Skocz do zawartości
Nerwica.com

Tanatofobia


mamma

Rekomendowane odpowiedzi

Witam ponownie,

Chciałam zapytać czy ktoś z Was miał kiedyś tanatofobię (lęk przed śmiercią)? Ja wiem, że właściwie prawie połowa postów jakie piszecie opisuje wasze stany lękowe, podejrzenia zawałów, wizyty na pogotowiu, czy u lekarzy. Ale mnie chodzi o coś innego.

Już wspominałam w poście na innym podforum, że mam taką traumę z dzieciństwa, wynikającą z tego, że kilkukrotnie w okresie szkoły podstawowej byłam na obserwacji w szpitalu, raz nawet na klinice z podejrzeniami bardzo rzadkich chorób

(miałam bardzo dużą niedowagę i nikt nie wiedział dlaczego, zresztą to zostało mi do dziś). Wypisy ze szpitali były zawsze takie same, coś w stylu: badania nie wykazały żadnych nieprawidłowości, widocznie "ten typ tak ma". Ale od tej pory nabawiłam się lęku, że zachoruję na jakąś dziwną, śmiertelną chorobę i ...no wiecie.

Czasami łapię się na tym, że chcę spędzać z moimi dziećmi jak najwięcej czasu, porobić zdjęcia, uzupełnić albumy. Tak, jakbym miała mało czasu. Łapię się na tym, że przychodzę do starszej córki przed jej zaśnięciem i mówię jej coś w stylu: "pamiętaj, że gdyby kiedyś mnie przy tobie nie było, to "to" i "to" jest w życiu ważne. Pamiętaj, ucz się języków obcych, gdy dorośniesz wybierz zawód, który da Ci satysfakcję, ale i niezależność finansową..., itp." Często czuję, jakbym miała mało czasu, a przecież nie choruję na nic poważnego. Zaznaczam, że nigdy dzieciom nie mówię o swoich lękach.

Jak w ulotce leku pisze, że coś się może wydarzyć jednemu pacjentowi na tysiąc, to zaraz myślę, że to będę ja.

A ja tak bardzo chcę żyć i cieszyć się życiem.

Czy ktoś z was miał, bądź ma podobne doświadczenia, lęki i mógłby się ze mną podzielić refleksjami, lub coś poradzić?

Pozdrawiam

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wprawdzie nie mam lęku przed śmiercią, ale czasami mam coś co nazwałbym lękiem przed nieistnieniem Boję się wtedy, że mogę zniknąć (umrzeć) bez śladu, nikt nie będzie o mnie pamiętał nie będzie wspominał, na fotografiach zostanę tylko twarzą. Ja nie chcę tak po prostu zginąć. Gdybym miał umierać to tylko w stanie szczęścia optymizmu i poczucia że... zrobiłem to dobrze.

U Ciebie może to być bardziej lęk przed zachorowaniem na śmiertelną chorobę. Może spójrz na to w tym kierunku..

Gdybyś miała całkowitą pewność, że na pewno nie zachorujesz śmiertelnie, będziesz żyć długo, to jakbyś się teraz czuła z tą myślą?

Racjonalnie rzecz biorąc, skoro do tej pory nie zachorowałaś i badania są, to raczej nie masz się czego bać :D Medycyna jest teraz nieźle rozwinięta.

 

 

Łapię się na tym, że przychodzę do starszej córki przed jej zaśnięciem i mówię jej coś w stylu: "pamiętaj, że gdyby kiedyś mnie przy tobie nie było, to "to" i "to" jest w życiu ważne. (...)"
Mnie to stresuje, gdy ktoś mówi w ten sposób, gdy mimowolnie przekazuje swój lęk. Nie mówiłbym tak swojej córce.

 

Nie wiem co poradzić, więc pozdro.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dzięki Ellis.

Chciałam tylko jeszcze dodać, bo pewnie część osób uzna, że użalam się nad sobą, że te pobyty w szpitalach miały miejsce w pierwszych klasach podstawówki, trwały po dwa, trzy tygodnie. A wielu z was pamięta, że to były inne czasy i rodzice nie mogli być z dziećmi na oddziale. Podczas jednego z pobytów zamknięto mnie na trzy dni do przeszklonej izolatki, miałam wtedy 9 lat, czułam się zdrowa i kompletnie nie wiedziałam dlaczego tam jestem. Byłam przerażona, sama i żadna z pielęgniarek nie chciała mi odpowiedzieć na żadne z pytań. Powiedziały jedynie, że na razie nie mogę izolatki opuszczać i bawić się z innymi dziećmi. To wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że musi się chyba ze mną dziać coś strasznego, skoro takie fakty mają miejsce. Po trzech dniach (to były lata osiemdziesiąte, więc wyników nie otrzymywało się tak szybko jak teraz) okazało się, że wszystkie badania laboratoryjne i inne są ok i mogę się przenieść na normalna salę i bawić z dziećmi. Nawet chodziłam tam do szpitalnej szkoły.

To wszystko minęło wiele lat temu, ale lęk przed straszną i rzadko spotykaną chorobą pozostał.

 

Myślicie, że można coś z tym zrobić? Miesiące psychoterapii nie pomogły. Lekarz obwinia moich rodziców, a ja nie staję się od tego mniej strachliwa.

 

Pozdrawiam raz jeszcze.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jak w ulotce leku pisze, że coś się może wydarzyć jednemu pacjentowi na tysiąc, to zaraz myślę, że to będę ja.

Pozdrawiam

 

Mam takie same lęki , ale pracuje nad tym z terapeutą , bo potrafią utrudnić życie :)

 

-- 17 maja 2012, 01:13 --

 

Dzięki Ellis

 

Myślicie, że można coś z tym zrobić? Miesiące psychoterapii nie pomogły. Lekarz obwinia moich rodziców, a ja nie staję się od tego mniej strachliwa.

 

Pozdrawiam raz jeszcze.

 

A jaki to był nurt psychoterapii ?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Miesiące psychoterapii nie pomogły. Lekarz obwinia moich rodziców, a ja nie staję się od tego mniej strachliwa.
O co chodzi z rodzicami? Może tu jest haczyk?

 

Może boisz się samotności i odizolowania, które kojarzą Ci się z czekaniem na wyrok-chorobę, cierpieniem i smutkiem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

tahela, Lęk przed śmiercią, nieznanym jest zupełnie normalny. Ale zależy chyba jak jest nasilony i jakie formy przybiera. Ja dostałam ataku paniki podczas terapii gdy kolega z grupy opowiadał o swoich poważnych problemach ze zdrowiem :roll:

 

Dodam też, że miałam poważne przejścia, operacje i po tym zaczęły się poważne problemy z nerwami , więc coś jest na rzeczy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

*Wiola*,

ja przezyłam strasznie kiedyś pewien program w telewizji i zrozumiałam wtedy ze nie ma drugiego świata i ,ze nasze zycie raczej konczy sie tutaj na ziemi i dostałam strasznej jazdy wtedy, przestałam wtedy wierzyc w Boga i to była trauma straszna, przez 4 lata zyłam w strasznym lęku przed smiercią a pierwszy listopad to miałam juz lęk i doły miesiąc wczesniej, nienawidziłam jesieni bo kojarzyła mnie ise ze śmiercia wyleczyłam sie z tego sama pod wpływem równiez czego , może kiedyś napisze bo leczenie trwało bez terapii do 16 roku zycia gdzieś jak zacząłam sobie wyjaśniac ,że trzeba umrzeć, ale tego strachu jak miałam 5 lat to nie wyrzucę z siebie nigdy, to ze trzeba umrzec wiedziałam wczesniej,ale wczęsniej wierzyłam w drugi świat i duchy a wtedy raczej zrozumiałam ,ze nie za bardzo, coś jest dalej,

chociaż w Boga to nigdy za bardzo nie wierzyłam raczej w duchy i drugi świat

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

tahela, U mnie się zaczęło gdy byłam jedną nogą na tamtym świecie. Niby nie do końca zdawałam sobie wtedy z tego sprawę, ale strasznie się to odbiło na moim zdrowiu psychicznym. Jest w tym również coś z tego co pisała Ellis, byłam wtedy zupełnie sama, zdana tylko na siebie, bez wsparcia i poczucia bezpieczeństwa , które powinni dac w takim momencie bliscy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

*Wiola*,

Pewnie z tąd to siewzięło, ja poleciałm do mamy wtedy i zaczęłam ryczęć ,ale wpadłam w taki amok,że wyłam ze zwierzecego strachu , takiego pierwotnego pol godziny i nie mogła mnie uspokoić, zaczłea mnie tlumaczyć,,ale do mnie nic nie docierało tak byłam przerażona, chyba nigdy w zyciu az takiego przerażenia nie czułam, ale lek pozostał na lata. Teraz chyba jest juz spoko w miare w temacie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Do Tomcia Nerwica:

 

A jaki to był nurt psychoterapii ?

 

To był "standardowy Freud" :D , czyli nic z bechawioralnej, nic z pracowania nad tym jak oswoić lęk, tylko cały czas teksty lekarza typu: "tatuś był za surowy", "rodzice za mało się mną interesowali", itd. On nawet nie reagował kiedy czasem oponowałam, miał gotową, książkową tezę i tyle.

 

Do wszystkich, którzy twierdzą, że każdy czuje lęk przed śmiercią.

Ja znam jednego, który go nie ma - mój mąż. On skacze ze spadochronem, lata szybowcem robiąc ewolucje, łyka tabletkę, której ja się boję, żeby mi pokazać, że nic złego się nie stanie ;) (nie proszę go o to, to jego inicjatywa :D ). A co ciekawe jest ateistą, mówi, że jest przekonany, że po śmierci nic nie ma, ale w ogóle mu to nie przeszkadza. Mówi, że najważniejsze, żeby jak najlepiej przeżyć życie zanim zjedzą nas robaki. Ach, gdybym tak mogła przeszczepić sobie do swojego mózgu jego myśli :D

 

Pozdrawiam

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

mamma, Nie jestem zwolennikiem takich terapii , dla mnie te całe Freudowskie ( czy jak to tam się odmienia ) metody leczenia są nie skuteczne . Dlatego polecam ci behawioralną , sam chodzę na taką terapie i mi pomaga choć nadal pojawia się czasem ten lęk przed śmiercią :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

mamma, Nie jestem zwolennikiem takich terapii , dla mnie te całe Freudowskie ( czy jak to tam się odmienia ) metody leczenia są nie skuteczne . Dlatego polecam ci behawioralną , sam chodzę na taką terapie i mi pomaga choć nadal pojawia się czasem ten lęk przed śmiercią :)

 

Ja też szukałam terapii behawioralnej, ale tam gdzie mieszkam i we wszystkich miastach ościennych niestety nie znalazłam specjalisty od takiego rodzaju terapii.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Chyba nie, mamma w innym wątku pisała, że była już u kilku terapeutów i teraz trafiła do lekarza, który stwierdził, że nie u każdego psychoterapia działa i mamma. należy do takich osób.

 

Dokładnie Ellis.

Ten najnowszy lekarz stwierdził to powołując się w rozmowie na różne fakty. Po pierwsze żadna z psychoterapii nigdy do tej pory mi nie pomogła. Ponadto po ostatniej, na którą uczęszczałam przez cztery miesiące regularnie, moje lęki tylko się zwiększyły, a dawkę xanaxu musiałam zwiększyć o 100% (sic!), czyli z dawki 3x0,5 mg do 3x 1mg dziennie.

I na koniec stwierdził jeszcze, że moja świadomość źródła problemu, to, że dokładnie zdaję sobie sprawę, że strach przed śmiertelną chorobą prawdopodobnie został zapoczątkowany choćby podczas pobytu w klinice, gdzie przez dwa tygodnie obcowałam z dziećmi często nieuleczalnie chorymi (choć ja, jak się okazało po badaniach, byłam zdrowa) sprawia, że psychoterapeuta nie ma chyba nic więcej do "odkrycia" grzebiąc w moim dzieciństwie.

Czytałam dużo o leczeniu nerwic, np. w Niemczech. Nie wiem jak to wygląda teraz, bo książka opowiadała autentyczną historię młodej kobiety cierpiącej na agorafobię w latach 90tych. I tam przeczytałam, że na tamtejszy odpowiednik naszej kasy chorych, terapeutka jeździła z nią przez wiele tygodni autobusami, metrem, chodziła z nią po mieście, np. dwa przystanki jechała z psychoterapeutką, a potem tamta wysiadała i kobieta musiała następne dwa przejechać sama. Terapeutka czekała na przystanku końcowym, dostając się tam innym autobusem.

Kurczę, to się nazywa leczenie. Szkoda, że u nas tak nie ma. U nas pewnie słuchałaby przez dwa lata, że boi się wychodzić z domu, bo jej tatuś nie przytulał i nie dał jej poczucia bezpieczeństwa ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×