Skocz do zawartości
Nerwica.com

[Proza] STREFA 501


Korba

Rekomendowane odpowiedzi

STREFA 501

ODC. 1

 

 

- Ani kroku dalej, Leo! Przysięgam, że nacisnę spust! Bez zmrużenia oka! – wykrzyczał Benicio, stojąc w rozkroku z ramionami wyciągniętymi przed siebie. Chłód ściskanej broni koił spocone dłonie.

- Jasne. Przecież nigdy nie miałeś rewolweru w rękach. Nie wygłupiaj się, Benicio – Leo stał, opierając się o bok kanapy. Splótł ręce na piersi i, przechyliwszy głowę na bok, uśmiechał się z pogardą.

Ten jego wredny uśmieszek, myślał Benicio. Zwykle wydawał się łobuzerski, ale budził w nim braterskie uczucia. Teraz jednak tylko potęgował jego wściekłość. Złośliwy, zuchwały wyraz twarzy, myślał gorączkowo, nie opuszcza go nawet przy spotkaniu z wylotem lufy.

- Co ty możesz o mnie wiedzieć? Zawsze patrzyłeś tylko na siebie. Zresztą, nie mam już nic do stracenia. Mogę zabić ciebie, siebie i każdego, kto stanie mi na drodze – przestępował nerwowo z nogi na nogę.

- Ali też? – Leo odrzucił głowę do tyłu, wlepiając w niego stalowoniebieskie oczy, ciemniejsze niż zwykle. Jasne włosy odsłoniły zmarszczone czoło. Zewnętrzna linia brwi uniosła się. Wyraz jego twarzy nie był groźny, raczej skupiony.

- Nie mieszaj jej do tego. Ona nie ma z tym nic wspólnego – wycedził cicho Benicio przez zaciśnięte zęby. Palce ogarnęło drżenie. Nie potrafił go powstrzymać.

- Oczywiście, że ma. Znacznie więcej niż przypuszczasz – Leo wyprostował się, opuścił ręce i zahaczył kciuki o kieszenie spodni. Zrobił krok naprzód. Lewy kącik ust powędrował lekko w górę. Teraz Leo nie tylko śmiał się z niego. Wręcz go lekceważył.

- Nie podchodź! – zawołał Benicio z rozpaczą. Miał ochotę się rozpłakać. – Jezu…, dlaczego to wszystko się dzieje?!

Wtem poczuł czyjąś obecność za plecami. Gałki oczne zaczęły mu drgać, jakby kłujący wiatr dostał się pod skórę i wprawił je w ruch. Powieki opadały, a on walczył, unosząc je na siłę, choć to, co widział, rozmazywało się. Poruszał nimi coraz słabiej i słabiej. Poddał się w końcu i wydawało mu się, że traci świadomość.

Stał na brzegu jeziora. Nieskazitelnie gładka woda odbijała na swojej ciemnogranatowej powierzchni złocisty księżyc w pełni. Niebo rozjaśniały gwiazdy. Zdawało mu się, że są ich tysiące. Miliony. Zasiane starannie boską ręką w kosmicznej przestrzeni, niektóre świeciły słabiej, jak pąki jeszcze nie w doskonałości swego rozkwitu, inne, większe, jaśniejące na tle tamtych, sprawiały wrażenie jakby były bliżej ziemi. Przez moment nieświadomie delektował się tą chwilą. Przez moment wyszedł poza własne granice i wszystko, co się do tej pory wydarzyło, zostało poza nim. Przez moment po prostu był. W sensie duchowym. Jednocześnie fizycznie jakby przestał istnieć. Przez ten jeden krótki moment. Szybko jednak wrócił znajomy skurcz w gardle i Benicia znowu ogarnął lęk. Wstrzymywana łza spłynęła po policzku, pozostawiając wilgotny ślad na rozpalonej skórze. Zaczął odczuwać przerażenie. Wodne lustro wydawało się znać każdą bolesną prawdę, bezkres nieba przytłaczał swoją niepojętością, a gwiazdy, jak błyszczące końcówki palców, wskazywały wprost na niego, zagubionego w przestrzeni rzeczywistości i w przestrzeni umysłu.

- Co ja tu, kurwa, robię? – chcąc odgarnąć włosy z czoła, zdał sobie sprawę z tego, że w prawej dłoni wciąż trzyma rewolwer. Kolba była gorąca od zetknięcia z jego rozgrzanym ciałem. Przyjrzał mu się, jakby widział go po raz pierwszy. Nigdy nie miałeś rewolweru w rękach…, usłyszał w myślach. Czemu by nie zrobić z niego użytku? Przyłożył zimną stal lufy do skroni. Uśmiechnął się sam do siebie, bo to odczucie go uspokoiło.

- No właśnie. Co ty, kurwa, robisz? – ktoś wyszarpnął mu gwałtownie broń. Benicio odskoczył przestraszony i odwrócił się. Zrobił parę szybkich kroków w tył, mrużąc oczy, gdyż oślepiło go światło padające z pobliskiego budynku. Mimo że niezbyt silne, uraziło oczy przywykłe do ciemnych barw jeziora i nieba.

- Leo? – wydawało mu się, że osoba, która nagle oddaliła się od niego o kilkanaście metrów, miała smukłą posturę przyjaciela. Także niebieska koszulka i jasna grzywka jakby mignęła mu przed oczami.

- Nie jestem żaden Leo – rzekł tamten, a za jego plecami pojawiła się lekka mgła. Teraz widać było, że miał na sobie szare ubranie przypominające roboczy kombinezon.

- Więc kim jesteś? – Benicio zaczął iść w jego kierunku, wytężając wzrok. Kontury postaci zdawały się wyrazistsze, twarz natomiast coraz bardziej zamazana. W miejscu, gdzie powinna była znajdować się twarz, dojrzał jedynie białą plamę przypominającą kłębiastą chmurkę. Oddalał się, nie robiąc przy tym żadnego ruchu nogami. Człowiekiem bez twarzy?, pomyślał i zaśmiał się w duchu oszołomiony ilością absurdu, którego był częścią przez ostatnich kilka minut.

- Człowiekiem bez twarzy, owszem – odezwał się tamten. - Rekwiruję go na jakiś czas.

Rozległ się głuchy strzał i mgła zaczęła gwałtownie gęstnieć. Benicio podbiegł jeszcze parę metrów. Powietrze nagle zrobiło się przejrzyste, a dziwny osobnik zniknął gdzieś po prawej stronie. Rozejrzał się wokół. Za plecami miał spokojną taflę wody. Kilkadziesiąt metrów przed sobą widział jednopiętrowy podłużny budynek z szeregiem drzwi i okien przypominający przydrożne motele. Miał kształt delikatnego łuku i każdy jego koniec niemalże stykał się z brzegiem jeziora. Na pustej połaci plaży, gdzieniegdzie porośniętej kępkami trawy, stały dwa samotne drzewa. Jedno po prawej, drugie po lewej stronie. Miały cienkie, jakby wyschnięte, liczne gałęzie. Porastały je rzadko rozrzucone ciemnoczerwone liście. Pośród zalegającego mroku wyglądały jak choinkowe lampki.

Niemożliwe, żeby zniknął tak szybko, pomyślał. Wplótł palce obu dłoni w lekko kręcone, czarne włosy. Mocno naciskał czaszkę, próbując obudzić się z tego świadomego snu. Co to jest? Czy to sen? A jeżeli śnię, czy to możliwe, abym tak silnie, tak realnie odczuwał? Każda komórka jego ciała tętniła życiem, jakby posiadała odrębne, mocno bijące serce. Krew płynęła w żyłach tak burzliwie, że niemal słyszał jej szum.

Wszystko, co wydarzyło się od awantury z Leo, choć nie mogło to trwać więcej niż kilkanaście minut, zdumiewało go, odbierając zdolność logicznego myślenia i coraz bardziej przerażało. Jednocześnie nie dziwiło go wcale, bo sądził, że ma skomplikowany charakter i dlatego przytrafiają mu się rzeczy nietypowe dla zwykłych ludzi. Wydawało mu się, że między nim a innymi tkwi niewidzialna ściana uniemożliwiająca całkowite, niczym niezakłócone porozumiewanie się. Albo że sam jest niewidzialny. Niewidzialny wśród ludzi. Wyjątkowy, a nie mogący uczynić znaczącego ruchu. Wypowiedzieć słowa. Krzyknąć. Tak bardzo chciał krzyknąć. Nigdy jednak nie robił tego, bo przypuszczał, że i tak nikt go nie usłyszy. Tak bardzo chciał być z ludźmi. Kochać ich. Z drugiej strony im mocniej się starał, tym większą czuł do nich pogardę.

Nie pogardzał Leo. Aż do momentu, gdy wycelował w niego broń. Teraz zdał sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie miał zamiaru go zabić, choć wtedy był o tym przeświadczony. Po prostu chciał, aby coś się stało. Ogrom jego uczuć, pytań, rzeczy, które chciał powiedzieć, a nie wiedział jak, utworzyły w nim mieszankę wybuchową. Był tykającą bombą. Chciał zrobić coś, co byłoby działaniem na granicy, niebezpiecznym, nieodwracalnym, po czym zmieniłoby się dosłownie wszystko. Tak postępują ludzie doprowadzeni do ostateczności, którzy sądzą, że nie mają nic do stracenia.

Nigdy nie gardził też Ali. Nie mógłby. Choćby dała ku temu największe powody. Przed oczyma zobaczył, jak wchodziła po schodach na niewielki ganek domu w Alamogordo, gdzie do tej pory mieszkał sam z ojcem. Wtedy zobaczył ją po raz pierwszy. I od tego dnia widywał ją niemal codziennie. Ojciec nieraz śmiał się, że Bóg zesłał mu z opóźnieniem córkę, której zawsze pragnął. Gdy pojawił się Leo, zaczęła znikać na całe dnie. I wracała odmieniona, jakby nieobecna. Powinien był domyślić się, że między nimi istnieje jakaś więź, jakaś tajemnica. Lecz Leo zafascynował go równie mocno. Równie mocno go do siebie przywiązał. Dlatego nie był zazdrosny. Dlatego wybaczał im, ignorował bolesne kłucie w sercu. Powinien był...

Przerwał rozmyślania, gdy do jego uszu dotarł niski, nieprzerwany dźwięk, przypominający wyjątkowo głośne mruczenie kota. Spojrzał w lewo i znieruchomiał. Pod czerwonolistnym drzewem stał wyprężony, z wyciągniętym wprzód, lekko pochylonym łbem, potężny tygrys. Przednie łapy, ustawione nieruchomo, stykały się ze sobą grubymi opuszkami. Skóra na grzbiecie opinała wystające łopatki. Sierść lśniła w blasku księżyca. Błyszczącymi oczyma uporczywie wpatrywał się w Benicia. Na chwilę rozwarł pysk jakby w triumfalnym uśmiechu, ukazując różowy język i wielkie, białe kły, po czym zamknął paszczę. Cały czas obserwował wystraszonego mężczyznę, nie mrugnąwszy nawet powiekami. Ten nie ruszał się. Nie dlatego, że wielokrotnie na filmach widział, jak ludzie obeznani ze zwyczajami dzikich zwierząt przy niebezpiecznym spotkaniu trwali nieruchomo, skamieniali. On był skamieniały. Czuł, że nawet gdyby chciał uciekać, nogi odmówiłyby mu posłuszeństwa. Nie mógł nawet odwrócić wzroku od elektryzujących oczu, które jakby niewidoczną mocą przyciągały go do siebie.

- A więc przybyłeś, Benicio La Selva. Witaj – usłyszał głęboki, spokojny, kobiecy głos. Rozejrzał się dookoła, lecz nie zobaczył nikogo. Tymczasem zwierzę poruszyło się, zwracając łeb w ciemność za sobą. Jego sierść zalśniła, jak gdyby nie tylko odbijała księżycową poświatę, ale sama emitowała jasne promienie. Oprócz strachu Benicio odczuwał także zachwyt. Białe, czarne i rude wzory wyglądały jak namalowane wprawną ręką malarza. Tygrys ponownie spojrzał na niego. Emanował godnością i potęgą. Wywoływał w patrzącym mimowolny szacunek i uległość.

- Jak to się mówi w twoich stronach? Każdy jest kimś w Nowym Meksyku? Nie jesteś tak wyjątkowy, jak sądzisz – głos, lekko rozbawiony, odezwał się ponownie. Zrozumiał, że rozlega się jedynie w jego głowie. Nie miał odwagi poruszyć ustami. Był zahipnotyzowany. – Jednak nie znalazłeś się tutaj przez przypadek. Ciekawa jestem, jaki zrobisz z tego użytek.

Zwierzę w mgnieniu oka odwróciło się i szybkim susem zniknęło w mroku. Benicio poczuł, jak ustępuje napięcie z jego zesztywniałego ciała. Nogi zrobiły się miękkie, niemalże usiadł. Podparł się ręką o ziemię. Przymknął oczy i przez chwilę głęboko oddychał.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

STREFA 501

ODC. 2

 

Zdecydowanym krokiem szedł w kierunku budynku. Trzy drewniane stopnie prowadziły na ogrodzony lichą barierką wąski podest ciągnący się przez całą długość budynku. Na pierwszy rzut oka stwierdził, że mogło tu być około dwudziestu pokoi. O ile to był motel i o ile za rzędem drzwi mieściły się pomieszczenia gościnne. Wahadłowe drzwi z jasnego drewna przypominały wejście do westernowych barów. Zajmowały jedynie środkową część framugi, tak, że gdyby stanąć za nimi, jedynie głowa i nogi byłyby widoczne dla innych. Padało spoza nich ciepłe światło, rzucając na ziemię zapraszający półokrąg. Pchnął lekko prawe skrzydło i wszedł do środka. Owiał go przyjemny zapach tytoniu, jakby ktoś palił wyszukane cygaro lub fajkę. Było tu jasno, swojsko i ciepło. Podłoga, krzesła, stoły, bar zrobione były z tego samego jasnego drewna, co drzwi. Nawet ściany były nim pokryte. Wszędzie wisiały w niewielkich ramkach czarno-białe fotografie. W rogu po prawej stronie stała stara szafa grająca. Rozpoznał głos Astrud Gilberto, tylko dlatego, że Ali uwielbiała ją i jej wykonanie „Girl from Ipanema”. Uśmiechnął się do swoich myśli.

- Taaaak, ja też to lubię – dopiero teraz zauważył mężczyznę siedzącego z boku, po lewej stronie. Rozparty na krześle, z nogami na stoliku, wypuszczał przez usta kółeczka dymu. W dłoni trzymał końcówkę cygara. Miał na sobie znoszone dżinsy, miejscami podarte, nie wiadomo czy brudne czy po prostu wytarte, kowbojskie buty z ostrym szpicem i niebieską koszulę w białą kratę. – Jestem Lazar.

Mężczyzna wstał energicznym ruchem i podszedł do niego. Był wysoki i smukły. Miał swobodne ruchy. Wyciągnął w jego kierunku rękę. Gdy Benicio odpowiedział tym samym, uścisnął jego dłoń mocno i przyjaźnie.

- A ja Benicio. Benicio La Selva.

- Wiem – odpowiedział przeciągle, wchodząc za bar. – Vendaval wspominała, że wpadniesz. Uśmiechnął się, ukazując rząd równych, białych zębów.

- Vendaval? – zapytał Benicio, siadając na wysokim stołku barowym.

- Taaa. Wyglądasz, jakbyś potrzebował czegoś mocniejszego – nie czekając, sięgnął na lustrzaną półkę, na której stały kolorowe butelki. Niektóre bez etykietek, niektóre otwarte, niektóre zupełnie puste. Ich byle jakie ustawienie stwarzało wrażenie bałaganu, jakby nikt od dawna ich nie porządkował. Jednak Lazar dokładnie wiedział, że na trzeciej, najwyższej półce, jako druga od prawej, stała ta zawierająca trunek dla Benicia. Postawił przed nim szklankę z grubym dnem, którą uprzednio nabrał kilka kostek lodu ze złotego wiaderka. Przezroczyście zielony płyn wprawił lodowe bryłki w ruch, a one zabrzęczały żwawo w szklanym naczyniu.

Ten dźwięk zawsze go uspokajał. Niejednokrotnie przesiadywał „U Joe”, gdy był roztrzęsiony i myśli kłębiły się w jego głowie, a on sądził, że niedługo będzie im w niej za ciasno. Tańczące bryłki lodu obiecywały mu wtedy chwilowe ukojenie. Uciszenie myśli.

Mężczyzna odstawił butelkę na miejsce i, opierając się na łokciach, spojrzał uważnie na Benicia. Ten początkowo czuł się nieswojo. Oczy Lazara miały jednak uspokajający odcień jasnej zieleni. Jego usta ułożyły się w ledwie widoczny, ale ciepły uśmiech. Górną wargę przecinała delikatna ukośna blizna. Mimo to ta twarz wydawała się sympatyczna, wręcz przystojna. Lekko przyciemniona opalenizną, jakby tylko muśnięta słońcem, z delikatnym zarostem, wzbudzała zaufanie. Pomyślał, że to rodzaj faceta, który kobiety uwielbiają, a mężczyźni chcą mieć za kumpla. Nie był piękny urodą filmową, z okładek magazynów. Był pociągający jakimś wewnętrznym spokojem, niewypowiedzianą mądrością. Pomyślał też, że gdyby był taki jak on, Ali kochałaby go bardziej niż... Kochałaby go bardziej.

Lazar pokręcił głową, jakby usłyszał jego myśli, ale nic nie powiedział. Cicho westchnął. Wymownie spojrzał na szklankę, a wyrwany z zadumy Benicio poczuł woń mięty. Pociągnął zachłannie spory łyk. Płyn jakby tysiącem szpilek zranił go w język, po czym przyjemnie rozlał się po całym ciele, rozluźniając każdą, najmniejszą nawet, jego część. Wciskając plecy w oparcie krzesła, z ulgą stwierdził, że napięcie, jakie odczuwał w karku, ustąpiło. Również ramiona i nogi, do tej pory jakby zesztywniałe, teraz były uwolnione z niewidocznego uścisku i lekkie.

- Lepiej? – zapytał mężczyzna, prostując sylwetkę.

- O niebo – odpowiedział Benicio zgodnie z prawdą. Miał ochotę również powiedzieć temu nieznajomemu, a jednak w jakiś sposób bliskiemu mężczyźnie, że tu, z nim, w tym barze, przy tej muzyce, pijąc ten dziwnie kłujący, lecz dobry napój, czuje się bezpiecznie. I że nie ma się ochoty stąd ruszać. Gdyby tylko można było zatrzymać czas i nie wracać wstecz ani iść do przodu. Bo nie wiedział, która z tych ewentualności bardziej go przeraża. A miał przeczucie, że wkrótce będzie musiał podjąć decyzję.

- Nie martw się. Wszystko może być dobrze – rzekł tamten, odczytując jego myśli.

- Słuchaj, kto to jest... ten, ta... – zaczął nie umiejąc zebrać myśli.

- Vendaval? Tygrys, którego spotkałeś? Piękna, prawda? - bez oświetlenia małych lampek wiszących nad kontuarem baru jego oczy przybrały odcień szaroniebieski.

- To ona...

- Tak, mówiła do ciebie – Lazar powoli kiwał głową, uśmiechając się.

- Jak to możliwe? Kim ona jest? – przechylił szklankę, połykając jej zawartość do dna. Nie zważał na szpilki raniące mu język i podniebienie, nawet przełyk.

- Kiedyś była człowiekiem. Nie raz i nie dwa. Wcześniej była tygrysem, ale nie takim, jak teraz, tylko zwyczajnym zwierzęciem – odpowiedział. Mówił inaczej niż do tej pory, ciszej, jakby tylko do siebie. Nie przeciągał sylab, nie ucinał końcówek wyrazów. Skierował twarz gdzieś w bok, jednak kątem oka obserwował Benicia.

- Mówisz o reinkarnacji jakby to było coś, czego można doświadczyć – teraz był zupełnie spokojny, choć zdawało mu się, że Lazar spogląda na niego nieufnie. Nie dziwił mu się. W końcu był tu obcy.

- Można to nazwać reinkarnacją albo w ogóle tego nie nazywać. Ludzie mają skłonność do definiowania, układania świata w sprytne formułki, bo dają złudzenie uporządkowania. A faktycznie są tylko przykrywką dla braku świadomości. Życie człowieka, czy po prostu życie, jest wielowymiarowe, wielopoziomowe, wieloetapowe. Sam fakt, że się tu znalazłeś, jest jakimś tego dowodem. Nie sądzisz?

- A może to sen? – Benicio, ożywiony, pochylił się nad barem, jednocześnie ściszając głos jakby się bał, że ktoś może go usłyszeć. – Może za chwilę się obudzę i...

- I co? W którym miejscu tego, co było przedtem się znajdziesz? I jaką masz pewność, że tamto to też nie sen?

Spojrzał w twarz mężczyzny, którego oczy znów zaiskrzyły zielenią, gdy ten, przysunąwszy sobie stołek barowy, usiadł naprzeciw Benicia i zbliżył się do niego. Chciałby wiedzieć, jakie myśli skrywa to gładkie czoło, przykryte opadającymi niedbale, nierównymi strąkami jasnobrązowych włosów. Milczeli obaj przez chwilę.

- Posłuchaj, Vendaval przeszła więcej niż jesteś w stanie pojąć. I niż potrzebujesz wiedzieć.

- Zaraz, jak to jest możliwe, że będąc wcześniej człowiekiem przeszła reinkarnację i przybrała postać zwierzęcą? Myślałem, że to nie działa w tę stronę.

- Nie wiesz, co mówisz, ale trudno cię winić – zniecierpliwiony Lazar wstał, dając tym samym do zrozumienia, że nie ma ochoty kontynuować rozmowy. – Gdybyś wiedział, jak to jest zajść na najwyższy poziom istnienia, jak to jest pokonać wszelkie ograniczenia i doznać oświecającej, ale jednocześnie bolesnej prawdy, nie byłbyś teraz tutaj. Nie wiesz, więc nie masz możliwości wyboru. Już dawno zostało napisane, że poznanie wyklucza raj.

Benicio nie odezwał się więcej. Nie miał pojęcia, o czym on mówił. Chciał to przemyśleć, ale nagle poczuł niesamowitą słabość w całym ciele i bardziej niż zwykle obezwładniający natłok niejasnych myśli.

Lazar sięgnął po paczkę papierosów, obrócił ją otwartą stroną w dół i lekko uderzył nadgarstkiem w drewniany blat baru. Trzy papierosy wysunęły się równocześnie. Zębami wyciągnął ten najbardziej wystający i nonszalanckim gestem rzucił opakowanie w bok. Kciukiem sprawnie podniósł pokrywkę dużej srebrnej zapalniczki. Zapaliwszy płomień, przytknął go do trzymanego w ustach papierosa i zaciągnął się mocno. Przez całą tę chwilę patrzył na Benicia kątem oka. Skupiony całkowicie na tej wykonywanej miliony razy czynności, nie przestawał kontrolować zachowania gościa.

Zsunął się z wysokiego krzesła i powolnym krokiem zbliżył się do ściany na lewo od baru. Podłoga nieznacznie skrzypiała wraz z każdym stawianym krokiem. Minął puste stoliki i, okrążając pomieszczenie, przyglądał się wiszącym fotografiom. Mężczyzna z wielkim brzuchem w pasiastej koszulce bez rękawów. Mężczyzna z długimi, podwiniętymi komicznie w górę wąsami i dziwacznie wytrzeszczonymi oczami. Kobieta na plaży wykonująca podskok z wyciągniętymi w górę ramionami i nienaturalnie zgiętą w bok nogą. Jej usta zwinięte w dzióbek. Patrzył na nią przez chwilę, gdy nagle posłała mu całusa, uśmiechnęła się w figlarny sposób i znieruchomiała w pierwotnej pozie. Spojrzał szybko na mężczyznę z wąsem, a ten mrugnął do niego okiem. Gruby brzuch jego sąsiada podniósł się, jakby jego właściciel wziął głęboki oddech. Zamknął oczy, odczekał chwilę, marszcząc z całej siły powieki, i spojrzał ponownie na zdjęcia. Postacie były nieruchome. Przyspieszył kroku i ruszył w kierunku drzwi.

- Możesz spać, w którym chcesz – usłyszał, przekraczając próg. Lazar siedział przy jednym ze stolików w takiej pozie, w jakiej zastał go przychodząc tutaj. Huśtał się nieznacznie na krześle unosząc jego dwie przednie nogi w powietrze. Wydawało się, że za chwilę runie na plecy. Papieros bezwładnie zwisał mu z ust. Na nogach nie miał już szpiczastych butów.

- Mam na myśli pokój – dodał. Papieros lekko chybotał, przyklejony do dolnej wargi. Jego twarz znów przybrała spokojny, łagodny wyraz człowieka żyjącego w zgodzie z życiem i własnym ja.

Benicio wyszedł bez słowa.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

STREFA 501

ODC. 3

 

Znalazłszy się na zewnątrz, zastanawiał się, w którą stronę pójść. Wszędzie takie same drzwi. Żadnych numerów. Żadnych zamków. Wtem usłyszał cichy, zduszony śmiech, jakby ktoś bezgłośnie zanosił się nim od dłuższego czasu. Pod drzewem, tym samym, w okolicy którego zniknął wcześniej, a które teraz miał po swojej lewej stronie, siedział Człowiek bez twarzy. Kształty jego postaci były niewyraźne. Benicio pomyślałby, że to skutek wypitych trunków, gdyby nie to, że reszta obrazu zachowała swą naturalną ostrość. Jednak po szarym ubraniu i ledwie widocznej, białej plamie w okolicy głowy poznał tajemniczego osobnika, którego spotkał na samym początku. Poczuł się nieswojo, nie miał ochoty z nim rozmawiać, jednak tamten na pewno wiedział, że został zauważony. Teraz zaczął się śmiać na głos. Śmiech przybrał skrzeczącą, niezdrową barwę.

- Czy ... Czy ci po... powiedział? – wykrztusił wśród obleśnych rechotów.

Benicio spoglądał na niego w milczeniu, postanowiwszy nie wdawać się w rozmowę.

- Nie powiedział ci, co? Poczęstował cię tylko gadką o bólu poznania i wydawał ci się strasznie mądry, co? – ponownie zaniósł się śmiechem, który przemienił się w cienki pisk. – Ty naiwny jakiś jesteś, wiesz? Ale powiem ci coś. Wszyscy będą chcieli cię w konia zrobić. Lepiej zapytaj go, zapytaj go...

- O co mam go zapytać? – odparł Benicio zniecierpliwiony, położywszy dłoń na najbliższej klamce.

- Zapytaj go, dlaczego jest tchórzem. Zapytaj go o tygrysicę – po tych słowach szybko zniknął w rzadkiej mgle. Jego wredny chichot cichł znacznie wolniej.

Sztywny kołnierz nieprzyjemnie przylegał do szyi. Rozpiął ostatni guzik. Zauważył, że na dłoniach ma skrawki lepkiej, pomarszczonej gumy, czegoś, co przypominało starą, ludzką skórę lub to, co pozostawia po sobie wąż.

- Cholerstwo...., żeby tak pozbyć się tego raz na zawsze... – nie rozumiejąc znaczenia tych słów, dotknął twarzy rękoma. Nie zastanowiła go jednak obcość własnych kształtów. Kości policzkowych, czoła, nosa...

Czuł nieuzasadniony, niezrozumiały pośpiech. Wybiegł z jaskini i rozejrzał się po otaczających go skałach pożółkłych od słońca, bez śladów żywej roślinności. Przeskakując po nich wyjątkowo zwinnie, dotarł na płaską, wysuszoną ziemię przypominającą pustynię z pozostałościami piasku. Nogi niosły go w podświadomie znanym kierunku.

- Mam cię – powiedział do siebie.

Dopiero po chwili zorientował się, że zbliża się do biegnącej w oddali wysokiej dziewczyny. Jej proste, długie, jasne włosy kołysały się z boku na bok, odbijając promienie słoneczne, migające równomiernie na ich grubych pasmach. Maszerował szybko, kryjąc się za nielicznymi głazami i wymarłymi drzewami, które pojawiały się coraz gęściej. Poruszał się bezszelestnie. Nie słyszał nawet własnego oddechu. Nie odrywał wzroku od ruchliwych, smukłych nóg w obcisłych dżinsach. Naprzemiennie wyprzedzające się błękitne trampki wprawiały w podskoki zbyt długie, białe sznurówki.

Po intensywnym truchcie w pełnym słońcu nie odczuwał zmęczenia ani przyspieszonego rytmu serca. Nie był nawet spocony. Po upływie nieokreślonego czasu wbiegli na szeroką, asfaltową drogę. Tabliczka umieszczona na poboczu głosiła: AUTOSTRADA 54. W odległości około pięćdziesięciu metrów przed sobą widział idącą szybkim krokiem dziewczynę. Cały czas poruszała się pewnie, jakby doskonale znała drogę. Musiała mieć precyzyjnie dopracowany plan. Nie wychwycił żadnego krótkiego momentu wahania, spojrzenia rzuconego w bok czy za siebie. Sam natomiast obserwował otoczenie bezustannie. Nie spuszczając wzroku z jej zwinnej sylwetki, zachowywał czujność wobec wszystkiego, co było wokół. Mimo że czuł narastającą irytację, uporczywie śledził ją dalej.

Nagle pewnie skręciła w odgałęzienie drogi prowadzące do widocznego w oddali miasteczka. Czujnie posuwał się za nią, obserwując mijane budynki, do których zbliżyli się po chwili szybkiego marszu. MUZEUM HISTORII KOSMICZNEJ. KOSMICZNE KINO. Wyobraził sobie niedzielne popołudnia, w które całe rodziny przyjeżdżają oglądać zielonego ludzika z gumy umieszczonego za szkłem jak cenny eksponat albo młodzież pochłaniającą kartony popcornu na kolejnych częściach „Gwiezdnych wojen” czy innego ziemskiego gówna. Zaśmiał się w duchu z ludzkiej głupoty i bezczelnej wręcz wiary w jedyny i słuszny im monopol na wiedzę. Ich pojęcie na temat wszechświata było niemal infantylne. Pomyślał też, że jest takie wygodne i jednocześnie prymitywne. Nie zdając sobie sprawy z automatyczności tych refleksji, przyjął je za własne. Przyszło mu to tym łatwiej, że przez całe życie odcinał się od rodzaju ludzkiego, nie znajdując jednak nic w zamian.

Przedzierając się przez gąszcz ogrodów wąskimi ścieżkami między płotami domostw, dotarli wreszcie do niewielkiego, schludnego ganku jednopiętrowego domu. Ona wbiegła lekko po schodach, on, kryjąc się za najbliższym zakrętem, obserwował ją poprzez kwadraty drucianej siatki odgradzającej sad pełen drzew obsypanych zielonymi jabłkami. Wtedy obejrzała się po raz pierwszy. Skierowała wzrok wprost na niego, mimo że, logicznie rzecz biorąc, nie mogła go widzieć. Gdy zobaczył ją zamarł w bezruchu. Poczuł łopotanie serca ustępujące powoli uczuciu uwielbienia, które ogarniało go zawsze, gdy patrzył na jej pociągłą twarz, drobny, prosty nos i delikatne usta. Najbardziej jednak paraliżowały go jej oczy. Jeżeli można w ogóle stwierdzić, że czyjeś oczy wyrażają bystrość, to z całą pewnością o niej można było tak powiedzieć. Błękitne, nie blado, ale intensywnie błękitne, wwiercające się w człowieka na wylot, sprawiały wrażenie, jakby ich właścicielka mogła poznać naszą najdrobniejszą myśl. Dwa niebieskie punkty na jej twarzy, dwa maleńkie punkty wpatrujące się w niego poprzez druciane kwadraty i dziurawą zasłonę z liści, zdawały się nieracjonalnie powiększać, tworząc dwa ogromne jeziora, które mogły go wchłonąć w ciągu sekundy... Ali! Ali!, słaby głos wołał w oddali.

Zapukała mocno w drzwi, wystukując tylko sobie znany, nierówny rytm. Czekała kilka minut w spokoju, zupełnie jakby była pewna, że prędzej czy później ktoś otworzy. Za drzwiami w końcu pojawiła się siwa głowa ozdobiona równie siwymi, gęstymi wąsami i takimiż krzaczastymi brwiami, spod których przez szybę spoglądały na nią poczciwe oczy starca. Po chwili otworzył drzwi i przez parę sekund czyścił końcówką koszuli okulary o grubych szkłach. Założył je na nos i spojrzał wyczekująco na niespodziewanego gościa.

- Dzień dobry, czy mógłby mi pan pomóc?

Choć nie mógł widzieć jej twarzy, wyraźnie zobaczył rząd równych, białych zębów w jednym z najsłodszych uśmiechów. Ten zapadł mu w pamięć najbardziej. Widział jedną dłoń wykręcającą długie palce drugiej w sympatycznym zakłopotaniu. Widział dwa błękity skierowane na niego, gdy spoglądał na nią zza poziomych pasków żaluzji o wyblakłym kolorze mającym uchodzić za łososiowy.

- Ali! Ali! – usłyszał ponownie i zaraz potem zdał sobie sprawę, że to jego głos tłumiony poduszką, w którą wciskał czoło.

- Co u diabła....? – wyszeptał, podnosząc głowę. Wypuścił ze ściśniętych palców pomarszczone prześcieradło, które powysuwało się zza rogów materaca. Rozejrzał się niepewnie na boki, nie mając jeszcze całkowitej pewności co do miejsca, gdzie się znajdował. Leżał na szerokim łóżku z surowego, ciemnego drewna, w pomiętej, białej pościeli. Materac był twardy i wygodny, jakby nie był nigdy wcześniej używany. Obrócił się ciężko na plecy. Spojrzał na biały sufit i żarówkę przykrytą zwykłym, kremowym kloszem. Cały przestronny pokój charakteryzowała taka sama prostota. Czysta podłoga z jasnego drewna, szafka z jedną szufladą, z niewielką lampką, stojąca przy łóżku. Pod ścianą na wprost wiklinowy komplet: stolik i dwa fotele. Po prawej stronie okno, teraz zasłonięte kawową zasłoną tłumiącą wyraźne już promienie słoneczne, nadające surowemu wnętrzu atmosferę ciepła i bezpieczeństwa.

Żeby tak nie musieć się stąd ruszać, pomyślał, zakrywając się rozgrzaną kołdrą. Gest ten, nielogiczny, biorąc pod uwagę panujący w pomieszczeniu zaduch, miał jeszcze przez chwilę podtrzymać ułudę odcięcia się od wszystkiego, co istnieje poza sztywnym prostokątem łóżka i przepoconą pościelą. Żeby tak niezauważalnie leżeć bez końca, zatrzymawszy tę chwilę dnia, kiedy jeszcze nie trzeba tak bardzo być, kiedy jeszcze czuć błogość nocnego rozespania... Wracające wspomnienia poprzedniego dnia zbytnio zakłócały leniwą obserwację dojrzewającego poranka i dojrzewającego „bycia”. Sam nie był gotowy do włączenia się w nurt własnego życia, nie miał jednak na tyle spokoju ducha, by pozwolić sobie na bezczynność. Poza tym, czuł ogromną potrzebę rozmowy z Lazarem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

STREFA 501

ODC. 4

 

Kiedy znalazł się na zewnątrz, jego oczom ukazał się widok pełen nienaturalnie intensywnych barw. Ubita ziemia miała kolor ciemnobrunatny, wpadający w czerwień. Pokrywające ją plackami kępy traw, nieliczne, w nocy sprawiające wrażenie rzadkich i zwiędłych, teraz zieleniły się soczyście, gęsto oplatając wyrastające pośród nich krystalicznie białe kielichy kwiatów. Drewniany podest lekko zaskrzypiał pod jego krokami, gdy skierował swe kroki do schodów i zszedł po nich powoli. Malowniczość otoczenia spotęgowała się, kiedy wziął głęboki oddech i poczuł, jak płuca wypełnia mu najświeższe powietrze, jakim przyszło mu kiedykolwiek oddychać. Coś jakby pomieszanie morskiej bryzy o świcie i zapachu łąki tuż po deszczu z dodatkiem świeżego soku z brzoskwini. Jedynie dwa drzewa, w swojej pozornej martwocie, pozostały niezmienne w porównaniu ze swoim nocnym wyglądem. O tak ciemnych, że prawie czarnych pniach i cienkich, długich gałęziach. Ciemnoczerwone liście, jakimś cudem trzymające się życia, unosiły się delikatnie, niepodnoszone najmniejszym podmuchem wiatru. Woda w jeziorze błyszczała w złocistych promieniach słońca. Sama miała jasnoturkusowy kolor egzotycznej zatoki. Stawiając stopy w tej cudnej krainie, poczuł się nieczysty, nie dość godny i zbyt prozaiczny, by swoim nic nieznaczącym istnieniem zakłócać piękno tego miejsca.

- Niezły widok, nieprawdaż? – usłyszał znajomy, kobiecy głos. Zaledwie trzy słowa, a brzmiały tak głęboko i śpiewnie. Utworzyły w jego głowie płynną linię melodyczną, która pociągała, jednocześnie każąc zachować powściągliwość.

Nie zauważył ich od razu, choć powinien był, gdyż siedzieli pod prawym drzewem. Ona raczej leżała, wyciągnąwszy leniwie łapy przed siebie, teraz wyglądające niemal niewinnie, pieszczotliwie, jednak niepozwalające zapomnieć o swojej sile i zwinności. Sprężyste cielsko lśniło, tworząc niewiarygodnie zgraną paletę egzotycznych kolorów. Nieznacznie, jak gdyby od niechcenia, uniosła łeb (pomyślał, że to wyjątkowo niefortunne określenie na coś, co przypomina raczej królewską głowę, cóż z tego, że zwierzęcą). Z całą dokładnością zobaczył teraz, że jej ślepia (kolejna nieadekwatna nazwa dla czegoś, co miało paraliżujący magnetyzm) mają ciemnozłotą barwę. Takiej aury szlachetności i godności nie wyczuwał nigdy u żadnej istoty, żywej czy martwej. Lazar siedział nieopodal, opierając się o pień drzewa. Benicio odniósł wrażenie, że zauważył ich, ponieważ sami sobie tego życzyli. Pomyślał też o więzi łączącej tych dwoje, niewidocznej gołym okiem. Sam nie rozumiał, dlaczego przez myśl przeszła mu właśnie taka refleksja, przelotna, ale oczywista. Wiedział jednak, że nie będzie zbyt długo obserwował tej niezwykłej pary, gdyż Lazar wstał i zaczął iść w jego kierunku. Miał na sobie czarne, lniane, luźne ubranie. Spodnie i koszula bez rękawów. Luz z elegancją. Po raz kolejny pozazdrościł mu i poczuł jeszcze większą sympatię do tego obcego człowieka. Spojrzał na jego bose stopy i wydało mu się to takie naturalne, swobodne i ... zachwycające.

- Nie znoszę butów – rzekł, jakby odczytując jego myśli. – Nie lubię niczego, co mnie krępuje. W jakikolwiek sposób. Wczoraj ubrałem buty jedynie na twoje przywitanie. Nie myśl, że to jakiś szczególny zaszczyt. Po prostu nie chciałem, żebyś pomyślał, że jesteśmy tacy niecywilizowani.

- Cokolwiek to znaczy... – dodał po chwili, uśmiechając się do siebie.

Gdy wchodzili do budynku, Benicio przystanął i obrócił się, by jeszcze raz objąć wzrokiem otoczenie. Chciał sprawdzić, czy to, co widział wcześniej, nie było złudzeniem czy wytworem zmęczonego umysłu lub wybujałej wyobraźni. Ojciec zawsze mu powtarzał, że wyobraźnia zwiedzie go kiedyś na manowce. Dla niego jednak była darem ofiarowanym przez życie tym, którzy mają wysoki stopień wrażliwości. Dzięki niej mogą kierować się w życiu intuicją. Ojciec kręcił głową i powtarzał, że tej ostatniej należy ufać najmniej, gdyż jest jedynie podszeptem tłumionych pragnień i wyrazem nadziei, a ta zwodzi człowieka, pozbawiając go realizmu.

- Niewiarygodne... – wyszeptał, wzdychając głęboko, i z niechęcią odrywając wzrok od promienistej wody, odbijającej okrąg słońca i wyblakłe, drobne punkciki gwiazd, wszedł do środka.

Na jednym ze stolików stał duży talerz z parującą jajecznicą i grzankami. W powietrzu roznosił się zapach kawy, którą Lazar nalewał mu z przezroczystego dzbanka.

- Jak...? Kiedy to przygotowałeś? – zapytał się, próżno szukając wzrokiem kuchni lub kucharza.

- Zamówiłem – odparł tamten, śmiejąc się. – No wiesz, jedzenie na telefon, dowóz bezpłatny. Wszystko, by ułatwić człowiekowi życie. Seks przez internet, wirtualna tożsamość, zakupy z katalogu, szybkie samochody, identyczne garnitury i bezosobowe biura. Właściwie nie ma potrzeby wychodzić z domu, rozmawiać z ludźmi, no chyba że w interesach. Wszystko to jednak po to, by stanowić część upozorowanego społeczeństwa. By być upozorowanym człowiekiem sukcesu. Dobrze, że nie dożyłem tych czasów, ych – otrząsnął się z obrzydzeniem.

- Dlaczego? – zapytał Benicio, przyglądając mu się z ciekawością. Nie chciał stracić okazji, żeby dowiedzieć się czegoś o tym człowieku. Tak bardzo go fascynował. Poza tym, wciąż miał w pamięci rozchichotane słowa Człowieka Bez Twarzy.

- Dlaczego? – powtórzył Lazar marszcząc czoło, a głos jego podniósł się o ton wyżej. – Chcesz wiedzieć dlaczego? Powiem Ci dlaczego – dodał, siadając naprzeciw niego. Jego oczy przybrały szaroniebieską barwę. – Bo byłem nieprzystosowany. W czasach, kiedy ja żyłem, ten cud cywilizacji nie był jeszcze na takim etapie rozwoju jak w twoim świecie. Ale ja i tak nie chciałem dla siebie takiego życia. Niektórzy uważali mnie za niewdzięcznika. Mój ojciec przez całe życie wypominał mi, że nie wykorzystuję swoich możliwości, szans. Czyli tego wszystkiego, co on mi ofiarował. Szlachetne urodzenie, majątek, kontakty, perspektywy. No i świetne, bogate małżeństwo. Dla niego byłem zawsze nieudacznikiem. Niczym więcej. Nawet jak byłem już w dorosłym wieku, nie przestał widzieć we mnie rozkapryszonego bachora. Kiedy nie przyjęli mnie do wojska, przestał się do mnie odzywać. Opinia lekarska utwierdziła go w przekonaniu, że jestem – tu zakręcił palcem kółko przy czole – świrem, za jakiego moja matka mnie całe życie uważała. Szła na łatwiznę zbyt wiele od siebie nie wymagając, tłumacząc się tym, że jest dla mnie pobłażliwa i wyrozumiała. Mnie to i tak było już potem obojętne... Z braku akceptacji czerpałem siłę...

Zasępił się na chwilę. Nerwowo przygryzł kącik dolnej wargi. Jego oczy, przybrawszy szarawy odcień, spoglądały gdzieś poza postać siedzącego naprzeciw Benicia, którego żołądek wypełniło przyjemne uczucie nasycenia. Niezupełnie rozumiejąc to wszystko, zdecydował się zapytać:

- Dlaczego stchórzyłeś?

- Co? – odparł od niechcenia, wyrwany z zadumy, Lazar. Po czym dodał z przekąsem – co zrobiłem? Stchórzyłem mówisz? Uuuu, widzę, że miałeś bliskie spotkanie z naszym przyjacielem Majesticiem...

- Z człowiekiem bez twarzy.

- A to tak go nazwałeś? No, nie powiem... W przypadku Majestica określenie „stracić twarz” jest wyjątkowo trafne, chociaż, jeżeli o mnie chodzi, nie tylko twarzy bym go pozbawił.

- Kim on jest? – zadając kolejne pytanie, Benicio poczuł znajomy już mętlik myśli i strach, że nie jest w stanie pojąć, w jakim celu znalazł się w tym magicznym miejscu i z tymi tajemniczymi ludźmi. Nie wiedział nawet, czy powinien tak ich nazywać...

- Chwileczkę. Spokojnie. Nie wszystko naraz. Jesteś tu, żeby dowiedzieć się czegoś o swoim życiu, tymczasem wtajemniczam cię w nasze, z pewnością niezwykłe – tu Lazar zaśmiał się, lekko ironizując – historie. Majestic jest zdrajcą. Zdradzał swój gatunek, bratając się z ludźmi, a ci, wykorzystywali go i poniżali, czego nie chciał widzieć. Uważając się za sprytnego, zyskał sobie pogardę i jednych i drugich. Teraz, ani żywy, ani martwy, błąka się tutaj, zjawiwszy się nie wiadomo skąd. Wielokrotnie proponowałem mu pomoc w zakończeniu tego nędznego, nazwijmy to, żywota. Ale Vendaval uważa, że nie mam prawa tego robić.

- A ty? Powiesz mi, o czym on mówił? – Benicio nieświadomie potrząsał kolanem w niespokojnym odruchu.

- Ja? Ja zrobiłem jedyną rzecz, którą mogłem i powinienem był zrobić. Zabiłem się – powiedział w sposób, jakby mówił o tym, że się ożenił lub kupił mieszkanie. Nawet uśmiechnął się z pozoru złowieszczo, widząc zakłopotaną minę Benicia. Parodiując teatralną niedbałość, machnął ręką. Wyglądało na to, że bawi się przy tym doskonale. – Ale dosyć już o mnie. Jak ci się spało?

- Dobrze, dzięki – odparł Benicio, jakby miniona noc była najzwyklejszą ze wszystkich w jego życiu.

- Śniło ci się coś? Wiesz, że w snach przychodzą do nas odpowiedzi, których potrzebujemy? To jakby listy od nas samych..., gdzieś to przeczytałem... - szepnął cicho sam do siebie, dotykając palcem wskazującym blizny na wardze. - Cholera wie, gdzie.

 

-- 06 lut 2011, 15:14 --

 

STREFA 501

ODC. 5

 

Benicio zamarł, unosząc do ust kubek z parującą kawą.

- Aaaa....więc jednak. Działo się, co? – kontynuował Lazar, obserwując go.

- Tak.... Miałem... przedziwny sen. Jakbym uczestniczył w prawdziwych scenach. Scenach z mojego życia. Ale.... coś jednak było inaczej niż w rzeczywistości – mówił powoli, cicho, jakby z trudem przychodziło mu zrozumienie czegoś, w czym przecież brał czynny udział. Czuł, że jeszcze nie zostały odkryte przed nim wszystkie tajemnice. Jednocześnie intuicyjnie przeczuwał nadchodzące rozwiązanie. Jasność, prostotę i spokój, których stanie się częścią. Na pewno.

- Co takiego? – mężczyzna zbliżył się do niego, opierając łokcie na stoliku i splatając ze sobą palce obu dłoni.

- Co? – odparł trochę zakłopotany, wyrwany z głębokiego zamyślenia. Poczuł, jakby Lazar swym pytaniem wyrwał go mętnemu nurtowi myśli, które porwały go i w które się zapadał. Przyszło mu do głowy, że pewnie wiele razy w swym życiu nieświadomie wpadał w takie umysłowe dziury, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Nic dziwnego, myślał, że nie mogła mnie pokochać, ona, tak energiczna, zdecydowana, pewna siebie...

- Ziemia do Benicia!

- Tak? Przepraszam. Czasem tak mam... A tutaj wyjątkowo odnoszę wrażenie, że czas zwalnia albo zatrzymuje się w miejscu.

- Tutaj nie ma czasu, przyjacielu. Są wschody i zachody słońca, są księżyce i gwiazdy, ale one nie liczą się z czymś takim jak czas – Lazar odsunął się trochę z krzesłem, położył prawą stopę na lewym kolanie i chwycił ją w lewą dłoń. - A więc? Co było inaczej w tym śnie?

- To... było tak... jakbym nie był sobą – nieświadomie przybrał tę samą swobodną pozę co jego towarzysz.

- A kim?

- Nie wiem. Kimś, kogo nie znam. Zaczęło się od tego, że....

Opowiedział mu ze wszystkimi detalami sen, który miał tej nocy. Jaskinia, bieg przez pustynię, kołyszące się w ruchu włosy, niezmierzony błękit jej oczu... Ten, trzymając w ustach papierosa, słuchał go uważnie. Z przymrużonych powiek wpatrywały się w niego jasnozielone tęczówki. Kiedy Benicio skończył opowieść, zaciągnął się mocno i pstryknięciem palca wskazującego wyrzucił końcówkę papierosa za siebie. Zatoczyła półokrąg i rozsypała się w popiół.

- To Majestic – powiedział, huśtając się na tylnich nogach krzesła.

- Jak to? – Benicio poczuł nagle chęć głębokiego zaciągnięcia się tytoniem. Spojrzał na leżącą na stoliku paczkę.

- Nie palisz, Ben. I nie zmieniajmy tego. Twój Człowiek Bez Twarzy podsunął ci te sny. Wiem dobrze, dlaczego. Oczywiście, wydaje mu się, że jest sprytny. Co do jego niecnych planów nie mam wątpliwości. Natomiast... Jednej rzeczy jednak wcale nie jestem pewien. Tego, że sprawy potoczą się zgodnie z jego oczekiwaniami – Lazar mówił już trochę bardziej do siebie.

- O czym ty mówisz? Mógłbyś wziąć pod uwagę to, że mam prawo nie nadążać za twoim tokiem myślenia – rzekł z sarkazmem.

- Ależ postęp – tamten klasnął w dłonie z przesadną radością, po czym wskazał na niego wyprostowaną ręką, grożąc mu żartobliwie palcem wskazującym – zażartowałeś! Pierwszy raz zażartowałeś! Gratuluję.

- Dzięki – odparł z przekąsem, masując dłonią udo, które zdrętwiało mu pod ciężarem drugiej nogi.

- Już jestem poważny – dodał szybko tamten, a z jego ust zwisał już kolejny papieros. – Myślę, że zupełnie niechcący Majestic może ci oddać wielką przysługę. Człowiekiem, którego postać kazał ci przybrać w śnie, był on sam.

- Dlaczego biegł za Ali? Nie rozumiem tego.

- Powiedziałem ci już, jakim śmieciem był za życia. Sprzedawał swoich. Był szpiegiem na usługach rządu twojego kraju, marzącego o tym, by władać przestrzenią kosmiczną. Pomyśleć, że jednym za cały wszechświat wystarcza kilka metrów kwadratowych własnego podwórka, a dla innych jedna planeta to za mało.

- Ale dlaczego biegł za Ali? – Benicio poczuł, że ręce pocą się, a koszulka zaczyna kleić się do pleców.

- Beni, chłopie... – powiedział Lazar łagodnie, wstając i odchodząc od stolika – nie mogę robić wszystkiego za ciebie. Rusz mózgownicą. Pomyśl, skąd pochodzisz. Pomyśl o wydarzeniach sprzed lat. Zastanów się nad tym, co ci powiedziałem o tym podłym beztwarzowcu. Zrozumiesz, dlaczego biegł za Ali.

Podszedł do szafy grającej. Nie zdążył jej nawet dotknąć, a już rozległy się delikatne, spokojne dźwięki.

- Mały relaks przy dobrej muzyce dobrze ci zrobi na początek. Panie i panowie..., Caetano Veloso! – rzekł, po czym wyciągnął w bok wyprostowane ramię i pochylił się do przodu w głębokim ukłonie. Zaśmiał się przy tym szczerze, a Benicio spontanicznie zawtórował mu. Trudno by było w takiej chwili pamiętać o powadze i problemach, którym musi stawić czoło. Emanująca z jego nowego przyjaciela, bo tak nazywał go w myślach, elektryzująca mądrość, a przy tym całkowita swoboda i poczucie spokoju, i jemu momentami się udzielały.

- Kocham tego faceta... – powiedział cicho do siebie, gdy Lazar zniknął za wahadłowymi drzwiami. Chwiały się jeszcze na przemian, rozhuśtane silnym pchnięciem ramion wychodzącego mężczyzny.

- Ja też cię kocham, Beni – głowa Lazara pojawiła się na moment nad prawym skrzydłem. Jego twarz odmłodniała pod wpływem łobuzerskiego wyrazu – Na swój sposób. I bez podtekstów – dodał żartobliwie, gdy drewniane schody zaskrzypiały pod naporem jego bosych stóp.

Benicio usłyszał tylko jak podśpiewuje „Cucurrucu Paaalooooma...”, a potem wszelkie dźwięki zanikły, stłumione atakującymi umysł słowami, wspomnieniami i niezliczoną ilością pytań jeszcze bez odpowiedzi. Jeszcze. Bo znów miał niejasne przeczucie, że za chwilę, za moment, dozna całkowitej jasności, której podda się cały mętlik w jego głowie. Podda się i zniknie, a jego samego ogarnie niemal nieziemski spokój. A tymczasem...

Skup się, Benicio..., powiedział do siebie w myślach. Przymknął powieki. Pod nimi ciemność przez chwilę walczyła z broniącymi się blaskami światła. Jakby gałki oczne, brutalnie oddzielone od jasności dnia, na zapas przechwyciły kilka jej promieni. Potem całość zastąpiło inne lśnienie. Jasne włosy spadające jej z ramion, gdy pochylała głowę. Albo gdy unosiła twarz zalotnie, odrzucając błyszczące pasma do tyłu. Pokazywała dwa rzędy równych, nieskazitelnie białych zębów, gdy usta, zawsze różowe, jakby pociągnięte pomadką, choć przecież nigdy się nie malowała, rozchylały się w uśmiechu. Mały, lekko szpiczasty nos. No i oczywiście dwa bezdenne błękity oczu. Mówiące, że nigdy nie da się nikomu oszukać.

Ponownie wrócił wspomnieniami do tamtych czasów. Gdy pojawiła się nagle, zupełnie jak w śnie, który miał tej nocy. Nie pamiętał nawet, jak to się stało, ale stała się częścią ich świata. Powiedziała tylko, że pochodzi z Ohio i uciekła stamtąd, gdy wyszło na jaw, że jej ojciec jest poszukiwanym handlarzem kokainy, a policja urządziła obławę na ich dom. Gdy po jakimś czasie w Alamogordo pojawił się Leo, przedstawiony przez nią jako daleki kuzyn z Nevady, wszyscy zaakceptowali go bez szczególnego zastanowienia. Całkiem naturalnie. Zamieszkał niedaleko ich domu, w niewielkim, prostym, ale schludnym baraku. I tak już zostało. Od tego czasu stanowili nierozłączną trójkę. Prawie nierozłączną. Nie licząc dni, kiedy tamci znikali na długie godziny, a on udawał, że wcale go to nie dotyka.

Wstał, gdyż poczuł potrzebę rozprostowania nóg. Muzyka z szafy grającej zamilkła, a wkoło zaległa nieskazitelna cisza. Nieskazitelna, tak, to właściwe słowo, pomyślał. Bez jednego dźwięku, który zmarszczyłby jej uśpioną powierzchnię, jak kamień wrzucony w idealnie gładką wodę. Bez żadnego brzęczenia czy szumu w tle, który zwykle słychać w oddali, nawet gdy przebywa się w pomieszczeniu i wszelkie urządzenia są wyłączone. Gdy wsłuchasz się uważnie w taką ciszę, choćby wszystko wokół ciebie zamarło, wyczujesz w oddali tętniące życie, nawet gdy nie będziesz umiał rozróżnić konkretnych odgłosów, myślał dalej. A tu... całkowity spokój... Coś magicznego jest w tym miejscu... Coś, jakiś czar, otula ten dziwny, piękny kawałek ziemi swą mocą.

Nogi mechanicznie skierowały jego kroki ku zdjęciom wiszącym na ścianach w lewej połowie pomieszczenia, chociaż obiecał sobie, że nie będzie się im więcej przyglądał, bo ostatnim razem poczuł się, jakby popadał w jakiś rodzaj szaleństwa. Podszedł jednak do tych umieszczonych najbliżej drzwi. Jedno z nich szczególnie przyciągnęło jego uwagę. Było kolorowe. Gdy zatrzymał się kilkanaście centymetrów od ściany, zauważył dwójkę ludzi, trzymających przed sobą mające około metra wysokości części jakiejś konstrukcji. Ich boki były nierówne, jakby wycięte, czy raczej wyrwane, z jakiejś większej całości. Najciekawsze było to, co widniało na ich powierzchni. Dziwne fioletowo-beżowe symbole, przypominające hieroglify, ułożone pionowo, wyglądały jak tłoczone. Nie to jednak spowodowało, że Benicio poczuł przeszywające ukłucie w okolicy serca. Mężczyzna w średnim wieku, którego lewa ręka spoczywała na tym nieokreślonym przedmiocie, miał lekko podstarzałą twarz Leo. Jego prawa ręka opierała się na ramieniu dziewczyny. Ona natomiast, wyglądała jak kilkunastoletnia Ali.

- A niech mnie... – Benicio odsunął się gwałtownie, potrącając przy tym krzesło, które z hukiem przewróciło się na drewnianą podłogę. Przysiadając na stoliku, lekko oparł się na wyprostowanych ramionach.

- Już gdzieś widziałem to zdjęcie... – dodał cicho, wpatrując się w podniszczone trampki. Był pewien, że postacie były inne. Mimo wszystko zdjęcie wydawało mu się dziwnie znajome... Widziałem je.... w jakiejś gazecie, myślał gorączkowo. Tak, tak, na pewno w gazecie. I nagle, obrazy zaczęły mu się przesuwać przed oczami, jak nagłówki prasowe w dokumentalnym filmie... SZOKUJĄCE ODKRYCIE W ROSWELL, NIEZIDENTYFIKOWANY OBIEKT LATAJĄCY ROZBIJA SIĘ PODCZAS BURZY, WOJSKO DEMENTUJE PODEJRZENIA O PRZYBYCIU UFO, OBIEKT OKAZUJE SIĘ BYĆ ZWYKŁYM BALONEM METEOROLOGICZNYM.

Co to wszystko ma wspólnego z Ali i Leo?, myślał podchodząc do drzwi. Pchnął prawe skrzydło, a słońce padające wprost na schody wejściowe oślepiło go. To wszystko i tak pogłoski bez jednoznacznych dowodów, dzięki którym robi się pieniądze na spragnionych sensacji turystach. Wszystko to, by brać forsę od ludzi, których życie jest tak nudne, że usiłują wierzyć w największą bzdurę, byle tylko przez chwilę krew szybciej płynęła im w żyłach. Pomyślał o kosmicznym muzeum w Alamogordo, w którym nigdy nie był, choć spędził w tym mieście całe swoje życie. Pomyślał, że musi znaleźć Lazara. On na pewno wyjaśni mu, o co chodzi z tym zdjęciem.

 

-- 06 lut 2011, 15:20 --

 

STREFA 501

ODC. 6

 

- Jest bardzo mądrym człowiekiem – usłyszał znajomy, paraliżujący kobiecy głos. – Ale zdołasz sam rozwiązać swoje zagadki.

Benicio podszedł do barierki, usłyszał znajome mruczenie i zobaczył błyszczące barwy na skórze poruszającego się zwierzęcia. Tygrys powoli przechadzał się, tam i z powrotem, bokiem do Benicia, jednocześnie przyciągając jego wzrok spojrzeniem złotych oczu.

- Czujesz jego moc? Czujesz się z nim bezpiecznie? Wierz mi. Znam te odczucia jak nikt inny. Przypuszczam też, że cię zafascynował. I że chciałbyś wiedzieć więcej o jego historii. Nie powie ci jednak nic, o ile sam tego nie będzie chciał. Naturę ma skrytą, pewnie trudno ci będzie skłonić go do wyznań.

Chciał się odezwać, ale głos uwiązł mu w gardle, zupełnie jakby sam poczuł się nieproszony w tym momencie.

- Dlaczego ci to mówię? Chcę ci powiedzieć, kim był kiedyś Lazar. Był poetą. Dobrym poetą. Czasy dla poetów, dla prawdziwych poetów, nie bywały dobre. Wśród ogromnej ilości grafomanów i pseudotalentów trudno było znaleźć prawdziwą perłę. Ale nie o tym chciałam mówić. Poeta, czy powiedzmy szerzej, artysta, to nie tylko ten, co pisze wiersze czy maluje obrazy. Wiele znanych postaci mianujących siebie tymi szumnymi nazwami nie miało w swoich duszach ani krzty artyzmu. Artysta tworzy w każdej sekundzie swojego życia. Twórcą trzeba być w sposobie myślenia. Trzeba być otwartym na wszelkie emocje, umieć zagnieździć głęboką refleksję na najbardziej z pozoru płytkim gruncie. Widzieć niewidzialne...

Ponownie poczuł, jak pytanie, które chciał zadać, napotkało opór zaciśniętej szczęki i utkwiło gdzieś pomiędzy językiem a podniebieniem.

- Chcę też ci powiedzieć, dlaczego popełnił samobójstwo. Pewnie to pytanie nie daje ci spokoju. Musisz zrozumieć, że nie tylko ludzie samotni, nieszczęśliwi, czy pogrążeni w depresji, są w stanie targnąć się na swoje życie. W postępowaniu Moonworth’a, bo tak się wtedy nazywał, nie było grama rozpaczy. Pewna wielka pisarka powiedziała przed śmiercią, zadaną sobie z własnych rąk, że wybiera się na spotkanie jedynego doświadczenia, którego nigdy nie opisze. Myślę, że podobnie czuł James, gdy odchodził.

Benicio momentalnie pożałował, że nigdy nie interesował się literaturą. Żałował wielu rzeczy, którym nie poświęcił czasu.

- Nie martw się tym. Pamiętaj, tylko od ciebie zależy, co uczynisz z czasem, który będzie ci dany – dodała odchodząc w kierunku drzewa stojącego po prawej stronie.

- I jeszcze jedno – dodała, odwracając powoli głowę. – Twój ojciec także jest bardzo mądrym człowiekiem.

Przysiągłby, że uśmiechnęła się, powiedziawszy to. Rozłożyła swoje potężne cielsko pod drzewem, które, mimo że bezlistne, dawało cień.

Nie bardzo wiedząc, gdzie powinien się teraz podziać, skierował się w stronę pokoju. Przebywanie w jednej przestrzeni z tą, która wydawała się władać tym miejscem, w momencie, kiedy nie miała mu nic do powiedzenia, wydało mu się niemalże świętokradztwem. Poza tym, nie umniejszając podziwu, jaki dla niej żywił, czuł w jej obecności skrępowanie, nawet lekki strach.

Pokój, zadziwiający w swej prostocie, wręcz skromny, otulony był teraz światłem. Takim, które czasem daje popołudnie pod koniec lata. Często w takie popołudnia zapadał drzemkę w swoim pokoju na poddaszu, gdy już nie tak silne słońce i utrzymujący się upał, ogarniały go błogim spokojem. W romantycznym nastroju, często rozmyślał o Ali. Przepełniony optymizmem, nieuzasadnioną wręcz radością, zapadał w sen, którego i tak potem nie pamiętał.

Zdał sobie sprawę, że przez cały czas swojego pobytu tutaj nie zaglądał na drugą stronę. Nie wiedział, co jest za oknem, wciąż zasłoniętym przez zasłonę z cienkiego, śliskiego materiału. Zajrzał niepewnie, lękając się trochę, przyzwyczajony już do niezwykłości tego miejsca. Zdziwił się, gdy zobaczył, że za zasłoną są szklane drzwi, duże, otwierające się na dwie części. Za szybą zobaczył gąszcz zarośli o wielkich, dwukrotnie większych niż ludzka głowa, ciemnozielonych liściach w kształcie serc. Wznosiły się wysoko, zasłaniając niebo. Poprzez skłębione rośliny prześwitywały silne promienie słoneczne. Nie było widać żadnej ścieżki, nie było nawet wąskiego przejścia. Postanowił tam nie wychodzić. Wyraźnie czuł, wiedział, że nie powinien tego robić. Zostawił jedynie lekko uchylone drzwi, by wpuścić do środka trochę świeżego powietrza. Położył się w poprzek łóżka, pod głowę położył poduszkę. Nie przykrywał się, bo było mu duszno. Delikatne powiewy poruszały zasłoną, przynosząc mu ochłodzenie i rześki, wilgotny zapach ogrodu. Patrząc się w sufit, rozmyślał dalej.

Twój ojciec też był bardzo mądrym człowiekiem, usłyszał w myślach słowa Vendaval. Jej głos jak echo powtarzał wciąż to samo zdanie. Coś miała na myśli, to pewne, mówił do siebie. Ani ona, ani Lazar nie należą do ...., nie mówią rzeczy niepotrzebnych. Jaka to niewiarygodna oszczędność czasu... Nie wiem, co szczątki znalezione na jakiejś farmie w Roswell mają wspólnego z Ali i Leo...

- Już jesteście martwi... – powiedział i zaniósł się piskliwym śmiechem. – Strasznie się namęczyłem, żeby was znaleźć, nie powiem. Ale koniec końców, nie było to takie trudne. Szczerze mówiąc, miałem was za sprytniejszych. Mając do wyboru pięćdziesiąt jeden stanów, wróciliście do rodzinnego, bo możemy go nazwać takim w waszym ludzkim wymiarze, prawda? Ludzkie przysłowia są głupie. Głuuuupie. Najciemniej jest pod latarnią. Że też chce im się wymyślać takie pierdoły.

Stał w drzwiach niewielkiego domu Leo, z których wchodziło się wprost do głównego pomieszczenia. Leo wraz z Ali siedzieli na kanapie z kamiennymi twarzami. Czuł jak jego ciałem wstrząsa bezgłośny śmiech.

- Albo od razu pójdziecie ze mną albo przyjdą tu po was, a wtedy to już nie będzie przyjemne – powiedział nie bez satysfakcji, sięgając jednocześnie ręką w tył, gdzie pod kurtką, za pasem, miał schowaną broń.

- A jak pójdziemy? – wycedził Leo ze złością, wstając. – Od razu wsadzicie nas do białego pokoju i pokroicie na żywca, czy pozwolicie zamówić ostatni posiłek?

- Ale no co ty... Leo... czy jak tam masz na imię teraz, oni chcą tylko z wami pogadać... – dodał, cofnąwszy się o krok.

- A jak nie będziemy chcieli gadać, to co? Co, ty gnoju, parszywy zdrajco? Będziesz się gapił jak na nas eksperymentują, tak? Albo zrobią z nas nędznych sługusów, takich jak ty? No gadaj! – Leo zbliżał się, czoło miał zmarszczone, a ze zwężonych w złości powierzchni oczu spoglądały ciemnogranatowe tęczówki.

- Posuwasz się za daleko, mój drogi – szybkim ruchem wziął rewolwer i wyciągnął ramię przed siebie. Zaczynał tracić pewność siebie.

- Chcesz mnie zabić? Tym? – wrzasnął Leo i zaczął się głośno śmiać. Wskazał na niego palcem. – Widzisz, Ali? Ten głupiec chce nas pozabijać.

Ali siedziała przez cały czas w bezruchu z ramionami rozciągniętymi na oparciu sofy, jedną nogę założyła na drugiej. Jej twarz nie zdradzała śladu poruszenia odbywającą się sceną. Uśmiechnęła się tylko nieznacznie. Niewielki grymas wyrażał tak wielką pogardę, że poczuł, jak gorycz wzbiera mu w ustach. Ramię mu zadrżało. Zacisnął palec na spuście i usłyszał huk. Leo padł na ziemię. Siedział, trzymając się za udo. Spod dłoni wychodziła krew, robiąc na jasnych dżinsach ciemniejszy okrąg. Podniósł głowę i spojrzał na niego z wściekłością. Zacisnął usta, które przybrały krwisty kolor, po czym wstał i zaczął podchodzić do niego, nieznacznie kulejąc. Był już na wyciągnięcie ręki.

- Postrzeliłeś mnie – stwierdził, jakby to była najzwyklejsza na świecie rzecz. Znów zaczął się śmiać w głos. – Ali...

Leo wyciągnął jedno ramię w bok i, cały czas patrząc wprost na niego, dłoń drugiego zacisnął mu na gardle. Pchnął go tak szybko, że stracił równowagę i bezwładnie oparł się na wciąż otwartych drzwiach. Ali zrobiła szybki ruch ręką i coś srebrnego mignęło w powietrzu.

- I jeszcze jedno – dodał z nienawiścią. – Pozwoliłeś im wykończyć Ray’a. Patrzyłeś na to? Widziałeś jak umiera? Podobało ci się to, stuknięty gnoju? Teraz ja sobie popatrzę.

Nie zwalniając uścisku z jego szyi, uderzył go szybkim, mocnym ruchem w brzuch. Poczuł ostre narzędzie przecinające jego ludzkie trzewia.

 

- Co ty robisz? Co robisz? – wyszeptał, patrząc w tęczówki, które w ułamku sekundy przybrały swą naturalną, błękitną barwę. Leo nie przestawał uderzać, a on nie czuł już bólu, który rozlał się na wszystkie członki. Pomiędzy jednym pchnięciem a drugim, z szeroko otwartymi oczami, tracąc głos, szeptał ostatkiem sił – Zabijasz mnie. Zabijasz.

- Już wcześniej byłeś martwy – powiedział Leo i zrobił krok w tył, pozwalając, by jego ciało osunęło się na ziemię.

- Benicio. Owtórz oczy. No już. Beni – mówił z oddali znajomy głos.

- Otwórz oczy – powtarzał wolno, szeptem, drugi, wibrujący głos, który rozlegał się w jego głowie.

- Beni – poczuł czyjąś dłoń na policzku. Potrząsnęła nim nieznacznie, opierając kciuk na podbródku. – Wróciłeś?

Do jego płuc zaczęło dochodzić wilgotne, lekko zatęchłe powietrze. Wciągnął je mocnym wdechem, jednocześnie otwierając szeroko oczy. W górze zobaczył gęsto splątane liście na cienkich gałęziach. Widział je już wcześniej. Wyglądały jak ogromne, zielone serca. Uścisk na twarzy zelżał, a czyjaś dłoń pochwyciła jego palce i ścisnęła mocno, z czułością. Nad nim, przyklęknąwszy na jedno kolano, pochylał się Lazar. Wpatrywał się w niego spokojnie. Tęczówki jego oczu, których zieleń przygasła nieco, zasnute były czymś w rodzaju szarej mgiełki. Przysiągłby, że zobaczył w nich przejęcie i pewien rodzaj braterskiego zmartwienia.

- No, stary, nareszcie. Wstawaj śpiochu – powiedział Lazar, nie tracąc wrodzonej żartobliwości i swobody.

- Co się dzieje? – zapytał, rozglądając się wokół.

- No wieeesz, lunatykowałeś trochę – odpowiedział tamten, wyciągając do niego rękę.

Benicio chwycił ją i silne ramię podciągnęło go tak, że najpierw usiadł, a podciągnąwszy kolana, zdołał stanąć o własnych siłach. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że w drugiej dłoni trzyma rewolwer. Dopiero wtedy też zauważył nieruchome ciało mężczyzny w szarym ubraniu leżące nieopodal, dosłownie kilka metrów dalej.

- Co u diabła... – wyszeptał, a kropla potu spłynęła mu ze skroni. Nie wiedział, czy duchota, czy raczej coś od wewnątrz powoduje uczucie gorąca.

- Ty diabła w to nie mieszaj. Nic mu do tego – Lazar splótł ręce na piersi i westchnął, jak ktoś, kto nie ma ochoty na dłuższe wyjaśnienia. – To twój znajomy. Zobacz. Pośmiertnie odzyskał facjatę.

- Nie bawi mnie teraz twoja ironia – rzekł wstrząśnięty. – Proszę, powiedz, co...

- Tak, twój sen. My nie otwieramy okien z tej strony. Ten błazen się tu pałętał.

- Trzeba było mi o tym powiedzieć! – wykrzyknął nazbyt emocjonalnie, znów rozpoznając w umyśle natłok niezrozumiałych informacji. Zaczynał się już do niego przyzwyczajać.

- Beni, proszę cię, nie panikuj – odparł Lazar stanowczo. Podszedł do ciała i pochylił się nad nim. Potem, spojrzawszy na Benicia, uśmiechnął się po swojemu – Zrobiłeś dobry uczynek.

- Przecież zabiłem faceta!!!

- Cicho bądź! – pierwszy raz, spokojny zazwyczaj, mężczyzna podniósł głos. – Nie ty go zabiłeś, a Leo. Ten łajdak wlazł do twojego snu, bo, idiota, myślał, że uda mu się zmienić bieg wydarzeń.

- A jakby mu się udało? – zapytał cicho, opierając ręce na biodrach.

- Nie doceniasz własnych przyjaciół – Lazar dokładnie wypowiadał każdą głoskę. Równocześnie uniósł ramię z wyciągniętą dłonią. Wtem, zatrzymał je. – Na pewno nie chcesz się przyjrzeć tej gębie? Może już ją kiedyś widziałeś...

Benicio podszedł niepewnie. Spojrzał szybko na wysokie czoło, płaski nos i wąskie usta, teraz ułożone w prostą kreskę. Od razu mu się przypomniał dzień, w którym zobaczył go pod swoim domem. Gdy wyszedł na werandę, tamten udał, że czegoś szuka w plecaku, po czym, zarzuciwszy go na ramiona, odszedł w pośpiechu. To był ten sam dzień, w którym Leo zranił się w nogę. Gdy przyszedł do nich tego wieczora, powiedział, że miał mały wypadek. Cały dzień spędził ze znajomymi łażąc po wzgórzach Tularosy. Chciał popatrzeć na Białe Piaski. Wygłupiali się. Przewrócił się i poranił na ostrej skale.

Odwrócił się z odrazą, a Lazar uczynił szybki ruch wyciągniętą dłonią. To, co zostało z Człowieka Bez Twarzy, rozsypało się w ciemny popiół, który cieniutką strużką pomknął w górę, w nieokreślonym kierunku. Benicio zmierzał już do budynku, wsłuchując się w dźwięk suchych gałęzi i splątanych korzeni chrzęszczących pod krokami. Lazar dogonił go i położył mu rękę na karku w opiekuńczym geście starszego brata. Sięgnął po broń, która ulegle wysunęła się z jego dłoni.

Kosmitów można spotkać wśród ludzi, a nie w muzeum, pomyślał. Tak właśnie mówił tato.

 

-- 06 lut 2011, 15:21 --

 

STREFA 501

ODC. 7

 

- Wszystko ok?

- Chyba tak. Tylko jestem trochę skołowany – powiedział. Oparł łokcie na kolanach, a twarz schował w dłoniach.

- Nic ci nie będzie – pocieszał go Lazar, klepiąc go plecach. – Spróbuj przez chwilę o niczym nie myśleć. Spójrz.

Siedzieli na schodach. Benicio uniósł głowę. Przed nimi rozpościerał się bajeczny widok.

- Masz szansę doświadczyć jednej z najcudowniejszych chwil podczas tutejszego dnia – kontynuował. – Tej tuż przed zachodem słońca. Upał już tak nie doskwiera, a ciepły wiatr przynosi orzeźwienie. Nie jest całkiem jasno. Ale ciemności jeszcze nie zapadły. Nie jest to nawet półmrok. Tak, jakby słońce, które jeszcze nie zaszło, powoli zabierało swoje promienie. Gasło. Wszystko wokół jest przykryte zasypiającym, słonecznym całunem. Wiesz, co za każdym razem słyszę, gdy patrzę na ten widok? Delibesa. Fragment z opery Lakmé. Pierwszy akt. Walc kwiatów. Nie ma drugiej melodii, która by potrafiła tak doskonale odzwierciedlić nieuchwytne, egzotyczne piękno. Beni, co się tak gapisz? Też mam swoje momenty. Potrafię być elokwentny.

Nie mógł oderwać oczu od twarzy mówiącego mężczyzny. Była łagodna, pomimo delikatnych zmarszczek i coraz mocniejszego zarostu. Kryła w swoich rysach lata przeżyć i emocji. Lecz nie było w niej ani śladu żalu. Ani śladu strachu przed przyszłością. Tak musi wyglądać człowiek zafascynowany samym faktem, że żyje.

- O czym jest ta opera? – Benicio wtrącił nieśmiało, zakłopotany.

- O angielskim oficerze, przebywającym w dziewiętnastowiecznych Indiach, zakochanym w niewłaściwej dziewczynie – odpowiedział tamten, wbijając wzrok w ziemię.

Nagle, gdzieś z oddali, najpierw niewyraźnie, potem, gdy wytężył uwagę, nieco bliżej, usłyszał cudne głosy. Coś przywodzącego na myśl anielski chór. Zdawał się dochodzić z każdego zakątka tej ziemi. Z trawy, która jeszcze bujniej zakwitła. Kwiaty, wychylające znad jej źdźbeł swe białe kielichy, poruszały się prawie niewidocznie. Odblask gasnącego słońca i wschodzących gwiazd jakby śpiewał na turkusowej tafli wody. Benicio poczuł się pijany od tego widoku. Wtem zobaczył coś, co przykuło jego uwagę. Zauważył, że drzewo stojące lewej stronie uschło zupełnie. Znikło też tych kilka liści, które jeszcze niedawno wyglądały na pełne życia. Ziemia w jego pobliżu była wyblakła i popękana. Drugie drzewo natomiast, tak było obsypane rażącymi czerwienią liśćmi, że nie było spod nich widać nawet skrawka gałęzi. Wkoło niego wyrosła bujna zieleń i naręcza różnokolorowych kwiatów.

- Wiem – powiedział do niego, choć bardziej do jego myśli, Lazar. – Fascynujące.

- Jak to się stało? – Benicio uniósł się powoli, jakby chciał dokładniej zobaczyć tę niezwykłość.

- Mam na to tylko jedno wytłumaczenie – Lazar natomiast oparł łokcie na stopniu za sobą, a długie nogi wyciągnął przed siebie. – Jak się zastanowisz nad tym, kto się kręcił wokół każdego z drzew, zrozumiesz wszystko. Mówi się, że prawa strona symbolizuje dobro, a lewa zło. No a przecież patrzeć należy tylko od tej strony. Wszystko jasne.

- A jak nie wiesz, kto jest z lewej, a kto z prawej strony? – zapytał trochę niecierpliwie, przysiadając znów na stopniach, bokiem, na wprost Lazara, który poruszał w powietrzu palcami jak pianista. Może wciąż słyszał anielską muzykę. Dłonie miał duże, ale kształtne. Palce szczupłe, długie, z odznaczającymi się kostkami.

- Gdyby chcieli ci zrobić krzywdę, już dawno byś nie żył, Beni. Albo odleciał w przestworza uwięziony na statku kosmicznym. – Benicio słysząc to, zrobił zasępioną minę. - Nie denerwuj się, no. Nie umiem przestać żartować.

- No, ale przecież oni są...

- Ufoludkami? Zielonymi ludzikami? Może. Ale mają ludzkie ciała. Myślą jak ludzie. I na pewno czują. Śmieją się, płaczą. Tak czy nie?

- Taak... – przypomniał sobie, jak Ali płakała na filmach. Mówiła wtedy, że najbardziej rozczulają ją nie swoje historie.

- No widzisz – Lazar kiwnął głową z zadowoleniem. – Nie ludzie, ale też już nie kosmici. Może humanoidzi, jak to ich nazywają. Może półludzie. Zupełnie jak my. Nie żywi, ale nie umarli. Uwięzieni gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią. Nie jesteśmy niezniszczalni. I oni też nie są. Pamiętaj o tym. Kto powiedział, że nie umiera się dwa razy? Ech, zaczynam pleść od rzeczy. Ale mam wrażenie, że coś ci jeszcze chodzi po głowie? To pytaj, póki się rozgadałem.

- Czy ty znałeś wcześniej Vendaval? To znaczy... no... za życia?

Lazar wyprostował się, uśmiechnął się pod nosem i pokręcił głową. Potem zrobił minę, jaką się robi podczas wygłupów, udając wściekłość. Pokazał ściśnięte niby w złości zęby i zetknął dłonie kciukami, jakby chciał zacisnąć je na szyi ciekawskiego gościa. Benicio widział, że się śmieje i zawtórował mu.

- Tak! Tak. Znałem ją. Za dużo chcesz wiedzieć, Beni, za dużo – wciąż śmiejąc się wstał i ruszył w kierunku brzegu. Pogroził w jego kierunku palcem - Spróbuj tylko nas wydać!

Benicio podążył za nim.

Słońce jeszcze całkowicie nie zaszło, znad widnokręgu wyglądała jego górna półkula. Dawała jasną, delikatną, złotą poświatę wokół swojej linii. Niebo przybrało groźny wyraz ciemnego granatu, łagodzony jednak przez jego gwieździstych i księżycowych mieszkańców. Woda, której turkus, ustąpiwszy pod naporem silniejszych barw, skrył się pod kołdrą nocy, mieniła się odblaskiem drobnych, złotych punktów. Jej powierzchnia była idealnie gładka. Można było odnieść wrażenie, że nie ustąpi nawet pod naciskiem stopy.

- To by było chyba na tyle – przerwał milczenie Lazar. Włożył ręce w kieszenie spodni i kołysał się lekko na bosych stopach.

- Czyli to wszystko? – zapytał bezsensownie. Wiedział przecież doskonale, instynktownie, że jego wizyta w tej niezwykłej krainie dobiegła końca. Zastanawiał się, czy jeszcze kiedyś wyda mu się choć w połowie tak realna, jak w tej chwili. – Teraz to tylko wy dwoje... tutaj...

- Skąd. Pozbyliśmy się czarnej owcy, więc faktycznie, mamy więcej powietrza do oddychania, ale nie, Benicio, są tu jeszcze inne stworzenia. Nie było okazji... cię zapoznać, wybacz, stary... – powiedział jak zwykle półżartem mężczyzna, kładąc dłoń na piersi w geście przeprosin. – Zresztą, za dużo byś główkował od dodatkowych dziwactw...

- Zapewne – właściwie, z pełną świadomością tęsknoty, zagnieżdżonej już w sercu, chciał wracać. Ogarniało go zniecierpliwienie, typowe dla człowieka, który nie pozałatwiał pewnych rozpoczętych, ważnych spraw. Odnosi się wtedy wrażenie, że jakiś niewidoczny cień, wiszący nad głową, snuje się za człowiekiem krok w krok. Mimo że bez postaci, obciąża ciało rosnącym ciężarem.

- To chyba należy do ciebie – Lazar wyciągnął odwróconą wnętrzem do góry dłoń. Leżał na niej rewolwer. – Postaraj się go nie używać, co?

Skinął głową w milczeniu.

- Żegnaj, Benicio La Selva – usłyszał. – Znajdziesz własną drogę.

Odwrócił się. Na lewo, pod drzewem, dającym złudzenie czerwonego światła bijącego od korony z płomiennych liści, zobaczył parę złotych oczu. Ciche mruczenie dodało mu otuchy, gdy spojrzał ponownie przed siebie.

Poczuł tylko dłoń przyjaciela na ramieniu i jego prawie niedosłyszalny głos mówiący: Odejdź.

- Dlaczego co się dzieje? I w ogóle.... Co tu się dzieje? Co wy robicie? Boże! – krzyczał dziewczęcy głos. Głos Ali.

- Nic takiego. Benicio upił się i nie lubi mnie dzisiaj.

Przez chwilę trzymał powieki zamknięte, póki nie ustąpiło ich drżenie. Gdy je otworzył, zobaczył własne dłonie zaciśnięte na kolbie rewolweru, wycelowanego w stojącego w odległości metra Leo. Obok stała Ali, oddychając szybko. Musiała przed momentem wejść do pomieszczenia. Do domu, w którym mieszkał Leo.

- Benicio? – pytająco spojrzała na niego.

- Ja... ja... – jąkał się, spoglądając na ich twarze. Nie widział w nich nic, poza troską. – Przepraszam. Nie wiem, co mnie opętało.

Pośpiesznie wybiegł przez otwarte jeszcze drzwi i, nie oglądając się, podążył prosto do siebie. Gdy dotarł, zauważył tylko, że ojciec zasnął przed telewizorem na bujanym fotelu i, nie chcąc go rozbudzić, powoli wszedł na górę, do pokoju na poddaszu. Jak w transie otworzył szafę i spojrzał na stosy wrzuconych niedbale, pomiętych ubrań. Ze złością pomyślał, że gdyby czegoś pilnie potrzebował, nie umiałby tego, jak na ironię, znaleźć. Ze złością pomyślał, że nie ma nawet walizki. Zupełnie jakby zamierzał wieść nudne życie w małym miasteczku na pustyni, w marzeniach jedynie pozwalając sobie na dalekie podróże. Zrozpaczony usiadł ciężko na miękkim łóżku, które zaskrzypiało swojsko. W drzwiach stała Ali, patrząc na niego ze zdziwieniem. Miała na sobie tę zwiewną, niebieską sukienkę w stokrotki, którą tak uwielbiał. Podeszła i usiadła obok niego.

- Wybierasz się gdzieś? – zapytała, jakby wciąż wyjeżdżał i wracał.

Chciał jej powiedzieć o wszystkim. Jak wsłuchiwał się w dźwięk kostek lodu obijających się w wnętrze szerokiej szklanki, do której Joe nalewał mu Wild Turkey. O tym, jak z każdym łykiem czuł coraz większe rozgoryczenie. I zazdrość. Że to Leo, a nie on, zdawał się znać ją tak dobrze. Że to o Leo, a nie o niego, troszczyła się z matczyną wręcz miłością. Zaczął nawet myśleć, że łączą ich też inne rzeczy, a to było już nie do zniesienia. Nagle doszedł do wniosku, że Leo uwiódł ją w jakiś tajemny sposób i w końcu mu ją odbierze. I zaczął się bać, że odejdą, a on zostanie tu całkiem sam. Że z nienawiścią wspominał dzień, kiedy Leo pojawił się w miasteczku. Chciał jej powiedzieć, że mu wstyd. Bo przecież oboje byli jego najlepszymi przyjaciółmi. Jedynymi, jakich miał.

- Wiem, Beni – powiedziała. - Wiem.

 

STREFA 501

Posłowie

 

Na terenie Stanów Zjednoczonych, w stanie Nevada, istniał lub istnieje nadal, pustynny obszar pod nazwą Strefa 51 (Area 51). Mieściły się na tym terenie powstałe w 1957 roku tajne obiekty wojskowe. Prowadzono w nich testy najnowszych technologii i pojazdów powietrznych. Przez 37 lat żadna informacja na temat tego kompleksu, ani prowadzonych w nim działań, nie została podana do publicznej wiadomości.

Pierwszą osobą, która odważyła się publicznie wystąpić w tej sprawie, był naukowiec Bob Lazar. Spędziwszy dużo czasu w Strefie, odkrył, że poza nowoczesnym sprzętem lotniczym i wojskowym, Strefa prowadzi rozległe badania dotyczące niezidentyfikowanych obiektów latających. Ukryto w niej nie tylko konstrukcje do złudzenia przypominające UFO, ale także liczne fotografie pozaziemskich statków kosmicznych. Bob Lazar, po opublikowaniu wyników swojego dochodzenia, spędził rok w więzieniu. Wielokrotnie był zastraszany. Jego rodzina również.

Strefy 51 nie ma na żadnej ogólnodostępnej mapie stanu Nevada.

 

W 1947 roku na pewnej farmie w Roswell rozbił się niezidentyfikowany obiekt latający. Znaleziono w nim cztery istoty humanoidalne. Pomimo istnienia świadków wydarzenia i przecieków do prasy, amerykańskie wojsko zdołało zatuszować całą sprawę. Podało oficjalny komunikat, że znalezisko z Roswell to jedynie szczątki balonu meteorologicznego. Zostało ono jednak przewiezione do pilnie strzeżonej bazy lotniczej w stanie Ohio, a tam poddane specjalistycznym badaniom.

Raport z tajnej operacji pod kryptonimem „Majestic 12” stwierdzał, że zebrane pozostałości pochodzą z pozaziemskiego pojazdu krótkodystansowego, a znalezione ciała określał jako pozaziemskie istoty biologiczne.

 

Powyższe informacje zostały zebrane na podstawie ogólnodostępnych materiałów dotyczących wydarzeń w Roswell z 1957 roku i innych obserwacji UFO na terenie Stanów Zjednoczonych. Stały się one inspiracją do napisania tej historii.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×