Skocz do zawartości
Nerwica.com

Życie nie ma sensu


GrzegorzG

Rekomendowane odpowiedzi

Mam 26 lat. Od ósmego roku życia miałem nerwicę natręctw, zacząłem się leczyć w wieku 23 lat. Od skończenia studiów wegetuję w domu.

Nie znoszę mówić, że jestem chory. Wolę mówić, że jestem zdrowy. Zresztą większość moich nerwicowych objawów zaniknęła.

Sęk w tym, że na ich miejsce nie pojawiło się nic - zupełnie nic. Życie, które zawsze miało dla mnie gorzki i nieprzyjemny smak, nie ma już smaku zupełnie. Nie wydaje mi się, żeby to była depresja, chyba że taka pełzająca, która nazywa się po prostu samym istnieniem.

Czy istnieje jakąś wartość, która udowadniałaby, że życie ma absolutny sens, że bezwzględnie warto żyć? Bóg, rodzina, miłość, praca, zainteresowania - wszystko to już w jakiś sposób przerabiałem. A skoro sam wewnętrznie stwierdzam, że nie mają one dla mnie znaczenia, i nie wiem, jak mogłyby mieć, nie mogą być to wartości absolutne bezwzględnie(są tylko niekiedy za takie uważane). Każde z nich człowiek wybiera, aby zapełnić pustkę, jaką jest jego życie, ale każde z nich właśnie przez ich wybieralność ma w sobie zarodek fałszu, jest bowiem podważalne.

Sam czuję dojmującą potrzebę sensu absolutnego i niepodważalnego, sensu który istnieje immanentnie, a nie jest efektem jego nadawania. Ale życie nie ma sensu, jest niczym, a każde zapełnianie go jest oszukiwaniem samego siebie.

 

Czy się mylę? Gdzie tkwi mój błąd?

Jeśli masz na ten temat coś do powiedzenia, to błagam, niech to się nie zaczyna od stwierdzeń typu ,,Bóg Cię kocha" albo ,,warto żyć dla miłości". Szkoda mi czasu na takie komunały. Jeśli miałby to być wartości absolutne, napisz dlaczego.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dla mnie istnieje tylko sens nadany. Pojęcie sensu w ogóle jest ludzkim produktem, a chęć nadawania go (i to w postaci absolutnej) wszystkiemu, jest tylko cechą naszego umysłu. Wszechświat nie ma celu. Życie nie ma celu/sensu samo w sobie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zgadzam się z poprzednią wypowiedzią, że sens jest wytworem ludzkiego umysłu, zatem tylko ten nadany ma dla mnie znaczenie. Zresztą wartości immanentne również wybiera się samemu - taka już dola człowieka, skoro wymyślił takie pojęcie. Ja na przykład nie wierzę, że Bóg jest absolutem. Wierzę w to, co widzę/czuję. I tym sposobem na wartość nadającą sens mojemu życiu wybrałam miłość. Być może to naiwne, ale przynajmniej wypełnia tę pustkę, o której mówiłeś.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

(...)Cóż z tego, że przeczytasz jeszcze jedną książkę, co wyda ci się głupia lub wyda ci się mądra, lub wyda ci się trochę mądra trochę głupia. Czytaj, ale w którymś momencie podnieś wzrok znad książki i zapytaj wreszcie siebie: „Dlaczego czytam książki? Bo jest to przyjemne spędzenie czasu? Dlatego, że nie podoba mi się emitowany właśnie program telewizyjny albo dlatego, że już skończył się cały program na wieczór i późny wieczór dzisiejszy? Do poduszki przed snem? Dla intelektualnej rozrywki? Żeby zaliczyć kolejne dzieło modnego autora? Żeby wzruszyć się? Żeby ucieszyć się? Żeby zmartwić się? Żeby znaleźć coś mądrego o życiu? Żeby czegoś nauczyć się? Żeby pomieszkać wyobraźnią w innym świecie? Co to właściwie znaczy inny świat? Co to właściwie znaczy inny? Dlaczego czytam książki? Żeby trochę pożyć bardziej interesującym niż moje życiem bohaterów książki? Żeby zobaczyć, że pomimo wszystko oni jednak też cierpią tak samo jak ja, a niekiedy o wiele, wiele więcej? Dlaczego takie właśnie książki najbardziej podobają mi się, gdzie niepokoje, rozterki, cierpienia, nieszczęścia, tragedie i krew leje się, i trup pada gęsto jak w sztukach Szekspira? Dlaczego właściwie autorowie opisują takie okropności? Ale przede wszystkim dlaczego ja czytam takie okropności? Dlaczego czytam książki? Bo wszyscy czytają, więc dlaczego ja miałbym nie czytać? Bo mam wolną chwilę i trzeba czymś zająć mi się? Dlaczego muszę zawsze czymś zajmować się? Czy potrafię, czy potrafiłbym przez kwadrans, przez pięć minut, przez jedną minutę nic nie robić i o niczym nie myśleć? Dlaczego nie mogę usiedzieć spokojnie, uleżeć spokojnie, ustać spokojnie? Dlaczego tak nieustannie miotam się? Co to jest to uczucie pustki, które odczuwam, kiedy nic nie robię. Czemu to jest takie nie do zniesienia? Czemu tak boję się tego? Co to jest ta czarna dziura? Czy mogę ją wypełnić otworzeniem książki, włączeniem radia czy telewizora, słuchaniem płyt, telefonowaniem do znajomych, pójściem na brydża czy na pokera, do restauracji na wódkę, do kina, do teatru, do opery, do operetki, na publiczne spotkanie z jakimś artystą, pisarzem, gwiazdą ekranu czy estrady, iluzjonistą, magiem, magikiem, na mecz, napisaniem listu, napisaniem wiersza, modlitwą, wspominaniem dzieciństwa, marzeniami o przyszłości? Przecież wszystko cokolwiek robię, żeby czarną dziurę wypełnić, zalepić, zakitować kitem sfabrykowanym przeze mnie czy przez innych, wszystko to wcześniej czy później kończy się i ona znowu pojawia się, znowu jest przy mnie. Ta straszliwa czarna dziura. Więc znów mi uciekać? Mam tak uciekać całe życie? Aż do samej śmierci? Bo przecież dalej nie ucieknę. Czy na tym polega życie? Na nieustającej i, okazuje się, zawsze daremnej ucieczce? Na zawsze daremnym, próżnym kitowaniu tej straszliwej czarnej dziury? Może trzeba mi raz zrobić coś innego, nie wiem co, coś czego jeszcze nigdy nie robiłem? Ale co? Co robić? Chyba już wszystko robiłem, zawsze coś robiłem. Zawsze, kiedy tylko czułem, jak zbliża się, jak nadchodzi, jak nadciąga ta straszliwa czarna pusta chmura, ta straszliwa czarna dziura - natychmiast, w te pędy brałem się za jakąś robotę, za pranie, za cerowanie skarpetek, za mycie naczyń, za sprzątanie, za porządki, za cokolwiek, za byle co, za bylewszystko albo wychodziłem z domu i zachodziłem do znajomych, albo szedłem do kina, albo jechałem gdzieś, w kraj, w świat, albo tysiące różnych rzeczy. Nigdy nie dopuszczałem do siebie tej straszliwej czarnej dziury. Zawsze coś robiłem. Jeszcze nie było tak, żebym czegoś nie robił, zaraz... a może właśnie nic nie robić? Nic a nic. Tak, tego jeszcze zaiste nie robiłem. Więc może właśnie nic nie robić? Absolutnie nic. Nie zagłuszać się, nie chować się za barykadę jakiegoś jakiegokolwiek zajęcia, nie uciekać, nie czmychać. Położyć się albo usiąść i dopuścić do siebie tę straszliwą czarną dziurę, twarzą w twarz, oko w oko. I co? Przestraszę się. Będę chciał uciekać. Ale może chodzi o to, żeby nie uciekać. Zawsze uciekałem i w efekcie nigdzie nie uciekłem. Więc może raz nie uciekać, wytrwać z tą straszliwą czarną dziurą, z nią, przy niej, tuż obok, bardzo blisko, tuż-tuż. Bo przecież, tylko tak mogę zobaczyć, czym ona jest. Co się wtedy może stać? Nie wiem. Skąd mogę wiedzieć, jeżeli tak naprawdę nigdy jeszcze oko w oko, sam na sam z nią nie byłem? Więc wszystko, co o tym powiem, będzie moim wymysłem, wymysłem mojej wyobraźni, wylęknionej wyobraźni. Bo przecież lękam się. Czy w tej chwili lękam się? Tak, lękam się. Nie ma właściwie na razie powodu do lęku, a ja już lękam się. Czego więc lękam się? Lękam się lęku. Czy to jest normalne: lękać się lęku? Bo jeżeli to jest normalne, to również normalne jest lękać się lęku przed lękiem, a więc również lękać się lęku lęku przed lękiem. I tak bez końca. Nie, to na pewno nie jest normalne. Ale tak rzeczy przedstawiają mi się: wszystkiego boję się. Mam sobie wmawiać, mam oszukiwać się, mam udawać, że tak nie jest? Wszystkiego boję się. l ten najgorszy zawsze strach: przed śmiercią.. Czy można nazywać życiem coś, co nieuchronnie kończy się śmiercią,? Czy można nazywać życiem coś, co jest jednym nieustannym lękiem na wszelkie możliwe sposoby zagłuszanym, nic tylko zagłuszanym, ogłuszanym, odsuwanym na jakiś czas z przejścia, przesuwanym z kąta w kąt jak absurdalny mebel, ale ciągle we wnętrzu izby walającym się, nigdy raz na zawsze na śmietnik nie wywalonym? I czy ja w ogóle widzę rzeczywisty świat, jeżeli lękam się, jeżeli lęk zawsze we mnie tkwi jak zatruta zadra, to płytko, to głębiej tak, że powierzchnia - czymś tam w danej chwili znarkotyzowana, znieczulona - nie czuje go, ale on przecież we mnie jest. Ten lęk. Przecież wszystko na co patrzę i wszystko co słyszę, i wszystko co pomyślę - jest moim lękiem skrzywione, spaczone, zdeformowane. Ten świat w moich oczach i w moich uszach, i w moich myślach to zupełnie jak gabinet krzywych luster w wesołych miasteczkach. Z tym tylko, z tym jednym nie do odsunięcia, nie do przesunięcia małym „tylko", że tam to jest komiczne, a tu tragiczne. Tam to jest zabawa, a tu zagłada. Na pewno wszystko wyglądałoby inaczej, gdybym nie lękał się. Nawet nie mogę sobie wyobrazić, jak wyglądałoby życie bez lęku. Tego, jak to jest, kiedy stoi się sam na sam, bez żadnego oparcia, bez żadnej osłony, oko w oko ze straszliwą czarną dziurą też nie mogę sobie wyobrazić. A może to ma jakiś związek jedno z drugim, jeżeli ani tego, ani tego nie mogę sobie wyobrazić? Może trzeba, może nieodzowne jest przeląc się, przestraszyć, przerazić się, żeby uwolnić się od lęku, wszelkiego lęku i może raz na zawsze? A może ja istotnie jestem lękiem, całym lękiem, jego ofiarą, jego skutkiem i przyczyną? Bo czy lęk istnieje niezależnie ode mnie, oddzielnie? Kiedy nie ma tego kogoś, kto boi się, kto lęka się, czy lęk jako taki istnieje? Kiedy nie ma skutku, czy istnieje przyczyna? To jest przecież oczywiste, to skacze do oczu: lęk beze mnie nie istnieje, beze mnie lękającego się. Więc uwolnić się od lęku znaczyłoby uwolnić się od siebie. A może ja jestem też tą straszliwą straszną dziurą? Bo kiedy nie ma tego kogoś, kto przed nią w popłochu ucieka, kto ją przede wszystkim nazywa straszliwą czarną dziurą, to ona nie ma pola do popisu, ona wręcz nie ma żadnej racji bytu. Więc uwolnić się od niej znowu znaczyłoby uwolnić się od siebie. Ale jak mogę od siebie uwolnić się, jeżeli zaiste nie wiem, kim jestem, skąd wziąłem się i po co, i dokąd zmierzam, jeżeli w ogóle dokądś zmierzam? Musiałbym wpierw siebie poznać, żeby móc potem od siebie uwolnić się. Albo może jest tak, że to poznawanie siebie jest zarazem uwalnianiem się od siebie?"(...)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nieraz doswiadczałem "bólu istnienia" swoistego Weltschmerz.. jesli chodzi o sens to nie jest on czymś zewnetrznym względem człowieka,jest raczej formą nadawania przez nas znaczenia czemukolwiek co wzbudza w nas nadzieje,radość ,spełnienie... bo jak pełne spełnienie mogą dać ulotne ,prowizoryczne i szybko nudzące się przedmioty materialne .. cieszysz sie nimi na zasadzie.. masz swoją "zabawke" która sprawia Ci radość ,pojawia sie okres fascynacji ,potem rutyny i znudzenia a następnie powielasz mechanizm szukania kolejnego obiektu który da chwilową radość i ulgę w niebycie..tylko czy komuś taki mechanizm życia (typowy w społeczenstwach konsumpcyjnych) może dać całkowite spenienie jego jestestwa.. otóż nie może..dlaczego?.. dlatego własnie ze wszystko co spotyka nas na tym świecie jest ulotne ,prowizoryczne i w nieunikniony sposób skazane na uniknioną porażkę..ale czy porażke ..tylko wiara w byt nadrzedny wobec człowieka -Boga jakkolwiek bysmy Go nie pojmowali daje nadzieje ze namiastka szczescia która spotyka nas na ziemii jest tylko zwiastunem tego co moze nas spotkać poza nim... jesli ktos uczynił z rozumu jedynie słuszną miare w tym co możliwe i co ma sens w nieunikniony sposób skazuje się na ból istnienia .. są rzeczy których rozum i intuicja nie może ogarnąć i pojąć a które zapewne mają wpływ na nasze istnienie...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja zaczynam twierdzić że urodziłem się depresją, realnie nie widzę sensu egzystowania bo to jest dla zdrowych (poprawnych) umysłowo,

którzy odbierają swiat w ludzki sposób czyli odczuwają głównie dziwne nakrecenie do zycia, ze mimo trudnosci ida dalej i żyją,

a ja tego nie czuję, patrze na tych ludzi co jadą codzien do pracy, po co ? zarobić, wydać, zaliczyć, zapomnieć a i tak wszyscy umrzemy,

po to wymyślili religię by człowiek wierzył w coś nieziemskiego bo to co ziemskie jest ograniczone śmiercią, co za jeb*** pułapka egzystencjonalna :/ ludzie lubią żyć w samozakłamaniu które łagodzi bezsens istnienia, a to że jesteśmy ludźmi to jest wielka kara, skazani na cierpienie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×