Witam

Jesteś nowy na forum ? Masz okazję przywitać się z innymi forumowiczami.

Witam

Avatar użytkownika
przez infrared 12 cze 2012, 11:32
Ja też się przywitam, a co :)

Z nerwicą walczę od niedawna, czasami jest lepiej, częściej gorzej, ale mam nadzieję, że wyjdę z tego zwycięsko.

Na forum zarejestrowałam się, żeby nie marudzić wszystkim naokoło, a jednak móc się czasami wygadać.

I to chyba tyle :)
W którąkolwiek stronę się udasz, idź tam całym sercem.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
29
Dołączył(a)
04 cze 2012, 12:19
Lokalizacja
Poznań

Witam

Avatar użytkownika
przez Lilith 12 cze 2012, 11:33
infrared, cześć i czołem :D Witamy na forum ;)
Lepiej być diablicą,niż w aureoli usychać z nudów.
Niektórym ludziom nigdy nie dogodzisz.Lepiej się z tym pogódź-mniejsze ryzyko choroby wrzodowej i psychicznej.[/i]
Avatar użytkownika
Offline
Administrator
Posty
45361
Dołączył(a)
26 lip 2011, 00:38
Lokalizacja
Z PODZIEMNEGO ŚWIATA

Witam

Avatar użytkownika
przez infrared 10 lip 2017, 23:41
Jak mnie tu dawno nie było. I chyba nigdy nie myślałam, że wrócę.
A w sumie trafiłam chyba po to, żeby wyrzucić z siebie wszystkie żale, bo dotarłam do ściany i nikt naokoło nie rozumie mojego zachowania, a ja nie mam siły tłumaczyć.

Z moim epizodem nerwicowym męczyłam się prawie dwa lata, przeszło! Nie do końca samo, trafiłam na bardzo mądrą panią kardiolog, która wyjaśniła mi wszystkie moje strachy, a ponadto zaczęłam się faszerować jakąś kosmiczną ilością magnezu i soku pomidorowego - i pomogło.
Miałam poźniej "delikatny" nawrót - nauczona doświadczeniem i przebadana z każdej możliwej strony wiedziałam, co się święci, wiedziałam skąd i dlaczego -
tym razem pomogła zmiana pracy i otoczenia. I było dobrze.
Do zeszłego roku. Mama, najbliższa mi osoba na świecie, pod koniec 2015 zaczęła umierać. Wiem, jak to patetycznie - i paskudnie brzmi, ale tak to właśnie wyglądało. Chorowała na raka od 15 lat, okazało się, że ma nawrót, że jest guz mózgu, przez chemię doustną mało nie zeszła, dorobiła się padaczki, anoreksji, wysiadły nerki...od sierpnia był już praktycznie tylko szpital. W listopadzie zmarła. Zmarła w bólu, ostatni dzień spędziłam praktycznie cały przy niej, patrząc, jak cierpi, nie mogąc jej w żaden sposób pomóc - najgorszy dzień w moim życiu.
I teraz dopiero wiem, że ładnie przechodziłam przez wszystkie etapy żałoby, ale byłoby zbyt prosto.
Przez ten ostatni rok, dwa lata, przez to wszystko przestałam kontrolować swoje finanse. Wierzyciele się dobijają, straszą, no nie pomogło to na pewno - pretensji do nich nie mam, ich praca, moje błędy, ale przerosło mnie to wszystko. Z jednej strony nie potrafię się do końca podnieść po śmierci mamy, z drugiej popadłam w długi, z trzeciej nie mam siły, żeby stawić im czoła - bo siły mi starcza na tyle, żeby innym się wydawało, że normalnie funkcjonuję, z czwartej nie mam pieniędzy na terapię, a jak nigdy czuję, że potrzebuję pomocy specjalisty. Żyję za szkłem, nie dopuszczam do siebie pewnych informacji, co wcale nie jest łatwe, bo ile można trzymać swoje demony pod poduszką. Cały mój świat sie rozleciał i nie umiem, nie chcę, nie mam siły, żeby odbudować go na nowo. Czekam nie wiem na co, bardziej wegetując, czasami próbuję się mobilizowacy, żeby coś zrobić, ale szybko mi przechodzi, bo czuję się przytłoczona.
Czasami patrzę na tych ludzi naokoło, tacy szczęśliwi, tacy swobodni, nie to, że im zazdroszczę tego. Każdy ma swoje problemy mniejsze bądź większe, zazdroszczę im, ze potrafią sobie z nimi jakoś radzić. Ja nie potrafię i przez to wpędzam się w jeszcze gorszą sytuację.
Aż mi się nie chce wspominać, że nie chce mi się żyć...No nie chce się. Nie widzę niczego pozytywnego naokoło, żadnych "kolorowych" perspektyw na przyszłość. Nic mi się nie udało z tego, co miałam zaplanowane, nie ma już osoby, dla której robiłam od zawsze wszystko (moja relacja z mamą nie była zdrowa, wiem o tym, ale tak to jest, kiedy ojciec jest tylko obecny ciałem, nie duchem, a dorastasz w przekonaniu, że mama może w każdej chwili umrzeć - chorowała długo i często paskudnie), zaraz stuknie mi trzydziestka, a nie przenosi się to jakoś na mój dorobek życiowy...
No nic, dość narzekania. Może - może mi w jakiś sposób chociaz to na chwilę pomoże.
W którąkolwiek stronę się udasz, idź tam całym sercem.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
29
Dołączył(a)
04 cze 2012, 12:19
Lokalizacja
Poznań

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Witam

Avatar użytkownika
przez ekspert_abcZdrowie 11 lip 2017, 10:55
Witaj infrared!
Co robisz na co dzień? Jesteś w stanie pracować, by stopniowo spłacać swoje zobowiązania finansowe? Czy masz możliwość pożyczyć od kogoś pieniądze (bez oprocentowania), by nie musieć oddawać z odsetkami? Jeśli potrzebujesz chociażby doraźnego wsparcia specjalisty, możesz skorzystać z pomocy w Centrum Interwencji Kryzysowej. Taka placówka znajduje się praktycznie w każdym mieście wojewódzkim, a czasem nawet w miastach powiatowych. Poszukaj w swoich okolicach. Pomoc jest darmowa, więc nie narażasz się na koszty. Pozdrawiam!
Psycholog
Posty
9013
Dołączył(a)
22 sie 2011, 15:11

Witam

Avatar użytkownika
przez infrared 13 lip 2017, 23:57
Gdyby ktoś mógł mi takie pieniądze pożyczyć, bądź mogłabym to spokojnie spłacać z tego, co zarabiam, nie byłoby problemu. To też jest chyba tak trochę, że trzymam ten temat w zawieszeniu, bo mimo wszystko pozwala mi się skupić na nim jako na moim największym problemie, który jasne, że odbiera mi poczucie bezpieczeństwa i wpędza w poczucie żadnej wartości. Ale to trochę na własne życzenie, żeby nie skupiać się na tym, co przeżyłam przed - i w trakcie śmierci mamy. Największy żal mam do mojego pracodawcy, który odgórnie narzucił mi powrót do pracy po pogrzebie, gdzie nawet nie miałam kiedy przerobić sobie tego, co się wydarzyło i do dziś nie poukladałam sobie tego w głowie. Dużo mam rzeczy do przepracowania sama ze sobą. Liczę na to, że uda mi się zmienić i pracę, i miejsce zamieszkania, i że da mi to jakąkolwiek motywację do zawalczenia o siebie. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że chyba chciałabym spróbować wrócić do życia, zamiast ślizgać się z dnia na dzień. Ale brakuje mi jeszcze siły i jeszcze muszę jej trochę w sobie nabierać.
W którąkolwiek stronę się udasz, idź tam całym sercem.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
29
Dołączył(a)
04 cze 2012, 12:19
Lokalizacja
Poznań

Witam

przez yopal 14 lip 2017, 20:20
Hej...czytając wątek stwierdzam, że jestem w bardzo podobnym punkcie życia i od kilku lat nie wiem jak ruszyć do przodu...z jednej strony samotność mnie dobija z drugiej nie mam ochoty praktycznie na nic, letni okres jest tym lepszym a ja ciągle siedzę na doopie i również nie mam już ochoty tłumaczyć moim bliskim jak się czuje i, że życie przelatuje mi przed oczami...
Offline
Posty
37
Dołączył(a)
25 lip 2015, 13:56

Witam

Avatar użytkownika
przez infrared 15 lip 2017, 02:20
A widzisz, ja się wycofuję z bliższych kontaktów, bo boję się i odrzucenia, i straty. Nie wiem, jak mój chłopak ze mną wytrzymuje jeszcze i dodatkowo mam wyrzuty sumienia, że mógł lepiej trafić ;) a dzielnie przeżył wszystko i nadal jest.
W każdym razie, jako że pozytywne afirmacje, techniki relaksacyjne itp. na mnie nie działają, staram się motywować, wyznaczając sobie małe zadania. Wiem, że po powrocie do domu muszę od razu zrobić to, co mam do zrobienia, siłą rozpędu, bo inaczej spedzę cały wieczór leżąc. Potrafię mówić sobie: teraz zrób to, teraz to...Ratują mnie zwierzaki, bo cokolwiek mi by się nie działo, one muszą być ogarnięte, nakarmione, napojone. Nadal odrzuca mnie od wszystkiego, co raz, że kiedyś sprawiało mi przyjemność, a dwa, zmusza do myślenia, ale może niedługo...
Dodam jeszcze tylko, że powolne wyciąganie za kłaki tych pochowanych potworków jest równie nieprzyjemne, co skuteczne - co prawda na razie je tylko "oglądam", ale już widzę pierwsze objawy, nerwica powoli się dobija, co mnie trochę martwi, bo jakkolwiek znam sposoby na przyspieszony puls, bezsenność, "stawanie" serca, to na brak możliwości jedzenia i picia jeszcze nie znalazłam rozwiazania. A że swoją nerwicę lubię sobie wyobrażać jako złośliwą babę, to ten właśnie wredny babsztyl doskonale wie, że tego boję się najbardziej (dwa epizody kilkumiesięczne, kilkunastu lekarzy - "nic pani nie jest, czego pani chce", 20 kg mniej). Ale świadczy to tylko o tym, że idę dobrą drogą.
A idę, bo ostatnio pomyślałam, że kiedyś bywało fajnie. I może jeszcze chciałabym coś fajnego przeżyć. Że nie chcę być taka nieogarnieta, nie chcę się czuć sama źle ze sobą, że cokolwiek by się nie działo, mi musi na mnie zależeć. Mam napady płaczu i histerii, niekontrolowane, ale - w końcu mam! W końcu czuję coś innego oprócz beznadziei.
W którąkolwiek stronę się udasz, idź tam całym sercem.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
29
Dołączył(a)
04 cze 2012, 12:19
Lokalizacja
Poznań

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości

Przeskocz do