Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Gość Carica Milica

Historia pewnej eFki i nie powtarzajcie tego w domu

Rekomendowane odpowiedzi

Gość Carica Milica

Większość starych bywalców forum kojarzy mnie z poprzedniego konta. Niektórzy z Was pewnie mają zachowane w pamięci przebłyski moich postów, w których opisywałam swoje chroniczne problemy z nastrojem, brakiem chęci do życia, ciągłymi eksperymentami z farmakologią w wykonaniu mojego lekarza i beznadziejnym samopoczuciem. Lata 2015 – 2018 nie należały do najszczęśliwszych w moim życiu. Ba, nigdy nie czułam się tak bardzo chujowo. Ale czasami życie, geny i diagnozy bywają jednak bardzo przewrotne.

 

W maju 2015 r. dostałam diagnozę F31 – zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Kompletnie nie wiedziałam z czym to się je, dlaczego mam codziennie brać leki, po których zasypiam na wykładach i nie mogę się porządnie wysłowić (nie pozdrawiam lamotrygino). W trakcie leczenia przerobiłam około 30 rożnych substancji – antydepresanty, normotymiki, neuroleptyki, benzo i kompletnie nic mi nie pomagało w osiągnieciu trwałej remisji. Czułam się, jak jakiś beznadziejny przypadek, który po kres swych dni będzie się użerać z depresją i stanami mieszanymi. Chyba, że wcześniej wyeksmituję się na tamten świat, co też próbowałam. Uciekałam w autodestrukcję. Ból w czasie przecinania skóry żyletką był niezwykle przyjemnym doznaniem w tamtym czasie. Na szczęście wszystkie cięcia były bardzo płytkie, więc obecnie nie mam śladów po mojej głupocie.

 

W grudniu 2018 r trafiłam na dwa tygodnie do kliniki psychiatrycznej. Po trzech dniach chciałam wyjść, bo hmm…stwierdziłam, że czuję się całkowicie normalnie, zwyczajnie i nie chcę spędzić Bożego Narodzenia na oddziale zamkniętym. Lekarka prowadząca zaczęła się upierać, że z pewnością wpadłam w stan hipomanii, co było kompletną bzdurą, co też potwierdził mój partner. Na własne żądanie wychodzić nie chciałam, bo w przyszłości w razie sytuacji awaryjnej nie przyjęliby mnie ponownie do kliniki (oddział, na którym byłam nie przypomina typowego psychiatryka, bardziej się tam czułam, jak w sanatorium, tylko wychodzenie na spacery było ograniczone). Tkwiłam tam czternaście dni i wypuścili mnie pod moim lekkim naciskiem, bo przecież nie będą trzymać pacjenta oznajmującego na każdym obchodzie, że czuje się dobrze, przesypia noc, nie zalega dnia w łóżku i głównie czyta książki. Leków nie dostałam jakichś odkrywczych, w zasadzie dorzucono mi tylko znienawidzoną przeze mnie lamotryginę. Minął styczeń nowego roku i bum w lutym pod wpływem impulsu odstawiłam wszystkie leki metodą szokową na cold turkey No i? Przeleciał rok 2019. Przez ten okres nie miałam ani jednego epizodu, żadnej gwałtownej zmiany nastroju. Nic. Zero. Nulla. Serio, mojemu przypadkowi nie dawano zbytnich szans na życie bez farmakoterapii, więc gdyby miało jebnąć, to jebnęłoby już po miesiącu bez litu i spółki. Moja jakość życia uległa ogromnej poprawie – jestem w stanie normalnie pracować na etat (plus cały czas tłumaczę), podjęłam kolejne studia, w związku układa mi się bardzo dobrze i czuję się bardzo sprawna intelektualnie.

 

Zdaję sobie sprawę, że postąpiłam, jak rasowy zły pacjent, który zna się lepiej na leczeniu psychiatrycznym od Janusza Rybakowskiego. Miałam przeczucie, że zrobiłam słusznie i żaden nawrót się więcej nie pojawi. W ubiegłym roku rzadko odwiedzałam swojego szamana, a ostatnie wizyty służyły załatwianiu czysto biznesowych spraw, w które mój lekarz się zaangażował i wiem, że nie nawali, jak otrzyma pewne papierki do wypełnienia. O mojej samowolce poinformowałam go w ten poniedziałek. Nie ukrywał zaskoczenia, ale szczerze mi pogratulował dobrego samopoczucia. Oświadczył, że jeszcze się nie podpisze pod brakiem chad diagnozy u mnie, tj. że nigdy nie miałam takowych epizodów w życiu, bo jest jeszcze na to za wcześnie. Ale, no ale jest najważniejsze. Przedstawił mi dwie teorie, skąd u mnie całkowita zmiana w kwestii zaburzenia. Przyjęło się, że chad postępuje wraz z wiekiem, co prawdą nie jest. Zaburzenie zmienia się razem z nami – inaczej chorujemy w wieku 20 lat, 30 lat itp. Bipolar przez cale nasze życie może przybierać najróżniejsze formy, mniej lub bardziej intensywne lub pod wpływem jakichś czynników zniknąć. Całkowicie trwała remisja do końca życia. Brzmi dla mnie dalej niewiarygodnie, ale nasz organizm i mózg są na tyle fascynującymi tworami, że jest to możliwe. Druga – człowiek przez cale swoje życie może doświadczyć różnych zaburzeń psychicznych: nerwicy, ocd, zaburzeń nastroju, które występują epizodycznie, aby po pewnym czasie trwale ustąpić.

Oczywiście, może być to tylko gdybanie, bo przedstawione teorie przez mojego lekarza nijak się mają do ICD-10. Akurat on jest lekarzem potrafiącym wyłamać się poza schemat standardowego leczenia psychiatrycznego, nie boi się eksperymentów i ma niesamowitą wiedzę, więc teoretycznie nie mam powodu, aby mu nie wierzyć. Chyba, że się wstydzi przyznać, że moja diagnoza była nietrafiona. :D I jestem tylko pieprznięta.

 

Moim postem nie chcę nikogo namawiać do odstawienia leków i negowania diagnozy. Miałam więcej szczęścia, niż rozumu, bo moje odstąpienie od leczenia mogło mieć tragiczne skutki nie tylko dla mojego życia. Nie idźcie moją drogą. Oczywiście dalej istnieje ryzyko nawrotu, chociaż rok stabilności bez farmakoterapii jest niesamowitym osiągnięciem w skali Caricy Milicy i jeśli jest to stan trwały, to nie zamierzam płakać nad zdechłym chadem.

 

W tym momencie najważniejszą dla mnie kwestią jest nadrobienie straconego czasu. Nikt mi nie zwróci lat 2015 – 2018, ale myślę pozytywnie o nadchodzącej przyszłości i zmianach, które być może się szykują w tym roku.

 

Oczywiście dalej borykam się z jakimiś problemami psychicznymi – perfekcjonizmem, wymaganiem od siebie 120% normy, okresowym wkurwem i dobrze ukrywanym brakiem pewności siebie. Bez porządnej i długiej terapii się zapewne nie obędzie.

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Carica MilicaCieszy mnie twój powrót do zdrowia. Mam nadzieję, że na stałe.  Wydaje mi się, że w psychiatrii jeszcze jest wiele rzeczy do odkrycia. Że nie wszystkie diagnozy są od razu Prawidlowo postawione i nie zawsze jest to wina lekarzy, lecz ogólnie poziomu wiedzy w psychiatrii i braku możliwości wykonania badań. Wszystko opiera się na słowach pacjenta lub obserwacji zachowań pacjenta. Psychiatria chodzi piechotą. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Fajny post, dający nadzieję na lepsze życie. Dzięki.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość Carica Milica

@Wirginia Zachodnia, mój psychiatra sam przyznaje, że psychiatria jest czasami niczym wróżenie z fusów. ;) 

 

@mpConroe, nigdy się nie poddałam, chociaż czasami było ciężko i sądziłam, ze będzie to już koniec. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wspaniale. Swoją drogą to jakaś wewnętrzna mądrość organizmu kazała chyba świadomości odstawić już leki. Duże ryzyko, a Ty wygrałaś w totolotka.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość Carica Milica

@namiestnik, teraz można to określić mianem mądrości organizmu, gdybym po miesiącu wpadła w otchłań depresji, to byłaby to moja niezmierna głupota. Opłaciło się, ale ryzyko było znaczące. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Carica Milica Jestem ciekawa Twoich spostrzeżeń na temat leków, które przyjmowałaś. Czy uważasz, że wówczas faktycznie Ci pomagały? Czy z perspektywy czasu sądzisz,  że w ogóle zostałaś dobrze zdiagnozowana i leczenie było słusznym krokiem, czy wystarczyłoby przeczekać najgorsze a leków nie tykać?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość Carica Milica

@warning w tym cały szkopuł, że leki nigdy mi nie pomagały. W pewnym momencie się dorobiła lekooporności w dokumentacji medycznej i lekarz mi zapisywał najróżniejsze koktajle leków. Jako takiej remisji między 2015, a końcem 2018 nie miałam, raptem z trzy miesiące czułam się do przeżycia. Jedyna substancja, która mi przynosiła faktyczną ulgę był alprazolam, ale nigdy się nie uzależniłam od benzo - wyciszał mi umysł i nerwy. 

W kwestii diagnozy - lekarz na razie uważa, że zaburzenie dwubiegunowe było trafnie postawione. Okres tych kilku lat wskazywał na obecność chad według niego. Ciężko mi odpowiedzieć, czy wystarczyłoby przeczekać, ja bardzo długo byłam przekonana o prawdziwości diagnozy. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×