Skocz do zawartości
Nerwica.com

Amelinowa Wyprawa


wieslawpas

Rekomendowane odpowiedzi

Amelinowa wyprawa

Lubiłem swojego kolegę Darka lecz w tym momencie mnie denerwował. Jak tutaj dać mu do zrozumienia żeby już sobie poszedł. Przecież za chwilę mieliśmy w kilkanaście motocykli jechać do Bolimowa – małej miejscowości w pobliżu Radomia. A tutaj jeszcze na dodatek wcześniej musiałem wymienić klocki hamulcowe z przodu. Darek opowiadał jakieś historie ze swojej pracy i nic nie zapowiadało, żeby zamierzał wkrótce skończyć. Musiałem wziąć inicjatywę w swoje ręce.

- Słuchaj – powiedziałem wstając z wersalki. - Za chwilę muszę wyjść, bo mam jeszcze podjechać do serwisu motocyklowego, a później jadę z kolegami na wycieczkę.

Kolega popatrzył na mnie zdziwionym wzrokiem.

- To teraz mi mówisz? – wstał i włożył do kieszeni portfel, który leżał na stole. – To ja idę. Nie chcę cię zatrzymywać.

- Spoko. Zobaczymy się po weekendzie – powiedziałem ubierając spodnie na moto. Były częścią oryginalnego kombinezonu Hondy, z którego byłem bardzo dumny.

Darek stanął przy drzwiach.

- To na razie – rzucił naciskając klamkę. – Do zobaczenia.

- Do zobaczenia – pożegnałem się z nim zakładając na siebie kurtkę z kombinezonu.

Kiedy zostałem sam. Zacząłem pakować rzeczy na wycieczkę. Miałem całkiem spory plecak, do którego włożyłem ciuchy na zmianę, kombinezon przeciwdeszczowy, litrową wodę do picia, przybory toaletowe. Nie zamierzałem wracać z serwisu do mieszkania. Miałem w planach od razu pojechać do punktu zbornego – Macdonalda położonego na skrzyżowaniu Alei Krakowskiej i Hynka.

Będąc przygotowany do drogi to znaczy ubrany kombinezon spakowany, wziąłem do ręki kask i kluczyk do stacyjki. Tej czynności zawsze towarzyszyło podniecenie gdyż było zapowiedzią przygody. Zamknąłem drzwi i zbiegnowszy po schodach wyszedłem na dwór. Słońce pięknie świeciło tego popołudnia. Na niebie nie było ani chmurki. Poszedłem na parking. Maszerowałem szybko gdyż miałem tylko czterdzieści pięć minut czasu – dokładnie tyle ile trzeba było aby załatwić sprawę w warsztacie a później przyjechać do Macdonalda na spotkanie.

Mój XX – wierny przyjaciel i druh stał tak jak go zostawiłem. Przywitałem się z ochroniarzem na parkingu i podszedłem do maszyny. Włożyłem kluczyk i odpaliłem silnik. Ten zawarczał i zaczął wypluwać z rur wydechowych spaliny. Lubiłem słuchać tego dźwięku. Był taki trochę basowy. Jakby nie było była to maszyna o pojemności 1100 centymetrów . Posiadała moc stu sześćdziesięciu czterech koni. Prawdę powiedziawszy wcale nie był taki klockowaty jak można by to sądzić po jego gabarytach a w trasie jeździło się nim lepiej niż ścigaczem Hondy CBR 1000 rr. Wiem bo miałem taką Hondę. Prawdę powiedziawszy miała naprawdę duże przyśpieszenie i hamulce jak brzytwa. Prowadziła się jak po sznurku. Elektroniczny ogranicznik skrętu stabilizował kierownice tak, że ani nie drgnęła jak się przejeżdżało przez torowiska albo dziury w jezdni. Jednak ten motocykl posiadał bardzo twarde zawieszenie, które nie sprawdzało się na polskich drogach. Sprzęt po prostu wpadał w taką trzęsiankę, że nie dało się jechać szybciej niż 120 km/h. Natomiast XX po takiej drodze po prostu frunął 200 km/h.

Włożyłem plecak pod pajączka, wsiadłem na moto i wyjechałem z parkingu. Przez chwilę toczyłem się przez Racławicką, później skręciłem w prawo na Żwirki i Wigury a z tej ulicy odbiłem w Hynka, która przeszła w Łopuszańską. Z tej dużej ulicy odbiłem w lewo w malutką dróżkę przy której znajdował się serwis. W zasadzie było to sklep z odzieżą i akcesoriami do motocykli, ale wczoraj rozmawiałem przez telefon z właścicielem i powiedział mi, że klocki hamulcowe bez problemu sam wymieni. Na szczęście nie było żadnej kolejki. Sprzedawca – bardzo miły młody człowiek znikał na chwile w magazynie i po chwili wrócił z klockami hamulcowymi i kluczami. Po jakimś czasie zgłosił, że jest problem z wymianą jednego klocka. Ewidentnie brakowo mu narzędzi. Zacząłem żałować, że nie pojechałem do profesjonalnego warsztatu motocyklowego. Drugi klocek nie chciał dać się zamocować i w tym miejscu było to nie do przejścia. Stwierdziłem, że nie ma co dalej się z tym męczyć ponieważ czas biegł i była najwyższa pora aby jechać do punktu zbornego. Włożyłem niezałożony klocek do plecaki i wsiadłszy na moto pojechałem do Macdonalda na Alei Krakowskiej.

 

Kiedy dojechałem na miejsce nie było jeszcze ani jednej osoby z naszej grupy. Postawiłem motocykl na chodniku w dobrze widocznym miejscu aby było widać, że już tutaj jestem. Po czym wszedłem do klimatyzowanego pomieszczenia w MacDonaldzie. Pijąc kawę wyglądałem przez okno czy już ktoś z naszej ekipy podjeżdża. I rzeczywiście po kilki minutach pojawił się Paweł na swojej Hondzie CB500. Wyszedłem do niego na spotkanie.

- Witaj! - powiedziałem podajać mu rękę. – Jesteśmy pierwsi.

- No tak ale do szesnastej jest jeszcze trochę czasu – mówił poprawiając plecak na siedzeniu. – Zaraz przyjedzie reszta.

Paweł miał odpowiedzialną prace na lotnisku. Mimo swojego młodego wieku był zatrudniony jako kierownik obsługi naziemnej. Natomiast motocyklistą był początkującym i zdarzały mu się typowe dla nowicjuszy błędy, na przykład w postaci nie kasowania kierunkowskazu po przejechaniu skrzyżowania. Teraz też popełnił kolejny błąd ponieważ przyjechał tutaj nie zatankowawszy paliwa. Co będzie zmuszało grupę do wizyty na stacji benzynowej. Kiedy tak rozmawialiśmy przybyli Dezerter na Bandicie 600 i Tobiasz na Suzuki dr 650. Zaparkowali swoje maszyny obok naszych.

- Ile będzie motocykli? – zapytałem Dezertera.

- W sumie wszystkich moto to będzie dwanaście

- Dwanaście? – złapałem się za głowę – toż to mały zlot motocyklowy. – A co z kwaterą?

- Kwatera jest w Bolimowie – wtrącił Tobiasz. Czyszcząc szybkę w kasku mówił. – Zapewniony nocleg dla wszystkich. Do tego w ramach pobytu ognisko z kiełbasą, chlebem i kaszanką w cenie.

- No to rzeczywiście dobra okazja – podsumowałem patrząc na drogę i rozglądając się za naszymi kolegami. Zaczynałem się już niecierpliwić kiedy zadzwonił telefon Dezertera. Ten odebrał i z poirytowaną miną oznajmił:

- Czekają na nas koło Decathlonu w Jankach.

- Jak to możliwe? – zumiał się Tobiasz.

- Nie wiem – Dezerter mówił siadając na moto. – Ktoś na Facebooku podał, że tam się spotykamy.

- No cóż to jedziemy do nich – podszedłem do motocykla i założyłem kask. – Niech na nas czekają.

W minutę później wytoczyliśmy się na Aleję Krakowską. Ruch o tej porze było duży. Wiadomo w piątek już zaczynają się wyjazdy na weekend.

Lawirując między samochodami wyjechaliśmy z Warszawy i podążyliśmy prostą drogą do Janek. Decathlon był położony tuż przy ulicy. Przejeżdżając obok już z daleka widzieliśmy zgromadzaną tam liczną grupę motocyklistów. Zjechaliśmy z ulicy na parking i zbliżyli do nich. Tak się jakoś dziwnie złożyło, że oni czekali na nas a my na nich. Przywialiśmy się i nie zsiadając z motocykli ruszyli dalej. Ponieważ Pawłowi kończyło się paliwo musieliśmy jeszcze odwiedzić stację benzynową. Najbliżej był położony Statoil, po drodze na Radom. Liczną grupą przybyliśmy na stacje. Dezerter powiedział żebyśmy się zebrali ponieważ musi przeprowadzić „odprawę”. Kiedy Paweł zatankował motocykl półkolem otoczyliśmy Dezertera a ten mówił:

- Jedziemy w takiej kolejności – tutaj podał pozycje poszczególnych motocykli w szyku. Ponieważ miałem najmocniejszy motocykl moje miejsce było na samym końcu. Trochę mnie to zdołowało ponieważ nie lubiłem jechać na samym końcu. Dezerter mówił:

- Nie wyprzedzamy się nawzajem. Każdy jedzie na swoim miejscu. Jakby się komuś zachciało do kibla, to wyprzeda grupę i robi znak nad głową – to mówiąc złączył ze sobą dwie ręce wyciągając je do góry. - Jedziemy bezpośrednio do Bałtowa. Po drodze w Radomiu zrobimy sobie chwile przerwy. Czy wszystko jest jasne?

- Jasne! – odpowiedzieliśmy chórem.

Zasiedliśmy na swoje maszyny i zgodne z kolejnością, którą wyznaczył Dezerter wytoczyliśmy się na dwupasmowa drogę. Piotrek z Karoliną na kawie prowadzili kawalkadę, później jechał Paweł, następnie Tobiasz za nim nie znani mi motonici a na końcu ja. Prędkość podróżna wynosiła 120 km/h. Jadać w sposób zdyscyplinowany jak cesarskie wojsko, trzymając się swojego miejsca w kolumnie dojechaliśmy do Radomia. Tam na dużym rondzie skręciliśmy w lewo i podążyli prosto przez miasto. Słońce chyliło się ku zachodowi i rzucało długie cienie naszych sylwetek na drodze i pobliskim trawniku. Wkrótce minęliśmy drugie rondo, znacznie mniejsze i tuż za nim skręcili w prawo. Po przebyciu około trzystu metrów zjechaliśmy z drogi na stację benzynową. Zdjęliśmy kaski i odetchnęli świeżym powietrzem.

- Przejazd był wzorowy – ocenił sytuacje Dezerter popijając wodę. – Nikt nikogo nie wyprzedał, szyk się nie łamał. Po prostu super.

Podszedłem do niego i naśladując dialogi z zabawnego filmu w Internecie pokazałem palcem na silnik w jego motocyklu.

- To ja to chciałem pomalować i nie mogłem tego srebrnego pomalować … - powiedziałem.

- Nie pomalujesz – przerwał mi Dezerter.

- No nie szło – kontynuowałem.

- To je amelinium!

- Co to jest? – zaśmiałem się.

- Amelinum! – wołał Dezerter ku uciesze towarzystwa. – Ameliinoweee!!!

Wszyscy zanieśli się od śmiechu. Dialog który prowadziliśmy był bardzo bliski oryginałowi. Nasi koledzy i koleżanki wyluzowali się. Cześć z nich zniknęła w budynku stacji, niektóry pili napoje inni jeszcze oparli się o swoje moto i rozmawiali. Nie byliśmy zmęczeni drogą ale warto było odpocząć na chwile i rozprostować kolana. Po kilku minutach Dezerter, a właściwie Krzysiek bo tak miał na imię zarządził odjazd. Wsiedliśmy na swoje sprzęty i wyjechali na dwupasmówkę prowadzącą przez miasto. Po około dziesięciu minutach opuściliśmy Radom. Poruszając się z prędkością 120 km/h dojechaliśmy do Iłży i skręcili w lewo. Droga zrobiła się znacznie gorsza – wąska bez pobocza i z dziurami. Za to krajobrazy stały się ładniejsze – mijaliśmy lasy i pola uprawne na których złociło się zboże, zieleniała trawa i duże liście buraków cukrowych. Gdzie niegdzie stał strach na wróble. Po drodze z rzadka jechał jakiś samochód z naprzeciwka. Często pojawiały się ciągniki. Po dziesięciu minutach wjechaliśmy na jeszcze mniejszą dróżkę. Dosłownie miała ona może ze trzy metry szerokości. Auta na pewno miały spore problemy z wymijaniem. W jezdni pojawiało się co raz więcej dziur. Przy drodze tej co chwilę przewijały się zabudowania małych wiosek. Posuwaliśmy się do przodu cały czas z prędkością 120 km/h. Uważałem, ze jest to sporo za szybko jak na tak marną nawierzchnie ale co zrobić, musiałem się trzymać grupy.

Po kwadrancie zajechaliśmy co celu naszej podróży – Bałtowa. Tutaj na miejscu zapytaliśmy gdzie znajduje się dom o numerze 43 w którym mieliśmy zarezerwowane kwatery. Tubylcy wytłumaczyli nam jak się tam dostać. Przejechaliśmy obok piękne go liściastego lasu z lewej strony i dotarliśmy do poszukiwanego domu. Brama została całkowicie otwarta. Grzmiąc pracującymi silnikami zaparkowaliśmy motocykle przed budynkiem. Gospodarze – małżeństwo w wieku około sześćdziesięciu lat – wyszło nam na przywitanie. Witając się z nami oglądali nasze motocykle. Mój XX budził ich uznanie tym, że był taki wielki. Pozostałe sprzęty również się im podobały.

Zdjęliśmy bagaże z siedzeń i weszli do budynku. Właściciel domu rozlokował nas w pokojach. Dwie pary - Piotrek i Karolina oraz jeszcze jedna, której nie znałem trafili do jednego pokoju natomiast my – wolne ptaki do drugiego. W zasadzie nie było czasu nawet się położyć gdyż już zaczynało się ognisko. Jeszcze przed nim Tobiasz i Dezerter pojechali do sklepu i przywieźli spore ilości piwa. Przebraliśmy się w normalne ubrania i wszyliśmy przed dom. Z lewej strony już płonęło ognisko. Obok stała altana w niej na stołach leżały kiełbasa, kaszanka, chleb. Zdumiałem się ilością tego jedzenia – myślałem, że właściciele gospodarstwa agroturystycznego i podejdą minimalistycznie do kwestii wyżywienia a stało się coś zupełnie odwrotnego.

Był już wieczór kiedy zasiedliśmy do ogniska. Słońce zaszło całkowicie. Z pobliskiego lasu dochodziła wspaniała orzeźwiająca woń, którą roznoszą drzewa liściaste. Siedzieliśmy na ławeczkach. Smażyliśmy kiełbaski i popijali piwko. Usadowiłem się obok Tobiasza. Wspólnie dziwiliśmy się, że mamy tyle tematów do rozmowy mimo, że byłem od niego prawie dwadzieścia lat starszy. Ale tak to jest – wspólne hobby jednoczy wszystkich bez względu na wiek. W czasie tej imprezy rozmawialiśmy na różne tematy głównie motocyklowe, ale też o pracy wspólnych znajomych. Gdy wypiliśmy więcej piwa zaczęliśmy śpiewać szanty. Piotrek, Dezerter i ja dobrze znaliśmy szanty albo przynajmniej refreny toteż darliśmy głośno gardła. Nikt nas nie uciszał. W Warszawie wspólnie chodziliśmy na szanty do Korsarza albo Gniazda Piratów. Tobiasz też znał trochę te melodyczne morskie opowieści mimo, że nie chodził do knajp. I tak na piciu piwa, rozmowach i śpiewaniu szant upłynął nam czas przy ognisku.

Spać poszliśmy około pierwszej w nocy. Jednakże nie każdemu dane było zaznać luksusu snu. Otóż pewien gościu, leżał obok mnie zaczął niemiłosiernie chrapać. Takiego chrapanie jeszcze nigdy nie słyszałem. Brzmiał jak ryczący smok Wawelski. Poruszałem go ale ten dalej chrapał. Nic nie pomagało ten nocy spałem może z piętnaście minut. Rano spotkałem się z gospodarzami a Ci zaproponowali kawę dla wszystkich. Skwapliwie przystaliśmy na tą propozycję. Skacowani potrzebowaliśmy jakiegoś stawiającego na nogi napoju. Zrobiłem kilka kaw i zaniosłem je do pokoju w którym spały pary.

- Coś okropnego jak ten Rafał chrapie! – powiedziałem popijając ciemnobrązowy napój. – Przez niego całą noc nie spałem.

- No faktycznie, słychać go było aż tutaj mimo dwóch zamkniętych drzwi – zgodził się ze mną Piotrek.

Kac nas męczył niemiłosiernie. Chyba wypiliśmy po pięć piw na głowę. Wciąż po głowie chodził mi kefir. Skończywszy kawę zaczęliśmy poddawać się toalecie i ubieraniu w luźne stroje motocyklowe. Nie zakładaliśmy całych kombinezonów a tylko kurtki do tego spodnie dżinsowe. Plan na dzień dzisiejszy zakładał zwiedzenie kopalni krzemienia oraz wizytę w Jurasic Parku. Wcześniej trzeba było zjeść śniadanie. Około dziewiątej rano wsiedliśmy na motocykle i pojechali w dół do centrum miasteczka. Znaleźliśmy tam położony tuż przy samej drodze sklep spożywszy. Zostawiliśmy swoje moto na małym parkingu przed nim i weszli do środka zrobić zakupy. Największą popularnością cieszyła się kiełbasa podwawelska oraz kajzerki jak również kefir Rebeko. Zrobiwszy zakupy usiedliśmy na murku obok naszych sprzętów i jedliśmy takie niewyrafinowane śniadanie pod gołym niebem.

- Ale wesoło wczoraj było – odezwał się w pewnym momencie Tobiasz. – Dawno już tak nie imprezowałem.

- Ostatnie ognisko na którym byłem miało miejsce trzy lata temu – stwierdziłem. – Ale tutaj impreza była lepsza.

- Popić popiliśmy a tez trzeba cierpieć – zauważył Dezerter. – Teraz kefirek nas ratuje.

- Daleko tam do tej kopalni krzemienia? – zapytałem jedząc bułkę z kiełbasą.

- Nie daleko, może ze trzy kilometry – rzekł Dezerter otrzepując się z okruszków po pieczywie.

Poczekaliśmy aż wszyscy zjedzą i wsiedliśmy na motocykle. Tobiasz, który miał GPS wysunął się na prowadzenie grupy. Z wciąż bolącą głową po wczorajszym piciu wsiadłem na XX i jak zwykle ustawiłem się na końcu kawalkady. Jechaliśmy do przodu z małą prędkością. Było tam kilka fajnych zakrętów, po za tym nic godnego zainteresowania. Krajobraz taki sam – wszędzie monotonne równiny. W końcu skręciliśmy w boczną drogę, która wiodła do dużego dwupiętrowego budynku. Tuż przed nim rozpościerał się obszerny parking. Zostawiliśmy tam motocykle i poszli do kasy biletowej. Przed nami stała w kolejce jakaś wycieczka chyba z koła gospodyń wiejskich. Stojąc komentowaliśmy wczorajsze ognisko i łapczywie pili kefir. Nie za dobrze się czułem na tym kacu i dodatkowo po nieprzespanej nocy. Wkrótce nadeszła nasza kolej i kupiliśmy bilety, po czym prędko wybiegliśmy aby zdążyć na grupę z przewodnikiem. Okazała się nim być szczupła kobieta w wieku czterdziestu kilu lat. Ponieważ szliśmy z Dezerterem na końcu mało co z tego co mówiła docierało do nas. To co utkwiło mi w pamięci to fakt, że była to największa kopalnia krzemienia w Europie. Od tej pory nabrałem większego szacunku do tego miejsca. Wkrótce doszliśmy do niskiego budynku, czegoś w rodzaju altany. Przewodniczka poprowadziła nas za sobą przez podziemia. Kiedy tak szliśmy wąskim korytarzem wydrążonym w krzemieniu Dezerter ni stąd ni z owąd zaczął wyć jak zarzynana świnia. Robił to tak wiernie oryginałowi, że wszyscy, nawet ludzie spoza naszych znajomych zaczęli się śmiać do rozpuku. A on dalej kwiczał. Ze śmiechu łzy napływały do oczu. A on wciąż kwiczał i kwiczał.

W końcu zaszliśmy w pewne ciekawe miejsce - pokazywało ono w jakich warunkach pracowali ludzie przy wydobyciu krzemienia. Tak naprawdę nie mieli takich luksusowych korytarzy jak my w których można było chodzić wyprostowanym. Oni musieli się czołgać i w takiej leżącej pozycji wydobywać krzemień. W tych podziemnych korytarzach zaczęło się robić chłodno. Dezerter jeszcze parę razy zakwiczał jak świnia i wyszliśmy na zewnątrz. Ot i po zabawie. Główna atrakcja tego miejsca została już zwiedzona.

Przechodząc obok ogrodzenia, pokazując palcem na siatkę powiedziałem.

- To ja to chciałem pomalować…

- Tego nie pomalujesz – wtrącił Dezerter. –To je amelinium.

- No nie szło.

- Te ramki to pomalujesz – mówił ze śmiechem w głosie.

- Muszę mieć farbę amelinową? A jest taka?

- No jak nie masz. Wszystko masz…

Zaśmialiśmy się z dialogu naśladującego znany film w Internecie. Kupiliśmy jakieś lokalne pamiątki i podeszli do naszych motocykli.

- Fajnie miejsce. Nie wiedziałem, że tutaj pod Radomiem była kiedyś największa kopalnia krzemienia – powiedziałem zakładając kominiarkę. – Warto było tutaj przyjechać.

- Faktycznie było co zwiedzać – zgodził się Tobiasz.

Założyliśmy kurtki, kaski, rękawice. W tym czasie Dezerter jeździł po placu próbując postawić na gumę swojego bandita. Gdy już byliśmy gotowi wytoczyliśmy się z parkingu na ulice, która prowadziła do szosy. Formując ustalony wczoraj szyk wyruszyliśmy w powrotną drogę do Bałtowa.

 

Przejazd zajął nam około kwadransa. Postawiliśmy nasze sprzęty tuż obok bramy wjazdowej dokładnie naprzeciw sklepu spożywczego w którym kupowaliśmy kiełbasę i bułki na śniadanie. Ponieważ było to ładne miejsce zrobiliśmy sobie małą sesję zdjęciową przy motocyklach. Później zabrawszy ze sobą kaski weszliśmy na teren Parku Jurajskiego. W ładnie urządzanym patio kupiliśmy bilety i weszli na teren ogrodu. Widok który zobaczyłem zrobił na mnie duże wrażenie. Stały tam duże naturalnych rozmiarów dinozaury zrobione jak żywe. Tuż pod nimi znajdowały się tablice z informacjami o danym gatunku. Dezerter zaczął udawać przewodnika. Gdy przechodziliśmy obok pterodaktyla zabawnym głosem mówił.

- Tutaj z lewej strony widzicie Państwo genetycznie zmodyfikowaną kurę, która normalnie osiągała dwadzieścia centymetrów wzrostu. Natomiast ten ma półtora metra a rozpiętość jego skrzydeł dochodzi do sześciu metrów. Do genetycznej modyfikacji doszło na wskutek wybuchu supernowej, której promieniowanie doleciało do Ziemi 150 milionów lat temu i spowodowało mutacje w DNA. Pterodaktyl w naturze żywił się snikersami a jego jaja były przedmiotem handlu międzynarodowego. Największe miało wagę trzysta kilogramów i zostało sprzedane na targu rolniczym w Samoa. Do działaj używa się sformowania „mieć jaja jak pterodaktyl” jeśli chcemy podkreślić czyjaś męskość.

Zaśmialiśmy się. Szło za nami jakieś starsze małżeństwo i słychać było jak kobieta powiedziała.

- Jakiego dobrego mają przewodnika…

Dinozaury robiły naprawdę imponujące wrażenie. Nie zdawałem sobie sprawy, że jest ich aż tak dużo i że są tak zróżnicowane. Były tam małe gady wielkości metra jak i duże olbrzymy o długości kilkudziesięciu metrów. Cały czas męczył mnie kac po wczorajszym piciu dlatego ucieszyłem się jak znaleźliśmy kawiarnie. Natychmiast namówiłem towarzystwo abyśmy tam usiedli. Nie wszyscy chcieli pić kawę i dlatego poszli dalej. Natomiast ja z Piotrkiem i Karoliną oraz tym gościem, który tak głośno chrapał usiedliśmy za stolikiem. Uff jak dobrze było sobie przycupnąć sobie w cieniu i łyknąć smaczny i pobudzający napój. Kiedy przebywaliśmy w tej kawiarence doszedł do nas jeszcze jeden kolega – Kidzior. Pracował na zmiany i nie mógł z nami przyjechać wczoraj ale za to dziś skoro świt wsiadł na moto i zajechał do Bałtowa. Kidzior był trochę dziwakiem. Po prostu był zbyt spokojny jak na swój młodzieńczy wiek. Jeździł klasycznym motocyklem i nie używał Facebooka, bo twierdził, że to „żydostwo”. Kiedy do nas dołączył opowiedzieliśmy mu wczorajszą imprezę, żeby wiedział co tracił.

Powiedzieliśmy mu także o zwiedzaniu kopalni krzemienia. Kidzior natomiast opowiedział wrażenia z trasy.

Pół godziny spędziliśmy w kawiarni po czym zebraliśmy nasze rzeczy i poszli do karuzeli. Kilku naszych znajomych już się na niej kręciło. Zaczęto namawiać także mnie:

- Wiesiek, dawaj na karuzele – mówił Dezerter.

- Co ty, nie dla mnie takie rozrywki – odmówiłem. – Ja się za bardzo boje.

- A ja idę.

Położyłem się na trawie oparłem głowę na kasku i obserwowałem jak moi znajomi wirują na karuzeli. Trzeba było przyznać, że ten park jurajski był fajnym miejscem, urządzonym z dużym rozmachem. Ludzie przychodzili tutaj tłumnie. Wszędzie plątało się mnóstwo dzieci. To miejsce było idealne na spędzanie czasu z rodziną.

Gdy po kwadransie wszyscy byliśmy znowu w komplecie ruszyliśmy alejka miedzy drzewami prosto przed siebie. Mijaliśmy małe dinozaury wielkości metra aż w końcu oczom naszym okazał się stwór tak wielki, że aż się zdumiałem. Z powodzeniem pod brzuch mógł mu wjechać autobus. Był to zauropod. Ten wielki roślinożerca miał od głowy do ogona miał długość trzydziestu kilku metrów i ważyły sto dziewięćdziesiąt ton. Nie mogło się obejść bez sesji zdjęciowej. Robiliśmy sobie zdjęcia stojąc miedzy nogami tego olbrzymiego zwierzęcia. Kiedy już się obfotografowaliśmy ruszyliśmy dalej alejka przed siebie. I tam na ogrodzonej łące zobaczyliśmy Tyranozaura. Zdumiała mnie jego wielkość. Paszcze miał tak dużą, że bez problemu zmieściłby się w niej człowiek. Dinozaur tej wyglądał naprawdę groźnie. I te jego oczy. Oczy zabójcy…

Zrobiliśmy zdjęcia temu potworowi i poszli dalej.

Spędziliśmy już kilka godzinna terenie parku Jurajskiego i odwiedziliśmy wszystkie atrakcje za wyjątkiem kina 5D, które było po prostu za drogie. Zrobiwszy koło na terenie parku wróciliśmy na parking gdzie znajdowały się nasze motocykle. To był naprawdę dobry pomysł aby zwiedzić ten świat dinozaurów. Ale trzeba było już myśleć o powrocie do Warszawy. Założyliśmy kaski wsiedli na moto i pojechali do kwatery, żeby zabrać swoje rzeczy i przygotować się do drogi powrotnej.

Zawitawszy do gospodarstwa agroturystycznego weszliśmy do naszych pokoi i zaczęliśmy się ubierać zakładając kompletne kombinezony motocyklowe. Żal było wyjeżdżać po tylu fajnych przygodach przeżytych razem. Już mi nawet złość przeszła na tego co tak głośno chrapał w nocy tak mi się podobało w tym Bałtowie.

Wzięliśmy plecaki kaski i zeszliśmy na dół. Tam pożegnaliśmy się z gospodarzami i po wyjściu na podwórko wysiedli na motocykle. Zawarczały silniki, gospodarze żegnali nas kiedy przejeżdżaliśmy przez bramę. Znowu przejechaliśmy dróżką wzdłuż lasu i wytoczyliśmy się na wąską szosę

o trzymetrowej szerokości, którą przybyliśmy do Bałtowa. Rozpędziwszy się do 120 km/h przejeżdżaliśmy przez pola uprawne, lasy i z rzadka pojawiające się wioski. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do lepszej drogi bez pobocza. Skręciliśmy w prawo i pomknęli w kierunku Iłży.

To niewielkie miasteczko osiągnęliśmy po dwudziestu minutach. Tam na skrzyżowaniu skręciliśmy w prawo i pomknęliśmy na Radom. Ponieważ nie jedliśmy obiadu dokuczał nam głód. Jadąc rozglądaliśmy się za jakąś restauracją. Wyminęliśmy kilka, które nie wyglądały zachęcająco aż w końcu zatrzymaliśmy się na jednej z nich. Stały przy niej tiry co oznaczało, że jest to sprawdzone i przetestowane miejsce. Zostawiliśmy nasze sprzęty na parkingu i weszliśmy do restauracji. Panował w niech przyjazny chłód. Nad sufitem obracał się duży wiatrak, chłodząc ludzi siedzących za stolikami. Wybraliśmy sobie potrawy z menu. Zdecydowałem się na placek po zbójnicku bo bardzo lubiłem to danie. Była ładna pogoda dlatego nie chcieliśmy siedzieć w środku. Złożywszy zamówienie wyszliśmy na zewnątrz i zasiedli za stołami z grubych desek. Kiedy tak siedzieliśmy Dezerter znowu próbował postawić na gumę swojego bandita. Tymczasem ktoś wypatrzył, że przy sąsiednim stole siedzi znany anglik – Kevin Aiston. Z pewnym dobrotliwym zainteresowaniem przyglądał się on poczynaniom Dezertera, który nie zrażony brakiem efektów wciąż męczył swoje moto. Pojawiły się głosy krytyki pod adresem Kidziora. Nie wyrabiał się w zakrętach na wskutek czego szyk się rozciągał. Tobiasz był z tego powodu niezadowolony.

- Nie bój się tak tych zakrętów – mówił do Kidziora. - Możesz śmiało przechylić się jeszcze bardziej.

- Kiedy ja się boje, że moto się poślizgnie – bronił się.

- Nic się nie poślizgnie – odezwał się Piotrek. – Możesz się przechylić aż do obtarcia podnóżków.

- No dobra. Będę jechał szybciej w tych zakrętach.

Wkrótce przyniesiono nasze jedzenie. Kelnerki rozstawiły je na stołach a my zaczęliśmy pałaszować. Po dzisiejszym dniu w szczególności i zwiedzaniu Parku Jurajskiego mieliśmy wilczy apetyt. Placek po zbójnicku smakował wyśmienite. Lepszy pamiętam tylko z Zakopanego. Po zjedzeniu posiłku zamówiliśmy kawę. Pijać ją rozmawialiśmy na temat wrażeń z dzisiejszego dnia. A było co wspominać: wczorajsze ognisko, rano wyjazd do kopalni krzemienia, później zaś park z dinozaurami. Przy tej okazji już rodziły się pomysły na kolejne wycieczki. Piotrek mówił coś o wyjeździe do Białowieży, żeby zobaczyć Żubry. Żubr to zacne wielkie królewskie zwierze – warto je obejrzeć. Postanowiliśmy powrócić do tematu później na szantach. W grę wchodził wyjazd na weekend, żeby nie brać urlopu. Kiedy wszyscy pojedliśmy i napiliśmy się kawy przyszedł czas na dalszą jazdę. Założyliśmy kaski rękawice i dalejże na motocykle. Nastrój po jedzeniu i kawie znacznie mi się poprawił. Utrzymując jednostajne tempo 120 km/h dojechaliśmy do Radomia. Osiągnęliśmy to miasto po trzydziestu minutach. Kiedy przejeżdżaliśmy przez ulice koncentrowały się na nas spojrzenia przechodniów i kierowców puszek. Tak liczna grupa motocyklistów przyciągała uwagę. Na rodzie skręciliśmy w prawo i wygodną dwupasmową drogą pomknęliśmy w kierunku Warszawy. Tak jak poprzednio jechaliśmy w sposób zdyscyplinowany. Nikt nikogo nie wyprzedał, każdy jechał na swojej pozycji.

Warszawę osiągnęliśmy po około czterdziestu minutach. Za Jankami zrobiło się już ciasno. Dochodził piątkowy wieczór i trwały powroty z weekendu. Jadąc między samochodami powoli posuwaliśmy się do przodu. Na Alei Krakowskiej znacznie się poluzowało i można było normalnie poruszać się po pasach. I tak oto dojechaliśmy do ostatecznego celu naszej wycieczki. Mac Donalda położonego na Alei Krakowskiej. Zaparkowawszy tam maszyny ściągnęliśmy kaski i po krótkiej rozmowie zaczęli się żegnać. Fajnie było na tej wyciecze… Nie chciało się wracać do codziennego życia. Cóż trzeba było wytrwać do kolejnej wyprawy. Może z tej Białowieży coś wyjdzie. Po krótkim postoju pożegnaliśmy się i każdy pojechał w swoją stronę.

Koniec

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×