Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
jakub357

Niuanse społeczne

Rekomendowane odpowiedzi

Zawsze chciałem mieć piękne ciało i byłem w stanie zrobić wszystko w tym celu - brałem teścia, hormon wzrostu z podziemnych labolatoriów, oraz sam wstrzykiwałem sobie kwas HA do twarzy, czy wszywałem nici w podbródek. Uzyskawszy atrakcyjny wygląd modela, ludzie patrzyli na mnie częściej, słyszałem komplementy i dziewczyny okręcały za mną głowami. Jednak nieprzerwanie ja tego nie czułem. Wzrok innych powodował u mnie stres, aby go unikać nie nosiłem okularów. Komplementy odbierałem jako szyderstwo czując się jak lalka do podziwiania z brakiem szacunku. Piękne ciało nie przełożyło się na lepsze pożycie towarzyskie, a wręcz przeciwnie. Skoro zacząłem wyglądać tak męsko, wyzbyto się wszelkich podejrzeń że mógłbym odczuwać emocje takie jak strach, wstyd, smutek; bo przecież osoba tak wyglądająca nie może być słaba. A więc moja niezręczność towarzyska podlegała interpretacji w kierunku pychy, ignoracji i samolubstwa. Nie sposób wytłumaczyć ludziom, że nie dołączam się do grupy ponieważ boję się niezręczności, nietaktu i odrzucenia, że nie będę tam chciany. Nie zrozumieją, że komplementy nie są miłe jeśli oznaczają uprzedmiotowienie, zażenowanie i przekroczenie granic. Jednak jeszcze to wszystko nie sprawia, żeby zupełnie skreślić człowieka. Pełne odrzucenie nastąpiło pod wpływem mojego braku zrozumienia niuansów społecznych, co do których mam wrażenie, że mnie przytłaczają i jakby brakowało mi w tej kwestii inteligencji. Nigdy nie byłem dobry w towarzyskie gierki i jakby nie docierało do mnie, że ludzie bardzo uważnie słuchają co mówię, poddają analizie, krytyce, oraz że jest to transparentne, czyli zostanie powtórzone dalej.
Popełniełem wiele błędów. Najbardziej ośmieszające co zrobiłem, to rozmawiałem z kolegą o narkotykach, które to czasem brałem (dxm), nie uświadomiwszy sobie że przecież ludzie potrafią podsłuchiwać, że czasem to robią, a nawet celowo próbują. Ludzie plotkują bez litości i bez zrozumienia, o czym przekonałem się słysząc od osoby z którą nie rozmawiam żarcik towarzyski nt. tego że brałem kwas. Nikogo to nie zdziwiło, bo przecież wszyscy już wiedzieli. Rozmowa w grupie nie jest tylko przyjemnością towarzyską, lecz przestrzenią do realizacji celów prywatnych. Każdy człowiek jest inteligentny, intencjonalny i ma swoje cele. Każdy chce wypaść korzystnie, co nazywa się próżnością mniejszą bądź większą. Wydaje się, jakbym nie miał naturalnych mechanizów obronnych w obliczu takich grupowych ataków, gdy ktoś celowo chce zyskać uwagę moim kosztem; ani także potrzeby zwycięstwa w rywalizacjach komunikacyjnych podczas dyskusji. Bo kto lepiej powie ten wygra i ma rację. Mnie to przeraża. Przeraża mnie ten krytycyzm, zwracanie uwagi na to jak stoję, jak poruszam się w przestrzeni, z kim rozmawiam, ile rozmawiam, komu daję uwagę, gdzie siadam, na co patrzę. Nie potrafię kontrolować tych wszystkich rzeczy, ani nawet części z nich. Nie przestrzegam etykiety. Jeśli siądę obok kogoś to potarafię nie odezwać się zupełnie, co jest postrzegane jako brak dobrych manier i brak sympatii. Nie tylko o narkotykach wyciekło, ale również o tym że byłem w szpitalu psychiatrycznym oraz że jestem gejem. Ludzie nie mają litości, oraz nie ma żadnych granic w zaufaniu. Odkryłem, że jedynie komu można ufać to naprawdę tylko i wyłącznie najbliższym osobom. Jednak za późno zyskałem tę wiedzę, naiwnie wierząc w dobre intencje ludzi niezbyt bliskich. Chciałbym wierzyć, że ludzie kierowani są głównie miłością. Jednak wpływ tych wszystkich wydarzeń sprawia, że miewam myśli niemalże psychotyczne. Najstraszniejsza w tym wszystkim jest myśl, że to wcale nie jest objaw chorobowy ale cholerna rzeczywistość którą wraz z wiekiem coraz bardziej sobie uświadamiam. Niewykluczone, że mam trochę opóźniony rozwój społeczny skoro dochodzę do tych wniosków w wieku 26 lat. To nie tak, że ja też w sobie tego nie mam o czym piszę w kontekście innych ludzi. Ja również krytykuję ludzi, oceniam, obgaduje i czasem czuję do nich niechęć, wstręt, gniew. Te uczucia obudziły się we mnie pod wpływem zyskania dojrzałości w zrozumieniu tych wszystkich procesów społecznych które opisałem wyżej, czyli stosunkowo niedawno. Nie akceptuje w sobie tego, nie chce myśleć ani czuć w taki sposób, ponieważ to co zawsze chciałem, to czynić dobro. A jednak uległem złowrogości, wstrętnym uczuciom, izolacji oraz ocenianiu ludzi. Nie jest też tak, że to wszystko jest złe. Dzięki krytycyzmowi względem ludzi zacząłem omijać patologię, która kiedyś bardzo się do mnie lepiła, bo byłem akceptujący i zupełnie nieoceniający; co kończyło się zaburzonymi skutkami. 
Piszę te wiadomość, ponieważ nie mam tu w mieście nikogo bliskiego z kim mógłbym porozmawiać. To jeden z kroków które podjąłem, drugim jest powrót na psychoterapię na co już się umówiłem w przyszłym tygodniu. Chciałbym popracować zwłaszcza nad lękiem, nad radzeniem sobie z odrzuceniem co jest dla mnie bardzo trudne, a niestety doświadczam go nieustannie. Chciałbym popracować nad granicami, ponieważ o tyle że nie bronie swoich to pół biedy, jednak przekraczam granice innych. Mówię czasem treści chamskie, wulgarne, ośmieszające - w żartach, jednak ludzi to razi a mi jakoś ciężko to powstrzymać, bo mówię bez namysłu co przyjdzie mi do głowy. Jednak najgorsze jest dotykanie innych chłopaków. Rozpadły się mi przez to już 3 głębsze relacje. Chodzi o to, że w bliższej relacji z facetem zdarza się mi zakochać co sprawia, że dotykam go, dąże do przytulania itd. Jest to dla mnie żenujące, a również nie potrafię tego powstrzymać. Chciałbym również poćwiczyć powściągliwość, bo za każdym razem jak jednej osobie mówiłem coś o drugiej, to było to przekazywane tej osobie. Narobiłem sobie wrogów. Ciekawe, że jakoś ja nie dostaje takich informacji o obgadywaniu prawie nigdy. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tak Marek, dziękuję za zasygnalizowanie zrozumienia moich trudności. 

Mam po prostu potrzebę zwerbalizowania tych treści, a to forum jest o tyle przyjazne że potem łatwo do nich wrócić i popracować na terapii; lub porównać postęp. A jeśli ktoś podniesie temat i podzieli się uwagą, radą, pytaniem to dla mnie jest to poszerzenie mojej perspektywy co uważam za bardzo korzystne. Zwłaszcza, że tutaj są bezpieczne warunki, ludzie z reguły są doświadczeni trudnościami i wiem, że mogę liczyć na zrozumienie. Właściwie wracam do tego forum ze wzruszeniem, bo uzyskałem tutaj ogrom wsparcia, uwagi i zrozumienia (działałem pod innym nickiem, to jest moje drugie konto z którego ledwo co korzystałem). 

Postęp uzyskałem ogromny i nigdy nie zapomnę tej pomocy, mówię to już po przeszło 6ciu latach -  to tutaj uzyskałem radę żeby udać się do psychiatry, a potem wsparcie żeby zdecydować się na szpital psychiatryczny gdzie spędziłem 0,5 roku. 

A wracając do teraźniejszości to chciałbym jeszcze trochę z siebie wylać... 

 

Samo wpisanie się tutaj sprawiło, że ruminacje oraz lęk trochę zelżał. Niemniej wczoraj miałem poważne trudności z zaśnięciem. W celach samopomocowych uśmierzenia cierpienia psychicznego masturbowałem się kompulsywnie i do tego porno. Nie mam się z tym super źle biorąc pod uwagę obecny mój stan, jednak gryzie mnie ta myśl, że gdzieś tam, może nawet za ścianą, ludzie uprawiają prawdziwy seks a ja niezmiennie od wkroczenia w okres dojrzewania zaspokajam się sam. Oczywiście nie ma nic złego w dotykaniu swojego ciała, jednak doświadczam frustracji potrzeby bliskości fizycznej z drugim człowiekiem. Niepokoi mnie to tym bardziej, że zastanawiam się czy w ogóle jestem zdolny uprawiać seks, ponieważ mimo wszystko moje życie seksualne jest bardzo skromne w rozumieniu braku sensownego popędu. Możliwe, że moja orientacja seksualna ma tutaj znaczenie, bo przez otoczenie i środowisko jednak popęd homoseksualny jest gorliwie deprecjonowany, skrycie niechciany i pomijany, no chyba że w żartach. A jeśli przeskrobie się coś u ludzi, to doświadczenie nauczyło mnie że bycie gejem działa jako czynnik obciążający; i niestety bardziej bezlitosne są w tym kobiety. Faceci jakoś bardziej mimo wszystko rozumieją różne seksualne trudności i preferencje. Problemem jest jedynie gdy ich obraz męskości w oczach towarzystwa jest zagrożony. Chodzi o opinię, niestety próżność ludzka bierze w sytuacjach konfliktowych górę. Mam z tym szczególnie przykre doświadczenie, jak z dnia na dzień porzucił mnie ,,przyjaciel" z którym mieszkałem 2 lata, jeździłem do domu, nad morze i powierzałem myśli, bo jego towarzystwo dokuczało mu, że zadaje się z gejem i może sam nim jest. Niby dorosły facet w wieku 28 lat, lecz jego rodzice powodowani niechęcią obrzydzili nasz kontakt i wymusili zerwanie, bo przecież szanujący się nauczyciel WFu nie powinien mieć takich koneksji. To się naprawdę dzieje. Chciałbym wierzyć, że to tylko przez moją orientację. Jednak wiem, że byłem niechciany nie tylko przez to - chodzi o ten takt społeczny. Bo ja czasem potrafię być gadułą. Ludzie chyba niezbyt to lubią, skoro słyszałem ich uwagi kierowane z politowaniem, że miałem potrzebę się wygadać. Mówię tyle z lęku, żeby konwersacja była utrzymana, bo boję się niezręczności że zgaśnie. Przez to pokazuje się jako osoba dominująca w rozmowie w rozumieniu bycia nierozsądnym. Niestety pomijam tutaj siebie, a przez to nie jestem w realnej emocjonalnie sytuacji z tymi ludźmi. Zresztą trudno żeby było inaczej przy takim lęku. Lęk ten jest poniekąd słuszny, bo podlegam intensywnej krytyce. Nie przejmowałbym się odrzuceniem tak bardzo, gdyby nie to że kontakt został zainicjowany w ramach rodziny kumpla. Co by nie było, zostałem przez nich skreślony i uzyskałem informację, że nie zrobiłem dobrego wrażenia - podobno gwoździem do trumny było to, że nalałem pełny czajnik wody co jest skrajnym marnotrawstwem i oznacza mój brak szacunku do gospodarzy. Dowiedziałem się o tym już po wizycie i wytłumaczyłem, że był upierdolony kamieniem w środku; co spotkało się ze zdziwieniem, czemu w takim razie nie wytłumaczyłem swojego zachowania. Boże święty gdybym tylko wiedział. Naliczając ilość popełnionych niezręczności tylko tych ,,grubszych", czułem się jak najgorszy prostak stąpający po ziemi. Najbardziej nieprzyjemny moment podczas pobytu był kiedy poszedłem do łazienki i usłyszałem ,,ten pies tam sra". W sumie uświadamiam sobie teraz, że nie jestem pewien kto jest tutaj bardziej pojebany - ja czy oni. Ulżyło mi teraz rozważając tę sytuację, bo udało się mi podejść bardziej racjonalnie. Jednak kiedy słyszy się od kilku osób z różnych miejsc, że to z tobą jest coś nie tak, to nie jest to łatwe. 
Z innym kolegą sytuacja była taka, że jego matka wyraziła się wprost że nie życzy sobie abym przychodził do ich domu - podobno odwaliłem szopkę. Przyznam szczerze, że trochę przegiąłem z gadaniem. Moją drugą superumiejętnością jest natomiast zdolność milczenia oraz totalnego wyhamowania. Miałem tak już od małego - nawet jak dostałem piłką w głowę, to nie jęknąłem; usłyszałem natomiast od nauczyciela wfu, że nie mam głosu i jestem kosmitą, co spowodowało śmiech. W sumie nie dziwie się sobie, że nic nie mówiłem, skoro znęcano się nade mną.
Jednak obecnie w dorosłości jest to postrzegane jako pycha i duma. Ciekawe jak kontekst dużo zmienia. Widać pewną ciągłość trudności przez życie, ja zdaje sobie sprawę że to nieadaptacyjne funkcjonowanie osobowościowe. Przy czym podając pełny obraz chce zaznaczyć, że w normalnym kontakcie bez znamion lęku, gdzie czuje się akceptowany, potrafię być blisko i jestem przyjemny, szczery i zupełnie akceptujący. Stąd właśnie czasem uda się mi nawiązać z kimś kontakt. I ja mógłbym tak żyć, w sensie z takimi kontaktami, bo one by mi starczyły; nie potrzebuję grupy, chociaż wiem że jak byłem w psychiatryku to byłem w grupie terapeutycznej i czułem się w niej wspaniale, bardzo zżyty. Jednak takiej grupy nieoceniającej, gdzie ludzie by zdrowo siebie traktowali, to nie spotkałem poza warunkami szpitalnymi. A co do kontaktów indywidualnych, to myślę że stąd u mnie nawrót objawów, bo właśnie rozpierdzieliła się moja taka kolejna relacja. Powodem były procesy grupowe i mój brak taktu społecznego. W sensie nie kryłem się z tym, że ktoś mnie denerwował, lub że nie chciałem do kogoś przyjść bo czułem się tam niezręcznie. Zresztą bardzo słusznie czułem te rzeczy. Jednak obycie w grupie wymaga, żeby takie treści hamować, przemilczeć i mimo wszystko dyplomatycznie radzić sobie w takich kontaktach. A ja nie miałem ochoty na takie kontakty, a więc nie akceptowałem w całości tej grupy osób (na 6 osób, 3 nie akceptowałem) - z tego powodu zostałem z tej grupy wykluczony, wszystkie treści jakimi się dzieliłem z pozostałą trójką ,,bliskich" zostały ujawnione w momencie drobnego konfliktu. Spowodowało to okropną eskalację gniewu pod moim kierunkiem. Dosłownie wszystko co opowiadałem było wyciągnięte, nie zostało oszczędzone nic, a wszystko przedstawione jako dowód mojego zła. Czy to bycie gejem, czy psychiatryk, czy rodzina, czy historia życiowa, słowem bez suchej nitki. Oczywiście nie podejrzewałem, że ktoś mógłby uczynić taką uprzejmość i przekazać dalej wrażliwe treści. Na tą trójkę osób względem których zachowywałem dystans, jedyne o czym rozmawiałem a zostało przekazane i spowodowało taki gniew, to było: że czuje się niezręcznie w ich towarzystwie, że nie mam ochoty tam przychodzić bo nie czuję do końca chciany, że jestem krytykowany między wierszami przez nich i nie mam ochoty na kontakt. To już jest komplet treści, jednak w zupełności starczyło i pozwalam sobie tutaj na całkowitą szczerość. 
Najbardziej jedynie zależało mi na kumplu z tej paczki, któremu ufałem. Dobrze nam się rozmawiało, jednak uległem uczuciu i zakochałem się w nim. Oczywiście nie wiedział o tym, a zostało mu to powtórzone bo niestety zwierzyłem się z tego koleżance z tej grupy. Było to także powodowane zazdrością, bo go faworyzowałem, po prostu najbardziej lubiłem z nim rozmawiać bo był taki prosty i bez ukrytych motywów. No w każdym razie już przeszłość. Przecież gdyby mu na mnie zależało, to olałby wpływ grupy, te negatywne treści które znał ode mnie a też część przekazał dalej (nie mam mu tego za złe), oraz wyznaczylibyśmy jakieś rozsądne granice w kontakcie żeby on czuł się bezpiecznie.
Powiem, że czuje że jest mi przykro, że takie sytuacje mnie spotykają. Budzi to poważną wątpliwość, komu tak właściwie można ufać. Przekonałem się już nie raz, że nie ma czegoś takiego jak sekret, który nie mógłby zostać przekazany dalej. Uczucie przykrości pogłębia myśl, o co tak właściwie chodzi w tych relacjach? Gdzie jest miejsce na bliskość? Czy rzeczywiście jestem zmuszony do dyplomatycznego podejścia względem parszywych ludzi, żeby nie spotkać się z ich złością? Jak przy tych przemyśleniach pokonać lęk przed oceną krytykujących i wyrachowanych ludzi? W jaki sposób stworzyć taką relację, gdzie rzeczywiście będzie bezpiecznie - co robię nie tak, że tak się nie dzieje, czy może przez to że ignoruje za często kontekst społeczny? Jak zachować siebie, a jednocześnie przyjąć perspektywę myślenia innych żeby chociaż trochę było mi w tym życiu łatwiej?

 

 

 

 

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cześć 

Przeczytałam cały twój wpis 

Ludzie nie dają szczęścia 

Tylko samemu można dać sobie akceptację, komfort psychiczny 

Kiedy robi się rzeczy które się lubi, osiągnąć można spokój wewnętrzny, poczucie szczęścia w sobie, nie od kogokolwiek 

Tylko człowiek może uszczęśliwić samego siebie 

Nikt nie może nic dać 

Bo ludzie robią dużo złych rzeczy, nie warto szukać niczego wśród ludzi

Ludzie ranią i przykrości robią, jak dla mnie inni są potrzebni na krótko i tylko czasami, nie potrzebuje ich na długo 

Wszystko jest dobre ale na chwilę 

Lubie samotny spacer, nie potrzebuje nikogo do pary 

Mam burze w głowie, ale wyciszam, uspokajam się sama również 

Lubie czasem coś napisać 

Ale zdaje sobie sprawę, że mogę być poddana krytyce 

No cóż każdy ma swój punkt widzenia jak i punkt siedzenia

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziękuję @katrin123 za Twój wpis, uzmysłowił mi on jak ważne jest aby być bliżej z samym sobą. Czasem to zaniedbuje, a jak powiedziałaś, ludzie nie dają szczęścia, ono pochodzi ze środka. Zgadzam się z prawie całym twoim wpisem, czuć w nim mądrość wspartą dużym doświadczeniem. 

Jednak dość trudno przyjąć mi to, że nie warto szukać niczego wśród ludzi. Chciałbym wierzyć, że jest inaczej, już wyjaśniam w kontekście konsultacji terapeutycznej na którą się udałem...

Terapeutka była serdeczna, dostrojona i uważna. Drogo jak cholera, bo 150 spotkanie, a potem 130, jednak myślę że warto. Opowiedziałem jej z grubsza wszystko co wam tutaj. Powiedziała mi, że nabrałem realnego patrzenia na ludzi. Te sytuacje które ja opisałem, to wszystko jest prawdą; po prostu nie zniekształcam tej rzeczywistości, jednak wtórnie doświadczam przez to lęku. Ludzie naprawdę tacy są. To przerażające, jednocześnie w jakiś sposób ich potrzebuje. Potrzebuje czasem ludzi, tylko trzeba tutaj ogromnej ostrożności. Wyszło, że mam w sobie taką dziecięcą ufność, radość, energię - nazwijcie to jak chcecie. A ludzie tego nie rozumieją i mogą źle odebrać, wykorzystać. Oni widzą dorosłego faceta i różne moje sygnały mogą interpretować właśnie seksualnie, jako pychę, dumę; bo w głowie im się nie mieści, że mógłbym doświadczać lęku. Bardzo ważne, aby nie próbować przypodobać się ludziom, tylko zostać sobą. Całą patologie, kurestwo - no trzeba to odpędzać, trzeba te granice mieć. Ale jeszcze w dodatku trzeba to robić dyplomatycznie. Moim głównym celem terapii będzie więc przyjrzenie się sobie w relacjach. Chodzi o to abym trzymał swoje granice i wpuszczał tylko naprawdę zaufane osoby. Tutaj chciałbym dać przestrogę - naprawdę, ale to naprawdę trzeba odpowiednio dobierać sobie ludzi! Jak ktoś widać, że jest niegodny zaufania, toksyczny - to bardzo ostrożnie z taką osobą, traktować te relacje z dystansem. Właściwie to samemu sobie daje te radę, bo niestety mi trudno się nie zbliżać i nie otwierać jak kogoś do siebie dopuszczę. Więc u mnie na razie jednak najlepsza technika to po prostu brak kontaktu z nieciekawymi ludźmi. Największa część mojego cierpienia to jest właśnie złamanie zaufania, czyli ludzka dwulicowość, zazdrość i złośliwość. Niestety ludzie naprawdę tacy potrafią być! Cały czas to jest dla mnie jakimś szokiem, bo to jest przecież bezsensowne postępowanie. 

W takim wypadku poważnie zastanowię się też pojęciem grupy, czy właściwie opłaca się mi dopasowywać do grupy jeśli stoi to w opozycji do mojej moralności. Obecnie uznaje już, że nie. Zawsze próbowałem dopasować się, teraz jestem zdania, że mam to gdzieś i jedyna grupa jakiej będę chciał być częścią, to gdzie będzie wzajemny szacunek, troska i zaufanie. 

Jednak chciałbym też radzić sobie sprawnie w społeczeństwie, więc zamierzam popracować też nad odbiorem mojej osoby, taktem społecznym, asertywnością, szacunkiem do innych itd. 

 

Szczerze wysłuchanie przez was i jedna konsultacja, która miała miejsce przedwczoraj, a czuje że kamień z serca i czuje się dobrze. Teraz czeka mnie jeszcze trochę ciężkiej, choć bardzo satysfakcjonującej pracy - umówiłem się na kilka miesięcy terapii. Czeka mnie niezwykła podróż, więc trzymajcie kciuki! 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zacznę od tego, że mimo kiepskiego stanu psychicznego nie zamierzam brać leków przeciwlękowych/ przeciwdepresyjnych, chociaż mam taką możliwość. Chce brać te emocje na klatę i móc je przepracować, im silniejsze tym lepiej, bo będą stanowić intensywniejszą obróbkę na terapii. Mogę pozwolić sobie na takie ryzyko, ponieważ dzięki pandemii nie muszę nigdzie łazić. A jednak te emocje przytłaczają mnie, już mówię...

Rozpadły się mi wszystkie fizyczne relacje, nie została ani jedna w moim otoczeniu. Doprowadziłem do tego samemu, nie podejmując inicjatywy kiedy było to konieczne. Dlaczego zawsze ja muszę podejmować inicjatywę? Kiedy będzie czas na branie? Bo jest zawsze właśnie tak, że jeśli ja nie wychodzę na przód, to z ludźmi nie rozmawiam w ogóle, bo oni sami tego nie zainicjują. 

Jeden kontakt mi się ostał. Zdalny. Jednak relacja ta opiera się na komplementowaniu i podziwianiu, niech będzie imię zmienione, Kamila. Ja nie mówiłem o tym, że biegam, że ćwiczę, bo wtedy Kamil źle się z tym czuł. Twierdził, że ma silną potrzebę rywalizacji. Aby lepiej się czuł nie mówiłem o swoich drobnych osiągnięciach. Jednak z podawanych treści okrawałem też te zbyt negatywne rzeczy - czyli nie chcąc się żalić, lub narzekać, siać negatywizmem, nie mówiłem też o doznawanych przykrościach. W pewnym momencie postanowiłem się zbliżyć, w sumie pięć dni temu. Okazało się, że to jest bardzo trudne. Nie mogę porozmawiać z nim przez telefon, bo on tego nie lubi. Nie możemy spotkać się fizycznie, mimo łatwej możliwości, bo on boi się że jestem gejem i będę go podrywał, a do tego może być niezręcznie. Mówił też pośrednio o wstydzie, że jestem gejem, i stąd chociażby czasem nie odpisuje jak jest w pracy żeby przypadkiem współpracownicy nie zobaczyli jakiś ,,dziwnych wiadomości". W każdym razie zacząłem czuć się niedoceniany. Stało się to w momencie, jak zarzucił mi że nie opowiadam mu o niektórych rzeczach. A więc opowiedziałem, że kilka dni temu zostałem wyróżniony na konferencji naukowej. Skwitował to tylko słowem gratuluję i na tym temat się skończył. Nie zapytał o nic. Następnego dnia, czując narastając napięcie, powiedziałem mu, że ma mnie w dupie. Odparł na to, że on nie wie co to ta konferencja. Zdiagnozowałem brak zainteresowania, więc zostałem nazwany awanturnikiem i dostałem informację, że on w tej relacji czuje się gorzej z dnia na dzień. 

Ostatnio odpadła cała grupa, teraz jak odpadnie jeszcze on... Zostanę sam że ho ho. A więc cierpię i trzymam się tej odrobiny kontaktu który mam.  Bo tak boję się zostać samemu. Bo jeśli znowu zostanę samemu, i nikt mi nie będzie pasował, to czy nie oznacza to że to ze mną jest coś nie tak? Mogę sobie zarzucić w relacji z Kamilem, że podrywałem go, że teraz pod końcówkę robiłem mu te wstrętne awantury i czepiałem się, wyrażałem gniew. Tylko ja tego nie potrafię zatrzymać, skoro tak wyraźnie czuję się niedoceniany, skoro widzę ten brak zaangażowania, tumiwisizm, wszystkowdupizm. Ja tego nie rozumiem! Komunikowałem tak bardzo wyraźnie, że chcę tylko kontaktu, być blisko, że chce czasami porozmawiać normalnie przez telefon i spotkać się po dwóch latach fizycznie na rozmowę. Dlaczego to jest takie trudnę i tak bardzo muszę się starać żeby zawalczyć o te uwagę, kontakt. Tyle wyrzeczeń, tyle wysiłku żeby nawiązać jakąś relację. A to potem i tak wszystko pierdolnie. To nie pierwszy mój taki kontakt, że zabiegam o kontakt mocno i się staram, i ta osoba jest, a potem olewa ciepłym moczem. Mocno się dopasowuje, teraz dobrze, a tak lepiej, a teraz? Jednak nie przychodzi docenienie tego. A bez tych starań tego kontaktu nie ma, a ja czuję się niewystarczający. W momencie zbliżenia się w tego typu relacji, kiedy nie mogę już dłużej trzymać fasady i wychodzą moje potrzeby, moje pragnienie bliskości emocjonalnej, bycia docenionym, to ja tego nie dostaję. Taka osoba przeżywa wtedy zdziwienie i kończy się to konfliktem. Nie ma powrotu do relacji dopóki nie umizgam się spowrotem w tą swoją dopasowaną formę bycia. Wygląda to tak, jakby nie idąc na ustępstwa, nie było możliwości aby taka relacja się kleiła. Natomiast będąc w pełni sobą nie jestem chciany. Sam fakt tego, że jestem gejem sprawia, że faceci wzbraniają się przed kontaktem. Dlatego zwykle informowałem o tym dopiero tak po około roku kontaktu, kiedy miałem w miarę stabilne pole żeby nie zostać odrzuconym. W płytszych kontaktach nie mówiłem o tym w ogóle. Widzę u siebie bardzo silną potrzebę konformizmu społecznego, co mnie mocno ogranicza. Zresztą, wychodzi na to, że jestem odrzucany i trwam w samotności tak czy siak.

Wracając do relacji z Szymonem, teraz mam wybór, przynajmniej mam nadzieję że mam: mogę porzucić ten kontakt, do czego nie jestem zdolny bo mam chociaż jego. Albo mogę zaakceptować ten typ relacji, który jest bez pogłębiania, bardziej płytkawy i bez oczekiwania na bycie docenionym, usłyszanym, ukochanym.  

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Leki bierzemy tylko wtedy kiedy człowiek z powodu swojego stanu zdrowia nie jest w stanie normalnie funkcjonować np. nie śpi normalnie, ma problemy z apetytem, albo ma lęki czy dziwne myśli, które go bardzo mocno tłamszą. 

 

Po tym jak piszesz, nie widać wg mnie ani jednego objawu jakiegoś zaburzenia psychicznego. Nie gubisz się, nie dramatyzujesz, nie krzyczysz, nie używasz wulgaryzmów, nie masz problemów z myśleniem, orientacją co do siebie itd 🙂 

 

Naprawdę ciesz się z tego, że jesteś tak ogarnięty mimo tego co się spotkało... Bo tutaj większość z nas wylewa swoje ostatnie krople potu, poczytaj inne wątki, tam niektórzy aż krzyczą o pomoc i wsparcie. 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziękuję @MarekWawka01 za obecność w tym temacie. Czuję w Tobie sojusznika. 

Co do samopoczucia, to myślę że ratuje mnie testosteron, który sobie aplikuje regularnie 500 e5d. To trzyma mnie przy działaniu, względnej stabilności psychicznej, nastroju i motywacji. Jest to wg. mnie rodzaj medycyny alternatywnej i u mnie sprawdza się zdecydowanie lepiej niż jakiekolwiek antydepresanty. Jednocześnie dobijam właśnie 5 miesiąca stosowania, a przy 6 miesiącach już warto byłoby zrobić chyba jakąś przerwę, a przynajmniej mostek... Chociaż niezbyt to widzę, boje się załomu psychicznego i chyba będę ciągnął teścia dłużej, jak nie do końca życia. Mój naturalny poziom i tak jest dość niski, więc kwalifikowałbym się na hormonalną terapię zastępczą. Jednak wolę robić to na własną rękę, bo lekarze niezbyt ogarniają temat. 

Co do problemów natury psychologicznej, to jednak nie wszystko jest tak jak chciałbym żeby było. Doceniam Twoje dobre słowo Marek. Zdaje sobie sprawę, że na chwilę obecną wielu ludzi ma gorzej niż ja.

Moim największym problemem jest ten krytycyzm względem siebie, dostrzeganie wszystkich wad i mankamentów. A w relacjach tak jakbym był warunkowo - że muszę się starać, być taki, siaki... Ja już tego nie chce dłużej, po prostu jestem tym zmęczony. Jestem na etapie w którym straciłem ochotę dopasowywania się na siłę, ciągnięcia relacji na siłę oraz próbę zmieniania drugiego człowieka żeby mnie szanował, doceniał. Zrozumiałem, że ludzie mi tego nie dadzą - nie docenią, nie będą wdzięczni, nie będą starać się być blisko. Jest tak dlatego, że po prostu mało kogo to obchodzi. Relacje ogólnie są dla mnie trudne - bo z drugiej strony nie lubię poznawać nowych osób, nie chce, wiąże się to dla mnie z wysiłkiem który jest ryzykowny, bo ta druga osoba a to mi nie podejdzie, a to ja jej. Może jestem zbyt wymagający, zbyt się angażuję jeśli już w coś wchodzę. Jakby brakowało w tym luzu. Bo z tej drugiej strony mam zwykle zlewkę. Może jest tak przez to, że druga osoba widząc, że ja się angażuje stwierdza, że nie musi się starać i nic z siebie dawać. A kiedy to ja zaczynam wymagać i też czegoś chcieć w kontakcie, to nagle robi się problem, bo relacja nie jest już tylko dla egoistycznego zaspokajania potrzeb tej drugiej osoby. To trochę tak jakbym wykorzystywał innych ludzi do wykorzystywania siebie, a kiedy chcę to zatrzymać i staję przed drugim człowiekiem w prawdzie, to tej osobie przestaje się to podobać. Bo jestem a taki, a siaki, a mam takie wady, takie... Ah walić to wszystko. Zacznę skupiać się na sobie, swoich potrzebach i egoizmie, bo chyba tak się ten świat kręci i działanie wbrew własnemu egoizmowi przysparza tylko niewdzięcznego cierpienia...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No mam podobnie. Ja akurat ciągle czuję tą potrzebę dostosowywania się. Też jestem bardzo ugodowy, strachliwy, czasem nawet dość naiwny, co ludzie potrafią u mnie wykorzystać. Niestety jako niczego nieświadome dziecko nie miałem zbyt łatwo... Ale wciąż sobie mówię, że to stare dzieje, choć przeszłość lubiła mi dawać o sobie znać w teraźniejszości. Myślę, że jest tego powolutku coraz mniej, choć nie jestem pewien. Ciężko jest samemu siebie rozgryźć. Ja momentami myślę, że ludzie widzą u mnie znacznie więcej tej niezaradności w kontaktach niż ja. Staram się naprawdę mocno to ukrywać, no ale chyba nie ma co... 

Ostatnio też nie jest dobrze z moim myśleniem, coś jeszcze ten lęk jakby trzymał? 

Ja sobie myślę, żeby odstawić te proszki na psychę. One po części też mogą mi mącić w głowie...

Przez te stałe napięcie i lęki troszkę ciężko się funkcjonuje, nie chcę ukrywać. Podobno psychoterapia mogła coś tam pootwierać. Nawet na psychoterapię mogę się po części nie nadawać. Jestem bardzo zmęczony ostatnio tym całym dochodzeniem do siebie...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×