Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

infrared

Użytkownik
  • Zawartość

    44
  • Rejestracja

  1. W dobie dzisiejszych leków coraz mniej można rozkruszyć niestety. Najbardziej lubię stwierdzenie, że to jest mała tabletka - nie robi mi to różnicy Plusem jest to, że odkąd pojawił się mój problem, przy typowych infekcjach leczę się domowymi sposobami i praktycznie nie choruję - zawsze jakaś korzyść. Ale uwierzcie, jest to coś, w co lekarze mi nie wierzą (oprócz psychiatrów - tym oddaję honor, tu na moje uwagi nigdy nie kwękali). Ale tak samo jak nie potrafią zrozumieć, że "wyłącza" mi się przełyk i nie potrafię jeść i pić. Z perspektywy czasu jest to zabawne, chociaż cholernie uciążliwe. No i mój ulubiony dialog: skąd ta anemia u pani? Bo nie jem
  2. Kiedy odkryłam hydroksyzynę w syropie, moje życie zmieniło się na lepsze ;) Czasami wystarczy świadomość, że ta butelka obok jest. Dzięki za dobre słowo. Dochodzę czasem do podobnych wniosków, o których piszesz, tyle że chyba gdzieś we mnie jest jeszcze ta niepewność, czy to na pewno nerwica. Niestety, mam pecha co do lekarzy - zresztą w hipochondrię wpędziła mnie pierwsza lekarka, do której trafiłam z typowo nerwicowymi objawami (człowiek po czasie taki mądry), a ta mnie chciała położyć do szpitala. Jedyne w tym całym szaleństwie, co mnie ratuje, to osteopaci, do których chodzę w gorszych przypadkach, bo 90% moich problemów zdrowotnych i objawów somatycznych wynika ze zbyt dużych napięć w ciele - jak na razie przez moje 10 lat wojenki z nerwicą są jedynymi specjalistami, którzy nie robią wielkich oczu, jak słyszą o moich problemach i mi rzeczywiście pomagają. Wiem, że nerwica przychodzi i odchodzi. Jak odchodzi, to nawet ją lubię, bo zawsze czegoś mnie nauczy. Tylko w trakcie brak mi tej pewności i to przytłacza.
  3. Muszę to z siebie wyrzucić, bo pęknę. Ostatnio doszłam do wniosku, że już chyba naprawdę albo umieram, albo nerwica mnie zjada. Od dziecka się czegoś bałam, ale teraz to jest jakieś apogeum. Od rzeczy banalnych - nie jeżdżę ruchomymi schodami, jazda tramwajem czy pociągiem bywa traumatyczna (zdarza się, że jadę dwa razy dłużej regio, bo częściej się zatrzymuje i mam chwilę oddechu), po strach przed chorobą (na pierwszym miejscu rak - moja mama długo chorowała i bardzo boleśnie umierała), śmiercią. Problemy z sercem? Zaliczone. Trudności z połykaniem - ostatnio prawie rok nie mogłam normalnie jeść, pić - norma, cała linia nerwu błędnego zablokowana. Teraz mam jakieś dziwne problemy z żołądkiem - i tłumaczę sobie, że pewnie nerwy znowu, bo i ataki paniki przy zasypianiu, i bóle głowy, i ogólny spadek nastroju itp. itd. I co z tego? W głowie mam już zaprogramowaną wizję. Moja rodzinna rozkłada ręce: "co ja mam pani dać, skoro pani nie łyka tabletek"? Czuję się jak jakiś obiekt z innej planety, naprawdę jestem jedyną osobą na świecie, która dławi się tabletkami? Czuję się trochę pod ścianą, bo na prywatnych lekarzy nie mam w tym momencie środków, standardowo nikt nie wie, co mi jest, żadne techniki relaksacyjne mi nie pomagają, ba, jeszcze bardziej mnie stresują, że nie potrafię się zrelaksować. No i ta myśl z tyłu głowy, że to na pewno jakaś straszna śmiertelna choroba. Bez kitu, zwariuję na własne życzenie.
  4. Zwariuję. Od roku mam problem z przełykaniem - miałam tak spiętą szyję, że ne byłam w stanie jeść ani pić, teraz już praktycznie wychodzę na prostą, już myślałam, że będzie chwila spokoju...i bang, od dwóch tygodni problemy żołądkowe, non stop mi się odbija (non stop znaczy naprawdę bez przerwy), chyba że leżę - wtedy jest ok. Jakieś nudności, w sumie nic więcej. Dostałam jakieś tabsy, trochę po nich lepiej, ale mam chwile, kiedy myślę, że za chwilę umrę. Co więcej, muszę non stop jeść - pezez tydzień przytyłam ponad kilo. I znowu się zastanawiam, prawdziwa choroba, czy nowy pomysł nerwicy...A zastanawiam się nad nerwicą, bo kilka dni przed miałam nocne ataki paniki - trzęsawki, zawroty głowy itp.
  5. Alleluja! Czwarty okulista w końcu mnie zdiagnozował i nie muszę już się zastanawiać, czy mam chroniczne zapalenie spojówki, czy może guza mózgu. Połowa ciśnienia mi zeszła. Chociaż dobijające jest to, że lekarze karmią nerwicowców stwierdzeniami typu: nic pani nie jest, może to objaw jakiejś innej choroby albo nerwica. Byłabym bogatsza o jedną wypłatę i nie wyplułabym się tak z pokładów uzbieranych na walkę o spokój, gdyby pierwszy okulista (a nawet drugi albo trzeci) mnie odpowiednio przebadał. Jak jeszcze zacznę jeść, to uznam mój epizod nerwicowy za zażegnany. BTW oka nigdy nie przypisywałam nerwicy, chociaż z czasem standardowo wyolbrzymiałam objawy i czułam się przez nie coraz bardziej "chora" . A jak mi zejdzie ten stres, to będę mogła zająć się faktycznymi problemami, które do tej pory ignorowałam, bo wydawało mi się, że nie mam na nie siły. Jakkolwiek by to nie brzmiało, lubię tę swoją nerwicę o tyle, że udowadnia mi, jak wiele mogę znieść i że wcale nie jestem taka słaba, bezsilna i beznadziejna, jak mi się wydaje.
  6. Na gulę w gardle mi osobiście pomaga 1. rozciąganie mięśni szyi 2. rozgrzewanie (termofor, mój najlepszy przyjaciel). 3. w dłuższej perspektywie - trening autogenny Jacobsona - Schultza nie znoszę, ale po tym rzeczywiście widzę poprawę o tyle, że łatwiej mi zlokalizować źródło spięcia. Chociaż dziś znów naszła mnie myśl, że może to jednak jakaś choroba. na przykład rak. Ale mam do tego dużo dystansu
  7. infrared

    Witam

    A odświeżę sobie wątek, a co. Od ostatniego czasu sporo się u mnie zmieniło i na gorsze, i na lepsze. Przeżyłam epizod depresyjny, nawrót nerwicy; teraz ponownie podobno nawrót nerwicy - podobno, bo trochę posypało mi się zdrowie i nie ogarniam, co może być objawem nerwicy (oprócz standardowo totalnie spiętych mięśni i zablokowanego przełyku), a co nie, zwłaszcza że lekarze tu niezbyt pomagają. Trochę jestem zmęczona i zniechęcona, a trochę chciałabym się otrząsnąć i wziąć za bary z życiem. Co się trochę wygrzebię z jednych lęków, to zaraz znajduję sobie nowe lęki albo frustracje (aktualnie na tapecie mam: jak bardzo złym człowiekiem jestem - efekt smsowych wypocin brata, jaką to jestem niewdzięczną hipokrytką, bo nie pojawiłam się w "domu" - po śmierci mamy unikam tego miejsca). Po raz trzeci mam niewykupioną receptę na SSRI, bo znów doszłam do wniosku, że dam radę bez leków - mimo że na początku tego nawrotu myślałam, że teraz już nie dam rady - stopniowo walczę o każdy kolejny dzień. Chciałabym doczekać etapu, w którym będę miała chociaż trochę spokoju, że właśnie nie będę musiała walczyć, tylko w spokoju trochę pożyć. Ale wiem, że bez mobilizacji nic z tego nie będzie. I że z każdego starcia mimo wszystko do tej pory wychodziłam zwycięsko. Mocno mi ostatnio spadła samoocena - nie owijając w bawełnę, czuję się jak śmieć, co usilnie staram się sobie rekompensować pracoholizmem i mini sukcesami zawodowymi. I tyle. Musiałam z siebie pokrótce wyrzucić podsumowanie.
  8. infrared

    Nerwica

    Z dławieniem?? Oooo mój temat. Pochylona głowa i głębokie wdechy. Głowa do tyłu i masaż szyi. Generalnie rozluźnianie mięśni dużo daje. Myślę, że dużo racji jest w tym, żeby "polubić" swoje objawy na tyle, na ile się da. Mi to pomaga na kołatania serca - umiem je w ten sposób wyciszyć.
  9. Wychowywałam się z ojcem, który zachowywał się tak, jakby mnie nie było i z mamą, u której wykryto raka, kiedy miałam 12 lat. Miałam ogromne problemy z nawiązywaniem relacji, które pokonała m.in. praca z ludźmi - do dziś mam pewne z tym kłopoty, ale nie utrudniają mi aż tak mocno życia. Do dziś też walczę z niską samooceną i brakiem poczucia bezpieczeństwa. Ale nie szukam rekompensaty relacji z ojcem. Przestałam doszukiwać się winy w sobie. Zrozumiałam, że to nie był mój problem, tylko jego i nie było w tym mojej winy. Nie odpowiadam za to, co się działo w czasach mojego dzieciństwa, odpowiadam za to, co jest tu i teraz. Nie jestem w stanie mu wybaczyć - ale pogodziłam się z tym, co było i jak było.
  10. Przeżyłam dziś małe objawienie - na cmentarzu spojrzałam na datę śmierci mamy i trwam w szoku, że to niecałe dwa lata. Ostatnio zastanawiałam się, czy to trzeci, czy czwarty rok. Tak się wypiera. A potem zdziwiko, że nerwica.
  11. Chłopie, nie myl hipochondrii z objawami somatycznymi moim problemem są spięte mięśnie, które rzeczywiście "blokują" mi przełyk. Zresztą, nie uważam, że na pewno masz nerwicę, ba, nie uważam też do końca, że ja ją mam i też cały czas szukam medycznych wytlumaczeń.
  12. Dlatego napisałam "sensownego" moje objawy też zazwyczaj nie są wywołane konkretnym stresem, a to, że było nie tak, dochodzi do mnie, dopiero jak dany epizod się kończy. Teraz już jestem bardziej na to wyczulona i wiem, kiedy cała funkcjonuję w trybie lęku, a kiedy nie.najgorsze, co można zrobić, to skupiać się na objawach, tylko jak się na nich nie skupiać, jeśli nie dają normalnie żyć...
  13. Mnie zawsze - jako totalnego laika - zastanawia, jak naprawdę wygląda ta zależność między objawami somatycznymi nerwicy a samą nerwicą. W sensie, co jest skutkiem, a co przyczyną. Na ten przykład: w pierwszy epizod nerwicowy wpędziła mnie krowa zwana potocznie lekarzem rodzinnym. Nastraszyła mnie tak, że ledwo wróciłam do domu (objaw: tachykardia). Rok biegałam po lekarzach, wszyscy powtarzali, że nerwica ( doszły kołatania serca, zawroty głowy, szumy w uszach, duszności). Przeszło, kiedy przestałam słuchać lekarzy i zaczęłam brać końskie dawki magnezu i potasu. Tak, wszyscy mówili, żeby brać, ale nikt nie powiedział, że żeby uzupełnić braki, trzeba brać dużo, dużo więcej, a ja byłam młoda i głupia. Był też chyba epizod przedwstępny. Nie mogłam jeść - ściśnięte gardło. Trzech lekarzy nie wiedziało o co chodzi, w końcu stary lekarz powiedział, że angina i dał antybiotyk. Przeszło. Tyle że objawów anginy żadnych nie miałam. Uważam to za epizod przedwstępny, gdyż... Kolejne trzy epizody to klasyczne nie mogę jeść, nie mogę pić, nie mogę przełknąć śliny. Z pierwszego wyprowadził mnie osteopata ( po odwiedzeniu dwóch laryngologów i dwóch neurologów, o dziwo nikt nie mówił o nerwicy, ale nikt też nie wiedział, co mi jest). Wytłumaczył, że mam tak spięte wszystko, że przełyk nie ma szans pracować prawidłowo i postawił mnie na nogi. Drugi i trzeci raz był przeze mnie spodziewany z różnych powodów i z różnych powodów objawy same minęły. No i mam czwarty raz. Niby to samo, ale inaczej. Niby nie mogę jeść, ale czasem mogę się napić. Trochę inaczej odczuwam tę "niemożność" jedzenia niż wcześniej. A zaczęło się od banalnego zapalenia spojówki. Zapalenie minęło, ale objawy mi się rozszerzyły (zdiagnozowane zapchane gruczoły Meiboma, niezdiagnozowane, dlaczego na pseudochore oko źle widzę, okuliści: oko 3:0). No i właśnie - durne zapalenie spojówki było pożywką dla nerwicy, czy raczej prawdziwa (niezdiagnozowana) choroba przyciągnęła nerwicowe zaburzenia połykania, a może jedno i drugie to choroba, a nerwica to tak przy okazji? Trochę mnie to bawi, trochę męczy, bo nfzowi nie chcą mnie leczyć, prywatnie już powoli bankrutuję i nie wiem, w co ładować fundusze, a spektrum specjalizacji do odhaczenia mam szerokie pociesza mnie, że hydroksyzyna, ciepłe okłady i wolne pomagają - nadal źle widzę, ale coś tam zjem, z kolei w pracy oko mi aż tak nie przeszkadza, bo nie mam czasu o tym myśleć, ale za to nie jem nic.
  14. Poszukaj sensownego psychiatry i psychologa. Skoro wszystkie badania masz teraz w porządku, a uczucie nudności bierze Ci się bardziej "z gardła", może to być objaw nerwicowy. Afobam jest lekiem doraźnym, uzależniającym, coś mi się wydaje, że robisz sobie nim większą krzywdę niż pomoc. Problem "ściśniętego gardła" można odrobinę opanować ciepłymi okładami i ćwiczeniami rozciągającymi okolic szyi. Nie dziwne byłoby wtedy, że problem zwiększa się po wysiłku i w stresie - spięte mięśnie spinają się jeszcze bardziej - przynajmniej u mnie to tak wygląda.
  15. Zwariuję z tą nerwicą kiedyś. Tachykardia, kołatania serca to jest pikuś przy zaburzeniach połykania. Przeżywam właśnie czwartą falę i już wymiękam. 3 tygodnie, 4 kilo w dół. Nawet już nie próbuję do ogólnego (za pierwszym razem próbowali mnie diagnozować, o mamo, co ja wtedy przeżyłam, nfzowi mnie wyśmiewali, prywatnie prawie zbankrutowałam, prawie 15 kg w dół), chyba czas się przekonać do leków. Mój lęk wiąże się z bardzo silnymi objawami somatycznymi - uczucie spuchniętego czy zdrewniałego przełyku mnie praktycznie nie opuszcza. Co śmieszniejsze, czasami pomaga osteopata - porozluźnia mi wszystkie mięśnie i jakby wtedy jest łatwiej. Ale tak to jedzenie i picie to dosłownie walka o życie. Mam dosyć, bo dopiero co wyszłam z anemii po poprzednim razie. Głupia ja, bo jak przy okazji prosiłam rodzinnego o hydroksyzynę (a jakże, w syropie, tabletki to kosmos), naiwnie zadał pytanie, czy muszę, a ja naiwnie odpowiedziałam, że nie. A zaczęło się od oka tym razem, z którym walczę od prawie 2 miesięcy (i nie wierzę, że nerwica), które mi się strasznie rzuciło na nerwy. I tak to pewnego dnia uwidziało mi się, że się dławię, już nawet stałam przed szpitalem. Piszę, że uwidziało mi się, bo z perspektywy czasu widzę raczej klasyczny atak paniki - ściśnięte gardło, duszność, tachykardia itp. W każdym razie od tego czasu mam kompletną blokadę. I wiem, że potrafi to cholerstwo minąć z dnia na dzień, no ale ile można... Zaprawdę, powiadam wam, jeśli możecie normalnie jeść, pić i łykać tabletki (zaraz będzie 10 lat, jak nie łykam), jesteście szczęśliwymi ludźmi ;)
×