tej matni? K.? Jakkolwiek się to stało to dobrze, że już minęło (póki co).

Lubisz ból, lubisz krew, lubisz siebie karać, to przynosi ulgę-cierpienie...

Pod kołami TIR-a zmiażdżenie? To takie nieestetyczne.

Dobrze, że o tym już nie myślisz.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Łazarz, Gdzie piszę, że wyzdrowiałam? Dziękuję za Twój komentarz.

 

-- 23 kwi 2012, 22:52 --

 

W świadomości i podświadomości.

Mózg i reszta ciała wstydzą się za egoizm serca.

Piosenka „a Ty” obudziła miliony myśli i złośliwą podświadomość. Parę nieśmiałych łez probowało wydostać się z niemal pustych oczodołów, rozwalony umysl jednak to powstrzymał. Nastał nastrój w stylu słodkiego księcia. Znów czuję się człowiekiem dalekim od człowieczeństwa. A więc może po prostu istotą nieludzką? Lub ludzką zbyt bardzo.

Mózg i reszta ciała wstydzą się za egoizm serca. Ono dba tylko o siebie. Nie chce cierpieć i tęsknić. Zagubiło by się na amen a altruizmie. Przestało by bić.

Bije dla kogoś, jest po to by żyć w symbiozie z innym. Bije w rytmie Twojego serca, w które wsłuchuję się zasypiając.

Jest egoistyczne siłą rzeczy, nawet jakby nie chciało. Pragnę Ciebie nie tylko popołudniami i w weekendy. Pragnę Ciebie szczególnie wtedy, gdy Ciebie nie ma. Wieczorami, smutnymi, ociekającymi samotnością wieczorami, psychotycznymi porankami gdy jestem w stanie się poryczeć patrząc w lustro.

Podejrzewałam się o to, że mogę potrafić kochać. Jednak chyba nie wtedy, gdy konkretnemu sercu oddawałam całą swoją głowę wraz z zawartością. Zachowując się tak maksymalnie klka tygodni potrafiłam pisać o nim (o nich). oddać siebie podczas gdy odemnie nie brali nic, jednak bez udziału serca. Ono od samego początku tęskniło za Tobą, jednak głupie, późno się zorientowało. Żaden z nich, wyidealizowany chłopiec żyjący w marzeniach, czy któryś z byłych chłopaków nie był w sercu. W głowie było ich dużo, za dużo czasem. Wszystkie obszary mózgu skupiały się na jednym, serce się na to nie zgadzało. Ono jest dla Ciebie.

Chcę być z Tobą. I będać z Tobą, chcę z Tobą być. Fizycznie, obok. Trwać przy Tobie. Czy to źle że tak Cię kocham?

Bezapelacyjnie najlepsze w moim zyciu to Ty. Drugą rzeczą byłoby zamieszkanie z Tobą. I nie istnieje na tym świecie, ani żadnym innym coś cudowniejszego niż zasypianie w Twoich ramionach i budzenie się z Tobą.

Płaczę, płaczę, noc jest ciemna i lodowata do szpiku kości. To gorszy chłód niż ktokolwiek jest w stanie sobie wyobrazić. Nawet Ty.

To boli, gdy po raz kolejny uświadamiam sobie że tylko ja tęsknię. Ty poradzisz sobie sam bezemnie. A ja nie. Tak zależna od Twojej obecności obok…

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dzięki za przeczytanie Amelio

 

-- 29 sty 2013, 02:43 --

 

Chyba nawet nie muszę pytać siebie, dlaczego. Bo ja wiem. Dlatego że cholernie mi tego brakuje. Ta bardzo, że aż boli. Brak kogoś, kto…będzie.

By słyszeć że jestem piękna, musialam chyba zasłużyć. Nigdy nie zrobilam tego na tyle, by usłyszeć. Umalować się, włożyć obcasy, spódniczkę, czy seksowną bieliznę. Nie, to za mało. Kiedy ja już nie wiem, co więcej moglabym zrobić. Chyba być kimś innym.

I gdy Ktoś po prostu mówi, że jestem piękna to ja lecę do niego. Wróć.

Chodź. Bądź. Kochaj, i mów. I dotykaj czule, i jeszcze przytul. Codziennie powtarzaj, a ja się rozpłynę. Bądź mój, będę Twoja. Bądź.

Karm mnie słowami, wspieraj gdy nie przyjmuję ludzkich pokarmów. Całuj blizny, kradnij żyletki, i mów, że mam nie robić, no bo przecież mam Ciebie. A czy to przecież nie zastępuje wszystkiego innego?

Nie czerpię z niczego innego już. Nie potrafię. Z pzyjaciół. Z matki. Z siostry i wychowawców. Wszystko, choć jest tego duzo, to wciąż za mało. Nikt z nich nie kocha mnie tak, jak j potrzebuję. Do utraty tchu.

Ćwiczę fitness choć z głodu ledwo widzę na oczy. Chce być perfekcyjna dla tego następnego.

Choć i bądź. Teraz. Bo zaraz może mnie już nie być.

 

-- 29 sty 2013, 14:50 --

 

Zapadam się w sobie. W sklepie nie umiem już kupić słodyczy. Chodząc po wielkiej hali nakładam do wózka toffi, gumy balonowe, dwa rodzaje ciastek…Wszystko odkładam przy kasie. Nie potrafię. Zamiast tego kupuję niskosłodzony jogurt i otręby. Nawet jakbym bardzo chciała to mam już tę blokadę, ona mi nie pozwala. Nawet się cieszę. Mój tłuszcz na brzuchu się z tego cieszy. Ale jednak przeraża.

To trochę tak jakbym miała operację z powikłaniami, lub taką prowadzoną przez lekarza którzy chce mi zrobić krzywdę. Widzę, czuję to co się dzieje ale nie potrafię nic z tym zrobić. Bo mam znieczulenie. Nie ruszam się, i nic nie mówię. Ale widzę to, i boję się tego. Pozostaję bierna. Nie biorę odpowiedzialności.

Mam 20 lat i płaczę bo tata mnie nie kocha. Ale nie jem czekolady i kalorie spalam nawet przez sen. Nie musisz mi mówić, ja wiem skąd to się bierze i jak działa. W klasie maturalnej mam same jedynki, ale spójrz tylko ja tę gładką skórę! Po latach terapii wiem wszystko. Prócz tego, dlaczego to akurat teraz. Jestem twarda, tusz mi się nie rozmazuje gdy płaczę, a maska pozostaje nienaruszona. Ty tak potrafisz?

Potrafisz nie jeść słodyczy? Albo raz dziennie tylko stołówkowy obiad? Albo cieszyć się i jednocześnie ledwo chodzić z głodu? Ja umiem. Ja się cały czas uczę. Uczę. Autodestrukcji.

Patrzę, ale udaję że nie widzę. Nie chciałabym. Brać odpowiedzialności, i się tłumaczyć. Tak pani profesor, na śniadanie zjadłam dwa jajka z bekonem, kanapkę z serem, popiłam kawą z cukrem i tłustym mlekiem, na koniec zagryzłam batonem. I oczywiście, że nie mam pojęcia dlaczego nie mam siły chodzić z głodu. Ja nie wiem. Nie przyznaję się.

Nie ufam słodzikom, i staram się pić herbatę zupełnie gorzką. Złością wydrapuje sobie oczy za dodatkowe kęsy. Chcę się cieszyć smakiem. Częściej niż raz na tydzień. Wiedziałam, jak to może się skończyć. Ale próbowałam wmawiać sobie. Ćwicz Aniu, i wpierdalaj pizzę, na pewno schudniesz! Będziesz kurwa perfekcyjną lalką w swojej sukni. Będziesz tłustym pulpetem brudnym od czekolady. Tego chcesz?

Czułam że od nadmiaru jedzenia nie mogę się ruszać, choć jedzenia nie było wiele. Czułam, jakby żołądek był jedynym moim organem, a na jego dnie spoczywało danie przeze mnie skonsumowane. Jakby nożem można było je wydostać. Ale jest inna droga, by opuściło żołądek.

Lustro nie kłamie. Prawdą jest, że mam czerwoną twarz i z oczu lecą łzy, choć wcale nie płakałam. Szybko biegnę do pokoju. Nikt nie widział i nie słyszał. Szybko nakładam nową maskę. Choć, Ciebie też nauczę pozornej perfekcji. To proste. Ale jest jeden warunek. Musisz tylko nienawidzić siebie.

Choć, ja Ci nawet zapłacę. Chociaż nie wiem z czego, bo tata sprzedaje aparat by mieć na alimenty. Ale siadaj tu. Mów do mnie. Ja Cię kocham. Poudawaj, no poudawaj troszkę że Ty mnie też. Że znaczę coś więcej niż nic. Powiedz mi że jestem dla Ciebie przecież, i jestem cudowna. Że mam ładny uśmiech, i kochasz moje oczy. No mów! Mów, że mam długie piękne rzęsy i lśniące włosy. Mów, mów. Że kochasz się do mnie przytulać, i budzić się przy mnie. Że nawet kiedy jestem brzydka to i tak jestem najpiękniejsza. Dla Ciebie.

No mów. Dlaczego milczysz? Dotykam Cię, ale jesteś plastikowy. Kartonowy. Drewniany. Zbudowany z marzeń i snów. Dotykam, ale Ciebie już nie ma. Bo Ciebie nie było. Wiesz, uczucie bycia kochanym to tylko kwestia bujnej wyobraźni. Ważne jest, by nikt Cię nie budził z tych snów.

No powiedz mi. Że jestem tłustą kur.wą. Przecież wiem…

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×