Skocz do zawartości
Nerwica.com

Obiektywna opinia


Rekomendowane odpowiedzi

Witajcie, chciałabym Was zapytać, doradzić się jak myślicie, co spowodowało moje zachowanie?

Nikt nie zna mojej historii, a cały czas zastanawiam się, dlaczego taka jestem?... Może będziecie umieli mi to wytłumaczyć? Wybaczcie mi przydługawy post ale chcę wszystko szczerze i w miarę szczegółowo opisać (pierwszy raz w życiu). Jeśli nie chce Wam się czytać, nie czytajcie w ogóle. Jeśli chcecie, wyraźcie szczerą opinię.

 

Do rzeczy. Mam 26 lat, od dziecka moje relacje z ojcem były chłodne (sporo popijał, krytykował mój wygląd, porównywał do "lepszego" rodzeństwa), gdy zaczęłam dorastać konflikty zaczęły się pogłębiać.

Poznałam 1. chłopaka, mieliśmy po 15 lat. Była to miłość platoniczna, nie seksualna. Były spotkania, pierwsze pocałunki, kilkugodzinne rozmowy telefoniczne, wyznania. Nagle, po kilku miesiącach uczucia, on w rozmowie telefonicznej oznajmił, że mnie nie kocha. Zdębiałam, bo ani się nie pokłóciliśmy ani nic z tych rzeczy. Poprosiłam o spotkanie, z ociąganiem ale zgodził się. Przy owym spotkaniu, nie wiedząc jak się zachować, zapytałam czy chce ze mną być, czy mnie kocha. Odpowiedział, że nie. Zszokowana ale trzymając fason obróciłam się na pięcie i zalałam łzami (tak, żeby nie widział). Pierwsza miłostka za mną.

 

Wypłakałam morze łez i nie mogłam się z tym pogodzić, ale jak to nastolatka pocierpiałam pół roku i poznałam na imprezie sylwestrowej kolejnego chłopca. Mężczyznę. Miał 20-21 lat, typ hardcorowego koksa, co wypija setę wódki, zagryza dropsami, ścieżką i jeszcze zapala lolkiem. Jako dość skromna i niedoświadczona, cicha dziewczyna, bardzo zaimponowało mi, że taki facet się mną zainteresował. Narkotyki były dla mnie innym światem, nie miałam z nimi styczności do tej pory (nie licząc marihuany). Po jakimś czasie podchodów, zostaliśmy parą. Nie rozumiałam co taki the beściak robi przy mnie. Z początku był czuły i fajny. Jednak im dalej w las... Okazało się, że jest uzależniony od amfetaminy, kokainy, że piguły żre jak opętany na każdej imprezie (mnie na nie nie zabierał), wyszedł też jego związek z prostytutką. Cholera wie ile w tym prawdy ale gdybyście go zobaczyli, to nic by chyba Was nie zdziwiło. Postanowiłam, z racji tego, że "kochałam", zabawić się w świętą Teresę i wyciągnąć go z narkotyków i złego towarzystwa. Niestety budziło to coraz większą agresję w nim, przestał mnie szanować, zaczął coraz nachalniej nalegać na seks. Nie chciałam, nie byłam gotowa. Pewnego dnia byłam u niego, byliśmy sami, nie licząc babci, która była niesprawna umysłowo, nie kontaktowała za bardzo ale nawet nie wiem co jej dokładnie było. Pewnie demencja starcza. Zaciągnął mnie do pokoju rodziców i przy otwartych drzwiach, gdzie babcia leżała pokój obok zaczął mnie rozbierać. Mówiłam, że nie chcę, nie jestem gotowa,wstydziłam się. Ale jemu "uderzyło" całkiem do głowy. Ubłagałam go na założenie prezerwatywy, mimo, że mnie wyśmiał ("dziewica nie zajdzie" :roll: ). Przeraziłam się, że to tak będzie wyglądało, z babcią w tle, na chama, w bólu. W ostatnim momencie znalazłam w sobie moc i powiedziałam sobie "NIE!". Zaczęłam się z nim szamotać, po kilkunastu minutach odpuścił ale stwierdził, że skoro nie zrobię tego "normalnie", to mam mu ulżyć inaczej. Zmusił mnie do seksu oralnego. To było obrzydliwe... Rozstaliśmy się. Po paru miesiącach, gdy poszłam po gimnazjum do liceum, okazało się, że chodzę z jego kolegą do szkoły. Wyszło na jaw czemu ze mną był. Założyli się wtedy na sylwestrze, że "wydyma cnotkę". Przez cały nasz pseudo związek wyśmiewał się ze mnie, zdradzał na potęgę. Smutek i obrzydzenie do samej siebie po tym wszystkim o dziwo trwał krótko. Zatłumiłam to wszystko nowymi znajomyw z lo, zielskiem, wódką, imprezami, kolesiami, którymi się zaczęłam zabawiać (do łóżka z żadnym nie poszłam, teoretycznie byłam "czysta"). W licealnym życiu doszła też amfetamina, na prawdę spore ilości. W domu był sajgon o moje oceny, niobecności, zachowanie, wypady z domu, ucieczki. Konflikt z ojcem, pogłębiał się. W końcu miałam tego dość, postanowiłam kogoś sobie poszukać.

 

Założyłam konto na portalu randkowym i poznałam chłopaka o 10 lat starszego, wrażliwego, czułego. Urodą nie grzeszył ale miałam to w nosie. Wysłuchał mojej opowieści, utulił, uspokoił. Zostaliśmy parą. Po kilku miesiącach zakochania i fajnych relacji przeżyłam swój 1. raz. Piękny, delikatny, pełen miłości. Po wszystkim się rozpłakałam, bo obraz tego przeżycia miałam zupełnie inny, brudny, pełen wstydu, a okazało się... pięknie. Z racji, że rodzice o niego wypytywali, postanowiłam przyprowadzić go i przedstawić. Pierwszy i jak okazało się później, ostatni raz. Ojciec popatrzył na niego z obrzydzeniem, na mnie z pogardą i już wiedziałam, że będzie źle... Było bardzo źle. Ojciec zrobił mi awanturę, gdzie ja mam oczy, ile on ma lat, że jestem nienormalna, że nie mogę się z nim spotykać, że on jest ze mną dla seksu, że jestem dziwką, szmatą, itd. Relacje moje z rodzicami były coraz gorsze.Gdy ojciec wypił i zaczynaliśmy się kłócić, dochodziło nawet do rękoczynów. Z matką wieczne kłótnie, z ojcem kompletnie przestałam rozmawiać (nie licząc kłótni). Dodam, że relacje rodziców mojego chłopaka też były chore, nie rozmawiali ze sobą, półeczki osobne, strony na suszarce do naczyń osobne, naczynia osobne, srajtaśmy osobne... Zresztą to nie był jego prawdziwy ojciec, tylko ojczym. Nie dość, że w domu było źle, to jeszcze w związku zaczęło się gorzej dziać. Mój chłopak stawał się coraz bardziej zazdrosny, zaborczy. Odciął mnie od toksycznego towarzystwa i za to mu chwała ale jemu nikt nie pasował. Moi rodzice-wiadomo, że źli, przyjaciólka-zła, koledzy źli. Na studniówkę nie poszłam, bo w jego oczach, to bzdura, na studia nie poszłam, bo studenci to ku*** i pijaki. Poszłam do pracy, z nim. Nie mogłam rozmawiać z nikim półci odmiennej, inaczej był foch i gnębienie mnie psychicznie. Makijaż też był niewskazany, krótka spódniczka, owszem ale tylko przy nim. Kłóciliśmy się coraz bardziej. Ja dostawałam wtedy szału, paniki, płakałam, histeryzowałam, a on potrafił się nawet wtedy ze mnie śmiać albo denerwować. Poczułam, że wszystko tracę. Jego, rodzinę, znajomych... Byłam zagubiona, miałam raptem 17 lat z hakiem. Po ponad roku znalazłam jakieś nagie foty dziewczyn na jego gadu. Mnie pisał, że śpi a tak na prawdę pisał z innymi i wymieniał się fotkami (nie wiem czy coś jeszcze tam było ale z racji, że urodziwy nie był, wątpie)... Wyparł się wszystkiego, jeszcze mnie opieprzył, że go sprawdzam. Wyszło na jego. Znów wpadłam w panikę, płacz, histeria. A on się śmiał tylko. Gdzie się podział tamten cudowny facet, którego poznałam? Ograniczył nasze spotkania. Wpadałam w furie, umierałam z zazdrości, co robi, z kim piszę, wiedziałam że nie mówi mi prawdy. Postanowiłam, że skoro ograniczył spotkania, bo "dusi się" w związku, to ja też nie mam zamiaru pozostać dłużna. A że z dawnych znajomych nie został nikt, to założyłam znów konto gdzieś tam i poznałam kilku kolesi. Tym razem już dochodziło do zdrad. Poczułam się z tym lepiej. W wolnym czasie spotykałam się z innymi, byłam doceniana, komplementowana... Kiedyś chłopak przeszukał moją skrzynkę w telefonie i przeczytał smsy od jednego z nich. Wpadł w szał ale obiecałam mu, że do zdrady nie doszło (kłamstwo) i jakoś mi wybaczył. Jednak w związku działo się coraz gorzej. A ja nie zrezygnowałam ze zdrad, po prostu lepiej się kamuflowałam. Za którymś razem, na owym portalu napisał do mnie pewien facet, nazwijmy go J. Pisaliśmy, gadka szmatka. I tak wiedziałam, że prócz ewentualnego łóżka nic z tego nie będzie, bo czułam się jakoś dziwnie uzależniona od tamtego chłopaka. Spotkaliśmy się z J. i nie mogłam uwierzyć, że... tak można trafić w moje gusta. Postura idealna, buzia śliczna, inteligentny, uroczo nieśmiały. Rozpłynęłam się. Postanowiłam sobie, że muszę "stestować" czy go zdobędę. I po kilkunastu minutach już byliśmy w objęciach, w morzu pocałunków. Udało się, czułam się usatysfakcjonowana. Na następnym spotkaniu J. zapytał czy będziemy razem. Zszokował mnie tym prostym zapytaniem. Ale pomyślałam sobie "phi, nie pierwszy raz będę grać na 2 fronty" i zgodziłam się. Wracałam do poprzedniego, spotykałam się z J.. Tym razem nic nie wyszło na jaw. Ale po 2-3 miesiącach tej gry, nagle jak by mnie ktoś w łeb strzelił, uświadomiłam sobie, że do mojego "starego" chłopaka nic nie czuję. NIC, kompletnie. Ani żalu, ani smutku, ani tęsknoty. Zero. Zerwałam z nim. Dużo mnie to kosztowało, bo groził, że się zabije, itd. J. bardzo mi w tym czasie pomagał. Jemu powiedziałam, że to mój były, w sumie prawda ale prawdą nie był mój czas, który minął od rozstania. Mniejsza o to.

 

Z tamtym ucichło po czasie jakimś i był J. Po kilku miesiącach czułam się szczęśliwa, nie do wiary! Nawet moje stosunki z rodzicami, stopniowo, pomalutku zaczęły się poprawiać (bardzo polubili J.). Niestety sielanka zakończyła się gdy dowiedziałam się, że mimo swoich zapewnień wyszukuje informacje o swojej byłej dziewczynie, ma kontakt z jego rodziną, ogląda jej zdjęcia. Zabolało to tym bardziej, że od zawsze wmawiał mi, że to zamknięty rozdział, że nic do niej nie czuje,że nic go ona nie obchodzi, że nią gardzi. Doszło nawet do bardzo bolesnych porównań z jego strony mnie do niej. Poczułam się oszukana i zraniona. Taka zdrada emocjonalna. Dostałam pindolca na punkcie tej dziewczyny... Ładniejsza, zgrabniejsza, wyższa... Piękna. A ja? Ja przy niej i jej modnych ciuchach czułam się jak śmieć. Zmieniłam pracę i wpadłam w kolejny wir sex-znajomości. Odnowiłam relacje z poprzednimi "przygodnymi kolegami" i od nowa zaczęłam zdradzać na potęgę. Tylko, że J. nigdy nie kontrolował, nie sprawdzał. Ufał. Pourywał kontakty z rodziną eks, przestał o niej wspominać,przepraszał,błagał o przebaczenie.

Skoków w bok nie będę opisywać. Było ich wiele z 4-5 facetami, na przestrzeni 3 lat. Od roku postanowiłam się zmienić. Nie zdradzam, nie ściemniam. Zdrowie się odezwało, zinterpretowałam to jako "karę" za moje złe uczynki i stąd ta zmiana (nerwica, fobia, ciągłe ataki, lęki,zaburzenia odżywiania). Nigdy nie przyznałam się J. do zdrad i nie zamierzam. Gdzieś tam to we mnie siedzi ale nie mam specjalnych wyrzutów sumienia. Traktuję to jako karę dla niego. To nie jest normalne... Dodatkowo nadal obsesyjnie porównuję się do jego byłej, mam okropne kompleksy.

 

Co jest ze mną nie tak? Czy jestem złym człowiekiem? Mój związek trwa już kilka lat,jesteśmy szczęśliwi i chciała bym poznać opinię kogoś z boku. Chciałam to wszystko w miarę szczegółowo opowiedzieć, bo liczę na obiektywne odpowiedzi. Czy moje kur**skie zachowanie można czymś wytłumaczyć?

 

Dziękuję za uwagę

 

Pozdrawiam

 

Zatopiona w kompleksach

 

Anonimowa

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Anonimowa_Winna, nie rozumiem dokładnie, o co pytasz. Dla mnie nie jesteś złym człowiekiem. Zdradzałaś, ale doszłas do wniosku, że to nie hallo i bardzo dobrze - jestes teraz w szczesliwym zwiazku. Naprawiłas swoje błędy i nie ma czego teraz rozgrzebywać. Co do Twojej nerwicy, przyczyną jest najprawdopodobniej toksyczny dom. Zaburzenia odżywiania, fobie to poważna sprawa. Nie masz na co czekać, tylko idź do specjalisty. Tu Ci nikt diagnozy zaocznie nie postawi, ale masz problem. Rozwiąż go zanim zjedzą Cię te zaburzenia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

bittersweet, pytam dokładnie o to jak to wygląda z boku, z perspektywy postronnej osoby, która spojrzy na to "na chłodno". Specjalista umówiony. Moje pytanie jest skierowane do tego, jak sądzicie, czytając moją wypowiedź, co mogło spowodować moje zaburzenie systemu wartości. Zdrad nie żałuję, do swojego chłopaka nadal czuję żal i złość za tą byłą. Zadręczam się porównaniami do niej. Ale patrząc na chłopski rozum moje uczynki są dużo gorsze od jego. A moja "kara" jest za surowa. Chyba... Nie żałuję i czasem mnie ciągnie do kolejnego skoku w bok ale hamuję się.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Anonimowa_Winna, piszesz, ze zdrad nie żałujesz, a jednocześnie uważasz, że masz zaburzony system wartości. Czujesz się winna /stad ten nick ?/ bo zdradzałas i nie żałujesz tego, a wręcz dalej masz na to ochotę ?

Imo wiekszosc osób w stałych związkach ma ochotę na skok w bok, tyle ze sie wstrzymują ze względu na partnera. Ty robisz tak samo, więc nie wiem, co można by Ci było zarzucić.... może to, ze kiedyś byłaś niewierna - ale każdy popełnia błędy. Gdybyś sie teraz zadreczała tym co było kiedyś, nic by to nie dało. Poprawiłas sie i to sie liczy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Pochodzisz z rodziny dysfunkcyjnej gdzie najprawdopodobniej Ty najbardziej oberwałaś z calego rodzeństwa.Bardzo często dzieci wychowywane przez alkoholików,zimne matki mają pozniej ciężko w życiu.Kobiety wychowane w takim środowisku są popie.rodolone ,nie wiedzą czego chcą i najczęściej zdradzają.Znam dwie ładne siostry ,wychowane w rodzinie gdzie jeden z rodziców jest alkoholikiem.Nie szanują siebie,co chwilę skoki w bok lub zmiana partnerów.I kilka innych patologicznych rodzin ,nie ma wyjątków co do zachowań córeczek .U Ciebie jest ,to samo, one poszly w obrót po gimnazjum ,Ty tak samo. Gdybyś nie dostała nerwicy wątpię żebyś od tak zrezygnowała z tego sportu.Wydaje mi się ,że dawanie każdemu dupy na lewo i prawo ,to tak na prawdę szukanie pochwał,akceptacji i samopoczucia "królowej".U facetów najczęściej objawia się ,to większą predyspozycją do piastowania stanowiska "alkoholik".Jakie jest rodzenstwo ?

Pytania nie widzę ,ale sądzę ,że brzmi ono tak :Jestem poyebana?

Autorko ,tak jesteś.Szkoda mi twojego chłopaka.

To tylko moje chłodne spojrzenie na sprawę 8)

 

-- 23 kwi 2013, 20:52 --

 

Teraz w sumie mi się przypomniał przypadek dziewczyny która pochodzi z takiej rodziny i jest bardzo porządna ,więc nie generalizuje.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×