Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Medyk

DDA,nerwica a może depresja ?

Rekomendowane odpowiedzi

Witajcie....

 

Mam na imię Rafał i mam 17 lat. Jestem uczniem szkoły średnie. 2 LO klasa biologiczno-chemiczna. We wrześniu tego roku zmieniłem szkołę z powodu klasy. Klasa tak mi umiliła życie, że każdego ranka jak miałem iść do szkoły, czułem lęk,strach nie chęć. Zresztą lek i nie chęć do szkoły występuje nadal. Zdaniem znajomych mam jestem mądry ale mam zaniżoną samo ocenę ( bardzo zaniżoną ). To napisała mi jedna osoba z którą jakiś czas rozmawiałem:

Wcale nie. Twoje pismo mówi, że masz problemy z otoczeniem, i nie mówisz wszystkiego, że prawdopodobnie masz problemy w domu/rodzinie/najbliższym otoczeniu (nie mówię o szkole). Mówi też,że starasz się, ale brakuje Ci odpowiedniej motywacji.
Jest to w 100 % prawda. Mój ojciec jest alkoholikiem. Nie pochodzę z bogatej rodziny i na wiele rzeczy nas nie stać. Mama jest b.chora i ma rentę. 3 lata temu razem z bratem przeszła poważny wypadek który cudem przeżyła. W poprzedniej szkole dobrze dawałem sobie radę z nauką. Przez klasę opuściłem b.dużo godzin ale wybrnąłem z tego. Teraz jest źle. Nie mam zbyt dużo kolegów w nowej szkole. Cały czas chodzę smutny i nie wieżę w swoje możliwości. Chciałbym studiować medycynę ale cały czas mam jedną myśl - nie dostanę się na lek.

Nie raz, jak czeka mnie stres w szkole dostaję biegunki. Biegunka ustaje wraz z informacją że nie pójdę w owym dniu do szkoły. Co mi właściwie jest ? Czy ja mogę mieć depresję, nerwicę, DDA lub zespół stresu pourazowego ?

 

EDIT: Jestem osobą bardzo wymagającą. Mało jest osób którym ufam i z którymi jestem szczery.

 

Pozdrawiam

Rafał

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witaj

Niezależnie od tego jakie literki definiują Twoją przypadłość,powinieneś się sobą zaopiekować na tyle aby móc przystosować się do tzw życia..Brzmi to jak wymądrzanie ale ze szkołą miałam i w zasadzie nadal mam takie same problemy. I wiem że jeśli ten problem się zignoruje to niestety ale narasta..U mnie to zaowocowało 7rokiem studiów :roll: Proponuję więc rozglądnąć się w necie za jakimś dobrym psychologiem w swoim mieście i iść pogadać..

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tylko ja nie wiem czy dam radę opowiedzieć to wszystko psychologowi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witam,

myślę ze to strach spowodowany przeżyciami z poprzedniej szkoły.

Sprobuj otworzyć sie na innych, nie wszyscy sa przecież tacy źli ;]

Lecz przyjaciół dobieraj ostrożnie.

Z ojcem tez nie mam łatwo, całe zycie mi coś wypomina...

Też jestem na biol-chem, a aby przetrwać na studiach medycznych trzeba mieć silna psychę, tez chciałam isc w tym kierunku, miałam nawet wybrana juz specjalizację- patolog, lecz poprzestałam na marzeniach i postanowiłam zejsc na ziemię, W zwiazku z tym wybieram sie na połoźnictwo (nie ma to, jak brudna robota ;D )

Mysle , że trzeba być realista i jesli dobrze sie uczysz i czujesz ze dasz rade, to jak najbardziej medycyna- zycze powodzenia!

Uwierz w siebie! Nie chowaj sie po kątach, bo na pewno masz w sobie tyle siły aby dac rade.

Zacisnij pieści i do przodu, a w innych wyjeb****

Moj sposób; Słuchawki na uszy (dobra muza najlepsza na wszystko), mam swoj świat i swoje kredki i innymi sie sie nie przejmuje a jak sie komuś co nie podoba to niech popatrzy na moj srodkowy palec ;)

Mam nadzieje ze jakos poradzisz sobie ze swoimi problemami,a jesli chciałbyś pogadać to daj znać.

Pozdrawiam A-P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Przesadzacie z tą medycyną, wcale tu nie jest tak strasznie i ciężko. Wręcz przciwnie, po przetrwaniu pierwszego roku, który zresztą jest najlżejszy , trudno jest wypaść z tych studiów. Wiem coś o tym; D Bo mimo choroby nadal studiuję, może z przerwami, ale jednak; ) Pozdrawiam, i życzę dostania się na medycynę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowane)

Mam 35 lat. Terapię dla DDA za sobą - dwa lata temu.

Od pół roku dokuczają mi bóle stawów dłoni i stóp, kolano, kręgosłup. Blokuje mi dłonie jakby przykurcze.

Byłam w szpitalu najpierw powiatowym zaraz potem reumatologicznym... i nic nie stwierdzono.

Lekarz reumatolog przepisał mi Trittico i wygonił do domu, mówił: "zdarza się czasami". CAły czas pomocy dla siebie szukam sama.

dodam, że poroniłam 2 miesiące przed wystąpieniem wszystkich bóli i w ogóle mam kłopoty w małżeństwie.

Zgłosiłam się do ośrodka leczenia nerwic i jestem w trakcie diagnozowania. Równolegle rozpoczęta terapia małżeńska.

Nie wiem czy to nerwica... mój psycholog do którego wróciłam po poradę powiedział, że najprawdopodobniej zaburzenia kompensacyjne. Ale czy tak jest?

 

Trzyma się jakoś chyba dzięki trittico ale sama nie wiem. Jestem świadoma, że pewnie czekają mnie ważne decyzje i znów trudna praca nad sobą ale się tego boję. Nie wiem skąd te bóle stawów i gdy one się pojawiają - występuje też ogólne zmęczenie kończyn.

Czy ktoś z Was tak miał/ma?

 

Pozdrawiam serdecznie i chyba zostanę tu u Was na dłużej.

Edytowane przez Gość

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

iwon.a, Witaj na forum.

Syndrom DDA może dawać się we znaki.

Może wystąpiła u Ciebie somatyzacja pod wpływem wydarzeń, które opisujesz.

Przeżyłaś stratę, to traumatyczne przeżycie.

Przeżywasz kryzys w małżeństwie. To mało jak na w/w przez Ciebie objawy?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Od pół roku dokuczają mi bóle stawów dłoni i stóp, kolano, kręgosłup. Blokuje mi dłonie jakby przykurcze.

 

Z tego co piszesz wygląda to na zjawiska psychosomatyczne.

 

Pomyśl, do czego służą stawy, dłonie, stopy i te części ciała, które Cię bolą - jaką spełniają funkcję. Dam przykład. Niektórych boli żołądek, a żołądek jest odpowiedzialny za trawienie - w związku z tym część osób gdy przerobi problem, który wcześniej nie mogli strawić - mija im dolegliwość żołądka. Tego typu objawy są dosyć indywidualne.

 

Blokuje mi dłonie jakby przykurcze.

 

Tu pytałbym się do czego służą dłonie i dlaczego blokujesz robić to, do czego służą.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Moniczko, tak dużo i ciężko. Ale ja? Powinnam dać radę udźwignąć i iść dalej. A jednak ja i pora na zmiany.

Jak wielu nie mogę uwierzyć, że to somatyzacja. Żołądek, serce... ale stawy?

Zdaję sobie sprawę, nie zatraciłam idei, że nie ma co się użalać tylko obrać do roboty nad sobą ale ta góra którą widzę przed sobą wydaje się być zbyt stroma.

 

Nie wiem... stawy - układ ruchu - może chcę odejść od męża ale nie potrafię - coś mnie przytrzymuje. A może powinnam zostać a chcę odejść... Coś mnie unieruchamia. Jakieś wstrętne emocjonalne COŚ

 

Dłoni przykurcze kurde... ręce - witać się, żegnać, głaskać, dotykać, odpychać, bić, onanizować się, trzymać myszkę komputerową (szukać znajomości internetowych... szukać zaspakajania potrzeb emocjonalnych.., znajomość internetowa, tęsknić, romans).

 

Przykurcze - bezsilność, niemoc utrzymania we własnych rękach obecnej sytuacji, coś jest za trudne, za "ciężkie".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Moniczko, tak dużo i ciężko. Ale ja? Powinnam dać radę udźwignąć i iść dalej.

Nikt ze stali nie jest. I całe szczęście.

Jak zaczyna się coś dziać, znaczy, że coś jest nie tak. Ważne, ze człowiek sobie z tego zaczyna zdawać sprawę i nie czeka, aż spadnie grom z jasnego nieba. Tylko zaczyna działać, żeby sobie pomóc.

A jednak ja i pora na zmiany.

Prawdą jest, że nie wszyscy te zmiany akceptują. To też lęk przed nowym i nieznanym.

Czasem ze zwykłego wygodnictwa nie chcemy zmian.

Bo jest nam tak dobrze, mamy też przecież jakieś korzyści ze swoich trudności.

Jak wielu nie mogę uwierzyć, że to somatyzacja. Żołądek, serce... ale stawy?

Stawy, serce, żołądek, jelita, oczy, uszy......dosłownie wszystko zaczyna "szwankować". Gdy psychika niedysponowana, ciało także.

Zdaję sobie sprawę, nie zatraciłam idei, że nie ma co się użalać tylko obrać do roboty nad sobą ale ta góra którą widzę przed sobą wydaje się być zbyt stroma.

Czasem tak jest, że widzimy problemy większymi lub ,mniejszymi niż są.

Nie wiem... stawy - układ ruchu - może chcę odejść od męża ale nie potrafię - coś mnie przytrzymuje. A może powinnam zostać a chcę odejść... Coś mnie unieruchamia. Jakieś wstrętne emocjonalne COŚ

Dłoni przykurcze kurde... ręce - witać się, żegnać, głaskać, dotykać, odpychać, bić, onanizować się, trzymać myszkę komputerową (szukać znajomości internetowych... szukać zaspakajania potrzeb emocjonalnych.., znajomość internetowa, tęsknić, romans).

Przykurcze - bezsilność, niemoc utrzymania we własnych rękach obecnej sytuacji, coś jest za trudne, za "ciężkie".

:D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Nie wiem... stawy - układ ruchu - może chcę odejść od męża ale nie potrafię - coś mnie przytrzymuje. A może powinnam zostać a chcę odejść... Coś mnie unieruchamia. Jakieś wstrętne emocjonalne COŚ

 

Dłoni przykurcze kurde... ręce - witać się, żegnać, głaskać, dotykać, odpychać, bić, onanizować się, trzymać myszkę komputerową (szukać znajomości internetowych... szukać zaspakajania potrzeb emocjonalnych.., znajomość internetowa, tęsknić, romans).

 

Przykurcze - bezsilność, niemoc utrzymania we własnych rękach obecnej sytuacji, coś jest za trudne, za "ciężkie".

 

Piękna odpowiedź! Teraz już wiesz skąd Twoje reakcje ciała. Nie widzę większego sensu szukania witamin na poszczególne części ciała (np stawy), ale rozwiązania Twojej sytuacji w domu. W psychosomatyce stawy decydują za kierunek ruchu i konflikt wewnętrzny związany z podjęciem decyzji - dlatego wierzę w Twoją odpowiedź.

 

Napisz do mnie na PW o Twojej sytuacji w domu, pomogę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Szybka Zmiana, Niech napisze tu, będzie to wymiana doświadczeń.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

To zacznę od środka, nie od początku.

Chciałam odejść od męża, nie byłam jednak gotowa na żadne konstruktywne działania, byłam zbyt "rozwalona" po poronieniu i tym, że zaczęły otwierać mi się oczy - jaki mój mąż jest...Nigdy nie byłam pewna, że go kocham, ale przez te całe 14 lat razem dostatecznie nieufająca swoim wewnętrznym pragnieniom, sądom przeczuciom itd. więc trwałam przy czymś, co nie było chyba dla mnie.

 

Od początku:

Byłam sama jak palec i był on. Nalegałam, więc ze mną został, nalegałam - zamieszkał. Znalazłam mieszkanie i byłam taką inicjatorką w naszym życiu właściwie każdej zmiany. On bierny. Rozmowy całą noc - wykluczone, nie mieliśmy, o czym rozmawiać. Ciągnące się monologi. Przedwczesne wytryski, chłód seksualny.

Ale był.

Znieść samotność było ciężko. Był ale drażnił mnie sobą.

Potem zaczął... podążać za mną, być jak ja. Robić jak ja. Cytował innych i brał jako własne zdanie ;) I jego rodzina - zero akceptacji - armia strażników. Mama nie pełniła w tej rodzinie swojej roli miała od tego dzieci. Nie akceptowałam tego, więc nie należałam do tej armii. Nigdy się nie wstawił za mną. Biernoość, bierność, bierność, na każdej płaszczyźnie i śmiem twierdzić życie moim kosztem: emocjonalnym, naszego syna, finansowym itd. Kopiowanie zachowań innych. Do tego jakieś dziwne kokietowanie kobiet. Nie jestem jakoś szczególnie zazdrosna ale to były charakterystyczne "sceny z życia na zewnątrz". Ślub wzięliśmy, bo brat jego brał - chyba tak, tak to czułam. Ale wzięliśmy ale nie byłam pewna, że tego chcę. Ponieważ nie byłam z "dobrej" rodziny sama przed sobą nie miałam szans, choć odzywało się coś we mnie, to skutecznie to zabijałam np. że mój ojciec miał złe zdanie o mamie, więc ja będę taka jak on gdy nie będę akceptować męża. Coś nie tak... I nie miałam z kim pogadać, mądrych rodziców dla mnie było brak.

URodził się syn, miałam wrażenie że zlał się z nim. Zostałam na boku - ta zarabiająca (no wiecie - w końcu to ja zawsze musiałam mieć pieniądze jesli chciałam coś więcej lepiej - w ogóle co ja mówię - zapewnić podstawowy byt).Poszłam na terapię DDA. "Sprzedałam mu całą wiedzę" ale nic z nią nie zrobił. Wydawało nam się razem (a może takmi się wydawało), że on też chce iść na terapię. Ale on zasypiał wieczorami na wersalce - po 20 już nie było mojego męża. Na terapii DDA "wyszło”, że powinnam iść na terapię małżeńską, ale nie poszłam.... szukałam szczęścia w internecie, szczęścia nie znalazłam, ale dowiedziałam się pisząc (ot choćby jak piszę to - sama gadam do siebie ;) i dociera do mnie nowa myśl) że są ludzie z którymi się dogaduję. Mój mąż jest pełen pogardy i krytyki dla działań innych a sam nic nie robi, żyje moim kosztem energetycznym, a nawet finansowym - co to ostatnie nie jest takie straszne - jakby działał, starał się i miał kłopoty finansowe to wspierałabym go jak tylko umiem, choć i tak wspierałam usprawiedliwiając się że niby mam lepiej. Co się nakombinowałam... Świadomość, że to jest takie, jakie jest trudna do zniesienia. Że pozawalam sobie na to wiele lat, że leci moim zdrowiem i że tego nie chcę.

Nie chcę tego. Dla mnie nie chcę tego oznacza co o znacza: trzeba to zakończyć, powinnam odejść od niego. Ale trzyma mnie jakieś poczucie winy i taka próba zaprzeczenia sobie, że to ja jednak przez te wiele lat nie umiałam dostrzec jakim jest fantaastycznym człowiekiem. Czy zaprzeczam sobie? Nie wiem co nie pozwala mi odejść. Nie wiem.

Boję się że będzie chciał odebrać mi dziecko? Chyba nie boję się już zostać sama. Mam w miarę zdrowe podejście do wychowania dziecka i wiem że ono jest "dla świata, dla siebie" a nie dla rodziców. W ciągu dwóch lat zerwałam kontakt z mamą, przestałam się czuć "winna" odwiedzania pewnej ciotki i inicjowania relacji. Odpuściłam teściom i rodzeństwu męża. Nie zależy mi już na tej rodzinie po prostu. Oni nie pytają co u mie. Ja się starałam wyjść "do nich" ale oni chyba są z innej bajki, podobnie jak mój mąż. Mój mąż zachowuje się obecnie - tak to odbieram - jak najstarszy syn, który robi jak się mu coś powie (super chętnie - potem mówi że to on tak fajnie i w ogóle) ma dlugi, nie interesuje się czy ja mam pieniądze - jak się kończą wspólne po prostu nie chodzi do sklepu ;) Nie podejmuje tematu ze mną. A ja już przestałam. Ach jeszcze dużo różnych klimatów... W każdym razie emocjonalnie kicha.

 

Chętnie jak dotąd poczytam co myślicie o tym... rozgadałam się z jakąś ufnością.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jesteś inteligentna, i co najważniejsze - już nie boisz się samotności, poczucia odrzucenia. To daje Ci możliwość podjęcia innych działań i osiągania innych rezultatów.

 

Pomyśl o swojej stronie tej sytuacji. Będąc ciągle aktywną, ciągle inicjującą, możliwe że z dominującą sferą pracy musisz znaleźć takiego partnera, który będzie Ciebie balansował - biernego. Ludzie dobierają się również przeciwieństwami - dwójka biernych nigdy się nie dogada, bo nikt nie rozpocznie rozmowy. Dwójka aktywnych z kolei będzie się kłócić o to kto ma podjąć decyzję. Pomyśl czemu wybrałaś dla siebie taką rolę i pozwalaj sobie być bierną, pasywną (może pojawić się lęk przed utratą kontroli, obserwuj go) - inaczej kolejne związki mogą przynosić podobnych osobowościowo mężczyzn.

 

Nie chcę tego. Dla mnie nie chcę tego oznacza co o znacza: trzeba to zakończyć, powinnam odejść od niego. Ale trzyma mnie jakieś poczucie winy i taka próba zaprzeczenia sobie, że to ja jednak przez te wiele lat nie umiałam dostrzec jakim jest fantaastycznym człowiekiem. Czy zaprzeczam sobie? Nie wiem co nie pozwala mi odejść. Nie wiem.

 

Jedną rzeczą jest dostrzec w drugiej stronie fantastycznego człowieka, a inną chęć życia z nią całe życie. Zauważ, że on ma te cechy, jakie z siebie wypierasz. Doceniając je, docenisz tą część Ciebie, która na dzień dzisiejszy rzadko dochodzi do głosu. To zmieni Ciebie, a jego zacznie uczyć aktywności, bo zrobisz w waszym domu na to miejsce. Jednocześnie - nie oznacza to, że będzie chciał iść tą drogą. Odnoszę wrażenie, że nigdy nie chciałaś z nim być, a Twoje odejście może być dla niego również zbawienne - umieści go w sytuacji, w której będzie musiał nauczyć się aktywności i inicjatywy, co przyda mu się na całe życie.

 

Myślę, że wiesz czego chcesz, i jednocześnie chcesz wziąć odpowiedzialność za coś, za co nie można brać odpowiedzialności - za to co inni zdecydują. Daj więc Bogu/rzeczywistości zrobić to, co ma być, a sama zrób to, co uważasz za słuszne.

 

Mój mąż zachowuje się obecnie - tak to odbieram - jak najstarszy syn, który robi jak się mu coś powie (super chętnie - potem mówi że to on tak fajnie i w ogóle) ma dlugi, nie interesuje się czy ja mam pieniądze - jak się kończą wspólne po prostu nie chodzi do sklepu ;)

 

Podejrzewam, że Ty zatem zachowujesz się jak mama (przypominasz jego mamę, ona też się o niego tak troszczyła? :) ) - a w relacji z mężczyzną polecam bycie kobietą, nie mamą - bo wtedy będziesz miała syna, nie mężczyznę. :)

 

Co teraz pojawia się z Tobie jak myślisz o odejściu od niego?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziękuję za odpowiedź. Przeczytałam zaraz po umieszczeniu odpowiedzi. Czytałam wiele razy i chyba dopiero teraz jakoś mogę odpowiedzieć.

 

Dwójka aktywnych z kolei będzie się kłócić o to kto ma podjąć decyzję. Pomyśl czemu wybrałaś dla siebie taką rolę i pozwalaj sobie być bierną, pasywną (może pojawić się lęk przed utratą kontroli, obserwuj go) - inaczej kolejne związki mogą przynosić podobnych osobowościowo mężczyzn.

Wybrałam takiego partnera (choć już wtedy wiedziałam, że nie będzie mógł zaspokoić pewnych innych moich potrzeb), bo był na tyle łagodny i na tyle swobodnie mogłam się przy nim czuć, że nie czułam napięcia, lęku.

Przy czym, co już oboje wiemy - nie do końca był przekonany by zemną być, a ja bardzo chciałam by wypełnił moją samotność i "zawłaszczyłam go sobie" (tak, był na tyle niedecyzyjny).

Było po po drodze - do dziś wiele trudnych sytuacji... wymknęło mi się spod kontroli za co jestem odpowiedzialna za co nie.

Przez wiele lat .... i to na gruncie potrzeb materialnych, emocjonalnych...

Wysiadłam jako centrum dowodzenia ;)

Ale partner najprawdopodobniej nie czuł takiego dyskomfortu jak ja. Osadziłam siebie w pewnej pseudo-komfortowej sytuacji i teraz chciałabym z niej wyjść.

Wciąż mam dylematy... czy dobrze to interpretuję. Często też przeżywam rozczarowania z wydumanych przez siebie samą oczekiwań od męża, któych on za bardzo nie rozumie, chyba...

 

 

Zauważ, że on ma te cechy, jakie z siebie wypierasz. Doceniając je, docenisz tą część Ciebie, która na dzień dzisiejszy rzadko dochodzi do głosu. To zmieni Ciebie, a jego zacznie uczyć aktywności, bo zrobisz w waszym domu na to miejsce. Jednocześnie - nie oznacza to, że będzie chciał iść tą drogą.

 

A to ciekawe bardzo. Trudno jest wyjść do końca ze swej roli, bo... jakby obie strony przez wiele lat specjalizowały się w niej...

Jeszcze tego nie poukładałam, co w nim doceniam, a co neguję. Dochodzi tu do jakiś absurdów... doceniam wartości jego ale one jakby nie pomagają w związku takim jak małżeństwo... mam tu jeszcze mętlik.

 

 

Odnoszę wrażenie, że nigdy nie chciałaś z nim być, a Twoje odejście może być dla niego również zbawienne - umieści go w sytuacji, w której będzie musiał nauczyć się aktywności i inicjatywy, co przyda mu się na całe życie.

Myślę, że wiesz czego chcesz, i jednocześnie chcesz wziąć odpowiedzialność za coś, za co nie można brać odpowiedzialności - za to co inni zdecydują. Daj więc Bogu/rzeczywistości zrobić to, co ma być, a sama zrób to, co uważasz za słuszne.

 

To jest straszne ale przez tyle lat od samego początku noszę w sobie dylemat bycia z nim. Więc nie ma też pewności uczuć.

To jest trudne. Tworzę nasz własny świat za nas dwoje. To jest strasznie męczące i chore.

 

Podejrzewam, że Ty zatem zachowujesz się jak mama (przypominasz jego mamę, ona też się o niego tak troszczyła? :) ) - a w relacji z mężczyzną polecam bycie kobietą, nie mamą - bo wtedy będziesz miała syna, nie mężczyznę. :)

Skoro myślę za nas dwoje, to jak w relacji - rodzic - dziecko. Ja rozmawiam z nim o jego problemach, ja płacę za wszystko "poza jedzeniem", ja oganiam wszystko organizacyjnie...

 

Co teraz pojawia się z Tobie jak myślisz o odejściu od niego?

Trochę mi się "zmieszało". Gdyby dopuścić, że ja neguję w nim coś czego nie dopuszczam w sobie - to odejście od niego oznacza - wypieranie się też siebie?

 

Silniej pojawia się we mnie myśl, że nie jestem w stanie odwrócić tych "układów" z wielu powodów. Raz że skłaniam się do tego, że jednak go nie kocham. Dwa nie wiem czy potrafiłabym "oddać swoje życie w jego ręce" - chyba nie (wiele przykładów do podania).

 

Poł roku temu powiedziałam mu, że go nie kocham. Odpowiedział: Dobrze to Was zostawię i odejdę sobie. To mnie strasznie przestraszyło. Mnie to jeszcze ... ale nas? Na drugi dzień "zgniotło" mnie jakieś poczucie winy. Czuję się niewolnikiem. Najprawdopodobniej sama się zniewalam, potem denerwuję... potem się zagłuszam i tak w koło...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

już nie boisz się samotności, poczucia odrzucenia

a ja tak

Będąc ciągle aktywną, ciągle inicjującą musisz znaleźć takiego partnera, który będzie Ciebie balansował - biernego. Ludzie dobierają się również przeciwieństwami - dwójka biernych nigdy się nie dogada, bo nikt nie rozpocznie rozmowy. Dwójka aktywnych z kolei będzie się kłócić o to kto ma podjąć decyzję.

ale skąd wtedy wiadomo, ze ten bierny faktycznie czegos chce, a nie tylko się podporzadkowuje? albo, że czegoś nie chce? albo w końcu, że angażuje się uczuciowo w związek?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×