Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Rekomendowane odpowiedzi

Witajcie. Wiem, że dluga wypowiedz.wiec jeśli ktoś poświęci czas na przeczytanie i doradzenie czegoś to będę wdzięczna 😉 Przyznam szczerze, że nie byłam na tym forum od lat. Zapomniałam nawet, że mam tu konto i w momencie gdy chciałam je założyć okazało się, że konto z takim mailem już istnieje. No więc w sumie to cieszę się, że nie musiałam tyle lat tu wracać bo byłam pewna, że uporałam się z moją nerwica... Ale do rzeczy. Mam wrażenie, że ona znowu powraca i w związku z tym mam kilka pytań.  Może najpierw opiszę w skrócie co było kiedyś. Kiedyś miałam bardzo silne bóle głowy i w związku z tym nawkrecalam sobie, że pewnie mam jakieś raczysko i pewnie niedługo umrę. Przeszłam wiele badań w tym 3 x rezonanse i z czasem dotarło do mnie, że to sobie wkręcam. Najbardziej bałam się tego, że umrę i zostawię małe dzieci. W między czasie miałam dziwne samopoczucia. Pojawiło się tak zwane ,,odrealnienie". Czułam się jakbym była w ogóle gdzieś indziej. Jakbym miała za chwilę zemdleć. Gdy jeździłam na zakupy ciqgle się bałam, że gdzieś padnę. Brałam nawet leki psychotropowe. Miałam kolotania serca. Z czasem uświadomiłam sobie, że to jest pewnie nerwica i że ona nie będzie rządzić moim życiem. Odstawiłam leki. Zaczęłam żyć z podejściem, że mam wszystko w d.... Że i tak nie mam na nic wpływu. Niech się dzieje co chce... No i wlasnie to mi pomogło. Takie po prostu ,,wyrąbanie" . Oczywiście gdzieś tam w głębi zawsze siedział strach o zdrowie, rodzinę i dzieci. Ale zaraz to przeganialam myślami, że niech sie dzieje co chce. I tak sobie żyłam kilka lat bez leków. Z czasem wydawało mi się, ze stałam się na tyle silna, że już nic mnie nie złamie. Nie raz mąż do mnie mówi, że jestem silna kobieta. Że jestem taka ostoja rodziny. Że on by nigdy mi nie dorównał bo nie ogarnął by tego co ogarniam ja. 

Niestety zaczęły przydarzać mi się w życiu te złe momenty. 2 lata temu zmarł mój tata. Gdzieś na drugim końcu Polski. Był w delegacji i stracił przytomność. Zabrali go do szpitala. Jak się z czasem dowiedzieliśmy był w najgorszym z możliwych szpitali w okolicy. Wszedł z podejrzeniem udaru. W MIĘDZY czasie zarazili go sepsą. Od początku stan w większości krytyczny. 3 miesiące walczył o życie pod respiratorem. 3 razy tylko pozwolili nam go zobaczyć. Bo covid itd. nie wiemy nawet jakie skutki poczynił udar co pamiętał, co myslal. Czy wiedział że jest covid i przez to tak rzadko tam zaglądaliśmy. Czy może myślał, że go wszyscy zostawiliśmy.... Tego już nie wiemy. Umarł. Sprowadziliśmy ciało. I go pochowaliśmy. Przed śmiercią jeszcze co dziennie walczyłam o to żeby go przewieź bliżej nas. Dzwoniłam. Pisałam maile do lekarzy szpitali. Do rzecznika praw pacjenta. Ale ciągle stan beznadziejny nie nadaje się na przewiezienie karetka 700 km. Po śmierci ojca moja mama się załamała. Przez pierwsze 4 dni spalam u niej. Musiałam wszystko ogarnąć, załatwić. Nie mogłam nawet się w spokoju wyryczec bo wiedziałam, że muszę być silna. Po 5 dniach gdy w koncu wróciłam do domu gdy usiadłam do wanny to ryczalam jak małe dziecko. 

Z czasem się jakoś pozbieralam.

No ale za chwilę pojawily się kolejne problemy. W sumie to były akurat problemy, które ciągły się latami ale teraz przybrały na siłę. Męża brat, z którym zawsze był bardzo zżyty zaczął popadać w alkoholizm. Walczyliśmy o niego latami. Wyciągaliśmy rękę. Chociaż nie raz nas wszystkich obrażał, poniżał. I tak ciągle próbowaliśmy mu pomóc. Bo to był dobry chłopak z dobrej rodziny, któremu po prostu w życiu nie wyszło.  W MIĘDZY czasie doprowadził on do dwóch takich sytuacji, w których jego stan był po prostu krytyczny. Ale wyszedł z tego i nadal pił. Był na odwykach i ciągle pił. W końcu stracił najbliższą rodzinę żonę i dziecko. Żona wystąpiła o rozwód i wzięliśmy go do siebie. Juz myśleliśmy że wszystko idzie ku dobremu bo mąż załatwił mu lekka pracę żeby miał zajęcie i nie myślał o piciu. Niestety pewnego dnie nie wytrzymał i wyszedł pić. Po kliku dniach znalazł się martwy w lesie. I znowu musiałam być wsparciem dla męża , teściowej. Wszystko pomoc ogarnąć. Od tego czasu minęły dwa tygodnie a do mnie zaczyna docierać, że chyba znowu rozbuja się u mnie nerwica. Tym razem mam dziwne kłucia w ciele. Co trochę coś mnie nagle zaboli. Jak nie w brzuchu, to w głowie. Ostatnio nawet zdretwial mi palec u nogi. Wiem to śmieszne ale nigdy tak nie miałam. Kilka razy Przez 2 dni miałam jakaś przeczulice na skórze. Bolała mnie skóra na brzuchu w jednym miejscu i na ręce . Chociaż nic mi się nie stało w tych miejscach. I co najważniejsze przez 3 tygodnie miałam ciągłe bulgotanie po jelitach i takie rozwolnienia że po prostu , że tak powiem ,,lało się ze mnie" .a dla odmiany w dniu pogrzebu szwagra nagle nie mogłam się w ogóle wypróżnić. Wtedy sobie pomyślałam, że pewnie chwycił mnie juz stres i dotarlo do mnie, że może te problemy z jelitami to po prostu od nerwów. Oczywiście gdy te problemy z wypróżnianiem się zaczęły to w kółko myślalam o tym, że może mam jakieś raczyszko w jelitach. A gdy zmarł szwagier. A u nas jest takie powiedzenie, że jeśli trup nie jest pochowany przez weekend to wkrotce zabierze kogoś następnego z rodziny. I tak właśnie było ze szwagrem. przed nim chowaliśmy męża kuzynkę, młoda mamę która zmarła na raka i ona też leżała przez weekend. I to się właśnie sprawdziło, że miesiąc później zmarła kolejna osoba. Wiadomo ja w to nie wierzę. Ale w głowie już chodza myslia a Co jesli to się sprawdzi i umrze ktoś bliski albo ja. Jak wtedy sobie moja rodzina poradzi... 

Nie chcę się nakręcać. Zapisywać na jakieś kolonoskopię itd. Bo nie chce po raz kolejny robić szumu wokół siebie. Wtedy z tymi bólami głowy właśnie tak było. Nakręciłam siebie i najbliższych a okazało się, że właściwie to nic mi nie jest. Myślę co tu zawczasu zrobić żeby nie dać się nerwicy. Chciałam się wziac za siebie. Zacząć coś robić dla siebie. Zrzucić parę kilo. Bo wiem, że po prostu tego potrzebuje. Ale przez te ciągłe problemy, życie w biegu ciągle wszystko odkładam. Tłumacze się że nie mam na to czasu. I tak ciągle życie mija a w nim ja wiecznie nie zadowolona z tego co mam. A właściwie bardziej z tego czego nie mam. Miałam plany takie małe marzenie praktycznie od zawsze że założę coś swojego. Mały sklepik.  I gdy już miałam odejść  z pracy żeby zacząć w końcu działać okazało się, że koleżanka jest w ciąży i mam zostac. Wiadomo, że nie muszę ale już pojawily się mysli a co jeśli odejdę z pracy a mi nie wyjdą moje plany to co dalej... Wtedy to będę miała tylko pretensje do siebie . Nie jestem zadowolona z zycia. To znaczy niby jestem wdzięczna za to co mam. Że mam rodzinę. Że pomimo tego co ostatnio nas spotkało to nie mamy żadnych jakiś innych problemów. Ale przez to zycie w biegu ciągle chodzę zdenerwowana. Ciągle rozmyślam Że z czymś niezdaze. Nie ogarne. Ciągle tylko praca dom dzieci szkoła zakupy i tak w kółko. podejrzewam więc , że choć wydawało mi się, że już się nie dam nerwicy to po prostu organizm już Nie wytrzymuje.

Sama nie wiem.

Moje pytanie to oczywiście przede wszystkim czy ktoś też miał takie objawy nerwicy??  Co robić?? Nie chcę się nakręcać niepotrzebnie. Dziękuję pozdrawiam 😉

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×